XXXVI AKTÓW (XIII)

AKT XIII

Ciało jest wtedy bezcielesne, gdy nie widzą go ludzie;
nie spocznie dłoń na twoim udzie,
nie powie nikt już „weź ta ręka”,
bo nie ma rąk i już nie skręca
temat rozmowy tak naprędce
kleconej w biegu
dla kończyn dolnych. Ot, wlecze serce
nitkę wykresu w sztywnym ściegu.

Ciało, to dowód na istnienie bytów subtelnych w swej naturze;
co urealni je na górze?
Jedynie tkanka rozpięta na rożnie, bez duszy,
nie popsuje się mięso, jak się je wysuszy,
jak pokarm na złe czasy, magazyn dla serca
skarbów świata całego, jak przysmak,
który jada ludożerca,
by nie jadł nic innego i nie wiedział jak

uniknąć cielesnego głodu. Była obfitość przydziałowa,
były kończyny wszystkie: i korpus, i głowa
gdy jeszcze buzował chcący przeżyć setkę,
produkt z taśmy. Go zdjęto, kontroler dał metkę
i się na powrót scalał spojrzeniami,
przyrodą, marzeniem zaklinanym w słowie,
bez limitu dniami,
aż został cień, który zgubił niewidzialny człowiek.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Roman Polański „Autor widmo” (The Ghost Writer) 2010

W ostatnim filmie Romana Polańskiego można doszukiwać się, jak chcą krytycy, powiązań z innymi arcydziełami tego reżysera, jednak jest osobnym, integralnym utworem, najświeższą wypowiedzią artystyczną, noszącą charakterystyczne rysy dojrzałej twórczości perfekcjonisty i moralisty.

Film stawia pytanie o wolność artysty w świecie tak skomplikowanym, pełnym sprzecznie działających w nim sił, gdzie krzyżują cię ciągle strefy wpływów i gdzie na jego powinności, mającego odwiecznie etyczne obowiązki ich rozwikływania, nie ma miejsca.
Nakręcony na podstawie powieści brytyjskiego pisarza Roberta Harrisa „The Ghost” szczególnie skupia się na specyfice słowa pisanego, zawiera bowiem problemy literackie pełne kontrowersji wskutek rozszczepienia powinności, jakimi powinien kierować się wolny zawód pisarza bezprawnie zniewalanego i oddanego służbie zewnętrznych sił rządzących światem.

Tytułowy widmowy pisarz, pisarz do wynajęcia, murzyn, ghostwriter, który daje się skusić swojemu agentowi zleceniem miesięcznej pracy za astronomiczne honorarium 250 tysięcy dolarów polegającym na nadaniu artystycznego kształtu nieudolnie spisanej autobiografii żyjącego byłego premiera Wielkiej Brytanii popada w coraz większe tarapaty, ponieważ napotyka na rozbieżności miedzy pracą historyka, a machiavelliczną powinnością wobec swojego klienta.
Ale, mimo sensacyjnych i spektakularnych scen filmowych, wprowadzenia całego arsenału najnowszych technicznych środków komunikacji, transportu i najświeższych narzędzi wojskowych oraz atrakcyjnych widoków nadmorskich posiadłości na wyspie, gdzie rezyduje dzisiejszy władca mocarstwa uzależnionego od innego mocarstwa, z prowadzonej wspaniałej narracji filmowej wyziera jedynie smutek zmarnowania jednostki, a nie właścicieli świata. Ten romantyczny akcent przegranego bohatera pozytywnego doskonale współgra ze zdawało się już bezpowrotnie utraconą naiwnością i paradoksalnie ożywa zyskując na aktualności.
Bo mimo nakładających się warstw komplikujących akcję wzajemnymi powiązaniami i domysłami, kto za tym wszystkim stoi, mamy, za przyczyną autora filmu cały czas na uwadze widmowego autora, który jest anonimowy, jak współczesna dusza, przeganiana z ciała wszechpotężnej administracji świata, która błąkając się od Annasza do Kajfasza z żałosnymi manuskryptami, na wiele sposobów próbuje stoczyć nierówną walkę z siłami zła. Wielokrotnie sponiewierana, wykorzystana seksualnie, wykpiona i wydrwiona, w końcowej scenie zostaje definitywnie zabita, a wiatr roztrwania po ulicach dzisiejszej wspaniałej metropolii kartki sześciuset stronicowego manuskryptu, które umierając trzymał w ręce widmowy pisarz, jak ślady, jak ułamki prawdy z rozbitego lustra, które diabły roztrzaskały, niosąc je do nieba tak, jak działo się w pięknej baśni Chrystiana Andersena.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 11 komentarzy

XXXVI AKTÓW (XII)

AKT XII

Dobre godziny to te, kiedy
cień aksamitny kładzie niebyt,
kiedy się lato ciałem staje
wtulonym w wieczór skóry szalem;
tak trudno istnieć dla istnienia
tego wieczoru i w nim cienia,
rozgrzanych drobin ciała w matni,
promieni dobrych i ostatnich,
tańczących po powierzchni chcenia,
przekonań, że już głębi nie ma,
że nic nie boli już do końca
upływu lata, lat, trująca
już postać z czasu nie wyrośnie,
nie spotkam jej, miną mnie goście
nie zapraszani, których ciała
powidok słońca zmieni w banał.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | 19 komentarzy

XXXVI AKTÓW (XI)

AKT XI

Ach, wierzysz w miłość, nie ma ciała
tylko marzenie, tylko czar?
– Rozpada się niebo w noc sierpniową
spadają gwiazdy nad twą głową,
jak więc mam wierzyć w świat w kawałach
kiedy się rozpadł?

Miłość to wiara w to co w niej
symetrią zmysł pociąga.
Nie w konieczności problem tkwi,
wybór to rzecz wolności,
jakże wybierać, kiedy przestrzeń
pusta, bez gwiazd i końca!

Ciało to już zamknięty byt
uchwytny i jednaki
gwiazdy skałami meteorów,
ziemię opętał tłum potworów,
których nie rozpoznaje nikt,
a gwiazdy to nie ptaki

naiwne, łatwo łowne w sidła.
Gwiazdy są zimne i wygasłe
spadają, tam, gdzie chcą,
rysują trajektorię racą
białego światła. To są widma,
nie drogowskazy własne

lecz cudze drogi, wciąż mylące
poszukiwaniem złudnym,
miłość jest tak realna w ciele,
jak rzeczywistość wcieleń
w życie, w jego dwa końce
między słonecznym południem.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

XXXVI AKTÓW (X)

AKT X

To, co pod skórą,
co ciut ciut głębiej,
jest uwerturą
do wnętrza. Lepiej

się nie prześwietlać
się nie rozpadać
na analizę. Pozorność z metra
to mechaniczność wnętrza. W układach

poukładane? Ależ to pozór!
Wygoda świata w tępej szykanie
narzuca pęta, by grany utwór
nie absorbował. Zagrany ładnie

wchłonie przymilne ucho średniości
nagrodzi kopię, pochwali banał,
by nie móc więcej w roszczeniach rościć
do głębszej warstwy dostępu. Kanał

zatkany szczelnie, zamaskowany,
kto strwonił życie, o nim nic nie wie!
Mądrość szukaniem ścieżki nirwany:
w meandrach kluczeń wchodzi się w siebie.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | 4 komentarze

XXXVI AKTÓW (IX)

AKT IX

Ogród sierpniowy tłoczy pigment żółty, jak siarkę,
jad zakończy to lato, złość zabarwi walkę
żółtym proszkiem, którym bąki rozkoszują się w kwiatach;
w słońcu będę się smażyć w słownych, pożółkłych miazmatach
zanim się nie rozpadnę, jak kartki dziennika
ledwo dyszące kruchością metryki, zżółkłe od narodzin,
od złości, niemożności i od lat, kiedy świat był cały zaropiałym wrzodem,
zepsutą krwią, woskową modlitwą;
spłonę, by już nigdy nie pić płynów barwy moczu,
by nie posklejał jęczmień zbyt otwartych oczu
które patrzą, jak sierpień znika w słonecznikach.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

XXXVI AKTÓW (VIII)

AKT VIII

I pójdę w las, gdzie ściana się otworzy,
w aksamit wsiąknę, w miękkich liści morze
których koniuszki jak sierść mnie wypieszczą,
będę się wsączać esencją i treścią,
w każdą możliwą mi metamorfozę,
w gorączce się wypocę,
będę u siebie, będę prawdą sama,
bo nikogo nie będzie, by chciał przy mnie kłamać.
Ciężar ciała wysuszą na mnie parne noce,
bez żadnej selekcji, wymaganych ocen
wniknę w las, jak ajent, który swoje dożył
w mieszkaniu przejściowym.

Nie musisz mnie unikać niespełnieniem,
czego nie zabrał głód, to teraz się nie najem:
w zieleni fotosynteza pulsuje
łączeniami bez związków. Pnie się czulej
niż z serca. Chlorofil gra z cieniem,
w wyższe piętra podąża, ku słońcu!
I tak oddzielam się, nie roszcząc, gdyż nie mówię,
bo co to jest za mowa wiatr wiejący w tłumie
drzew! Pamięć skarżących i obrońców
echem są głupich słów,
obchodzą mnie tak, jak sprawcze zdanie
co pozbawia widoku na pierwsze śniadanie.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Nominowani Nike 2010: Piotr Sommer “Dni i noce”

Siedemdziesiąt wierszy w tym tomiku podobno oczekiwano z niecierpliwością i otrzymały od recenzentów najwyższe oceny. Nie powstrzymano się od określeń „wybitne”, „mistrzowskie”, „rewelacyjne”, „genialne”. Krzysztof Siwczyk wręcz składa daninę Redaktorowi Naczelnemu Literatury na Świecie z takich oto słów:

„(…)Drogi Piotrze, Dni i noce, tom Twoich wierszy, na który czekaliśmy dziesięć lat, wydaje mi się książką pyszną,(…)

Na portalu Biura Literackiego czytam hymny pochwalne serwowane nawet przed ukazaniem się książki, tak dzieje się w wywiadzie z autorem przeprowadzonym przez Wojciecha Bonowicza. Niedźwiedzią przysługę, niewątpliwie zasłużonemu dla polskiej kultury i słusznie nagrodzonemu „Silesiusem” Piotrowi Sommerowi, wyrządzają nadmiarowo entuzjastyczne głosy w znaczących pismach literackich. Grzegorz Jankowicz na łamach „Tygodnika Powszechnego” swoją analizą czasu, rzekomo dominującego te utwory sugeruje to, czego w nich nie ma.

Wiersze Piotra Sommera są poezją średniego lotu, poprawne są w swojej konstrukcji, co zdaje się zupełną oczywistością biorąc pod uwagę oczytanie i oddanie całego swojego zawodowego życia pracy w poetyckiej materii najświetniejszych poetów języka angielskiego dwudziestego wieku, bądź ich utwory spolszczając, bądź przeprowadzając z nimi wywiady. Poezja Piotra Sommera zdaje się być dowodem na ten fenomen brak daru, z jakim poeta się rodzi i którego nie sposób w ciągu życia ani pozyskać, ani przy największych nawet staraniach, rozwinąć.

Zestaw wierszy zawartych w tomie „Dni i noce”, to konsekwentna opowieść o niezauważeniach, o niemożności wyłuskania z przeżytych chwil momentów artystycznych, zadziwień magią chwili. Podmiot liryczny przeżywa swoje dni i noce jak przybysz z obcej planety, któremu wycięto zdolność zdziwienia, bądź zaprogramowano go na absolutną normalność i zabezpieczono przed ewentualnym zaskoczeniem tym, co go otacza. Oko bohatera tych wierszy jest odwrotnością sposobu obrazowania malarzy kolorystów np. Józefa Czapskiego, który jadąc paryskim metrem i widząc stojącą szmaragdową butelkę, natychmiast notował w swoim oku to fenomenalne zestawienie zieleni z purpurową ścianą wagonu. Piotr Sommer niczego podobnego, żadnych asocjacji w otaczającym świecie nie dostrzega. Jeśli zdarzają się jakieś olśnienia, jakieś powinowactwa, są one albo nietrafione lub ciut przesunięte, więc ostrze ich oddziaływania zupełnie u odbiorcy spada, zainteresowanie odchodzi, bądź przywołuje przedmioty i obrazy drugorzędne i nieistotne.
Każdy właściwie z wierszy ma taki syndrom przekłutego balonu, gdzie nawet, jak coś obiecują w początkowych strofach, to już na końcu mamy zupełny flak i jedynie wspomnienie zapowiadanego nastroju. Widocznie Piotr Sommer, znawca tylu wspaniałych wierszy anglojęzycznych w oryginalnym ich brzmieniu chciał przełożyć ich strukturę na własne przeżycia pokonując naszą specyfikę i odrzucając bagaż polskiego wielosłowia. Jednak ta anglosaska oszczędność, to wyziębienie uczuciowe działa nieludzko i nie ma nic wspólnego z minimalizmem poetyckiego słowa, ani ze skrótem poetyckiego obrazowania. Wiersze mające pod pozorem banału ukrywać głębokie prawdy, ukrywają właśnie banał. Jeśli chcą np. bohatersko maskować mękę po stracie zmarłych na raka przyjaciół, czy rodziców odchodzących ze starości – a głównie przewija się w wierszach bolesne odchodzenie matki – to ta dzielność i oszczędność uczuciowa nie jest na tyle pojemna, by zawierała ten ogrom cierpienia właśnie poprzez ograniczenie. Mam cały czas, otwierając kolejny wiersz, uczucie zawiedzenia i niespełnienia, i te falstarty są obecne na wszystkich poziomach percepcji: znaczeniowej, filozoficznej, wyobrażeniowej czy uczuciowej.

Tytułowy wiersz „ Dni i noce”, będący – skoro od niego nazwany jest cały tom – jakimś chyba kluczem do tego niesprostania i sugerujący, że niesprostanie jest celowe i jest właśnie zamierzeniem poetyckim. Wiersz opowiada o takim stanie lelum polelum powszedniości, która jest tak nieciekawa, że, jakkolwiek się na nią wpłynie, zawsze zakończy się marazmem. Umówienie się na wycieczkę, na ping-pong z inną parą małżeńską, ze „Staśkami” nic nie zmieni w egzystencji podmiotu lirycznego, a jego satysfakcja będzie taka sama, czy się z nimi umówi czy nie.
Podobne nastroje panują zarówno, kiedy podmiot liryczny przechadza się po Manhattanie, jak i po okolicach Warszawy. W wierszu „Skwery, parki, ulice” podmiot liryczny idąc ulicą nowojorską prowadzi wewnętrzny dialog ze swoją zmarłą matką i wydawałoby się, że jest o krok od jakiegoś wyznania:

„(…)Dziś jestem na Manhattanie
Kiedyś czułem że jestem w porządku
choć wcale nie myślałem nad tym
i chyba wydawało mi się że nie jestem(…)”

ale szybko wiersz przeradza się w sentymentalne przywołanie tej, z którą rozmawia i to zaniechanie nie jest jakimś wadzeniem się ze sobą, ani ucieczką od nieprzyjemnych myśli, ale jednie poetyckim niszczeniem wiersza.
Autodestrukcja poetyckiego przekazu staje się manierą i ucieczką w pozór i fałsz, kiedy próbujemy, przy dużym czytelniczym wysiłku dociec, o co chodzi. Np. w wierszu „Śnieg”, oprócz prozaicznej konstatacji autora, że śnieg pada, nie dostajemy absolutnie nic. Gorzej jest jeszcze w wierszach „Podsłuch”, „Przegięcie”, czy „Podloty”, gdzie rzeczywistość widziana oczami podmiotu lirycznego wręcz się surrealistycznie przepoczwarza i brzydnie w obrazie ludzi, kwiatów i ptaków, lub w stanach lękowych bezsenności, stając się zepsutą, fantastyczną magmą. Jednak ten zapis jest zawsze obok, nigdy nie jest skargą, jedynie abstrakcyjną alienacją przeradzającą się w kicz. Jakby podmiot liryczny cały czas bał się powiedzieć to, o czym mówić nie chce i operował zastępczymi, wydziwionymi obrazami.
Te smutne wiersze, w których krytycy paradoksalnie odnajdują nawet i humor, mówią też, wbrew ich intencjom pozornego gawędzenia o rzeczach nieważnych, o jakiejś totalnej niewierze w moc poezji i zasadności pisania. Tak, jakby podmiot liryczny postanowił swoją frustracją ogarnąć cały świat i wmówić sobie, że na poetycki uwiąd cierpi już każdy potencjalny poeta, a jedynie jego poetycki wysiłek w świecie zaniku i końca jest heroiczny:

„(…)To takie anachroniczne mówić
coś do druku. Czy komu by się chciało
zagadać i nie zagłuszyć? Kiedy
już nawet nie chce się zapisać…(…)”
[Wiersz czasownikowy]

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 14 komentarzy