Kiedy u normalnego śmiertelnika zachłyśnięcie się dniem codziennym w czasach, w których żyje, może prowadzić do dezintegracji, rozbicia i socjologicznej alienacji z powodu natłoku impulsów zewnętrznych, których nie jest w stanie pojąć, ani przetworzyć, to ten nadmiar jest jeszcze bardziej niszczący, jeśli śmiertelnikiem jest na dodatek poeta.
Nieprzetrawienie ponowoczesności i wszystkich współczesnych sztuce –izmów u poety Szczepana Kopyta było już wiadome w debiutanckim tomiku „[yass]”, które to niespełnienia można było jeszcze scedować na karb młodości, młodzieżowego języka i wprowadzonych w wiersze opisów funkcjonowania grup wchodzących w życie dzieci. Ta świeżość języka jeszcze działa niespodziewanymi zestawieniami i umieszczanymi w materii poetyckiej oryginalnymi pomysłami na takie, a nie inne zauważenia powszedniości, dostępne tylko młodemu oku, nie zniszczonemu jeszcze i nie zdeprawowanemu długim życiem. I było to wszystko zwariowane i niekonsekwentne, ale jeszcze w granicach tzw. rozwoju, który mógł prowadzić – co zresztą zapowiadał – do buddyjskiego wejścia w siebie i mówienia już dojrzałym głosem poety u progu dwudziestego pierwszego wieku.
A teraz mamy już kolejny tomik Kopyta, „sale, sale, sale”, przybliżony wstępem przez Krzysztofa Siwczyka, asekurancko donoszącym, jakoby te wiersze nie mówiły o tym, o czym mówią.
W sieciowym wywiadzie z Romanem Honetem powtórzono to odżegnanie się od socjologicznego bełkotu tych wierszy. Niestety, oba teksty nie potrafią zanegować istoty poezji Szczepana Kopyta, brnącej coraz bardziej w alienację spowodowaną nie zewnętrznym życiem niemożliwym, czyli tym, na co narzekają wszyscy, którzy wiedzą, na co mają narzekać. Szczepan Kopyt autentycznie nie ma nic do powiedzenia swojego, osobistego, jest na wskroś właśnie bytem społecznym. Nastąpiła w tych wierszach jakaś dziwna kompilacja czytanych pobieżnie lektur polecanych przez Krytykę Polityczną, w dalszym ciągu młodzieńczym językiem pokolenia poety kompiluje pospiesznie absurdalną przestrzeń, ni to filozoficzną, ni to obyczajową, a w żadnym wypadku nie poetycką. Jeśli, jak mówi autor w rozmowie z Romanem Honetem, przerył wszystkie obowiązkowe lektury dotyczące krytyków postmodernizmu, z pewnością natrafił i na to, co o poetyckiej ekonomi wydatkowania poetyckiej różnicy napisał Jean Baudrillard. Według strukturalistów francuskich nic się właściwie w poezji od jej zarania nie zmieniło i najnowsze odkrycia funkcjonowania języka nie zmieniły tego, co prawdziwy poeta wychwytywał intuicyjnie. To, że za pomocą języka poetyckiego następują reakcje „chemiczne”, że emocja zawarta w wierszu powoduje pochłonięcie i zniszczenie świata, który w wierszu zaistniał wprowadzony tam przez poetę, obowiązywało zawsze i to, że arcydzieła poetyckie przetrwały, zawdzięczamy właśnie tej artystycznej intuicji, a nie naukowym dokonaniom. Natomiast poeta Szczepan Kopyt pisze poezję z jakiegoś zewnętrznego nakazu nowoczesnego pisania. Mamy więc tutaj jakby obustronny atak dzisiejszego świata z całą jego szkodliwością. Mamy obrazy przytaczane przez podmiot liryczny – nieciekawych miast, np. witryn sklepowych z zafoliowanym papieżem – oraz wszelkie zapytywania i narzekania podobne do utyskiwań starej babci na to, co to się na tym świecie wyrabia – a z drugiej strony jakiś obcy zupełnie ogląd z perspektywy ani boskiej, ani statystyk czy mediów, taki jakiś globalistyczny bunt dla buntu, ale buntu letniego i nie bardzo wiadomo, przeciwko czemu. Gdyby poeta ten cały arsenał środków, którymi bombarduje co i rusz czytelnika ukierunkował na kompletny absurd i kociokwik, po którym nie mielibyśmy co na tym świecie szukać, bo byłby do życia niemożliwy, to może byłaby to wtedy poetycka antycypacja. Ale dostajemy jedynie katalog buchalteryjny tego, co się poecie nie podoba. Nie wiem w jakim celu, bo przecież nie po to poeta pisze te wiersze, by nimi świat przemieniać.
Najpiękniejszy, rytmiczny wiersz w tym zestawie, to według mnie „wierszyk dla relatywistów” z powtarzającym się refrenem o tym, że zawsze jest coś, co jest „komuś na rękę”, zależnie jak na problem popatrzymy. Ale mimo zawartego w wierszu dowcipu i pointy, niewiele tam samej poezji, ponieważ taka wyliczanka może być jedynie materią dla poetyckiego języka, a jeszcze nie samym językiem. I według rady nie rób drugiemu, co tobie niemiłe, w dalszej części utworu poeta właśnie tej harmonii międzyludzkiej przeczy, robi to, co jest jemu tylko na rękę, natomiast dla czytelnika pozostaje jedynie rola podziwiacza popisom nuworysza w tej, przecież zupełnie nie artystycznej, wczoraj dopiero przyswojonej wiedzy.
Wiersze te ani nie dają świadectwa uczucia nieprzystosowania, jak sugeruje Krzysztof Siwczyk w krótkim wstępie do „sale, sale, sale”, ani też nie gloryfikują czasów, w których przyszło poecie żyć, ani i tego, że potrafi je językiem filozofów zdefiniować. Nie jest też desperackim buntem na kształt grafficiarzy, którzy pokrywają mury swojego więzienia, ani hiphopowym skandowaniem wszystkich bolączek. Wiersze Szczepana Kopyta są symulacją tego, o czym mówią. I, jeśli udają się symulacje w innych dziedzinach życia społecznego, polegające na nabraniu i nabiciu w butelkę grup społecznych z których czerpie się zyski, to w dziedzinie sztuki podobny zabieg trwa tyle samo, ile właśnie ten akt oszustwa trwa w dziele.
Odcięcie się od poetyckiego przeżywania czyli ekspiacji na rzecz spalenia się w ekstazie poetyckiej nie jest ani znakiem naszych czasów, ani śmiercią poezji. Jest jednostkowym wyborem dzisiejszego poety, w tym wypadku Szczepana Kopyta, który wybiera pozór, a nie autentyczną poetycką pracę, bo najprawdopodobniej nie wie, że taki wybór istnieje.
Wiersze w tomiku „sale, sale, sale” o charakterze zaangażowanym, czyli wprowadzeniem podmiotu lirycznego pomstującego na ludzkość proroka, zawierają chyba wszystko, co może się młodemu poecie w dzisiejszym świecie nie podobać. Nie podoba się przemiana materii kartofla przechodzącego przez wszystkie odcinki jelita ludzkiego, by jako nawóz móc znowu funkcjonować w pierwotnej metamorfozie kartofla; nie podobają się złe wiadomości z mediów donoszące o wojnach i głodzie; nie podobają się „hipertroficzne penisy i cycki”; nie podoba się i to, że małe rączki dziecięce w dalszym ciągu (pewnie w Chinach) produkują niewolniczo dobra dzisiejszej cywilizacji. Bardzo to wszystko szlachetne ze strony podmiotu lirycznego, że tak miota się w tym złym świecie piętnując go niemiłosiernie, grzmiąc ze swej poetyckiej wysokości diagnostyka i wyroczni moralnej. Nic jednak z tego nie zostaje. Alienacja wierszy dokonuje się samoistnie, nie obchodzą one czytelnika, wymykają się jego percepcji, trzeba kilkakrotnie w nie wnikać, by zrozumieć ich przesłanie, a jak już pojmiemy, o co w nich chodzi, stają się na powrót nieme, obce i nieczułe.
Przewrotnie, jak każde zło, powodują dodatkowe oswojenie z tym, co poeta poddaje krytyce, jakby sam był za to wszystko odpowiedzialny i z tym ogarniającym nas wszechsystemem paktował.