Śledząc od kilku lat regularnie literacką Sieć nie zauważyłam, by trzy lata temu wielka i naprawdę luksusowo wydana antologia poetów skupionych w artystycznych środowiskach Poznaniaków wywołała jakikolwiek rezonans, bądź zainteresowanie samych chociażby poetów. Jak zapewniają twórcy tej antologii, którzy ograniczyli kryteria wyboru do urodzenia, bądź pomieszkiwania w Wielkopolsce chcą jedynie dowieść – jak pisze w wstępie Maciej Gierszewski – że „Poznań to miasto, w którym na przestrzeni ostatnich osiemnastu lat zaistniały jedne z najciekawszych zjawisk twórczych w Polsce.”
Ale nie tylko ta megalomańska, ta zaściankowa konstatacja, która to robi z każdego miejsca w Polsce, gdzie uda się pozyskać jakiejś środki finansowe na uświetnienie tych, którzy na to pieniądze dali i na tych, co się dzięki nim uświetniać będą. Nie tylko ten, nie dający odbiorcy wytchnienia tytuł książki, zwalający z nóg i tak niepewnego siebie czytelnika (czy sprosta jakiemukolwiek spotkaniu z dzisiejszą poezją?), ale też i te napuszone, towarzyszące wybranym wierszom teksty uświetniające, mogą go tylko przestraszyć.
Sam tytuł antologii – mamy rozumieć obejmuje też tych, którzy poetów antologii wychwalają pod niebiosa, krytyków, którzy wychwalają tych, którzy ich wychwalają i tak dalej – nie daje czytelnikowi szansy na jakiekolwiek grymaszenie i sprzeciw. Dodając do tego obrazu zdjęcia w zupełnie niezrozumiałej manierze fotografowania poetów a la gwiazdy show biznesu na tzw. rozkładówce, nasuwające zaraz skojarzenia z Playboyem (tutaj niestety jedynie tylko formatu A3), otrzymujemy już na wstępie rzecz niestrawną i nawet nie mogącą usprawiedliwić się ironią, ponieważ dwie okładkowe głowy – Szczepana Kopyta i Macieja Gierszewskiego – sugerują, że mamy do czynienia z jakimiś materiałami propagandowymi religijnej sekty, która się z groszem nie liczy, bo i tak odwdzięczy się za to im bóstwo, na rzecz którego te egzorcyzmy wydawnicze się czyni, więc co sobie będą żałować.
Przechodząc do zawartości, czyli do części najważniejszej, dotyczącej po kilka utworów reprezentacyjnych tych 29 poetów, warto wnikliwie przeczytać posłowie. Joanna Orska słusznie w nim stwierdza umowność zamknięcia poetów granicami regionu, jest to według niej zabieg redaktorski nic nieznaczący. Poeci nie korespondują ze sobą w żaden sposób, są ze swoimi poetykami nieskończenie osobni i nie wytwarza się tutaj żadna więź ani pokoleniowa, ani regionalna. Natomiast Igor Stokfiszewski, w krótkim, iście wojskowym tekście kończącym „Antologię” dokonuje przynajmniej logistycznego przeszeregowania, które zamieszczę w cytacie, bym nie musiała o tym specjalnie pisać:
„(…)Gierszewski i Kopyt konstruują centralę, (1) przywłaszczając sobie dykcje dobrze rozpoznane i nadające rytm liryce ostatnich lat (Podgórnik, Wiedemanna, Grzebalskiego, Pasewicza, czy Sośnickiego); oraz (2) prezentując językowe ekskursje grona młodszych autorek/autorów tak, by finalnie okazało się, że mamy pełny obraz możliwości polskiego wiersza dziś: od jego wcieleń neolingwistycznych (Mueller) i cybernetycznych (Bromboszcz) przez pop–poezję (Kaczanowski), backlash’owy i lingwistyczny feminizm (Grundwald, Roszak), nostalgiczny klasycyzm (Kuciak, Fijałkowski), aż po liryczne hedone samego Gierszewskiego i eksplozywność społecznej dykcji Kopyta.(….)”
Wielość i różnorodność „dykcji” według Stokfiszewskiego jest cenna, z czym się w pełni zgadzam. Natomiast jego proroctwo nie jest wiarygodne. Ma – według widocznie jakiś ideologicznych, ewolucyjnie przypinanym sztuce poglądom – zwyciężyć jedna z nich w najbliższym czasie (już trzeci rok od wydania i nic się jeszcze nie przejaśniło).
Na razie czytelnik, jeśli przedrze się przez zasieki wszystkich komentatorów i dorwie się wreszcie do wierszy, musi wykazać niebywały hart ducha upór, i cierpliwość. Wiersze stanowią niewielką cześć tego opasłego tomu i są do niego jedynie doczepione. Poprzez, jak dochodzimy do wniosku za Stokfiszewskim, swą różnorodność, jednak poprzez ich autorski dobór twórców antologii, otrzymujemy automatycznie pewien obraz „świetności” dwóch dekad końca i początku XXI wieku liryki polskiej.
Wiersze w antologii nie są ani świetne, ani tym bardziej sławne, ani też, jaki pisze Joanna Orska, nie powstały z żadnego heroizmu czasów, gdyż wbrew jej słowom, fora internetowe pęcznieją, jeśli nie od takich samych wierszy, to im podobnych i jakościowo nie ustępujących:
„ (…)We mnie zaś budzi szacunek każdy, kto potrafi w epoce usług uprawiać bezinteresownie tak szlachetne zajęcie jak pisanie poezji. To świadczy o pewnym daremnym zapale, który pozostaje na wskroś romantyczny, a przy tym dość obcy naszym internetowym czasom.(…)”
Ale to, że nie da się o nich zbiorowo mówić – jak dawało się kiedyś o pewnych szkołach, grupach literackich, spajanych ich programami, manifestami, odkryciami – rzuca się od razu po wstępnej lekturze. Trzeba uczciwie te trzy dziesiątki poetów omawiać po kolei, co z Wandą Niechciałą spróbujemy, chociaż w części, analizując ich utwory w komentarzach, dokonać.