Dziennik amerykański (24)

14 października 2010, czwartek. Czekam na panią Aleksandrę, ma po mnie przyjechać na umówione spotkanie do restauracji Sunlight Cafe. Jestem sama w domu, Susan już chyba od siódmej rano jest w pracy, mąż pojechał gdzieś na rowerze, a syna i Bryana też dzisiaj nie widziałam, pojechali kręcić film do szpitala. Gdy rozlega się dzwonek, właśnie jestem w trakcie odpisywania Profesorowi na mail, ale szybko zamykam laptop i wychodzę schodami w górę, by otworzyć. Z Hanią, pomysłodawczynią ponownego spotkania przeszłam na ty w trakcie rozmów na blogu, Pani Aleksandrze podaję oficjalnie rękę na powitanie. Wkładam buty, zapominam torebki, wracam w dół schodami, wrzucam w torebkę aparat fotograficzny i szminkę do ust. Pani Aleksandra tymczasem rozgląda się po domu zdezorientowana, bałagan jest tu astronomiczny, w holu stoją nierozpakowane walizki i zrzucony sprzęt fotograficzny leży na podłodze tak, że trzeba przeskakiwać. Gdy już jedziemy jej czerwonym samochodem przyznaje się, że jednak wchodząc do domu była i tak mile zaskoczona, bo była pewna, że mieszkamy w tym domu, który się wczoraj spalił, a który dzisiaj wygląda jak melina. Jedziemy w górę, w obszar ulicy Roosevelta, w północne Seattle, widocznie Hania wybierała tę knajpę ze względu na odległości naszych domów, jednak Franklin Delano Roosevelt zawsze będzie kojarzył się z Jałtą i jego wielką nieskrywaną miłością do Stalina, Polska dla Roosevelta była tyle co nic, nic go nie obchodziła nasza niepodległość, nasz los, jak nas przehandlowywał ubóstwianemu Stalinowi, jak robił z nas mu prezent, jak nas mu dawał na pożarcie. Widocznie masochistycznie to nasze babskie, pokoleniowe spotkanie musi się odbyć na tej wspaniałej ulicy, która była podobno zwyczajną ulicą Dziesiątą i którą przemianowano by tego fatalnego dla Polski prezydenta uhonorować.
Pani Aleksandra parkuje przed restauracją, wrzuca w bankomat monety, wchodzimy do lokalu o dużych oknach, ścianach wypełnionych malarstwem lokalnych artystów, wystrój jest prosty, stoły mają drewniane, ekologiczne blaty. Na blogu restauracji przeczytałam, że jest najstarszą wegetariańską restauracją w mieście prowadzoną przez hipisów z lat siedemdziesiątych.
Pojawia się już Hania z Panią Leną, Hania przyjechała z córką, ale zostawiła ją w sklepie przy tej samej ulicy, wybiera tam koraliki, jest teraz zafascynowana biżuterią. Pani Lena pokazuje z dumą bransoletkę z bursztynów zrobioną przez córkę Hani. Nie mam pojęcia, w jakim wieku są te kobiety, ale ponieważ ja w każdym towarzystwie czuję się jakbym miała 300 lat, więc jako najstarsza z miejsca proponuję przejście na ty, co zostaje od razu zaakceptowane. Wznosimy bruderszaft wodą z lodem w oszronionych zimnych szklankach, śliczny kelner od razu uzupełnia je, równocześnie przynosząc karty dań. Nie mają tutaj mojego ulubionego szejka, widocznie nie jest to napój wegetariański, chłopiec przynosi mi w zamian koktajl owocowy, skład i nazwy owoców wymienia przez kilka minut. Dziewczyny zamawiają zupę wegetariańską i jakieś skomplikowane dania, których zawartości ani składników nie identyfikuję, a nie chcę się tak wścibsko dopytywać. Lena na razie – nim kelner przyniesie jedzenie i spyta po raz kolejny, czy nam jest dobrze – podsunie mi przyniesiony album wydany przez Muzeum Śląskie w Katowicach, gdzie upamiętniono jej brata. Brat Leny, żołnierz AK zmarł 14 lat temu w Polsce, był w wieku mojej mamy, nazywał się
Zdzisław Stanek. Jak czytam w albumie, to jeden z mniej znanych członków grupy St-53, a jednocześnie jeden z wierniejszych uczniów jej patrona – Władysława Strzemińskiego. Dalej Julian Przyboś ogłasza go za najzdolniejszego i najbardziej utalentowanego z całej grupy. Znam wszystkich artystów, którzy w czasach szalejącego stalinizmu zakładali tajne stowarzyszenia i grupy artystyczne na Górnym Śląsku, ponieważ co jakiś czas odbywają się w naszym regionie wystawy upamiętniające ich heroizm, ale niestety, brata Leny nie znałam i nie pamiętałam. Faktycznie, w tym albumie, który sobie po powrocie dokładniej zobaczę w Bibliotece Śląskiej lub w sklepie Muzeum Śląskiego, brat Leny Zdzisław Stanek jest, jak to zazwyczaj bywa z najzdolniejszymi i najwartościowszymi, mało eksponowany. Gdy ja już miałam roczek – tylko dzięki refleksowi mojej mamy zawdzięczam, że urodziła mnie w Przemyślu, a nie w Stalingradzie – Zdzisław Stanek zakładał z Konradem Swinarskim i innymi sławnymi potem ludźmi kultury polskiej grupę malarzy, której możność zaistnienia zawdzięcza nazwie ST-53, która aparatczykom od kultury mogła wydać się apologią nowej nazwy Katowic, wymyślonej przez sławnego pisarza śląskiego, Gustawa Morcinka. Wewnętrznie – nazwa mogła odnosić się do nazwiska Strzemińskiego, też do samego Stanka, założyciela Grupy, zewnętrznie – do Stalinogrodu.
Oddaję album Lenie, by go nie poplamić, już wnosi nasz śliczny kelner dania. Krępuje mnie to stawianie mi jedzenia, szczególnie, że własnych pieniędzy nie mam, jak uda mi się przechwycić jakieś dolary między płatnościami kartą płatniczą syna, jak on coś kupuje, to przeznaczam na upatrzony strój Gucia wyprodukowany przez firmę Disneya dla dwuletniego synka mojej bratanicy. W końcu ja też miałam brata.
Nie wiem, jak wyrazić Lenie swój zachwyt i podziw dla odległej działalności jej brata. Tacy utopiści – a przecież Władysław Strzemiński to utopista, zapłacił za utopię wysoką cenę – to jednak wartość jedyna, w konsekwencji tylko ona po nas zostaje. Jedynie te idee. Brat Lena Wrożyńskiej pół wieku temu robił zupełnie coś innego niż mu kazali, niż było modne, knował właściwie w jakiejś abstrakcyjnej sprawie, w kompletnie nie rokującej beznadziei, a jednak tylko ten sprzeciw wtedy był ważny, bo co można było zrobić jak Państwo zniewoliło w socrealistycznej, obowiązującej doktrynie wszystkich obywateli, granice zamknięto? Ola, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie opowiada o czasach nowszych, z rodziną opuściła na zawsze Polskę w stanie wojennym, mówi, że nie mieli innego wyjścia. Emigracja polityczna, to był wybór w jedną stronę. Mówi, że obiecali im roczną naukę języka angielskiego i było tak dużo emigrantów, że nie sposób było się dostać, czekali następny rok na ten kurs… Wszystko chyba w sumie było trudniejsze, niż dla emigracji politycznej w Europie. Przenosimy się teraz z rozmową do Seattle, do Radia Wisła, które grzecznie chwalę za to, że pomaga tym, którzy przyjeżdżają, że też można tam dawać ogłoszenia, szukać pracy, korzystać z doświadczeń rodaków, czuć ich przychylność, wsparcie. Ale Radio ma ambitniejsze założenia, częścią Radia jest Klub Książki Hanny Gil, ponieważ ona na fali radiowej też o swojej działalności w nim opowiada. A mówi o najnowszych dokonaniach polskiej literatury. Radio jest dla bardzo dużej części Polaków w Seattle, więc musi być bardzo otwarte na różne potrzeby. Aleksandra Monk w Klubie „Oko” przypomina tam polskie filmy stare i najnowsze. Czytanie dobranocek dla dzieci, wierszy Tuwima, to przecież nie konkurencja dla dostępnych już audiobooków, ale przypominanie Polakom, by hodowali dzieci dwujęzyczne. Rozmawiamy więc o Radiu jako o czymś sygnalizującym, czymś społecznym, publicystycznym, a nie artystycznym. A jednak żal mi tego miejsca, które musi być takie, jakie jest, bo przecież nawet charytatywna, społeczna praca tych tu siedzących przy stoliku Polek, mówiących najczystszą polszczyzną nie zdoła wpłynąć na całą Polonię i na jej bardziej intelektualny charakter, ponieważ przeznaczone jest dla wszystkich członków wspólnoty mówiącej tym samym językiem, ale o różnorakich zainteresowaniach.
Piję swój pyszny koktajl przez szeroką słomkę tak, by kawałki owoców mogły być wessane i już na nic nie nalegam, bo wiem, że nie ma jak dla Chrystusa, miejsca na moją głowę na tej ziemi, tak i nie ma w Radiu Wisła. Lena mówi, bym pisała „Listy z Polski”, najlepiej nagrywała i słała pliki, ale obie wiemy, że jest to niemożliwe. Ja mam słać? O czym? Mam opisać mój cmentarz, który faktycznie na Wszystkich Świętych wygląda ładnie w nocy, ale tylko wtedy, jak nie widać tych potwornych pomników z lastrico w kształcie łóżek. Literatura? Nie mam co szukać w Klubie Książki Polskiej Hanny Gil, ponieważ nic nigdy nie wydam, a tam w bibliotece publicznej w Seattle omawia się książki na polskim topie, książki wydane i nagrodzone. Mój sprzeciw dzisiejszej sztuce, a szczególnie literaturze, jest nikomu niepotrzebny, ponieważ książek uznanych jest tak dużo, poziom samozadowolenia i zachwytu tak ogromny, że przelewa się nawet na ostatnie przyczółki artystycznej wolności, na portale sieciowe. Portalom literackim, startującym z wielką energią po polskich przemianach zdawało się, że Internet w przejściu z artzinów do Sieci pomógł i nagłośnił, tymczasem powoli wchłania ich ruch oficjalny, by z roku na rok wszystko umartwiać. W tej chwili na portalach literackich wszelki głos wolnościowy jest natychmiast uciszany i paraliżowany. Dąży się do deprecjonowania Sieci, ośmieszania jej najszlachetniejszych przejawów. Pogląd, że sprzeciw wobec słabizny poetyckiej może pochodzić jedynie od słabego poety jest już powszechny i utrwalony.
Zresztą Polonia, kultywująca w kółko opłatek wigilijny i Święto Niepodległości, nie ma pojęcia, co tu się tak naprawdę dzieje. Bo co taki Polak może wiedzieć w Seattle o tym, że pójdzie na manifestację w tym najbrzydszym miesiącu roku 11 listopada 23 pochody, które trzeba w Warszawie osłaniać, asekurować, a i tak wszystko zakończy permanentną awanturą i tak to świętowanie wygląda, w dalszym ciągu jest to jakiś sado masochizm, a nie radość i wolność. Co Polak w Seattle ma ze świadomości przynależności plemiennej do wspólnoty, która się samo unicestwia. Przecież i tak nigdy nie pojmie, co się w Polsce dzieje, ponieważ nawet Polacy nie są tego świadomi doświadczając swojego absurdalnego żywota, na co dzień. Jeśli, jak napisał w swoich książkach Profesor Kazimierz Poznański pożarliśmy już majątek kilku pokoleń Polaków, to teraz pożeramy samych siebie nie korzystając z tego, że świat jest otwarty i zupełnie inny, niż im się wmawia.
Ale rozmawiamy już o czymś innym, nasze spotkanie staje się coraz żywsze i przyjemniejsze, nie mówimy już na tematy poważne, śmiejemy się, kończymy obiad, kelner robi nam zdjęcia aparatami Leny i Oli, dziewczyny płacą rachunek, Lena obiecuje, że jak będzie w Polce w maju, to mnie odwiedzi. Idziemy jeszcze do sklepu Alexander’s Bazaar Bead, gdzie czeka na mamę szczupła dziewczynka, córeczka Hani i trzyma tackę z wybranymi koralikami.
Sklep jest imponujący, oprócz wiszących na niekończących się regałach sznurów korali, niezliczone kaszty z przegródkami stoją pod nimi z kamieniami szlachetnymi, w gablotach za szkłem widać prawdziwe perły i klejnoty, wszystko to albo do hobbistycznego nizania, albo do wyszywania strojów, lub zamawiania gotowej biżuterii według własnych projektów. Stoimy w tym nadmiarze, ulica Roosvelta jest zalana światłem, wpada tu przez oszklone witryny, sączy się ze wszystkich kinkietów i białych paneli sufitowych na iskrzące się, barwne wspaniałości, a my wkładamy dłonie w tę gigantyczną, stojącą po środku skrzynię wypełnioną szlachetnymi, szlifowanymi minerałami tak, jakby sezam z Baśni tysiąca jednej nocy otworzył się na nasze hasło, nam tylko znane.


Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2010, dziennik ciała i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Dziennik amerykański (24)

  1. Rysiek listonosz pisze:

    okazuje się, że nie Zabrze jest, jak powiedział gen. Charles de Gaulle, najbardziej polskim z polskich miast, ale Bytom!
    Dzisiejszy pochód, świętujący ten radosny dzień odzyskania niepodległości przez Polskę po 123 latach od rozbiorów dokonanych przez Austrię, Prusy i Rosję przez bytomski rynek, to pochód ogólnopolski!

    http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,8641230,Setka_faszystow_przemaszeruje_11_listopada_przez_Bytom.html

  2. Ewa pisze:

    To pojedź tam Rysiu z dworca Zabrze i zdaj relację. Tu okropna pogoda, nie mam tych lat, co Yoani Sanchez, która jeździ na pochody i opisuje to na swoim blogu. Często wraca pobita.

  3. Rysiek listonosz pisze:

    Ja też mam swoje lata. Może pojedzie przeciwny marszowi ktoś z Gliwic i opisze tu lub gdzie indziej. Ale takie oglądactwo, to wzmożenie jeszcze tego arcy nieciekawego rytuału świętowania, jak widać, umiłowanego przez stu procentowych Polaków, bo odbywającego się rok rocznie. W tym bilansie to komunistyczne pochody pierwszomajowe były jedynie radosne, jak widać z Polskiej Kroniki Filmowej lat wielkiego zaangażowania artystów w politykę kraju. Teraz to chyba pójdą jedynie w Bytomiu poeci…

  4. Ewa pisze:

    Widocznie poeci to taki ponury naród.
    Ciekawa jest ta odradzająca się w dwudziestym pierwszym wieku ciemnota, a wydawałoby się, że ludzkość już wszystko do wyrzygu przerobiła. To nie dusza jest nieśmiertelna, jak naucza katechizm, a głupota. Dusza jest jak najbardziej śmiertelna. Moja mama mówi, że księża na ambonach teraz apelują o społeczną harmonię. Co za mistyfikacja! Jakieś powierzchowne odwoływanie się do prywatnej duchowości, do jakiś zasłyszanych rytuałów boskości, tej narzuconej plewki obowiązkowych międzyludzkich zachowań, a na zewnątrz szaleje barbarzyństwo, zerwanie z przeszłością, odwrócenie się od racjonalizmu, od nauki, od oświecenia. I mamy takich wyszczekanych niedouków, jakiś guru manipulujących masą, reprezentantów bezwzględnej chytrości i nie liczeniem się z ogólnym dobrem. Już nie to, że rozum śpi, a rodzą się potwory, tylko że rozumu wcale nie ma. Przecież ta młodzież nic nie ma oprócz swego buntu, nawet rozumu nie ma, tam nie ma się co budzić, nawet potwory są zwykłą mistyfikacją. Jak w tych wierszach na literackich portalach nic, permanentne nic.

  5. Rysiek listonosz pisze:

    11 listopada 2010 – blokada Marszu Niepodległości skrajnie prawicowych Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej i pobity Robert Biedroń. Czytam w Gazecie Wyborczej:

    „(…)Biedroń został w czwartek zatrzymany podczas demonstracji, które przeszły ulicami Warszawy w dniu Święta Niepodległości. W piątek postawiono mu zarzut naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza. Grozi za to do trzech lat więzienia.
    Biedroń na piątkowej konferencji prasowej nazwał ten zarzut „kuriozalnym”. Jego zdaniem to on został trzykrotnie pobity przez funkcjonariuszy; miał być m.in. bity przez policjanta w radiowozie, gdy był już skuty kajdankami. To właśnie przeciwko temu funkcjonariuszowi Biedroń złożył zawiadomienie w śródmiejskiej prokuraturze rejonowej.(…)”

    Winien zamordowany?

  6. Ewa pisze:

    Tak, to typowe zachowania w życiu publicznym dzisiejszej Polski. Zawsze winien zamordowany.
    Wracam właśnie z literackiego portalu Liternet.pl ludzi wydawałoby się, jaśniejszych. Oni tam kilka miesięcy w swojej portalowej wspólnocie tolerowali antysemickie zachowania poety pod nickiem Łukasz Jasiński, który w niewybredny sposób pisał o Żydach. Tam dyskutowano z nim, podlizywano się mu, nie protestowano, w najlepszym razie milczano, był ujęty w profilach jako znajomy, czyli akceptowany.
    A teraz, jak Maciej Kaczka zrobił bardzo śmieszny filmik nawiązujący do holokaustu i wydarzeń historycznych ubiegłego wieku, to święte oburzenie. Typowa polska obłuda (zaznaczam, że jestem niepaląca, nigdy nie paliłam).

    http://maciej-kaczka.liternet.pl/tekst/hymn-tytoniowego-getta-teledysk

  7. Rysiek listonosz pisze:

    Roberta Benigniego w „Życiu jest piękne” przecież nie można posadzić o antysemityzm, mimo, że ryzykowne i nie lubię tego filmu. Nie wiadomo, czy w Polsce się świadomie nie rozróżnia tych spraw, czy z wygody wrzucania wszystkiego do jednego wora. Film Macieja Kaczki faktycznie bardzo śmieszny i fajny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *