XXXVI AKTÓW (IV)

AKT IV
Widzisz, ach, widzisz całe zmarnowanie?
Jak lunatycy błąkamy się w sobie,
aż nas obudzi cisza oddalenia,
skąd nie dochodzi nic. Brak sumienia
to jeszcze nie powód, by się w zakamarkach
usprawiedliwień nie szwendać jałowo,
choć żadne słowo nic już nie oznacza,
wołacz to przypadek, nie ma w sobie drgań,

i kiedy mamy nagość permanentną
nie maskowaną miną, nawet skórką gęsią,
zimno przenika przez sień i przez ganek,
przeciągi z ciała wyszarpią ciepłotę,
temperatura tropików na potem,
na później, na czasy marne, gdy w spokoju
niczego więcej już się nie dostanie. A łuk połączenia
na świat rozpostarty, który kochankom łączy ziemskie kraje
gdziekolwiek są i w nędzy świata wciąż za nimi idzie,
duch niepokorny, sobiepan jak władca,
któremu oddana najdroższa wibracja,
nigdy się nie pojawił, nigdy wejść nie ćwiczył,
bo lunatycy są zawsze przedarci pomiędzy.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Przemysław Owczarek „Cyklist” (proza poetycka)2009

Nigdy chyba w historii świata literatury nie było, jak dzisiaj, tylu pisarzy pozbawionych talentu literackiego, którzy mimo tego braku, uprawiają z powodzeniem swój zawód i nagradzani są prestiżowymi nagrodami.
Czytając sprzed pół wieku „Dziennik” Anny Kowalskiej pieczołowicie wymieniający wszystkie pokusy mające na celu zwabić pisarzy do powrotu z emigracji do zmienionej już ustrojowo Polski, nie można się nie zdumieć analogicznymi do czasów dzisiejszych mechanizmami, które odradzają się bujnie dzisiaj, kiedy nic, a nic politycznie nie jest konieczne, nic nie zagraża z zewnątrz, niczego się nie musi.

Kiedy czytam na Wikipedii, kim jest poeta Przemysław Owczarek, przedstawiciel pokolenia roczników siedemdziesiąt, dzisiejszy kandydat do Nagrody Literackiej Gdynia 2010, który wydał jeden tomik, nagrodzony w 2006 Nagrodą Berezina i teraz następny natychmiast pretenduje do ważnego, prestiżowego i finansowego namaszczenia, nie mogę, po szczegółowym zapoznaniu się z tymi utworami, nie zdumiewać się tym polskim fenomenem selekcji negatywnej.

O „Rdzy” pisałam już rok temu na blogu Marka Trojanowskiego omawiając poetyckie wynurzenia Przemysława Owczarka z dzieciństwa, chłopca wyrosłego na wsi polskiej, opisującego w socpoetycki sposób najbliższe otoczenie dziecka.
Nigdy poezja nie była tak mało metafizyczna, pisana tak drętwo i tak pospolicie, jak tam. Rejestracja obrazów, które przeciętny zjadacz chleba przyswaja w ciągu swojego życia i nie wpada na pomysł ich zapisania i otrzymania za nie kilkudziesięciu tysięcy, zdaje się być, czytając „Rdzę” jedynie jego bezdenną głupotą. Dlatego nie mam pojęcia, dlaczego na poetyckich portalach sieciowych, na portalu nieszulfada, na portalu rynsztok czy na portalu Truml oddający z równym Przemysławowi Owczarkowi talentem swe pisemne poetyckie spostrzeżenia latami, cierpliwie i z mozołem, nie otrzymują tych, co on, nagród i druku w tej mnogości pism, o jakich Wikipedia przy Przemysławie Owczarku wymienia. Natomiast właśnie dostaje je, nic od nich lepszy, Owczarek!

Przyjrzyjmy się prozie poetyckiej Przemysława Owczarka bogato zilustrowanej przez multimedialną artystkę Agnieszkę Kowalską-Owczarek. Nie wiem, na ile zbieżność nazwisk mówi tutaj o pokrewieństwie, natomiast pokrewieństwo duchowe tych rycin-kolaży jest faktycznie duże: i ilustracje do tej poezji prozą i same utwory Przemysława Owczarka mają wspólnotę bezosobowości i brak zainteresowania tym, o czym próbują powiedzieć. Przemysław Owczarek jeździ swoim pojazdem po obrzeżach łódzkiego osiedla i przemawia do czytelnika takim właśnie kolażowym schematem wyciętych mechanicznie motywów.

Czytelnik zazwyczaj przystępując do zaznajomienia się z utworem – jako taki sam jak autor byt ludzki – szuka własnych odczuć w utworze i sprawdza, czy są one podobne, a jak napotyka coś, co mu umknęło w oglądzie świata i zostało przyszpilone celnie przez poetę, wpada w zachwyt.

„(…)Wjeżdżam w przecinkę ukrytą w sosnowym zagajniku, niedaleko wiaduktu
kolejowego nad Nerem. Granatowy ford tarasuje drogę. Hamuję.
Na przedniej szybie widzę dwie stopy, podeszwy, które od środka przyssały
się jak małże. Gdzieś we wnętrzu znikły uda, ale dostrzegam biel
drgającego między nimi tyłka. Pieprzą się w tych lasach, gdzie popadnie.
Szefowie z sekretarkami, policjanci z małolatami, żony z akwizytorami, jakieś
podejrzane parki z pryszczami na twarzy. (…)”

Pół wieku chodzę po lasach i łąkach wsi, po obrzeżach różnych miast i jeszcze nie natrafiłam na żadną kopulację, ani ludzką, ani zwierzęcą. Być może jest to mój jednostkowy pech, i jestem sobie sama winna, że poetyckie obrazy Przemysława Owczarka we mnie nie rezonują. Jednak mimo wszystko, ten obraz zawsze będzie rodem z magla, z pospolitego świntuszenia sąsiadek, które narzekają na dzisiejszą obyczajowość bez wdzięku frywolności czy wiosennej witalności. Majowa wycieczka rowerowa podmiotu lirycznego jest w dalszej części podobnie ciekawa, jak przytoczony przykład i podobnie nieprawdopodobna w swoim poetyckim prawdopodobieństwie. Dzięki Bogu Owczarek nie wprowadza wprawdzie realizmu magicznego i wszystkie napataczające się rowerzyście postacie – ksiądz, stara kobieta, malarz Wojtuś, Żydówki, Cyganki, postacie z jego przeszłości, z jego dzieciństwa, postacie z historii, literatury, z książek, Stalin, Janion, Popiełuszko…, ze snów – to wszystko jest jedynie zapchajdziurą wewnętrznej pustki autora. Mentalny kociokwik, strumień świadomości, wszystko jest poukładane i nawet zrytmizowane, tylko nie wiadomo, do czego prowadzi, postmodernistycznie może oznaczać wszystko i nic.

„Tłusty komin elektrowni wzwodzi miasto” napisze freudowsko poeta w czasie, jak jego bohater przejeżdża rowerem, gdy na horyzoncie stoi komin. Przypomina to wszystko słynną scenę filmową z „Polowania na muchy” Andrzeja Wajdy, gdzie ojciec rodziny spędzający cały poza biurowy czas przed telewizorem, absorbował domowników swoim odkryciami:
– o, o krokodyl! – krzyczał, zachwycony, gdy w przyrodniczym filmie na ekranie pokazano krokodyla. Podobnie jest z poetycką jazdą rowerzysty w tomiku Przemysława Owczarka „Cyklist”:
– oo, prezerwatywa! – zdaje się krzyczeć podmiot liryczny spotykając w lesie leżącą prezerwatywę; o, o, wysypisko śmieci! – zawoła, przejeżdżając obok typowej dla naszego lasu dzikiej hałdy; o,o, zbiornik wodny – powie cyklista podjeżdżając pod kanał; O, o, tu padło moje nasienie, wyrósł podbiał! – roztkliwi się melancholijnie.

Poeta Owczarek popełnia największy błąd, jaki może popełnić artysta: mówi o rzeczach, które obchodzą tylko jego, które są jemu tylko miłe i wiadome. Tak, jak zazwyczaj, nie opowiadamy nikomu o swoich chorobach, jeśli nie zamierzamy pozyskać porady, co do analogicznego przypadku u kogoś innego i związanego z tym sposobu leczenia, tak poeta nie powinien dzielić się czymś, z czym czytelnik nie ma co zrobić. Jak ma to zagospodarować?

Jest tam jeden utwór rymowany, jakby kulminacyjny hymn przy końcu utworu, mający na celu wzmocnić zasadność oglądu świata, który, na modłę wiersza Marii Konopnickiej „Jadą dzieci drogą” stara się pokazać, jaki jest świat z perspektywy jadącego:

„(…)tak jak czuję manewruję
świat się kręci i mnie nęci
raz się trybi a raz psuje
maszyneria dobrych chęci(…)

Być może, że i chęci dobre były i nawet mają ją internauci portali „poezja polska” i „Biała fabryka”, pisząc entuzjastycznie o koronkowej robocie formalnej tych 40 obrazków poetyckich zamkniętych w czterech porach roku, gdzie rzekoma perfekcja słowna wtóruje poetyckiemu przesłaniu. Mają je portale cyklistów, którzy widzą w tym tomiku szansę, że może ktoś upomni się o ich prawa na szosie i nie będą już pastwą polowań kierowców samochodów. Ma dobre chęci Karol Maliszewski, pisząc kolejny, entuzjastyczny kicz krytyczny na temat tej książki. Ale to nic a nic nie pomaga drętwej narracji poetyckiej, pozbawionej gracji wycieczce na poetyckim rowerze, z którego wyszło wszelkie powietrze, a koło zębate nie „trybi”. Wycieczki młodego człowieka, który niczego nie widzi, niczego nie odczuwa i nic o świecie nie wie, wiedzieć nie chce, bo nic go on nie obchodzi.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , | 37 komentarzy

Michał Olszewski „Low-tech”(2009)

Ostatnia książka Michała Olszewskiego nie kontynuuje, pamiętanych z jego debiutu – oprócz kilku bardzo ładnych fragmentów zauważonych przez Jacka Dukaja w recenzji dla „Tygodnika Powszechnego”- ambicji artystycznych. Jest jakby cała już wchłonięta w jakiś autorowi właściwy ton mentorsko- diagnostyczny. Jest już cała pożarta przez socjologię, łopatologię i stawianie pryncypialnych pytań. Szkoda wielka, bo opowiadania „Do Amsterdamu”, dzięki trafnie kreślonym postaciom i celnym zauważeniom właściwych szczegółów otaczającej rzeczywistości, zawierały zalążki artyzmu. „Low-Tech, mimo tytułowej minimalizacji techniki, jest ich już pozbawiona.

Czytałam tę powieść równocześnie z blogiem Michała Olszewskiego o tym samym tytule założonym na portalu sieciowego wydania „Tygodnika Powszechnego” i być może celebra oficjalna tego bloga go niszczy i ogranicza. Czytałam go, zastanawiając się, na ile ta tematyka i przejęcie się losami świata jest bliska autentycznym zainteresowaniom Michała Olszewskiego. Na ile bardziej niż zwyczajny zjadacz chleba w Polsce cierpi na wieści z Afryki, tym, że tam dzieci giną bez wody, a koszt murawy na nadchodzący Mundial i zużyte do jej wyhodowania woda Olszewskiego boli. Nie przekonał mnie żar blogowy i po jego lekturze zastanawiałam się, czy ta uprawiana działka dziennikarska, ten wybór z wszystkich nieszczęść dzisiejszej cywilizacji, nie był dla „Tygodnika” jakimś wakatem i czy redaktorowi Olszewskiemu go po prostu buchalteryjnie jej nie przydzielono na jakiejś naradzie redakcyjnej. O niewiarygodności cierpienia za miliony – a niestety tym by musiał być stosunek Olszewskiego do problemu – świadczy właśnie najnowsza powieść Olszewskiego.

Ja już nie chcę kwestionować przekłamań ornitologicznych autora, o których swego czasu na swoim blogu pisał Maciej Kaczka. Michał Olszewski najprawdopodobniej pisał swoją książkę nie wychodząc z domu i żadnych ptaków nie oglądał, nie był też na żadnych blokadach, na przykuwaniu się łańcuchami do drzew eko-dziwaków i eko-rewolucjonistów. Ponieważ opis zdarzeń w literaturze to jeszcze nie wszystko. Panorama roztoczona na stronach książki pokazująca różnorodne aktywności obrońców Planety Ziemia pod kątem ekologii jest szeroka i różnorodna – od biednych społeczników mrówczo gromadzących fundusze na akcje propagandowe w szkołach i bibliotekach, po bardziej zorganizowane rewolucyjne walki byłego decydenta politycznego M-skiego – nie satysfakcjonuje.
Nie satysfakcjonuje, bo nawet jak główny bohater, trzydziestoletni Cfiszen wykona kilka, jak sam określił, ruchów frykcyjnych z panią ornitolog Kanią, nie wpompuje tym w te postacie literackiej krwi. Powieść jest niewielkich rozmiarów, a jednak narracja prowadzona jest dużymi haustami, bardzo pojemnymi, przeładowana szczegółami i opisami różnorakiej maści eko-bohaterów i czytelnik ma w dalszym ciągu  niedosyt i pyta, o co chodzi?

Bo przecież nie o idealizm, ani też o cynizm, autor pisząc tę powieść głośno zastanawia się ustami głównego bohatera, czy iść na całość w proteście przeciw dewastacji Planety, czy niech zrobią to inni. Asekuracja, przeniesiona najprawdopodobniej z chwiejności postawy blogowej samego autora, jest odczuwalna właśnie na planie artystycznym, a nie ideologicznym. To wahanie szkodzi powieści, szkodzi jej energii, która w połowie zaczyna już nudzić i kręcić się wokół własnego ogona.
Tak po prawdzie, to nie wiadomo, jak ma postąpić młody człowiek, któremu młodość nakazuje młodzieńczy bunt i poszukiwanie materii do tego buntu. Z drugiej strony są to zagadnienia etyki, a więc i wymóg bardzo radykalnych zmian w sposobie własnego życia. Dlatego być może dla większego zdefiniowania problemu, Olszewski powołuje do powieściowego życia M-skiego, zrzucając na jego barki ekologiczną ascezę.
M- ski to postać, która mogłaby obsłużyć każdą działalność buntowniczą i rewolucyjną, taki właściwie dziadek Dobra rada z filmu Stanisława Bareji, ale bez jego dowcipu i ironii. Prototypem mógłby być też np. Kazimierz Świtoń sadzący krzyże w obozie w Oświęcimiu, mógłby być nim działacz partii katolickiej pilnujący, by statek antyaborcyjny nie wpłynął do Polski, mógłby być każdy, kto protestuje wtedy, gdy protestować wolno.

W czasie tegorocznej powodzi przeczytałam wszystkie komentarze Internautów obwiniających organizacje ekologiczne za to, że wody zalały obóz koncentracyjny w Oświęcimiu niszcząc go bezpowrotnie, ponieważ burmistrz Oświęcimia uległ protestom ekologów i nie zabezpieczył odpowiednio koryta rzeki. Było tam o dużych nadużyciach organizacji ekologicznych, które wykorzystują sprzeciw dla tak samo pragmatycznych i niecnych celów, jak ci, którzy z nimi walczą. Jednak z wielkim żalem przeczytałam, że książka nie jest o tym.
Książka Olszewskiego w sumie ani nie gloryfikuje, ani nie ośmiesza ortodoksyjnych działaczy traktujących swoje wichrzycielskie zacięcie raczej jako zapełnienie egzystencjalnej pustki, a nie, jako wewnętrzny imperatyw.

Wracając do bloga Michała Olszewskiego i szukając w nim bardziej radykalnych poglądów niż u Cfiszena i bardziej stonowanych, niż u M-skiego, zastanawiałam się nad materią blogowych rozważań samego blogera np. nad tym, czy zwierzęta mają duszę. W grudniu w wigilię Bożego Narodzenia Olszewski widzi z okien pociągu myśliwego idącego zabijać i zżyma się, że nawet w takim dniu myśliwy poluje. Dodaje jednak, że nie ma nic przeciwko myśliwym, bo może lepiej zabijać w czasie, gdy zwierzęta są na wolności i mają jeszcze tę losową swobodę, podczas gdy hodowlane już takiej przyjemności nie mają. Bardzo to dobrotliwe w odczuciu Michała Olszewskiego. To tak, jakby rozgrzeszać Niemców, którzy rozstrzeliwali pod murami ludzi z łapanek, bo w końcu nie zabijali ich w komorach gazowych i mogli sobie ci pierwsi trochę pobiegać.
I może lepiej nie pisać takich książek, nie prowadzić takich blogów, może dopuścić do głosu tej miary myślicieli, co Peter Singer i po prostu naukowców, a nie ekologów, którzy żadnego wykształcenia mieć nie muszą, by działać. Pamiętam film, w którym Matka Teresa nie przyjęła pralek i odkurzaczy do swojego zgromadzenia darowanych jej przez sponsorów. Uważała, że niewolnicza praca sióstr zakonnych, młodych dziewcząt na całym świecie w jej wszystkich ośrodkach pomocy biednym i umierającym jest wystarczającym i zgodnym z sumieniem rozwiązaniem.
Nie wiem, na ile książka Michała Olszewskiego szerzy ideę rezygnacji ze zdobyczy technicznych cywilizacji, która nareszcie osiągnęła taki poziom, że maszyny wyręczają ludzi i zwierzęta w ich pozarajskim znoju. Nie szerzy wprawdzie ewidentnie, bo na blogu Michał Olszewski jawi się, jako kibic piłki nożnej, a przecież takiej sportowej fanaberii wyrzec się o wiele łatwiej, niż automatycznej pralki do prania. Zastanawia jednak ten obrazek, pisany przecież z dużym zaangażowaniem i, powiedziałabym, zachwytem:

„(…)Mieszkanie M-skiego było jak cela. Kiedy po raz pierwszy zachrobotał kluczem w drewnianych drzwiach w obecności Cfiszena i powiedział: „no, to jesteśmy”, jakby wrócił z dalekiej podróży, Cfiszen miał ochotę się cofnąć. Mimo że grudniowa słoneczna sobota trzymała się jeszcze całkiem dobrze, w mieszkaniu panował półmrok. Wchodzili jak do zimnej jaskini, wykonując błyskawiczny odwrót w daleką przeszłość.
Kredens kuchenny pamiętał co najmniej dzieciństwo M-skiego, obłożone grubą warstwą kuchennych wyziewów ściany błagały o choćby symboliczną warstwę farby, z pootwieranych szeroko szafek wiało dobrze zadomowioną pustką, jeżeli nie liczyć kilku słoików miodu i wiechci ziół. Na gwoździu wisiała czosnkowa liana.
Był jeszcze jeden pokój, z antresolą, materacem rzuconym na podłogę, starym magnetofonem; na podłodze spoczywał wyleniały chodnik. Zamiast krzeseł stały skrzynki po napojach odwrócone do góry nogami; stolik ze zwiniętego gdzieś w pijackim widzie betonowego gazonu M-ski przykrył znakiem drogowym; na nim popielniczka przysposobiona z przerżniętej na pół puszki po piwie. Na ścianie wypłowiały plakat gwiazdy futbolowej, prezent od Polepszacza. Zżółkła firanka, piec na węgiel; na ścianie nad materacem kolejny napis grubym flamastrem: „Cito, bene cito ac valde breviter”.
Gdyby łazienkę zalać po sufit żywicą, nadałaby się do muzeum osobliwości. W żeliwnej wannie zazwyczaj stała bura od mydlin woda, na której pływała emaliowana micha. Przy ubikacji, zamiast papieru toaletowego, plik pociętych gazet. Pod lustrem, poznaczonym plamami starości, porcelanowy kubek, pożyczony pewnie ze stołówki studenckiej. W kubku szczoteczka, tania pasta do zębów i brzytwa.

Różowa lamperia, niczym z hotelu robotniczego. Obok wanny prymitywna pralka.
Zamiast jednorazowej maszynki używam brzytwy, piorę też rzadziej, niż należy. Często śmierdzi ode mnie potem, bo półka na dezodoranty i perfumy świeci pustką. Jestem mało elegancki i mam plan iść dalej* w tym kierunku. Już dawno zatraciliśmy umiar w biciu pokłonów przed Jego Wysokością Ciałem. A to bardzo kosztowne zajęcie.
Nie ma we mnie lenistwa ani wstrętu do higieny. To po prostu świadomy, konsekwentnie prowadzony projekt wyzbywania się materii. Zaszedłem już daleko. A zamierzam iść jeszcze dalej. Nawet do bólu. Zamiast budować kolejne elektrownie, chcę wyłączać stopniowo te, które już istnieją.
Wody z wanny używam do spłukiwania kibla. Trzeba wziąć miskę, nabrać nią mydlin i wlać z impetem w muszlę. Kąpię się co trzy dni. W zupełności wystarczy, latem jeszcze rzadziej, bo jeżdżę nad zalew. Jak pół wieku temu na najbiedniejszych stancjach. A przecież lada chwila wystartujemy na Marsa.
Zimą wyłączam lodówkę i robię sobie spiżarkę w koszyku za oknem. Mam dwa garnki, trzy talerze, cygańską patelnię po matce, cynowy kubek i dwa komplety sztućców. Nawet spalonych zapałek nie wyrzucam — przydają się, jak zapalam drugi palnik. Do tego trochę ubrań, wypłowiałych i starych. Po czterdziestu latach życia mam tyle ciuchów, że zmieszczą się w plecaku. Nie gromadzę. Do tego pralka jeszcze z rodzinnego domu.
Ja nie posiadam. Nie mam torby kosmetyków, peelingów, dezodorantów, żelu, pianki, serum, sorbetu i wzmacniacza efektu, pasty do zębów w kolorowym pudełku, nie mam pilota, telewizora, kontaktuję się ze światem dzięki radiu, ale wyrzuciłem z niego diody. Moje ubrania są wypłowiałe. Te same buty od pięciu sezonów. Nauczyłem się cerować, więc wyrzucam ciuch, kiedy naprawdę zmienia się w strzęp. Wtedy wędruje do łazienki i tam spokojnie rozpada się na mniejsze kawałki, jako szmata do podłogi.
Brak odkurzacza jest działaniem celowym, zamiast niego mam zmiotkę i trzepak. Celowo tracę siły na to, co innym przychodzi bez trudu. Swojego losu nie uzależniam od gniazdka elektrycznego. To jest gospodarka biedaszybów. Biorę do siebie rzecz i nie pozwalam jej odejść, dopóki nie zacznie prześwitywać albo nie rozpadnie się w moich rękach. Wtedy pomyślę, co dalej, czy jeszcze przyda się w nowej roli, czy to już naprawdę koniec.
Nie boję się starości sprzętów, tego, że garnki obrastają brązową spalenizną, a czarna niegdyś bluza szarzeje. Nie mam nic przeciwko cerom, nitom, starości, remontom i renowacjom. Wierzę w takie działanie. Świat, w którym remont starej części jest znacznie droższy niż kupno nowej całości, jest światem chorym, postawionym na głowie.
Czasem wierci tu w nosie ocet. Czasem śmierdzi ode mnie czosnkiem, co w tym inteligentnym mieście jest grzechem niewybaczalnym. To moje leki na temperaturę i przeziębienie. Do tego miód, malina, spirytus albo kwiat lipowy. Innych nie uznaję. Niewielki ze mnie pożytek dla świata. Prawie nie wydaję i prawie nie zarabiam, jestem coraz bliżej wyjścia z zaklętego kręgu ludzkich obowiązków.
Ważę coraz mniej, chociaż ciągle zbyt dużo.
A im mniej ważę, tym więcej jestem wart.
Pod ścianami piętrzyły się nierówne wieże z książek. Zapełniały antresolę, półki, wyglądały z szafy i z szuflad kuchennego kredensu, te skazane na banicję wyskakiwały nawet w łazience. Mieszkanie było dopełnieniem antykwariatu, lądowały w nim egzemplarze szczególnie cenne, których M-ski nie potrafił się pozbyć. Wspomnienia z podróży po dziewiętnastowiecznym Kaukazie, jakieś przedwojenne białe kruki, a także książki nie chciane, z innej epoki, nieudane egzemplarze, atrakcje dla kolekcjonerów. Wystarczyło sięgnąć z zamkniętymi oczami i już wpadało w ręce jakieś Zycie i dzieło albo melancholijna proza autobiograficzna.
Również przy materacu M-skiego warowała zawsze kupka książek. Właściciel celi zasypiał w staroświeckim i wytłuszczonym rękami wielu czytelników towarzystwie Bakunina, Hercena, dekabrystów i Enzensbergera. Cfiszen czasem zastanawiał się, jakie sny przychodzą w tym przenikniętym antykwaryczną wonią starego papieru i kurzu pomieszczeniu, zimą tak niedogrzanym i wilgotnym, że para leciała z ust.
Mieszał się ten zapach z wonią łazienki; rządziła w niej higiena złożona z szarego mydła i odrobiny wody, identyczna jak w domu dziadków Cfiszena — robotniczej pary, która mimo że wyniosła się ze wsi, nigdy do końca wiejskich zwyczajów nie porzuciła; z wonią ubogiej, chudej kuchni. Tak pachniała dawna oszczędność.
Jeżeli któregoś dnia zobaczycie mnie grzebiącego w śmietniku albo pojemnikach na recykling, tych samych, do których wrzucacie pieczołowicie posegregowane śmieci — nie bądźcie zdziwieni.(…)”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 7 komentarzy

XXXVI AKTÓW (III)

AKT III

Wiatr bezruch starł i płatki z drzew postrącał,
bogaczom wwiał pogodę biedną,
uwolnił pąk, jak dzień z miesiąca,
by w nim mógł kryć się łabędź z Ledą,
by się plątały z puchem białe płatki
niemo, bo to jest domniemanie raczej,
tak, jak zamknięte w niewidzialne klatki
niebezpieczeństwo słownych znaczeń,
a oni co? Gatunek pomieszany
i dalszy ciąg, to delikatność złudna,
śmierć trwa
i wskrzesi ją niemota krtani
w której zamknięto wszystkie świata cuda,
by już nie dało się nic nigdy udać,
oprócz lodowej łabędzia przystani.
(c.d.n.)

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Michał Olszewski „Do Amsterdamu” (2003)

Miałam już dawno napisać o tej książce, ale skoro autor właśnie wydaje kolejne utwory, warto teraz przypomnieć te debiutanckie opowiadania, słusznie nagrodzone wtedy, gdy w Polsce szalał postmodernizm i literackie tzw. roczniki siedemdziesiąt, oprócz słynnej „Heroiny” Tomasza Piątka, błąkały się w literackim relatywizmie i absurdalnej fantazji.

W debiucie Olszewskiego liczy się przede wszystkim świeżość, wielki wysiłek dosłownego odmalowania lat przełomu, brzydoty polskich miast, ich dewastacji zarówno w materii jak i w stanie ducha obywateli. To zniszczenie, które na wszystkich frontach ziało beznadzieją, dezorientowało i wprowadzało nie w zastanawiającą melancholię, ale w depresję paraliżującą, a wizja „Amsterdamu”, tego mitycznego eldorado była już w zasięgu ręki, jednak nieosiągalna na mocy metafizycznych blokad psychicznych rówieśników autora.
Olszewski stara się na swoją miarę rozwikłać problem inercji, autodestrukcji i zmarnowania potencjału jego pokolenia, o którym jakiś recenzent napisał, że wpadło w jeszcze gorsze uzależnienie niż pokolenie bruLionowców, które piło tylko alkohol.

Nie sposób nie odczytywać „Do Amstredamu” kluczami artystycznymi, a nie reporterskimi, czy dziennikarskimi. Wiele poetyckich i pięknych fragmentów tej zrównoważonej i po czechowowsku stonowanej, monochromatycznej prozy, ma wiele odniesień do kultury światowej, wiele powiązań i zawiera wiele pięknych metafor.
Pierwsze opowiadanie(„Sprawa rodzinna”), według mnie – niefortunnie jednoznaczne – odwołuje się do mitu sofoklesowskiej Antygony, gdzie wnuczek, mimo, że miał babcię upiorną, babcię, która po części wskutek swojego zagwazdrania zniszczyła mu dzieciństwo, jako jeden w rodzinie chce pogrzebać ją tak, jak nakazują wyroki boskie. Niefortunne, bo ta wnuczkowa nieformalność, na którą się porywa, jest chyba wbrew zamierzeniom autora jakimś jednak pokrzywieniem się, a nie ironią. Michał Olszewski tu się bardzo jednoznacznie opowiada za Polską, za jej mitem, za pozostaniem, tak jak Maria Janion postuluje, z trupami w Polsce, ponieważ to nasze trupy, nawet jeśli one są bardzo toksyczne, to jednak jakieś są. Nikt właściwie nie wie, czy lepiej nie mieć żadnej tradycji, niż mieć wątpliwą, tak, jak nie wiadomo, czy deformacja wstępującego w życie człowieka odbywa się skuteczniej poprzez patologiczną rodzinę, niż patologiczny Dom Dziecka. Nie wiem, czy teza Olszewskiego jest trafna, mam poważne wątpliwości, jednak jest w tym jego młodzieńczym romantyzmie zawartym w opowiadaniu, jest jakaś bardzo wartościowa pasja i ona mnie, czytelnikowi, bardzo się podoba. Jest determinizm w potrzebie zmian, zamiar buntu, przebudowy, szukania przyczyny, próba ozdrowienia i odnowy. Te wszystkie wątki w pozostałych opowiadaniach są, ten właśnie żywy ciągle, bardzo intensywny, literacki wysiłek poszukiwań poprzez zdania, poprzez słowa. Utwór sam jak gdyby zdaje sobie sprawę z tych problemów i zadaje sobie równocześnie pytania i jak nie dostaje odpowiedzi to i tak wszystko, to błądzenie, ta cała twórczość literacka jest właśnie wielką wartością.

Olszewski cały czas kontroluje sposób pisania, ciągle mozolnie wwierca się w problem, nawet, jeśli zna go jedynie nie z własnego przeżycia. Ale ten „second hand” jest bardzo bliski ciała, jak te ciuchy w szmateksach, które są poprzez nadanie im kształtu przez poprzednich właścicieli, poprzez taki, a nie inny ich kiedyś zakup i jednoznaczny wybór wśród sklepowej oferty, jakimś bardziej ludzkim ubiorem, niż markowe, nowe ciuchy. Tematy bowiem są ograne, problemy popularne, podejmowane i w filmie i w powieści współczesnej niejednokrotnie, ale nawet to działa na korzyść tych opowiadań bo dla kogoś, kto przeżył opisane przez autora lata dziewięćdziesiąte, łatwo odnajduje się w ich klimacie i docenia wiarygodność przekazu. Ale nie tak bardzo determinuje szczegół i opis czy to polskiej prowincji, czyli Krótkiego Miasta, czy zachodnich sklepów, gdzie kradnie się nie dla zysku, ale dla równowagi psychicznej, jak ludzkie pożądanie. Właściwie wszystkie opowiadania mówią tylko o tym. Pożąda nie się nie tylko stabilizacji życiowej, narkotycznej nirwany, ale ładu, zarówno zewnętrznego, jak i wewnętrznego. Tytułowa wolność, zarówno finansowa jak i narkotykowa jest więc doświadczeniem pokoleniowych poszukiwań wypełnienia pożądania, jakąkolwiek ona formę przyjmie. Młodzi ludzie pożądają nie tylko siebie wzajemnie, ale raczej wyjścia z dziejowego impasu, gdy jeden świat się skończył, a drugi nie zaczął i czują, że właśnie oni mają coś rozpocząć. Porzucone przez plantatorów wskutek nieopłacalności pola truskawkowe, te Strawberry Field Krótkiego Miasta, które nie tylko nie są na zawsze, ale już nigdy się nie odrodzą na jego obrzeżach nie zamienią się na holenderskie i nie zakwitną same tulipanami, mimo, że i w Polsce i w Holandii trwa permanentna depresja. I może właśnie o odmiennej naturze tych dwóch depresji głównie mówi ta książka.

Książka też broni galerników wrażliwości, którym tym bardziej trudniej odnaleźć się w Polsce, gdzie priorytetem jest jednak materia, a nie duch, bo ona jest najbardziej widoczna, ich byt jest chwiejny i nie daje bezpieczeństwa rozwojowi bardziej luksusowych form istnienia, jaką jest twórczość. Mówi o pokoleniu, które neurotycznie przesunęło swoje marzenie samorealizacji na dalszy plan, na odroczenie, oddając swoją młodość i wrażliwość w niewolnicze mechanizmy wczesnego kapitalizmu niwecząc nie tylko swoje wiele obiecujące predyspozycje w służbie kultury, ale niszcząc dyspozycyjnością i upodleniem zdobycze proletariatu i wspomagając swoją inteligencją tracenie wywalczonych w ubiegłym wieku praw.

„Do Amsterdamu” to też gorzka prawda o zmarnowaniu, o bezradności, o ofiarach, jakie przychodzi składać bezsensowności, żywiołowości i rzuconej na bylejakość życia młodzieży. I o uczuciach zrodzonych w komunach heroinowych, o, mimo brutalizacji życia, młodzieńczych przyjaźniach i odpowiedzialności za kumpli, za ich zły los i za współwinę.
Szczerość bijąca z tych opowiadań jest tym większa, im bardziej narracja oscyluje na minorowych, jednostajnych tonach, określająca egzystencjalnie postacie mimochodem, ledwo je zaznaczając, a jednak odczuwa się w nich pulsującą krew i młode życie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 8 komentarzy

Dariusz Gajewski, Radek Knapp „Lekcje pana Kuki”(2008)

Schodzenie polskiego kina na psy, bez względu na to, przez które pokolenie reżyserów jest tworzone, najlepiej prześledzić na filmach kręconych w oparciu o literaturę piękną.

Film „Lekcje pana Kuki” to zekranizowana niemiecka powieść o tym samym tytule. Powieść nagrodzona na Zachodzie, napisana bardzo dobrze, z dużym wyczuciem kładzionych akcentów na celne spostrzeżenia i z pierwszorzędnym wyborem faktów ilustrujących pewną historię.
Gdybym nie przeczytała wcześniej książki, nie miałabym pojęcia, o co Gajewskiemu w filmie chodzi i po co on nakładem niemałych środków finansowych te nieważne, drugorzędne fakty przedstawia.
Ale i tak nie wiem.

Przede wszystkim „Lekcje pana Kuki” to powieść bardzo wiernie i prawdziwie opisująca wycinek strategii życiowej, sposób przełamywania fortelami różnic ekonomicznych narodów i stan mentalny, jaki dany był nam, Polakom, doświadczyć w okresie przełomu, czyli po otwarciu polskich granic z Zachodem. Radek Knapp pokazuje – a kreśli to genialnie kilkoma zaledwie scenami – szturm głodnych na sytych.
Gajewski robi z tego ważnego w dziejach Polski momentu spsienia i upokorzenia głupią i niesprawiedliwą historię, celowo tuszując i łagodząc przecież nie tak drastycznie pokazane w książce wydarzenia. Już asekuranctwo w przedstawieniu roli kościoła katolickiego w kontrabandzie i robieniu ciemnych interesów zwiastuje, że cały film będzie równie skłamany i fałszywy. Właściwie wiarygodność filmu sypie się jak grzebień, któremu wyłamano ząb i już wszystko jest osobne, nie przeżyte, ilustracyjne i kiczowate, nic do niczego nie pasujące. Nawet zatrudnienie Waldemara – w książce na Mexicoplatz, czyli miejscu obskurnym, gdzie Polacy szli prosto z autobusu, by stać tam i sprzedać masło i papierosy – w tandetnym sklepiku z zabawkami plastikowymi Gajewski zamienia go na zabytkowy i stylowy butik z porcelanowymi lalkami. I po co te uwznioślenia?
A Pan Kuka – w książce pijaczek zasuszony, niewielki, mieszkający w czynszowym mieszkaniu, kolekcjoner starych monet, na których robi interesy by mieć na wódkę – Gajewski robi z niego monumentalną postać maga, pirata, bonza, właściciela ogrodu i domku, i Bóg wie, kogo jeszcze, podczas gdy wszystko w powieści ma swoją miarę i wszystko do siebie pasuje. Pan Kuka nie dochodzi do majątku, jak sugeruje Gajewski, bo jego lekcje to lekcje przetrwania, a nie zdobywania.

Radek Knapp skończył filozofię na wiedeńskim uniwersytecie i ta młodzieńcza powieść, pisana intuicyjnie, na podstawie wnikliwych zauważeń, ma bardzo konkretne i mocne przesłanie egzystencjalne. Pod pozorem niewiedzy i zadziwienia Knapp przemyca diagnozy na konsekwencje takich zachowań. Buduje niepostrzeżenie cały system powiązań i uzależnień wzajemnych Polaków przebywających zarobkowo za granicą, prześwietla ich sobieradzikostwo i determinizm.
Bohater Waldemar, który jest równocześnie narratorem, jest zielony, nic nie wie o świecie w który, jak tarotowy Głupiec próbuje się wkraść, mając za kapitał jedynie kilka lekcji pana Kuki, lawiranta, człowieka życiowo skutecznego, jednak nie pasującego do mentalności wydelikaconego studenta, jakim jest Waldemar. „Lekcje”, czy jak Knapp pisze –„rekomendacje” okazują się w konsekwencji jedyną możliwością, jedyną drogą, a nie błądzeniem. Waldemar nie może sobie pozwolić na tanie noclegi jak normalny młody europejczyk i zapłacić ojcowskimi pieniędzmi, bo wszystko zarezerwowane jest dla religijnych pielgrzymów z Polski. Nocuje w parku, wiedzie życie kloszarda nie z własnego wyboru, ale z racji jedynych możliwości, jakie posiada i cieszy się, że jakieś ma.
Film Gajewskiego sugeruje fanaberie młodego człowieka, który komicznie wpada w liczne życiowe pułapki i doświadcza bez liku niezamierzonych perypetii i „przygód”, jakoby z własnej winy.
A więc wielki wysiłek Radka Knapp’a, by jego książka nie stała się jedynie kolejną opowieścią młodego człowieka o inicjacji seksualnej nie poszedł na marne, film Gajewskiego niweluje, diabelsko upupia i niszczy ostrze jego przesłania.

Wielka szkoda, bo dobrze się sprzedająca na runku niemieckim książka Knapp’a mogłaby być wzorem dla dzisiejszej powieści polskiej, pisanej niejednokrotnie właśnie tak, jak tworzone przez Gajewskiego filmy – z domniemania, z zasłyszenia i z faktów wyssanych z brudnego palca.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 9 komentarzy

XXXVI AKTÓW (II)

AKT II

W wadze słów nadmiarem ciała
barwi się znaczenie
różu skóry, by zagrała
postać światłocieniem.

Nie ma wcale. Okamgnienie
zanotuje trwanie,
mnie nie ma, nie ma, nie ma mnie!
Jestem domniemaniem.

Garść wzruszenia? Jest wzruszenie!
Niezbędny komponent
zimna. Drży pod skórą sonet
i czeka, aż będzie.
(c.d.n.)

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

XXXVI AKTÓW (I)

AKT I

Oto jak szynka,
na scenie już:
Albertynka,
nagości róż.

Oto, a przecież przyjrzeć się warto,
przez chmurę cienia i w ostrym świetle
człowieczy obiekt, najczystsze białko,
które nie chodzi w swetrze.

Oto zostanie,
tak nieubrana,
by swe ubranie
ubierać w dramat.
(c.d.n.)

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz