Słynni i świetni : antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989-2007 pod red. Macieja Gierszewskiego i Szczepana Kopyta (2008)

Śledząc od kilku lat regularnie literacką Sieć nie zauważyłam, by trzy lata temu wielka i naprawdę luksusowo wydana antologia poetów skupionych w artystycznych środowiskach Poznaniaków wywołała jakikolwiek rezonans, bądź zainteresowanie samych chociażby poetów. Jak zapewniają twórcy tej antologii, którzy ograniczyli kryteria wyboru do urodzenia, bądź pomieszkiwania w Wielkopolsce chcą jedynie dowieść – jak pisze w wstępie Maciej Gierszewski – że „Poznań to miasto, w którym na przestrzeni ostatnich osiemnastu lat zaistniały jedne z najciekawszych zjawisk twórczych w Polsce.”
Ale nie tylko ta megalomańska, ta zaściankowa konstatacja, która to robi z każdego miejsca w Polsce, gdzie uda się pozyskać jakiejś środki finansowe na uświetnienie tych, którzy na to pieniądze dali i na tych, co się dzięki nim uświetniać będą. Nie tylko ten, nie dający odbiorcy wytchnienia tytuł książki, zwalający z nóg i tak niepewnego siebie czytelnika (czy sprosta jakiemukolwiek spotkaniu z dzisiejszą poezją?), ale też i te napuszone, towarzyszące wybranym wierszom teksty uświetniające, mogą go tylko przestraszyć.
Sam tytuł antologii – mamy rozumieć obejmuje też tych, którzy poetów antologii wychwalają pod niebiosa, krytyków, którzy wychwalają tych, którzy ich wychwalają i tak dalej – nie daje czytelnikowi szansy na jakiekolwiek grymaszenie i sprzeciw. Dodając do tego obrazu zdjęcia w zupełnie niezrozumiałej manierze fotografowania poetów a la gwiazdy show biznesu na tzw. rozkładówce, nasuwające zaraz skojarzenia z Playboyem (tutaj niestety jedynie tylko formatu A3), otrzymujemy już na wstępie rzecz niestrawną i nawet nie mogącą usprawiedliwić się ironią, ponieważ dwie okładkowe głowy – Szczepana Kopyta i Macieja Gierszewskiego – sugerują, że mamy do czynienia z jakimiś materiałami propagandowymi religijnej sekty, która się z groszem nie liczy, bo i tak odwdzięczy się za to im bóstwo, na rzecz którego te egzorcyzmy wydawnicze się czyni, więc co sobie będą żałować.

Przechodząc do zawartości, czyli do części najważniejszej, dotyczącej po kilka utworów reprezentacyjnych tych 29 poetów, warto wnikliwie przeczytać posłowie. Joanna Orska słusznie w nim stwierdza umowność zamknięcia poetów granicami regionu, jest to według niej zabieg redaktorski nic nieznaczący. Poeci nie korespondują ze sobą w żaden sposób, są ze swoimi poetykami nieskończenie osobni i nie wytwarza się tutaj żadna więź ani pokoleniowa, ani regionalna. Natomiast Igor Stokfiszewski, w krótkim, iście wojskowym tekście kończącym „Antologię” dokonuje przynajmniej logistycznego przeszeregowania, które zamieszczę w cytacie, bym nie musiała o tym specjalnie pisać:

„(…)Gierszewski i Kopyt konstruują centralę, (1) przywłaszczając sobie dykcje dobrze rozpoznane i nadające rytm liryce ostatnich lat (Podgórnik, Wiedemanna, Grzebalskiego, Pasewicza, czy Sośnickiego); oraz (2) prezentując językowe ekskursje grona młodszych autorek/autorów tak, by finalnie okazało się, że mamy pełny obraz możliwości polskiego wiersza dziś: od jego wcieleń neolingwistycznych (Mueller) i cybernetycznych (Bromboszcz) przez pop–poezję (Kaczanowski), backlash’owy i lingwistyczny feminizm (Grundwald, Roszak), nostalgiczny klasycyzm (Kuciak, Fijałkowski), aż po liryczne hedone samego Gierszewskiego i eksplozywność społecznej dykcji Kopyta.(….)”

Wielość i różnorodność „dykcji” według Stokfiszewskiego jest cenna, z czym się w pełni zgadzam. Natomiast jego proroctwo nie jest wiarygodne. Ma – według widocznie jakiś ideologicznych, ewolucyjnie przypinanym sztuce poglądom – zwyciężyć jedna z nich w najbliższym czasie (już trzeci rok od wydania i nic się jeszcze nie przejaśniło).
Na razie czytelnik, jeśli przedrze się przez zasieki wszystkich komentatorów i dorwie się wreszcie do wierszy, musi wykazać niebywały hart ducha upór, i cierpliwość. Wiersze stanowią niewielką cześć tego opasłego tomu i są do niego jedynie doczepione. Poprzez, jak dochodzimy do wniosku za Stokfiszewskim, swą różnorodność, jednak poprzez ich autorski dobór twórców antologii, otrzymujemy automatycznie pewien obraz „świetności” dwóch dekad końca i początku XXI wieku liryki polskiej.
Wiersze w antologii nie są ani świetne, ani tym bardziej sławne, ani też, jaki pisze Joanna Orska, nie powstały z żadnego heroizmu czasów, gdyż wbrew jej słowom, fora internetowe pęcznieją, jeśli nie od takich samych wierszy, to im podobnych i jakościowo nie ustępujących:

„ (…)We mnie zaś budzi szacunek każdy, kto potrafi w epoce usług uprawiać bezinteresownie tak szlachetne zajęcie jak pisanie poezji. To świadczy o pewnym daremnym zapale, który pozostaje na wskroś romantyczny, a przy tym dość obcy naszym internetowym czasom.(…)”

Ale to, że nie da się o nich zbiorowo mówić – jak dawało się kiedyś o pewnych szkołach, grupach literackich, spajanych ich programami, manifestami, odkryciami – rzuca się od razu po wstępnej lekturze. Trzeba uczciwie te trzy dziesiątki poetów omawiać po kolei, co z Wandą Niechciałą spróbujemy, chociaż w części, analizując ich utwory w komentarzach, dokonać.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 63 komentarze

IMPERIUM

Figi, daktyle, grejpfruty
tak blisko monitora!
Rzuca na nie błękity
melancholijne wczoraj…

W tropikalny dziś owoc
z bursztynową słodyczą
wsiąknie zimno styczniowe
jak w wrogi Świat z Papieżycą…

Wewnętrznie atramentowy
literek zmierzch. Gangsterskimi
krokami z tłumikiem mowy
rozmaże po szybie image,

rozwali nick i avatar,
butami zdepczą kroki
mózg. Resztę wiatr pozamiata
w nawigacyjny snu kokpit.

Jeszcze, nim zadrży molo,
do ust włożę z tacy kiwi
wierzę: nie twoją jest wolą
by mnie gangsterzy zabili,

nie będzie nawet cienia
co przemknie plażą nocą,
bo skradnie go bohema
zbrojona moją Mocą.

– A ty się nie oglądaj
bo zwrotka jest o tobie –
nie od dziś wielka pompa
wysysa sen spod powiek!

Nie dziś wynaleziono
gangi, mafie i bandy!
Monitor tylko łonem,
cieplarnią propagandy!

A wszystko, co się tłucze,
powiela klonem waśni,
to tylko samouczek
dla takich jak ty, właśnie!

Nie tłumacz światła czernią
i skórką od banana
bo moje jest Imperium
jak zjem, to rzucę z rana.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Tadeusz Słobodzianek „Nasza klasa” NIKE 2010

HENIEK: Ostro popiliśmy. Zygmunt przyniósł bimber. Dobry. Na suszonych śliwkach.
Śpiewaliśmy pieśni księdza Mateusza ze zbioru „Śpiewnik antysemity ” i płakaliśmy.
[LEKCJA VI]

Sztuka teatralna wyróżniona w ubiegłym roku prestiżową nagroda NIKE niestety nie jest utworem ani wybitnym, ani nawet dobrym i wielki żal, że wielki, kolejny temat naszej ubiegłowiecznej historii, wydarzeń tak wielkich, o których powiedziano, że swoją wagą dorównują tylko ukrzyżowaniu Chrystusa, a które wydarzały się na polskich ziemiach, został zmarnowany.

Tadeusz Słobodzianek w książkowym wydaniu tłumaczy, że materiał do swojego dramatu zaczerpnął z dokumentów Tomasza Grossa i Anny Bikont i niestety, teksty źródłowe swoim dokumentalnym przekazem biją na głowę fikcję „Naszej klasy, jej grozę, a tym bardziej artyzm. Nie mam pojęcia, jak to się stało – być może praca reżyserska, teatralna czy filmowa wleje w to nagrodzone dzieło jakieś nowe treści, doda ducha – ale wątpię, by z gruntu źle pomyślana fabuła ujęta symbolicznie w 14 „lekcji”, czyli scenicznych aktów, mogłaby jeszcze zadziałać. Nie wiadomo, dlaczego na 1600 mieszkańców żydowskiego miasteczka Jedwabne akurat wszyscy uczestnicy dramatu chodzą do jednej klasy. Dlaczego bandyci, uczniowie tejże klasy gwałcą swoją koleżankę, której na dodatek się to podoba, jak tylko jest przyzwolenie społeczne dla zbrodni i dlaczego ta cała klasowa grupa uczestniczy we wszystkich udokumentowanych historycznie metamorfozach politycznych i moralnych czasu scenicznego, który dany jest przez autora „Naszej klasie”. Robota autorska Słobodzianka niepotrzebnie i niezasłużenie porównywana do arcydzieła Tadeusza Kantora i puszczająca do niego postmodernistyczne oko, ogranicza się jedynie do – na modłę serialową – włożenia w usta uczniów przedwojennej klasy roczników 19 i 20 tekstów opowiadających o ich dziejach w czasie okupacji najpierw radzieckiej, potem hitlerowskiej i lat powojennych Polski Ludowej. Nie ma w nich żadnego artystycznego przetworzenia. Tylko temu, że autor jest człowiekiem teatru i posiada wprawę w rozpisywaniu tekstu na rolę zawdzięczamy wartkość i syntetyczność wygłaszanych kwestii. Natomiast pozostaje cała sztuczność tego zabiegu i niewiarygodność, tak jak malarstwo historyczne mające na celu zobrazowanie jakiejś koturnowej sceny historycznej przez artystę, u którego dzieło zamówiono, a który nie był jej świadkiem. To, że Słobodzianek używa dokumentu jako swojego języka gubi celowość całego przedsięwzięcia i staje się ta sztuka bardziej propagandowa i pisana z potrzeb społecznych, a nie z prawdziwej pasji docieczenia źródeł zamiany człowieka w bestię. Nie poznajemy tych mechanizmów, spotkamy natomiast zupełnie mylną interpretację. W posłowi książki Leonard Neuger zgodnie z intencją autora napisze, że tematyka holocaustu nie ma nic wspólnego z tragedią grecką:

„(…). Natomiast bardzo jest ona bliska innemu aspektowi tragizmu, mianowicie pojęciu przekleństwa losu. Podlegają mu wszyscy, którzy te traumatyczne zdarzenia przeżyli, nawet ich potomkowie, i to
bez względu na to, czy za zbrodnie zostali ukarani czy nie, czy zbrodnie popełnili czy nie. Cały ten splot wydarzeń rzuca straszliwy cień na wszystko, cokolwiek robią, zatruwa owoce ich pracy, ich życie i życie ich najbliższych. U Greków przekleństwo losu (fatum) wiązało się z wyrokiem bogów. Wskazywało na zbrodnię początkową, tę, za którą bogowie karzą winowajców i całe pokolenia ich potomków. Tradycje judeochrześcijańskie takiego pojęcia fatum, ze względów oczywistych, nie mają. Znają jednak pojęcie klątwy, przekleństwa, wyklęcia – do
czego odwołała się w swoim filmie Agnieszka Arnold (Kain)(…)”

Nie ma, ponieważ została przekroczona pewna granica człowieczeństwa i nie można badać tego zjawiska już starożytnymi narzędziami. Ani Leonard Neuger, ani Tadeusz Słobodzianek nie akcentują totalnej tragedii ludzkości, gdzie żadna dostojewszczyzna nie ma już racji bytu, ponieważ świat wkroczył na tory przemysłowej śmierci. I nie można zjawisk holokaustu drugiej wojny światowej badać innymi holokaustami, mordami etnicznymi, i wszelkimi zachowaniami ludzi sprowokowanych do Zła sytuacją, jak pisze Neuger, losową. Jaka klątwa? Przecież jeśli laboratoryjnie, jak szczury w klatce będzie się badać pewną grupę młodych ludzi – a tu tą klatka jest klasa, gdzie jeden osobnik „uciekł” z niej do Ameryki, i dzięki tej wolności i unikowi stał się wysoce moralnym, judaistycznym rabinem, a reszta zeszłą na psy, to przecież nie są to żadne wnioski, świadczące o deprawacji wojennej i o tym, że w czasach nieludzkich nie można zachowywać się po ludzku. Byłby to wniosek wielce szkodliwy, bo nawet tak wiarogodni i pesymistyczni świadkowie tych czasów, jak Borowski, Améry czy Primo Levi dokumentują heroiczne i wspaniałe zachowania ludzi w sytuacjach ekstremalnych, a nie byli to żadni święci, ani ludzie o nadzwyczajnych cechach herosów. Cała energia oceny moralnej powinna pójść w zjawisko antysemityzmu, rodzące właśnie takie, a nie inne postawy, zjawisko wypielęgnowane i urosłe nie w czasach wojny, a w czasach komfortu, dobrobytu i światowego pokoju. Jeśli się sprowadzi rzecz do demoralizacji wojennej, która stworzyła bandytów, to niczego się nie powie.
Jean Améry opisuje w swoich esejach sytuację Żyda w obozie, co zresztą powtarza też Stanisław Grzesiuk w „Pięć lat kacetu”, że nawet kwiat narodu polskiego, powstańcy warszawscy przewiezieni do Oświęcimia traktowali siebie o wiele wyżej w obozowej hierarchii niż zastaną tam elitę intelektualną rekrutującą się z profesorów uniwersyteckich, światowej klasy artystów i wybitnych naukowców. Zdeptanie ludzkiej godności następowało na wstępie, u progu kontaktu tak zatomizowanej społeczności. Tadeusz Słobodzianek chce o tym powiedzieć, dzieląc klasę na Żydów i Polaków, gdzie Polacy natychmiast naznaczenie etniczne Żydów przez sowietów i faszystów wykorzystują, ale wszystko się jednak rozmywa w odwróceniu ról po wojnie, kiedy Żydzi, którzy uszli zagładzie zajmują odwetowe pozycje. Jeśli dla kontrastu Abram unika deprawacji, dlatego, że czasy wojny spędza w Stanach Zjednoczonych, to nie dlatego jej unika, że umyka wojnie, ale dlatego, że umyka antysemityzmowi. Wszelkie akcenty religijne występujące w „Naszej klasie”, łączenie losów proboszcza Jedwabnego z amerykańskim rabinem Abramem – jak pisze w posłowi Leonard Neuger: ich spotkanie rzecz sakralizuje – jest nonsensowne. Skłaniałabym się do wykładni Jeana Améry’ego, wychowanego w katolicyzmie Żyda, który nie znając ani jednej żydowskiej modlitwy, po przeżyciach nieludzkich, sadystycznych tortur, jakich doświadczył na gestapo i w obozach koncentracyjnych, jedynym rozwiązaniem dla tego, by historia się już nigdy więcej nie powtórzyła widzi w niwelowaniu odrębności narodowych i religijnych, które te inności pielęgnują.
Wobec słów Jeana Améry’ego, dla którego dziejące się w sztuce teatralnej Tadeusza Słobodzianka zamazanie losów katów i ofiar byłoby nie do przyjęcia:

„(…) Po dwóch dziesięcioleciach rozmyślań nad tym, co mnie spotkało, zrozumiałem chyba, iż spowodowane naciskiem społecznym przebaczenie i zapomnienie jest niemoralne. Kto godzi się na zgniłe i tandetne przebaczenie, ten poddaje się społecznemu i biologicznemu poczuciu czasu, który zwykło się też nazywać „naturalnym”. Taka naturalna świadomość czasu wyrasta z fizjologicznego procesu gojenia się ran i jako taka weszła do społecznego wyobrażenia rzeczywistości. I z tego właśnie powodu ma charakter nie tylko pozamoralny, ale wręcz anty-moralny. Prawem i przywilejem człowieka jest wyrażenie niezgody na wszelkie naturalne zdarzenia, a więc i na biologiczne zarastanie czasu. Co się stało, to się stało: to zdanie jest tyleż prawdziwe, co wrogie moralności i rozumowi. Wytrzymałość moralna zawiera w sobie protest, rewoltę przeciwko rzeczywistości, która jest rozumna tak długo, jak długo jest moralna. Człowiek moralny domaga się zniesienia czasu — w tym szczególnym, omawianym tutaj przypadku: poprzez przygwożdżenie nikczemnika do jego nikczemnego czynu. Tylko w taki sposób, z chwilą dokonania się moralnego odwrócenia czasu, może on przyłączyć się do swojej ofiary jako bliźni.(…)”
[Jean Améry „Poza winą i karą” fragment w tłumaczeniu Ryszarda Turczyna]

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , | 14 komentarzy

Edward Pasewicz „Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę Wydanie podwodne”(2010)

Ostatni tom Pasewicza złożony został podobno nie przez autora, a przez Joannę Orską i Grzegorza Jankowicza! Wyraźnie szkodzi oddanie pola przez artystę obcym mu duchowo ludziom, którzy nie mają pojęcia, co czynią. Trudno im nawet po chrześcijańsku wybaczyć okolicznością łagodzącą, że nie wiedzą co czynią. Szkodzą całemu przedsięwzięciu wynurzenia tej pary krytyków literackich, a końcowy sążnisty akord ich dialogu o muzycznej poezji Pasewicza, ani z nią nie współgra, ani nawet nie próbuje jej rozjaśnić czytelnikowi mniej wyrobionemu. Szkoda wielka, że ta sprzedaż wiązana być może była jedynym powodem druku niemal całej twórczości poetyckiej Edwarda Pasewicza, w którą weszło zaledwie szesnaście nowych utworów. Próbowałam policzyć ile weszło z „Drobne drobne”, tomiku omawianego już na moim blogu, ile z tomiku „Dolna Wilda”, ile z „th”, a ile z „Wierszy dla Róży Filipowicz”. W końcu zaniechałam tej roboty, szczególnie, że na dodatek odnalazłam w luksusowo wydanej antologii „Słynni i świetni” dwa z drukowanych tutaj wierszy. Absolutnie niezrozumiałe są te wszystkie powtórki u poety młodego, który nie wiedzieć czemu nie korzysta z tak wspaniałych okoliczności wypowiadania się zawsze od nowa i robi z siebie nestora poezji, któremu trzeba drukować dzieła wszystkie.
Na dodatek sążnisty tom zatytułowany tak, jak zatytułował swój awangardowy sławny utwór Béli Bartóka nie ma nic wspólnego z krzykliwością eksperymentów muzycznych węgierskiego kompozytora z początku ubiegłego wieku i tak na prawdę jest niepojęte, do czego ten cały dodatkowy hałas – utworom bardzo osobnym, bardzo jednostkowym i kameralnym – był potrzebny.
Nie ma w nim śladów żadnej praktycznie lektury i być może krytykom dzisiejszym wydaje się, że jeśli nie wytoczą jakiś całkiem nieadekwatnych, ciężkich armat dzisiejszej myśli intelektualnej, to nie sprostają wyzwaniu, jakim jest analiza zjawiska poetyckiego Edwarda Pasewicza.

Tomem poezji Edwarda Pasewicza, którym przez nadmiar wierszy próbowano powtórzyć nieudane dzieło Bianki Rolando, „Biała Książka” jest podobnym głosem współczesnego artysty pragnącego się samookreślić w dzisiejszym świecie. Całe szczęście, Edward Pasewicz rezygnuje z tych wszystkich odniesień, nawiązań i połączeń ze światem kultury i chwała Bogu robi to szczęśliwie, bo ta poezja przynajmniej nie męczy, przeciwnie, zaciekawia i mantrowo czytelnik chętnie ulega jej klimatowi.
Cały knif tego poezjowania, jak mi się wydaje, choć nie mam pojęcia, jak Pasewicz tworzy – to bardzo intensywne życie nocne i dzienne, które autor chłonie całym sobą, żyje po dwakroć, po trzykroć, po prostu, jako nadwrażliwiec, żyje intensywnie. I w przerwach tego życia, tego przeżywania – cokolwiek oznacza to egzystencjalnie – poeta Pasewicz pisze. Ale przewaga jest życia nad twórczością, twórczość jest tutaj bardziej czynnością biologiczną, niż jakimś wykonywanym zawodem, czy rzemiosłem. I mimo, że jak napisałam, wiersze się dobrze czyta, to one nie mają żadnej właściwie konstrukcji i żadnej logiki, a już z pewnością nie są sonatami, są takimi spontanicznie wylewanymi poetyckimi notatkami, nie dlatego notowanymi, że są poezją, ale dlatego, że Pasewicz jest poetą. Jest w nich samoistność zapisu polegająca na zauważeniu rzeczy, których przeciętny zjadacz chleba nie zauważyłby nigdy, i ten katalog rzeczy zauważonych jest jedyną materią tej poezji. I jeśli Orska i Jankowicz w tym kończącym tomik tekście przywołują Schlegla i Novalisa, to w sensie tylko podobizn z wczesnym romantyzmem, w zerwaniu z klasykami i tu Pasewicz spełnia tę porównywalną z ich programem poetyckim rolę, mówi nowym głosem, zrywa definitywne z ubiegłowieczną polską poezją.
Pasewicz to malarz codzienności o wyczulonym słuchu. Cokolwiek napisze i o czym napisze – czy to będzie nagle przywołana powierzchnia linoleum, tańczące drobiny kurzu w smudze promienia świetlnego, bijące dzwony z pobliskiego kościoła – wszystko Pasewicz skrzętnie zarejestruję swoimi nadwrażliwymi zmysłami i przeżyje tylko po to, by móc to rejestrować, smakować, porównywać, przetrzymywać w sobie, wyjmować z siebie i chować. Pasewicz to taki miejski odkurzacz rzeczy nikomu niepotrzebnych, wszędzie, gdzie stąpa wchłania w siebie zupełnie nieważne kadry przestrzeni, przedmioty, minerały, smaki, zapachy i głosy. Ale to nie są żadne zlepy i szumy, to nie jest nawet zamienianie słomy na złoto, tak, jak dzieje się u Konopnickiej czarem krasnoludków. Pasewicz niczego nie zmienia, nie czaruje, a świat przepuszczony przez Pasewicza wychodzi z niego nienaruszony, nie zniekształcony i nie porażony jego osobowością. Dlatego właśnie jest ujmująca ta poezja wydzielająca się z Pasewicza zupełnie niefrasobliwie, lekko, bez absolutnie żadnej egzaltacji, bez cyzelerki słów, jakoś tak pojedynczo, bardzo po ludzku. Nawet kontakty seksualne męsko męskie, które dla tej homoseksualnej egzotyki podanej wyjątkowości inności przecież przez pisarzy homoseksualnych typu Genet, u Pasewicza się jakoś niwelują, słodycz, rozkosz i cała satysfakcja tego kontaktu jest bardziej ukonkretniona w potrzebie bliskości drugiego człowieka, w potrzebie posiadania go na co dzień, a nie w tym ciele, które to scala aktem płciowym i certyfikuje. Tak więc Marek, najprawdopodobniej student medycyny, który istnieje obok innych zdrad i pokus narratora, daje tym wierszom egzystencję, zaistnienie wspólne, rozkosz szmeru wkuwanych do egzaminu łacińskich wyrazów, daje specyfikę fenomenu inności Drugiego i za tę specyfikę właśnie dostaje się przeżycie duchowe, a nie materialne. Czytam te wiersze od wewnątrz, cały czas jestem wewnątrz świata, przez który Pasewicz przechodzi wierszami, a mnie, czytelnikowi dobrze jest iść razem z nim i poddać się temu wspólnemu wędrowaniu po świecie mi dobrze znanym, zawsze mi wspólnym i jednym, bo wiem, że nie ma innego świata i cieszę się, tak jak i podmiot liryczny tych wierszy, że go mamy. I ta właśnie subtelna witalność, która nie potrzebuje rozwydrzenia by ją doświadczyć, ten ściszony ton, niemający nic wspólnego z jazgotem Beli Bartóka, ani z perswazją Joanny Orskiej i Grzegorza Jankowicza
I nie potrzebuje na okoliczność jej odbioru wspomagania Paula de Mana, Friedricha Schlegla i Novalisa, Jacques’a Derridy, Banksy’ego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Slavoja Żiźka, Johna Reeda, Arystotelesa, Jana Sebastiana Bacha, Beli Bartóka, Gershoma Scholema, Jacques’a Ranciere’a.
Jest mi dopiero bliski bez tych erudycyjnych popisów współczesnej myśli krytycznej, od których Edward Pasewicz jest całe szczęście wolny.
I pozwólmy mówić poecie bez tych wszystkich przytrzymywaczy, ozdóbek, niepokojących napełniaczy, bo to poezja półtonów, poezja prostej rzeczywistości pisanej przez prostego poetę, który głosi w nich właśnie prostotę.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 21 komentarzy

FADO NOWOROCZNE – luźna interpretacja z portugalskiego Ewy Bieńczyckiej

Miłości tyle na raz,
by wiersz napisać tobie,
instrumentalny aranż,
z kompozycyjnych szarad,
by z nich rozniecić ogień,
z kompozycyjnych szarad,
byś w nich rozpoznał ogień!

Miłości tyle na raz,
że leje się tak ze mnie
jak krew z aorty. Dać się staram
uścisku pętlę… Wiara
to jeszcze nie przyjemność.
Zacisnąć pętlę. Wiara
to jeszcze nie daremność!

Miłości tyle na raz,
że starczy nam na potem,
jak nas otoczy marazm,
jak nas nie będzie teraz,
jak zaśpiewamy o tym,
jak nas nie będzie teraz,
jak zapomnimy o tym!

A nie wiesz nic, że trudno,
miłości mieć tak wiele,
abstrakcja to jest jedno,
a drugie, to mieć jedność,
wewnętrzną w drugim ciele,
a drugie, to mieć jedność,
wewnętrzną w twoim ciele!

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nagrody(szesnaście nagród!) Maciej Karpiński, Jan Kidawa-Błoński „Różyczka”(2010)

Czytam ze zdumieniem w recenzjach, na łamach liczących się, znanych gazet, że „Różyczka” nie jest zwykłym kiczowatym melodramatem, jakich na kopy kręci przemysł erotyczny, tylko jakimś dogłębnym studium działającej w latach rządów Władysława Gomułki polskiej elity intelektualnej, walczącej z reżimem.
„(…)Filmowy Warczewski jest po prostu modelowym przykładem niepokornego inteligenta polskiego z tamtych czasów.(…)”– napisze Zdzisław Pietrasik w recenzji z filmu w sieciowym wydaniu Polityki.
Ciekawe, że po obejrzeniu i przeczytaniu wszystkich tych burzliwych słów – jakie od wiosny ubiegłego roku po premierze filmu przeczytałam w sieciowych tekstach – tak samo irytuje łamanie próśb słusznie oburzonej dorosłej dzisiaj córki Pawła Jasienicy, Ewy Beynar-Czeczott, na której rzekomym dzieciństwie oparto scenariusz filmu, jak i zatarcie tego właśnie pierwowzoru. Oburzający jest zlepek sławnych w tamtych latach, przełomowych określeń (np. historyczne słowa wygłoszone publicznie przez Stefana Kisielewskiego, że kultura dostała się „w ręce ciemniaków wyposażonych w absolutną monopolistyczną władzę”) wkładanie ich w usta jakiegoś idiotycznego, fikcyjnego lubieżnika granego przez Andrzeja Seweryna, mającego reprezentować zbiorczo realnych bohaterów wypadków marcowych.

Nie widziałam jeszcze ani jednego dobrego filmu nakręconego przez Jana Kidawę Błońskiego, ale nie było tak to szkodliwe jak teraz. Nigdy nie przypuszczałam, że właśnie ten człowiek dobierze się do polskich świętości, do najszlachetniejszych kart działalności polskich intelektualistów w czasach ponurych dla życia umysłowego kraju których postawa tak przecież heroiczna, została w filmie sprofanowana. Niepojęty jest fakt zatwierdzenia tak haniebnego scenariusza i nie mam pojęcia, dlaczego równie niefrasobliwie nie kręci się tak samo bluźnierczego filmu o życiu płciowym Jana Pawła II, zmieniając tylko jego imię na jakiegoś tam fikcyjnego papieża, a pozostawiając całe realia jego działalności historycznej nienaruszone. Jeśli samowolka artystów jest możliwa, to dlaczego uznane są uzasadnione protesty córki Pawła Jasienicy.
Pomijając bezczeszczenie świętości, niweluje się beztrosko wagę rejtanowskiego gestu Pawła Jasienicy 29 lutego 1968 roku na nadzwyczajnym zebraniu oddziału warszawskiego ZLP poprzez zniszczenie bezosobową sceną filmową etosu wielkiej, chwalebnej karty życia literackiego w Polsce.

Scenariusz realizowany przez bezradnych naszych słynnych i często otyłych aktorów (przeczącej gomułkowskiej nędzy, artyści zaczęli tyć dopiero za Gierka), zawiera przede wszystkim bezbrzeżny, postmodernistyczny kicz. Sprowadzanie go do romansu starego mężczyzny z młodą kobietą żądnej miłości mija się z podstawową logiką. Tytułowa Różyczka wchodząca na drogę kłamstwa i zbrodni, jakby wyskoczyła z utworów markiza de Sade’a, ta „Julietta”, uprawia, jak zwykle w polskim kinie, zapaśniczy, histeryczny seks z oficerem SB, pisze donosy, wskutek których w bramach biją i zabijają kwiat narodu polskiego, okaleczają młodzież polską na ulicach, sieją strach i spustoszenie w polskich domach, niszczą rodziny, każą im nagle zmienić miejsce zamieszkania, wydają astronomiczne kwoty na opłacanie agentów, zakładanie podsłuchów pieniędzmi wpracowanymi przez spodlony i zezwierzęcony proletariat i to wszystko, to całe zło wykonuje subtelna kobieta, która zakochała się prawdziwą, romantyczną miłością!
„W samym środku Warszawy kilku krępych, takich bardziej w sobie i ubranych z przesadną dbałością o wygląd członków klasy pracującej z komunistycznych plakatów podchodzi do szczupłego, niewysokiego człowieka lat około 60. Coś ze specyfiki bojówek Horsta Wessela i Himmlera, pustoszących ulice Berlina w 1932 roku i pozostawiających krwawe plamy na brukach niemieckich miast, powiało z warszawskiego incydentu” – tak pisał w paryskiej „Kulturze” Leopold Tyrmand o pobiciu Stefana Kisielewskiego, o wydarzeniu które przydarzyło się też na ekranie filmowym Warczewskiemu.
Ale Różyczka kocha, leje łzy, jest rozdarta między dwoma namiętnościami! Jest pełna dobrej woli, szlachetnie próbuje tak postępować, by byli wszyscy szczęśliwi! Według scenariusza, kiedy wiadomo już, że cynizm tego typu postaw życiowy polega na odegraniu sentymentalnych, ckliwych ról, na kłamstwie, przebiegłości, kobiecym sprycie, film demonicznie młotkuje, że nieprawda! Że człowiek jest pojęciem relatywnym, że w każdej kanalii jest coś dobrego, pozytywnego!
Oczywiście na ten piekielny dualizm nabierze się każda oglądająca go kretynka i robiąca w swoim życiu to samo z mężczyznami i najprawdopodobniej właśnie intencją autów filmu był taki zamiar. Tylko w Polsce można dowieść, że cnotliwa Justyna powołana specjalnie  przez markiza de Sade w swoim utworze dla pokazania tej niemożliwości, jest równocześnie Juliettą! Tylko polski film może wymyśleć tak obskurancką brednię, tak zniszczyć wysiłki filozofów, psychiatrów, naukowców, którzy swoimi pionierskim pracami próbowani zmienić właśnie taki prostacki i tak nieprawdziwy wizerunek świata fałszywych uczuć.

Pal sześć, że to kino, które przecież przeminie – bo nawet w robocie estetycznej, zwykłej przyjemności patrzenia – nie ma nic do zaaferowania. Ale serce się kraje, że zmarnowano na koszt podatnika tak szlachetny, tak chlubny materiał artystyczny, sam układający się w wielką, bohaterską opowieść o człowieku żyjącym w nikczemnych czasach, żyjącemu wbrew tym czasom, płacącego za wolność sumienia własnym życiem, o człowieku niezwykle utalentowanym, mogącym stać się prawdziwym dowodem na heroizm postaw ludzkich czasów pogardy.
Ale nie, pozytywną bohaterką filmu jest Różyczka, agentka SB, która hedonistycznie czerpie zyski z zagranicznych deputatów służb bezpieczeństwa, zamieszkuje bogaty dom uniwersyteckiego profesora umożliwiający jej puszenie się, ubieranie w luksusowe ciuchy na rautach, obcowanie z artystyczną bohemą i fascynującą  rolą agentki w atmosferze konspiracji, przerzutów bibuły do Wolnej Europy w Warszawskich Łazienkach, słowem niezłej, ekscytującej zabawy dla młodej kobiety zaspokajanej seksualnie podwójnie (przez zwierzęcego Esbeka i wysublimowanego intelektualistę, który uznaje grę wstępną) w całe potrzebne  spektrum kobiecego nasycenia. I czy to nie jest wzorcowy instruktaż, jak powinna postąpić wchodząca w literaturę polska młoda kobieta, która potrzebuje cały czas, najchętniej w domowej toalecie pisać, pisać, pisać?

A więc młode kobiety polskie, młode internautki, polskie kino wam na to przyzwala: do piór! Piszcie, piszcie, a potem będziecie się rozliczać.
Albo wcale.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 14 komentarzy

Nagroda im. Witolda Hulewicza – Poetycka Książka Roku Aldona Borowicz „Ogniem otworzę drzwi”(2006)

Zastanawia, co skłoniło jury wyróżniając Aldonę Borowicz Nagrodą im. tak cennej postaci życia literackiego przedwojennej Polski, jakim był Witold Hulewicz, genialny tłumacz Rilkego, przyjaciel Zegadłowicza, olśniewający przedstawiciel polskiego modernizmu nigdy już niemogącego się odrodzić w Polsce Ludowej, zmarły śmiercią męczeńską rozstrzelany przez hitlerowców pod Warszawą?
Z pewnością jury kierowało się tytułem tomiku. Faktycznie, ten mylący tytuł, sugerujący, że poetka coś jednak otwiera, coś w swojej poezji tworzy autentycznego i godnego zakomunikowania złaknionemu poetyckiego słowa czytelnikowi, może zmylić najczulsze receptory każdego sprawiedliwego jury, jakim pewnie byli pięć lat temu koledzy ze Związku Literatów Polskich dając ją swojej koleżance, Aldonie Borowicz.
Podobno w latach siedemdziesiątych Bogdan Czeszko, jak domagał się ponownego wydania wszystkich swoich dzieł, usłyszał zniecierpliwione pytanie: a czym się Czeszko zasłużył, że domaga się wydań?
Te mroczne czasy, kiedy trzeba było być zasłużonym, by móc szerzej uczestniczyć swoimi utworami w życiu publicznym kraju bezpowrotnie minęły, nastały jedynie czasy, gdzie liczy się jedynie wartość najczystszej polskiej poezji. Wypada więc bezstronnie przeczytać nagrodzony tomik.

W zbiorze jest 47 wierszy bardzo prostych, nie sprawiających czytelnikowi żadnych kłopotów w odbiorze. Jedynym ich mankamentem jest to, że odbijają się jak piłeczki pingpongowe od czytającego, i jeśli pamięć o nich zostaje, to tylko w warstwie znaczeniowej. To, że te strofy nie wnikają, że nie tworzy się ta wspaniała alchemia, jaką doznaje się przy spotkaniu z prawdziwą poezją, ta nieporównywalna z żadnym innym spotkaniem, gdzie wręcz cieleśnie odczuwa się powinowactwo z duchem wiersza, nie występuje ani razu. Wiem doskonale, o czym traktują, przeprowadzają mnie przez leśne ścieżki, żywoty rodziny autorki, żywoty sławnych ludzi, próbują zdiagnozować kulturę, ogarnąć świat myślą szerszą, celniejszą, prowadzącą do jego deszyfracji, kluczą, wracają i znów odbijają się znowu jak piłeczki ping-pongowe, by w rezultacie zabić cały percepcyjny wysiłek tych wierszy. Morderstwo na poezji jest o tyle trudne do wykrycia, bo praktycznie niczego nie ubywa, natomiast podszywająca się pod materię poetycką wszędobylska tapeta szczelnie mumifikuje trupa, a autorski wybieg maluje mu szminką usta i patrzące oczy.
Słowem, przy tak wielu zgromadzonych przez Aldonę Borowicz środkach poetyckiego kamuflażu, bardzo trudno udowodnić dokonanie zbrodni. Może być to jedynie proces poszlakowy.

Jest w zestawie kilka wierszy odżywiających się dziełami, bądź biografią sławnych artystów.
Np. wiersz dotyczący samobójstwa Sylvii Plath ma błąd rzeczowy, ponieważ wczuwając się w całą trudną scenę odejścia amerykańskiej poetki z tego świata, nie można napisać, że pozostawione przez nią małe dzieci – po wtargnięciu do dziecięcego pokoju policji, straży pożarnej, pielęgniarki, która znalazła zwłoki matki i odkleiła taśmę z framugi drzwi, by gaz nie wtargnął do dziecięcego pokoju – w najlepsze rzuciły się, jak jakieś zwierzęta (zwierzęta zresztą też w stresie nie jedzą) do jedzenia:

„(…)A gdy słońce zajrzało przez dziurkę od klucza
wcisnęła głowę do starego piekarnika odkręciwszy kurek

Dzieci wciąż spały spokojnie
Później zjadły łapczywie śniadanie
które stało obok Przy łóżkach(…)”

[Lady Łazarz żebrze o miłość]

Wątpliwa wiarygodność innych wierszy nie jest może tak spektakularna, ale równie nietrafiona. Pisząc o kulturze hipisów, poetka napisze tak:

„(…)Już nie trzeba słuchać Dylana i Joplin Ani tworzyć mitów
o martwych

Protest-songi wyszły z mody Trzeba było się ostrzyc
Założyć krawat Smoking Samozwańczo ogłosić się królem świata

W 2000 roku poprzestawiać pionki na szachownicy
I schować ołowiane żołnierzyki do starej szuflady

Starożytni hippisi te piękne dzieci kwiatów
Nie wrócą już do swoich wiosek

Popijają colę i drinki Wygodnie siedząc na kanapie depczą
po mrówkach”

[Starożytni hippisi]

Jeżeli wiersz dotyczy 2000 roku, niestety nie wiadomo, czy chodzi poetce o polskich hipisów, światowych, amerykańskich (nieśmiertelnych, czyli starożytnych, odwiecznych?) – to wszystko nie ma nic wspólnego ani z prawdą historyczną, uniwersalną, ani z obserwacją autorską ani nawet z gazetową sztampą. Wiersz powstał w jakimś niepojętym roszczeniu mówienia głosem diagnostycznym, wymyślonym, próbującym te dwa światy, niemogące bez siebie istnieć, a jednak antagonistyczne – świat socjologii i liryki, na siłę skojarzyć.
Można się bliżej przyjrzeć wierszowi „Billboardy” opublikowanemu na portalu literackim liternet.pl, podobnie zabierający głos społeczny. Jeśli Stanisław Różewicz w ubiegłym wieku mógł jeszcze odkrywczo pomstować na ataki przerostu ilości wiadomości wszechpanującej cywilizacji społeczeństwa informatycznego, utyskiwać na ogłupiające zdania płynące z telewizora poprzez wyliczankę, to Aldona Borowicz składa wiersz z zupełnie przypadkowych sloganów przepisanych z ulicznych plakatów, które nie tylko nie układają się w żaden poetycki utwór, ale zgłaszają jakąś przez podmiot liryczny pretensję, jakieś obrażenie na świat za tych nieproszonych mózgowych gości. Po kilkudziesięciostrofowym przepisaniu treści sloganów reklamowych nagle czytelnik dostaje zupełnie nie trafiony bukoliczny nokaut z natury:

„(…) Osaczona jestem przez billboardy
jak czaple stojące na bagnistej łące
wyczekują na jednej nodze aż dostaną żabę (…)”

[Billbordy]

Metoda budowy pozostałych czterdziestu wierszy jest bardzo podobna, polega na wysnuciu wiersza z jakiegoś arcy nieważnego spostrzeżenia, budowaniu na figurze (np. ryby) całego karkołomnego gmachu domniemań co do naszego pochodzenia, upadku i dyskomfortu:

„(…)ryba wyjdzie z ciemności alg lub wodorostów
potem wyśpiewa ląd na przeludnionych plażach(…)”

[Gdy wyjdzie ryba]

Przykłady powierzchownego, wyłącznie powodowanego estetyczną intencją napisania za wszelką cenę wiersza, który się nie odezwie nigdy, ponieważ powstał z bardzo płytkiego przeżycia można mnożyć. Niepokojące jest to, że poetka Aldona Borowicz, jak czytam współczesne jej, bądź zaczerpnięte z innych tomików wiersze publikowane właśnie na portalu literackim liternet.pl porywa się na tematy filozoficzne, fundamentalne, o których nie ma pojęcia.
Przykładem takiego pseudo intelektualnego głosu nie mędrca, ale sędziwej matrony, której należy się rodzinny szacunek nie z racji wygłaszanych przez członka rodziny banałów, ale z racji wspólnotowego interesu rodzinnego, jest chociażby ten wiersz, przywołujący surrealistyczne obrazy wiodące do sprofanowanego w dzisiejszych czasach pojęcia śmierci:

„(…)Pędzą po nas płonące autobusy
a wokół płoną też drzewa ściany dom
i jest tak jakbym oczekiwała własnej śmierci(…)”

[Nie widziałam księżyca]

Oczywiście, nie wolno odmawiać współczesnym poetom woli rejestrowania swoich błahych i przeżywanych na swoją osobistą miarę przeżyć, odczuć i uczuć, czyli tego wszystkiego, czego oczekuje się od zarania wieków od poezji. Natomiast formułowanie jej przez poetów niedojrzałych, intuicyjnych i niewielkiego talentu nie mogą stanowić przykładu dla późniejszych pokoleń, wyznaczać nowych kierunków dla nadchodzących czasów mających poetyckim językiem rejestrować cywilizacyjne zmiany, denuncjować ich szkodliwe przejawy, wskazywać sukcesy. Poezja opisowa, banalna, wywyższona do rangi ważnej literackiej nagrody nie tylko profanuje jej patrona, ale demoralizująco wpływa na całą polską kulturę.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 37 komentarzy

BLOGI XXIX (choroba kłótni)

Powodem każdej wyniszczającej biosferę sieciowej kłótni jest kłamstwo, które nie ma nic wspólnego z formą dialogu w sensie platońskim. Do wybuchu wojny wystarczy najbłahszy pretekst, niemający żadnego wpływu na jej przebieg. W Sieci nic nie dzieje się samo i każda lawinowa struktura konfliktu na zawsze odbiera jej pierwotny sens międzyludzkiej komunikacji, zatratę intencji i zniszczenie sieciowego czasu.
Nie może unikanie walki prowadzić do nikomu niepotrzebnej uprzejmości. Polaryzowanie się poglądów i sprowadzenie ich na tory podsycanego konfliktu doprowadza ich spektakularność jedynie do rozdrapywania ran i zatracenia bezpowrotnej szansy na wypowiedź prowadzącą do konkluzji. Relatywizm polegający na stwierdzeniu, że obie strony konfliktu mają rację, jest bezsensowny, bo nie tylko niweluje problem, ale jeszcze bardziej go zakłamuje. Długotrwałe, czasochłonne wyjaśnianie oczywistości przynosi tylko nieodwracalne straty. Najeźdźca bloga nie ma zamiaru ani wysłuchać kogoś, z kim prowadzi spór, ani go zrozumieć.
Ktoś, kto wierzy, że potrafi zdemaskować kłamstwo, jest w błędzie. Konflikt jest zawsze stracony dla oświeceniowego celu, zawsze przeradza się albo w sportową grę, albo w bitwę, gdzie obowiązuje wojskowa strategia. Na dodatek dla postronnego obserwatora bloga czy portalu literackiego meandry kłótni wskutek nieuwagi ich śledzenia, czy zwyczajnego lenistwa, mogą wydawać się na tyle odpychające, że dla wygody własnego sumienia potraktuje rzecz jak nauczyciel dzieci, które zostają po równo ukarane bez wnikania, kto zaczął. Odpowiedzialność zbiorowa za niemożność odkłamania sytuacji jest niesprawiedliwa podwójnie, ponieważ odbiera bezpowrotną szansę obrony własnego imienia i przywrócenie poszkodowanemu godności. Etykietka osoby kłótliwej, niebezpiecznej, toksycznej często celowo jest przylepiana po sztucznie wszczętym konflikcie. Zła fama tymczasem niweczy dotychczasową, ciężką pracę blogera, niszczy jego recepcję w blogosferze i ogranicza możliwości twórczego zaistnienia, które zostają gwałtownie zubożałe lub zamknięte.
Choroba kłótni wzmożona jest też rywalizacją w Sieci. Niszczenie jednych blogów nigdy nie podniesie poziomu blogów innych, ale przesunie ich miejsce w rankingu odbioru. Niszczenie kłótnią blogosfery zmniejsza ogólną wartość ciekawych miejsc w Sieci i pozwala na rozprzestrzenianie się blogów nijakich, konformistycznych i niemających jak i ich właściciele niczego do powiedzenia.
Agresywne wejście w czyjś blog ze złą intencją jest tak samo skuteczne, jak pokojowa z początku interakcja, mająca uśpić czujność zaatakowanego. Metoda wyrywania z kontekstu słów rzekomo obciążających blogera i kompilowanie ich tak, by go ośmieszyć, prowadzi do nieuchronnego zaburzenia pracy bloga, zamazanie przewodniej myśli i podkopania jego wiarygodności. Nieuczciwa zmiana wypowiedzi, zmiana nicków, avatarów w celu zatarcia śladów i materii spraw, o czym bloger chciał porozmawiać na swoim blogu prowadzi do zaprzepaszczenia jego wysiłku w rozwikływaniu problemów jakie zauważył, o jakich chciał się wypowiedzieć.
Humor niejednokrotnie służy agresji i pod pozorem zabawy agresor bardzo chętnie udając przychylność wszczyna konflikty i w razie demaskacji, zranionego. Wszelkie zjawiska fali towarzyszące pojawianiu się nowej osobowości na blogu nieobce są Sieci, prowadzone są z całą perfidią zbiorowego sadyzmu. Grupy, watahy blogerów połączonych wspólną ideą nagonki zdają się o wiele trwalej powiązane niż więzi przyjaźni i uczuć rodzących się w trakcie oddanych blogowi wspólnie sił twórczych.
Zjawisko kibicowania wszelkim kłótniom i waśniom jest w blogosferze tak ewidentne i tak wyraźnie, że statystyki odwiedzin bloga bezstronnie natychmiast wykazują większe zainteresowanie kłótnią niż twórczą, mieniącą się żywym intelektem absorbującą i ze wszech miar wartościową rozmową blogową.
Spory blogowe odtwarzają często archaiczne relacje pana i niewolnika, absurdalnie i samowładnie wyznaczając role. W tej przecież wolnej przestrzeni, modelowej wręcz dla dziewiczych pomysłów, natychmiast pojawiają się nieodłączne struktury zależności, hodowane dla wygody, rozrywki i dominacji.
Pojedynki dwóch samców, dwóch samic, wreszcie zabarwione erotycznym flirtem kłótnie dwupłciowe energetycznie pochłaniają Sieć stwarzając warcholskie klimaty podobne upadającej Rzeczpospolitej.
Nie lepiej zachowują się wchodzący na blog tzw. goście, których nazwiska pojawiły się wcześniej na blogu. Czują się jak przywołani do tablicy mieszkańcy kosmosu, którzy przybyli niechętnie, mocą jakiegoś tajemniczego imperatywu, który kazał im się tu stawić. Przyglądają się więc z niesmakiem blogowi, na którym się znaleźli, jak zapewniają skwapliwie, przypadkiem, że nie mają zamiaru z tym miejscem się nie tylko zapoznawać, ale i uważają swoje niegrzeczne i często agresywne zachowanie za usprawiedliwione niewiedzą.
Niewielu internautów odróżnia krytykę konstruktywną od destruktywnej. Wysiłek przełamania głupoty autora jest tak niewspółmierny do wysiłku wspólnej analizy jego dzieła na blogu, że bloger zaczyna żałować, że podjął się niewdzięcznej roli czytania dzieł autorów sobie współczesnych.
Najsmutniejsze jest w chorobie kłótni to, że paraliżuje wszelkie, najszczersze nawet usiłowania uzdrowienia swojego bloga. Nawet starożytna metoda sokratejska przełamywania nieufności, wskazywanie natrętowi jego błędów i kierowanie go na właściwe tory zdaje się najbardziej irytująca i powodująca jedynie impulsywny słowotok kończący się definitywnie wielką obrazą  ucinającą kontakt sieciowy.
To, do czego powołany jest blog, czyli do dążności spolaryzowania się odnajdujących się na globie ziemskim duchów wolnych – bo tylko takie są zdolne do miłości – zostaje na zawsze utracona.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , | 41 komentarzy