Nominowani Literacka Nagroda Gdynia 2010 Szczepan Kopyt „sale sale sale”

Kiedy u normalnego śmiertelnika zachłyśnięcie się dniem codziennym w czasach, w których żyje, może prowadzić do dezintegracji, rozbicia i socjologicznej alienacji z powodu natłoku impulsów zewnętrznych, których nie jest w stanie pojąć, ani przetworzyć, to ten nadmiar jest jeszcze bardziej niszczący, jeśli śmiertelnikiem jest na dodatek poeta.

Nieprzetrawienie ponowoczesności i wszystkich współczesnych sztuce –izmów u poety Szczepana Kopyta było już wiadome w debiutanckim tomiku „[yass]”, które to niespełnienia można było jeszcze scedować na karb młodości, młodzieżowego języka i wprowadzonych w wiersze opisów funkcjonowania grup wchodzących w życie dzieci. Ta świeżość języka jeszcze działa niespodziewanymi zestawieniami i umieszczanymi w materii poetyckiej oryginalnymi pomysłami na takie, a nie inne zauważenia powszedniości, dostępne tylko młodemu oku, nie zniszczonemu jeszcze i nie zdeprawowanemu długim życiem. I było to wszystko zwariowane i niekonsekwentne, ale jeszcze w granicach tzw. rozwoju, który mógł prowadzić – co zresztą zapowiadał – do buddyjskiego wejścia w siebie i mówienia już dojrzałym głosem poety u progu dwudziestego pierwszego wieku.
A teraz mamy już kolejny tomik Kopyta, „sale, sale, sale”, przybliżony wstępem przez Krzysztofa Siwczyka, asekurancko donoszącym, jakoby te wiersze nie mówiły o tym, o czym mówią.
W sieciowym wywiadzie z Romanem Honetem powtórzono to odżegnanie się od socjologicznego bełkotu tych wierszy. Niestety, oba teksty nie potrafią zanegować istoty poezji Szczepana Kopyta, brnącej coraz bardziej w alienację spowodowaną nie zewnętrznym życiem niemożliwym, czyli tym, na co narzekają wszyscy, którzy wiedzą, na co mają narzekać. Szczepan Kopyt autentycznie nie ma nic do powiedzenia swojego, osobistego, jest na wskroś właśnie bytem społecznym. Nastąpiła w tych wierszach jakaś dziwna kompilacja czytanych pobieżnie lektur polecanych przez Krytykę Polityczną, w dalszym ciągu młodzieńczym językiem pokolenia poety kompiluje pospiesznie absurdalną przestrzeń, ni to filozoficzną, ni to obyczajową, a w żadnym wypadku nie poetycką. Jeśli, jak mówi autor w rozmowie z Romanem Honetem, przerył wszystkie obowiązkowe lektury dotyczące krytyków postmodernizmu, z pewnością natrafił i na to, co o poetyckiej ekonomi wydatkowania poetyckiej różnicy napisał Jean Baudrillard. Według strukturalistów francuskich nic się właściwie w poezji od jej zarania nie zmieniło i najnowsze odkrycia funkcjonowania języka nie zmieniły tego, co prawdziwy poeta wychwytywał intuicyjnie. To, że za pomocą języka poetyckiego następują reakcje „chemiczne”, że emocja zawarta w wierszu powoduje pochłonięcie i zniszczenie świata, który w wierszu zaistniał wprowadzony tam przez poetę, obowiązywało zawsze i to, że arcydzieła poetyckie przetrwały, zawdzięczamy właśnie tej artystycznej intuicji, a nie naukowym dokonaniom. Natomiast poeta Szczepan Kopyt pisze poezję z jakiegoś zewnętrznego nakazu nowoczesnego pisania. Mamy więc tutaj jakby obustronny atak dzisiejszego świata z całą jego szkodliwością. Mamy obrazy przytaczane przez podmiot liryczny – nieciekawych miast, np. witryn sklepowych z zafoliowanym papieżem – oraz wszelkie zapytywania i narzekania podobne do utyskiwań starej babci na to, co to się na tym świecie wyrabia – a z drugiej strony jakiś obcy zupełnie ogląd z perspektywy ani boskiej, ani statystyk czy mediów, taki jakiś globalistyczny bunt dla buntu, ale buntu letniego i nie bardzo wiadomo, przeciwko czemu. Gdyby poeta ten cały arsenał środków, którymi bombarduje co i rusz czytelnika ukierunkował na kompletny absurd i kociokwik, po którym nie mielibyśmy co na tym świecie szukać, bo byłby do życia niemożliwy, to może byłaby to wtedy poetycka antycypacja. Ale dostajemy jedynie katalog buchalteryjny tego, co się poecie nie podoba. Nie wiem w jakim celu, bo przecież nie po to poeta pisze te wiersze, by nimi świat przemieniać.

Najpiękniejszy, rytmiczny wiersz w tym zestawie, to według mnie „wierszyk dla relatywistów” z powtarzającym się refrenem o tym, że zawsze jest coś, co jest „komuś na rękę”, zależnie jak na problem popatrzymy. Ale mimo zawartego w wierszu dowcipu i pointy, niewiele tam samej poezji, ponieważ taka wyliczanka może być jedynie materią dla poetyckiego języka, a jeszcze nie samym językiem. I według rady nie rób drugiemu, co tobie niemiłe, w dalszej części utworu poeta właśnie tej harmonii międzyludzkiej przeczy, robi to, co jest jemu tylko na rękę, natomiast dla czytelnika pozostaje jedynie rola podziwiacza popisom nuworysza w tej, przecież zupełnie nie artystycznej, wczoraj dopiero przyswojonej wiedzy.

Wiersze te ani nie dają świadectwa uczucia nieprzystosowania, jak sugeruje Krzysztof Siwczyk w krótkim wstępie do „sale, sale, sale”, ani też nie gloryfikują czasów, w których przyszło poecie żyć, ani i tego, że potrafi je językiem filozofów zdefiniować. Nie jest też desperackim buntem na kształt grafficiarzy, którzy pokrywają mury swojego więzienia, ani hiphopowym skandowaniem wszystkich bolączek. Wiersze Szczepana Kopyta są symulacją tego, o czym mówią. I, jeśli udają się symulacje w innych dziedzinach życia społecznego, polegające na nabraniu i nabiciu w butelkę grup społecznych z których czerpie się zyski, to w dziedzinie sztuki podobny zabieg trwa tyle samo, ile właśnie ten akt oszustwa trwa w dziele.

Odcięcie się od poetyckiego przeżywania czyli ekspiacji na rzecz spalenia się w ekstazie poetyckiej nie jest ani znakiem naszych czasów, ani śmiercią poezji. Jest jednostkowym wyborem dzisiejszego poety, w tym wypadku Szczepana Kopyta, który wybiera pozór, a nie autentyczną poetycką pracę, bo najprawdopodobniej nie wie, że taki wybór istnieje.
Wiersze w tomiku „sale, sale, sale” o charakterze zaangażowanym, czyli wprowadzeniem podmiotu lirycznego pomstującego na ludzkość proroka, zawierają chyba wszystko, co może się młodemu poecie w dzisiejszym świecie nie podobać. Nie podoba się przemiana materii kartofla przechodzącego przez wszystkie odcinki jelita ludzkiego, by jako nawóz móc znowu funkcjonować w pierwotnej metamorfozie kartofla; nie podobają się złe wiadomości z mediów donoszące o wojnach i głodzie; nie podobają się „hipertroficzne penisy i cycki”; nie podoba się i to, że małe rączki dziecięce w dalszym ciągu (pewnie w Chinach) produkują niewolniczo dobra dzisiejszej cywilizacji. Bardzo to wszystko szlachetne ze strony podmiotu lirycznego, że tak miota się w tym złym świecie piętnując go niemiłosiernie, grzmiąc ze swej poetyckiej wysokości diagnostyka i wyroczni moralnej. Nic jednak z tego nie zostaje. Alienacja wierszy dokonuje się samoistnie, nie obchodzą one czytelnika, wymykają się jego percepcji, trzeba kilkakrotnie w nie wnikać, by zrozumieć ich przesłanie, a jak już pojmiemy, o co w nich chodzi, stają się na powrót nieme, obce i nieczułe.

Przewrotnie, jak każde zło, powodują dodatkowe oswojenie z tym, co poeta poddaje krytyce, jakby sam był za to wszystko odpowiedzialny i z tym ogarniającym nas wszechsystemem paktował.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 22 komentarze

XXXVI AKTÓW (VII)

AKT VII
To piosenka w roślin cieniu,
kiedy się tajne życie wszczyna
w scenerii lata. W rozhulaniu
słodko rozgniata się malina,
roztrwania się smak
pory gorącej, jej niuansów.
Do aspiracji i awansów,
ma się też nijak

i, jak wychodzę z tego cienia,
co błogosławi chłodem ziemię,
jak tylko się na skwar rozmieniam
aby dojrzewać, się przemienię
w cieknący rubin,
w słodycz chwili,
w los, co na chwilę się pomylił,
jak matka co zrodziła tuzin,

w jednym upadku się nie mieszcząc,
syci daremnie swe instynkty,
a wokół wstaje nowy legion,
czyn przemieniany w pomiot zwykły
trwa wciąż nijako,
by móc zapobiec wzlotom możność,
by móc zaprzeczyć i dwunożność,
i skrzydła ptakom,

jest ten chwilowy imperatyw
rozkoszy malin, gdy żar stoi
w oddechu świata, bo bez daty,
bez prapoczątku i bez rojeń
trwa niezamiennie
cykl zatracenia w ocalaniu
esencji bycia. Powiedz, czemu
mnie nie są dane świateł cienie,

którymi gardzisz w napuszeniu,
kiedy mnie starczy ta różnica,
by trwać do końca w własnym cieniu,
a nie, bym trwała dla odbicia
twoich fantazji.
Obrodziły znów maliny;
ciernie krzaków nie są kpiną
jak my w nich, ciągle tak realni.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

Izabela Szylko „Niezawodny system”(2008)

Tak, jak w latach siedemdziesiątych Polskie Kino Moralnego Niepokoju miało przynajmniej wpływ na utwory, kręcone przecież przeciw układowi, którego ich autorzy poniekąd byli sprawcami, tak teraz Widz Moralnego Niepokoju może tylko westchnąć. Może bezwolnie siedzieć przed ekranem i zdumiewać się nad dzisiejszym etycznym przesłaniem kręconych w ostatnich latach i nagradzanych polskich filmów.

Debiut Izabeli Szylko, scenariuszowy i reżyserski, czyli w pełni autorski film, nie powstał, jak zapewniają liczne informacje dołączone do filmu, by uczcić nim sławną i popularną aktorkę Alinę Janowską u schyłku jej życia. Izabela Szylko w wywiadzie mówi tylko, że po prostu Alina Janowska tę pierwszoplanową rolę przyjęła. Wsparła swoją decyzję wypowiedzią o chęci zademonstrowania przed polskim odbiorcą uczuć pozytywnych i wzajemnej życzliwości międzyludzkiej, które to zapomniane już cechy narodowe winne być przypomniane dzisiaj, w czasach społecznej znieczulicy i artystycznie wyartykułowane.

Jedyną, jaką znalazłam w Sieci recenzję, która mogłaby ewentualnie zweryfikować afirmujące slogany reklamowe dołączone do tego zdumiewającego filmu, nominowanego przecież do nagrody Złotej Kaczki w Gdyni, to wypowiedź Bartosza Żurawieckiego, który w wykreowanym w filmie godnym i szlachetnym wizerunku Starszej Pani o przedwojennych manierach doszukał się słusznych obrzydliwości. Zarówno w jej stosunku do emigrantów w pierwszych scenach filmu, jak i do wyemancypowanych kobiet, czy w braku samokrytycyzmu do grzechów młodości. Żurawiecki potępia w nim też schematyczność wizerunku ułana, który idzie na wojnę po śmierć, a kobieta z wyższych sfer, dziedzicznie uwikłana w nałóg gry bogaczy, ruletki, trwa na swoim arystokratycznym posterunku wbrew upływowi czasu, wbrew zmianie obyczajowości w przeżytej też epoce komunizmu z jej urawniłowką.

Ale mnie, patrzącą na tę filmową efemerydę, bezradnie nie wiedzącą, co zrobić ze swoim moralnym niepokojem, uderza wysyp takich właśnie zadufanych, zakłamanych i anachronicznych filmów, jak „Katyń” Andrzeja Wajdy czy również obsypany nagrodami „Rewers”, gdzie zmarnowanie sobie i innym życia (w „Rewersie” nawet i pozbawienie) dla „wyższych spraw” jest gloryfikowane.
Jeśli Fiodor Dostojewski mógł na bulwarowej sensacji zabicia staruszki budować systemy filozoficzne, a poruszony tam problem usunięcia złego i niepotrzebnego człowieka w dalszym ciągu jest aktualny, co i rusz wypływa np. przy debatach o eutanazji, w Polsce rozmawiamy w dalszym ciągu na poziomie serialowej plotki i płytkiej fabuły.
Jednak anons do filmu zapowiada tam jakieś jeszcze ambitniejsze problemy i jeśli faktycznie kuriozalnie będziemy doszukiwać się u autorki inspiracji w „Damie pikowej” to trzeba przede wszystkim podkreślić przewrotność słynnego opowiadania Aleksandra Puszkina, gdzie tytułowa dama jest ewidentnie złą, nieżyczliwą i złośliwą kobietą. Tutaj mamy sympatyczną, baśniową kobietę, disneyowską wróżkę o śnieżnobiałych włosach, która ostatnie chwile swojego życia pragnie oddać szerzeniu dobra w swoim najbliższym otoczeniu, a jeśli ktoś się nawinie z dalszego życiowego planu, np. kumpel z ruletki, to też skorzysta. Dostanie w prezencie pokaźną kwotę pieniędzy przypadkowy świadek jej notorycznego przepuszczania emerytury przez biskie jej mieszkaniu kasyno gry. Otrzyma od tej wypielęgnowanej, zawsze zapiętej na ostatni guzik Starszej Pani wątpliwą edukację dziewczynka, którą się zajmuje odpłatnie w przerwach jej wiszenia na podwórkowym trzepaku.
Bohaterowie filmu przede wszystkim nie oczekują od życia za dużo, bo i autorka filmu stara się też i widza nie przemęczyć zbytnim ciężarem problemów. Sędziwy sąsiad głównej bohaterki więc rad będzie z sekundowania mu w jego zdziecinnieniu i pozie lowelasa, dziewczynka chętnie zainteresuje się nieciekawą i skłamaną opowieścią staruszki, zamiast ślęczeć przy bardziej skomplikowanych programach edukacyjnych, sama główna bohaterka, puszkinowska Dama, chętnie usprawiedliwi w swoim sumieniu młodzieńcze świństwo, jakiego dopuściła się na swojej rówieśnicy, kilkunastoletniej, niewinnej, służącej w swoim rodzinnym domu siedemdziesiąt lat wcześniej.

Kino europejskie, np. Michael Haneke w obrazie „Ukryte” robi z takiego „grzeszku” od razu temat na cały film, pełen pytań i metafizycznych zagadek. Tam mały chłopak wydaje algierskiego przyjaciela w podobnej jak ta tutaj, błahej sprawie powodując się egoizmem i okrucieństwem. Natomiast Izabella Szylko fakt oskarżenia o kradzież pieniędzy swojego chlebodawcy przez niewinną dziewczynkę, którą traktował „jak córkę”, a które to pieniądze zostały przepuszczone przez lekkomyślną pannę w grze w ruletkę, jego wagi, zadaje się zupełnie nie dostrzegać. Natomiast cały ciężar etyczny problemu nie wiadomo dlaczego zostaje skierowany na naszyjnik, który jako obiekt czci i jakiejś niepojętej podmianie obiektu zastępczego staje się nagle godnym najwyższego starania. Kosztem nerwów, uwikłaniem w tym upadającego sklepu z antykami na ekranie odgrywana jest zacięta walka o odzyskanie utraconej przedwojennej pamiątki.
Niepojęta końcowa scena, która triumfalnie zamyka film kadrem wiszącego na trupie staruszki nic nie znaczącego i nikomu niepotrzebnego naszyjnika ma stworzyć jakiś nowy kult przedmiotu, nie wiadomo nawet, dlaczego nie o charakterze religijnym.

Wskrzeszanie i nobilitowanie najgorszych przejawów przedwojennego życia, wszelkich zniekształceń życia obyczajowego, powstałych wtedy niegustownych przedmiotów, podczas gdy przecież czas okresu międzywojennego niepodległej Polski obfitował we wspaniale osiągnięcia na polu techniki i sztuki, obserwujemy od dłuższego czasu w pracy wydawniczej literatów i ekranizowanych utworów literackich. Kicz pocztówek, sentymentalny kicz przedwojennego romansu i detektywistycznych utworów groszowych wydawnictw, zdawało się raz na zawsze wyśmiany i zdemaskowany, dzisiaj, jak nie dobity osikowym kołkiem wampir wstaje z najciemniejszych mroków polskiej głupoty i zacofania. Reaktywowany i odświeżany, jak za czasów faszystowskich Niemiec regionalne pamiątki, pozornie dla zabawy czy sentymentu, spełniły swoją magiczną rolę.
Jest tak samo złowróżebny jak całe zjawisko, podobne temu, które Herman Broch opisał i oskarżał w oparciu o nie okres poprzedzający powstanie faszystowskich Niemiec.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , | 3 komentarze

Erlend Loe/ Rune Denstad Langlo „Białe szaleństwo”(„Nord”) 2009

W upalny lipiec warto zobaczyć norweski „Nord”, kreślony jak oszczędne muśnięcia tuszem na papierze chińskim, wydobywające z nieistnienia mizerne maleńkie postacie z krajobrazu, niemal monochromatycznie, pełne białych plam tła.
Arktyczne przestrzenie, gdzie gniazduje nie tylko permanentne zimno przyrody, ale i nieustające ludzkie szaleństwo, to niedogrzanie psychiczne człowieka, chłodzone surowością zimy, stale podtrzymywane ciepłem ludzkich ognisk i łakomą melancholią niespełnionych związków.
„Nord” powiela motywy z prozy Erlanda Loe zawarte w „Dopplerze” opowiadające o ciągłej ucieczce bohaterów powieści z własnej alienacji w kolejną niemożność i gonitwę. Klimat niezgody na zakończone i niezdolność podjęcia nowego, leczonej farmakologicznie depresji, to współgrające z pustką białych osiedli obrazy ludzkiego wnętrza, niezmienne i stabilne.

Bohater filmu, 30-letni Jomar, wcześniej utalentowany narciarz, wskutek zaburzeń psychicznych dzieli swoją życiową wegetację między pracą przy wyciągu narciarskim, a szpitalem psychiatrycznym, głusząc poczucie zmarnowanego życia alkoholem. Scena, gdzie Jomar nie może się podnieść z legowiska w pracy i sprzedać małej dziewczynce karnetu na jazdę wyciągiem bardzo dobrze charakteryzuje naturę depresji, jej niewidzialny i nieprzezwyciężalny wewnętrzny imperatyw skazujący człowieka na duchową śmierć. Loe wyraźnie określa wagę odmowy czynnego życia, która w powieści np. Iwana Gonczarowa „Obłomow” każe bohaterowi nie wikłać się w realne życie, ponieważ ma jeszcze w zanadrzu marzenie. U Loe’go filmowe postacie nie posiadają dosłownie nic, są jak wycieńczone pragnieniem usychające rośliny, rzucone w świat bez jakiegokolwiek w nim zakotwiczenia. Takim jest Jomar, ostatkiem woli decydujący się na odbudowanie związku ze swoją dziewczyną mieszkającą z jego kilkuletnim synkiem na północy Norwegii. Takimi są wszystkie, jak baśniowe, napotykane w czasie podróży Jomara postacie, tkwiące w śnieżnej bieli nieruchomego pejzażu na osobnych planetach Małego Księcia Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, hodujących na nich swoje dziwactwo i szaleństwo odszczepieńców opuszczonych przez Boga i przez ludzi.
Film kończy brawurowa jazda Jaromira szusem przez ogromną, śnieżną górę wprost do stojącego przy sankach małego chłopca, opuszczonego przez niego wcześniej synka.

Ten pełen nadziei happy end, ten bohatersko piękny i szczęśliwy zjazd narciarski, i ta scena scalenia rodziny, nie jest ani symptomem nadziei, ani też dydaktyczną próbą wskazania jakiegoś rozwiązania dla impasu w pokazanej w filmie modelowej sytuacji pogłębiającego się ludzkiego wyobcowania.
Podobnie jak w „Dopplerze”, Loe, próbuje powiedzieć nam coś nowego o nas, żyjących przecież coraz bardziej podobnie i wspólnie, mimo zamieszkania różnych szerokości geograficznych.
Nie mamy już szamoczących się histerycznie postaci z Dostojewskiego, nie mamy w permanentnym letargu bohatera Gonczarowa. Mamy natomiast, uwolnione od wszelkich idei, od problemu dobra i zła, od walki z nieujarzmioną przyrodą człowieka nie uwikłanego, osobnego, którego wola znalazła się w niebezpieczeństwie nie wskutek zniewolenia, ale z braku jakiejkolwiek przynależności do czegokolwiek.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 16 komentarzy

Nominowani Nike 2010: Jacek Dehnel „Ekran kontrolny”

„Ekran kontrolny” nie przynosi niczego nowego w twórczości Jacka Dehnela, nie rozwija, zadawało się, obiecujących w poprzednich utworach możliwości, nie wzbogaca poznawczo ani samego autora, ani na planie szerszym wypowiedzi wstępującego jego pokolenia, które Jacek Dehnel reprezentuje.

Jeśli, czytając jego wszystkie tomiki miałam jakiś wzgląd na młodzieńczy, niedojrzały charakter jego utworów, na roztaczane feromony „arytysty-jeszcze-dziecka” – bo wiadomo, młody, ambitny, ale przecież jeszcze nie zdążył poznać świata i życia – wspiera się licznymi zastępczymi maskami i pozami, by to drzemiące w nim jądro poezji mogło dojrzeć i się dopiero wtedy uzewnętrznić i z całą okazałością objawić, to widzę, że się myliłam. Właśnie „Ekran kontrolny” jest takim stanem granicznym, jest takim ekranem sprawdzającym na tym etapie twórczości artystę, który mówi, czy rokuje, czy nosi ze sobą unikalne pokłady nieuświadomionego, które nam czytelnikom, jak wulkan, objawi. I wstawiam ten ekran kontrolny i nie widzę tam nic, oprócz pustej, estetycznej poezji, widzę symulacje wytartych i modnych tematów, które się tutaj podaje jako osobiste objawienia i katharsis.

Przy najlepszej woli i braku uprzedzeń, bardzo trudno uwierzyć egzaltowanym strofom wierszy powstałych jak gdyby na zamówienie społeczne, mówiących o ujarzmionym niepokoju poety, dokładnie zaplanowanym i całkowicie kontrolowanym.
Prawdę mówiąc, czytając ten tomik, miałam wrażenie, że kontroluje mnie nie orwellowski Wielki Brat, że nie znajduję się w przestrzeni Matrixa, ale jestem w uścisku bardzo zasadniczej i jednoznacznej kontroli Wielkiego Jacka Dehnela, który sterroryzował świat, by narzucić mu swoje obrazowanie.
Dzieje się w tej poezji coś zupełnie odwrotnego, niż powinno się dziać w poetyckiej przestrzeni: to poeta-demiurg stwarza światy, zakrywając swoją wizją jakby istniejące, jakby potrzebował robić to nie dla poznania, ale właśnie dla totalitarnego reżimu, jakby tę całą naturalność poezji, która wyzwolona ze świata realnego, świata obłudy i zakłamania, została w twórczości Jacka Dehnela zagospodarowana ponownie, właśnie dla przyporządkowania jego potrzebom i przebywania na jego usługach. Ten nierozpoznawalny, być może, dla prostego czytelnika zabieg podmiany szlachetnego kruszcu poezji, który zabezpieczał ludzkość od zarania jego dziejów, który jest i w glinianych tablicach i hieroglifach, Jacek Dehnel podmienia na inteligentną symulację poetyckiej prawdy. Myli larkinowski sposób obrazowania, myli zabawę z formą, myli wielość i różnorodność wersyfikacji z ekwilibrystyką stylistyczną, a przesłanie moralne z rzekomą empatią do przedstawianych ofiar dzisiejszej cywilizacji. Kicz tej poezji jest trudno uchwytny, zakrywa ją pozór wtajemniczenia, który jeszcze trudniejszy jest do zweryfikowania, ponieważ łatwa dostępność internetowej wiedzy kamufluje też i prawdziwą niewiedzę. Jacek Dehnel nie wie, kim jest prawdziwy poeta, nie ma pojęcia, do czego służy prawdziwa poezja i jakie są powinności orędownika tej znaczonej przecież różnymi odnogami w czasie i osobach, spuściźnie. Anektuje tereny nie swoje, przyswaja ubiegłowieczne techniki w złej sprawie, jak barbarzyńca wydziera, wysnuwa z otaczającej nas rzeczywistości obrazy i przysposabia do służby nie poezji, a tyrańskiej metodzie jedynie własnej poetyckiej pracy.

I teraz warto by się przyjrzeć tej metodzie, o której, by nie pisać za dużo, wiele naczytałam się pod wierszami, które weszły do tego tomiku, a wcześniej zamieszczonych przez Jacka Dehnela na nieszuflada.pl w tasiemcowych komentarzach internautów.
Tomik to zbieranina utworów z kilku lat i trudno właściwie w tej jednorodności doszukać się przesłania, o którym reklamujące wydawnictwo książkę mówi: „Jacek Dehnel próbuje pokazać szanse i zagrożenia, jakie stają przed współczesnym człowiekiem uwikłanym w mass media.”
Można te wiersze podzielić dla ułatwienia analizy, na te, pisane pod bezpośrednim wpływem siedzenia przed telewizorem, internetowych filmikach YouTube czy innych mediach dostarczających mam wiedzy o świecie w sensie szerszym. I te z licznych podróży poety, spisywanych refleksji w hotelach, dworcach, pociągach czy z ulicznych przechadzek. Wszędzie towarzyszy poecie tzw. „oko Boga”, czyli perspektywa kosmiczna, co miejscami jest niezamierzenie bardzo śmieszne, bo zwyczajność Jacek Dehnel demonizuje, jakby odwrotnie do zamierzeń. Ponieważ nie jest osobą duchową i nie ma pojęcia, co oznacza duchowość, naturalnym dla niego zdają się przymiarki do obrazowania ze spotkań ze zwykłą rzeczywistością, traktując je, jako zjawiska nadprzyrodzone. Bo jeśli u Marii Konopnickiej, chłop Skrobek faktycznie widzi w taszczonej na jego wóz przez krasnoludki nie słomę, a sztabki złota, a zamiast rosy brylanty, to Jacek Dehnel, pozbawiony od urodzenia magiczności i baśniowości, widzi jedynie przysłowiową słomę. Analizowany niemiłosiernie długo na portalu nieszuflady wiersz „Pleśń (Warszawa Centralna)” pisany jest właśnie z pozycji pogardy paniczyka do grającej na dworcu ubogo ubranej kobiety i jakkolwiek poetycko ten obraz Jacek Dehnel uwzniośla i stara się powiedzieć czytelnikowi, że kocha tę grającą zarobkowo na instrumencie panią, to uzyskuje efekt zawsze odwrotny: uzyskuje prawdziwą, apoetycką pleśń i cuchnące, niesmaczne strofy.
Podobnie rzecz dzieje się w wierszu „Bażant”. Nic nie pomaga ptakowi, ani przyrównywanie go do szlachetnej plamki rdzy, do paciorka, do czegoś metafizycznego, do magicznego zjawiska. Im bardziej poeta stara się rzecz czytelnikowi zaczarować, tym bardziej ptak zwyczajnieje i staje się nie tyle nawet nieważny, co jakimś już martwym, gipsowym krasnalem ogrodowym.

Odłam wierszy zżymających się, bądź wychwalających sławne postacie z filmików YouTube niesie w sobie zamysł konfrontacji z tą technologiczną nowością kulturową, jednak nie wyczuwam tam ani troski, ani żalu, ani zachwytu, ani potrzeby pisania o tym wierszy. Nie wiem, co mówi nam ocena dzisiejszej interpretacji pieśni Szuberta poza pogardą i szyderstwem zawartym wobec nie tyle dziwaczności świata, ile nieprzypadkowej konfrontacji poety z niesmakiem.

Ale najszerszy komentarz należy się kończącemu tomik obszernemu utworowi „Ekran kontrolny”, zawierający mocny akcent protestu i wyjaśniający wprost, o co poecie Jackowi Dehnelowi właściwie chodzi.
Otóż poecie Dehnelowi chodzi o to, by nie zajmować żadnego stanowiska wobec dziejących się na jego oczach przemian. Zastępczo znów jest ta pogarda w kształtowaniu nazwisk, charakterystyczna dla wszystkich niemal utworów Jacka Dehnela – czy poezji, czy prozy – to zirytowane wydziwianie i niezamierzone podkreślanie ich gminnej proweniencji . Bo nawet, jeśli jest dziennikarz Damian Michał Dziądziel i nawet, jeśli Jacek Dehnel jest tutaj niewinny, jako używający tylko przeniesienia z rzeczywistości i cytujący, to ten wybór go wini, bo dziennikarzem tutaj nie jest Radziwiłł, a przecież mamy dziennikarzy i postacie medialne i o tym nazwisku. Pogarda, tak charakterystyczna dla wszystkiego, o czym mówi poeta, mieści się właśnie w tym dystansie i niewinności, na krytyce świata, który powstał przeciwko niemu, świata, gdzie nie da się Goethego śpiewać szlachetnie i nie da się zapobiec masakrom w odległych zakątkach kuli ziemskiej.
Przypomina to wszystko pogadanki misjonarzy z Radia Maryja, którzy słuchaczom mieszkającym w zacofanych polskich dziurach serwują opowiastki, jak to małym Indiankom w dżungli tłumaczą cierpliwie, acz bezskutecznie, co to jest AIDS i jak temu zapobiec, a słuchacze z czerwonymi od lubieżności uszami chłoną każde ich słowo.

Bo kicz, totalny, światowy i międzynarodowy kicz kulturowy nie polega na tym, że kultura wysoka schodzi na psy i że płaczemy przed wylanym mlekiem. Dzisiejszy artysta ma obowiązek odsłaniać niedostępne zwykłemu zjadaczowi chleba tajniki globalnego zniewolenia nie tyle konsumpcją, nie tyle zaprojektowanym od kołyski mu życiem, ile właśnie ochroną jego indywidualności, jego prawa do innego oglądu świata, niż pokazują mass media. I, jeśli wiersze w „Ekranie kontrolnym” o to wołają, to tu zostało zrobione akuratnie coś odwrotnego: „Ekran kontrolny” utrwala stereotypy, utrwala wszystko, co wiemy o dzisiejszym świecie, łącznie z tą nieprawdą, że nie mamy z tej pułapki wyjścia. A prawdziwa sztuka jest, była i będzie zawsze ratunkiem i zabezpieczeniem.
I jeśli konfesyjnie pada skarga podmiotu lirycznego w kolejnych zwrotkach utworu o jego rzekomej męce i cierpieniach za miliony, to przecież i tak Jacek Dehnel postąpi tak, jak zawsze, jak we wszystkich swoich utworach:

(…)Bierzesz pamięć jak otwartą kasztę
i wyjmujesz przyjemne wspomnienia; jak ptaszek
wydziobujesz z niej czcionki-ozdobniki. Słodkie,
z pamiętającym lepsze czasy zawijaskiem(…)”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 128 komentarzy

XXXVI AKTÓW (VI)

AKT VI

Treść się nie kończy: trwa jednakowo
to rozpoczęte, co wstało z nicości.
Wątek nieważny to ten, co przemija:
zostawia ślady domniemania. Nową
jakość ma twarz. Twarze gości
co się otarli, nie są realne: oni nie byli.
Rozkosz, to stan szczerości tylko
ulokowanej w pewnej, znośnej,
okoliczności. Ma się nijak.
Ratuj, ją ratuj swym skrzydłem motylim!

Starczą ci znaki opiekuńcze,
te nikłe w skutkach, nieistotne.
Nawet ich nie brał pod uwagę,
sam owad, robiąc rundy nocne,
muskając przestrzeń! – Kiedy dotknę
twej skóry, naturalnie spłoszy
warstwę naskórka przerażenie.
(Tak, jak wisielec, co się odciął
od sznura, śmierci robiąc zdradę
niekonsekwencją). Lecz ja proszę

ćmy, co na grzbiecie noszą czaszki,
by niemo krążąc nieświadomie,
koniec wieszczyły tym przestrzeniom,
którym pisana lekkość fraszki,
bo życie biegnie stałym zwojem,
początku, kresu i poznania,
a ciało moje, to namiastki
lotów ćmy z okna, przez pokoje,
przeciągom na wskroś, gankom, sieniom,
byś mógł spokojnie spać do rana.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Erlend Loe „Doppler” (2004)

„Dopplera” przeczytałam pod wpływem prozy poetyckiej „Cyklist” Przemysława Owczarka, któremu cytat z prozy Norwega patronuje. Natomiast Erlendowi Loe patronuje Robert Frost i fragment ze „Stopping By Woods On A Snowy Evening”, ściślej, kończąca wiersz zwrotka, jak to las kusi, ale wymaga, by pozostawić przed wejściem w niego siebie, a bohater wiersza jest niezdecydowany, zapowiada zupełnie coś innego, niż to, co znalazłam u Owczarka.
I tak, jak w utworze Przemysława Owczarka cytowana jest część, kiedy bohater książki jest cywilizowanym obywatelem miasta i jeździ na rowerze do pracy stając się automatycznie wrogiem kierowców samochodów, to w dalszej części powieści „Doppler” mamy nie tyle skutki jazdy na rowerze, co raczej całkowite zanegowanie potrzeby jeżdżenia czymkolwiek. Bohater 40 wierszy Owczarka jeździ rowerem wiosną, latem, jesienią i zimą. Podobnie rozdziały „Dopplera” podzielone są na kalendarzowe miesiące, ale tak naprawdę, to mamy u Norwega do dyspozycji permanentny północny śnieg i egzystencjalne zimno. I jeśli polski poeta Owczarek w prozie poetyckiej dwoi się i troi, by językiem młodzieżowym atrakcyjnie wypełnić  kartki papieru, Norweg Loe z całą lekkością i żartobliwością bezbronnie prezentuje swoją niewiedzę i bezradność wobec tego, co ma do dyspozycji na podobnym, co Przemysław Owczarek, życiowym finiszu.

„Doppler” to taka opowiastka mężczyzny zbliżającego się do czterdziestki, który wie, że jak nie odmieni swojego życia, to się nie uratuje i jak nie ucieknie od otaczających go trupów, to umrze jeszcze za życia.
Było już mnóstwo filmów i piosenek o pokusie wsiadania do pociągu byle jakiego i wszystko, co się na ten temat wypowiedziało, zawsze porywało publiczność do symulowania zmian w swoim życiu podczas odbioru utworu o tym traktującym. Ale tak naprawdę, to nikt nie zrezygnuje ani z nowoczesnego wychodka, ani z wanny z biczami szwedzkimi na własne życzenie. I można na różne sposoby uciekać na swój prywatny gigant, by nieodmiennie wracać do niekochanych żon i do odebranych nam przez kulturę masową dzieci. Ale bohater powieści o nazwisku Doppler jest inny i on nigdy nie wraca. Ma o wiele więcej atutów, by wróciwszy czuć się dobrze, ale Doppler nie wraca do żony, którą kocha. Doppler obdarzony jest przez naturę ogromnym organem płciowym, tak wielkim, że sławny był już w szkole ze swojego okazałego przyrodzenia, a jednak seksualność traktuje jak wszystko, jednakowo nieważnie i mimochodem, ponieważ jest zaprogramowany na sztuczność i musi tej sztuczności oddawać sprawiedliwość. Doppler nie sprzeciwi się – jak już po upewnieniu się, że nie lubi ludzi, zdecyduje się zamieszkać w lesie w namiocie – nielicznym wizytom żony, która nigdy nawet nie zdejmie płaszcza, a jednak ta jej przelotność zakończy się jej zapłodnieniem. Nie sprzeciwi się ani potrzebom trzyletniego synka, który reaguje na brak dobranocki drgawkami i trzeba mu ją natychmiast dostarczyć, jak choremu na cukrzycę zastrzyk z glukozy. Doppler nie dziwi się, że szesnastoletnia córka śpi pod kinem czekając na kolejne seanse filmu nakręconego na podstawie prozy Tolkiena przebrana za elfa. Doppler ani nie wyszydza, ani nie krytykuje, chociaż jego traktat o Teletubisiach powinien być jednak współczesną przestrogą. Bowiem Doppler jest, jak każdy produkt cywilizacji uwikłany w uzależnienia, nie potrafi zrezygnować ani z odtłuszczonego mleka, ani z czekolady Toblerone, ani też z wizji koegzystencji tych wszystkich elementów z surowością natury. Doppler nie wchodzi w dantejskie piekło porzuciwszy wszelką nadzieję, ani też nie jest beznadziejnie naiwny, by nie wiedział, że porzucić ją trzeba.
I ta powieść jest właśnie o tym: o komicznym zderzeniu dwóch światów, które nie powinny współistnieć, jednak na mocy literatury współistnieją. Wszelkie techniczne niemożliwości, jak rozpłatanie czaszki łosiowej klempie, usynowienie małego łosia na modłę bohaterów z „Księgi dżungli” Kiplinga to elementy nie tyle baśniowe, co umowność pewnych modeli przerabiających domniemania „co by było gdyby”.
Doppler jest więc literackim modelem, który wraz z pisarzem przerabiamy, gdybamy, co by było, gdyby jednak udało nam się odpuścić życie ambitne, projektowane dla nas od zawsze, najpierw przez ambitnych rodziców, potem już przez nas samych.
– Nie bądź nigdy ambitny – zostawia radę Doppler narodzonemu właśnie synowi, opuszczając go na zawsze, odchodząc symbolicznie w las, w jego dzikość i w brak powrotu. Bo las to też i nasza niekontrolowana, upominająca się o swoje prawa podświadomość i to próbujemy na zawsze w sobie zlikwidować. Ta niemożliwa dzisiaj cywilizacyjna potrzeba  wolności nie na darmo jest głównym motywem powieści pisarza z Oslo, który stara się na tle surowej natury i permanentnej depresji mieszkańców Norwegii, oddalonych, jak pisze autor, od europejskiego centrum i skazanych na kulturową beznadzieję, prześledzić wszystkie aberracje odludków, loserów i ludzi psychicznie chorych. I mówi o tym zwyczajnie, pospolicie, językiem obrazowym i oszczędnym, takim, w którym czytelnik odnajduje swoją bezradność i swoją niemożność sprostaniu nie tyle cywilizacyjnej pułapce w której się znalazł, ile raczej jego duma z dotychczasowych osiągnięć zawodowych i materialnych nagle ulega zawstydzeniu. Nie tym, że w Afryce głodują dzieci, a on zastanawia się nad kolejną zmianą kafelków w łazience, ile świadomością, że żyje nie swoim życiem. Motyw ojca, który u Dopplera krąży jak natrętna mucha też nie jest bez znaczenia. Książka rozpoczyna się śmiercią ojca, porażonego dziwactwem fotografowania do końca swojego życia klozetów, z których w swoim życiu korzystał. Doppler uświadamia sobie, jak bohaterowie Stanisława Różewicza, którzy nie znają rysopisów członków rodzin, z którymi mieszkają i widują się codziennie, że swojego ojca nie znał. Twórczość artystyczna Dopplera w lesie, polegająca na wyrzeźbieniu wizerunku ojca jako totemu z monstrualnym męskim członkiem jest nie tyle nawiązaniem do potrzeb ludów pierwotnych, ile bardziej pokrzywieniem się temu dziedzictwu. Można właściwie – rejestrując dzielne poczynania Dopplera zmierzające do zmian w swojej egzystencji – nazwać symulacją pewnych umownych znaków, które są z natury puste. A jednak Doppler jest paradoksalnie skuteczny. Potrafi zdemoralizować prawicowca, zarażając go swoją wolnościową determinacją i doprowadzić do kolejnej aberracji zachowań w obliczu takiego życiowego wyzwania. Potrafi skutecznie utrzymać się przy życiu i nawet zaprzyjaźnić się z okradanymi przez siebie ludźmi, ofiarować przyjaźń złodziejowi w swoim miejskim mieszkaniu. Wszystko staje się ponad to, co stanowi własność, ale komuna, jak powstaje w lesie złożona ze zwierząt i ludzi, toczy swe istnienie swobodnie, bez żadnego wcześniejszego zamysłu, sprawnie. Problem dobra i zła nie istnieje, literaturę opartą na Robinsonie Crusoe, czy „Władcy much” Goldinga można między bajki włożyć. Loe niepozornie proponuje cywilizację nie tyle miłości, nie tyle powrotu do natury, ile jakiejś wzajemnej przyzwoitości relacji międzyludzkich.
I ta ciepła, niezobowiązująca powieść jest baśnią i jest nierealna, jak każda baśń, która dzieje się w lesie, który jest zawsze prawdziwy.

Wracając do poezji prozą „Cyklist” Przemysława Owczarka i automatycznie porównując te dwa utwory pisarzy z jednego pokolenia, można zaryzykować stwierdzenie, że Polak Norweg to nie tyle dwa bratanki, co dwa, na dwóch krańcach cywilizacji „rozpostarte bogi”. Pierwszy, to bóg wjeżdżający do lasu, by napisawszy swój utwór natychmiast z niego wyprysnąć. Drugi w nim żyje, trwa i pisze z perspektywy jego mieszkańca.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 6 komentarzy

XXXVI AKTÓW (V)

AKT V
…drogą zdeptaną wejdziesz we mnie, pisząc wiersze.
W mój czas i w ciało, i w fantasmagorie,
aż się nierozerwalnie stopi jedność. Że,
nic w nas nie będzie pierwsze?
I że nic nie jest wtedy twoje?

Ścieżką na skróty, którą ludzie i zwierzęta
idą, nie patrząc na kwitnące głogi,
w szklanej kuli jest przestrzeń zamknięta,
płatki wirują wiatrem znikąd, tak i słowna pointa
obnaża odwróciwszy, nie ciało, a nogi

depczące startą trawę, bo po niej stąpania
w trupy zmieniają ślimaki w potłuczonych domach,
a wokół wiatr zamknięty dla naszego trwania
jak ochronny, zastygły bursztyn, by móc się z zadania
wywiązywać, związani w układach scalonych

i nic nam już do tego, że wokół niemrawo
rozpryskają pod butem życiodajne soki,
bo poziomki są wewnątrz, jak mikro karnawał
co był i balem nocnym, i nocną murawą
na której nadzy trwamy słysząc cudze kroki.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz