Nagrodzony tegorocznym „Silesiusem” debiutancki tomik blogera i sopockiego kaowca Jakobe Mansztajna jest sztandarowym przykładem panującego w poezji nurtu, nazwałabym go „symulowanej dosłowności”.
Pisze się wersy po to, by pokazać pewien sposób patrzenia na życie i nawet, jak poeta buduje je z odrobin codzienności – wysnuwa je z impulsu przeżycia, czy nim nawiedzenia – zawsze w konsekwencji powstaje pewne tylko sformułowanie, które bardziej imituje to, co ma przekazać, niż istotnie przekazuje.
Trudno jest poetę symulanta przyłapać, bo jak każdy hochsztapler, opanowuje sztukę imitacji do perfekcji, gdyż szkoli się jedynie w tym kierunku i nie wytraca energii na twórczość. Tak, jak cyrkowy magik trenuje wyjmowanie przedmiotów, by zasugerować widzowi ich powstawanie na ich oczach, poeta symulator cały proces twórczy nastawia na fakty dokonane wmawiając czytelnikowi, że pewne rzeczy są nimi na pewno. Wszelkie powątpiewania i znaki zapytania natychmiast rozwiewa się uzyskanymi nagrodami, licznymi dokumentami i tzw. podkładkami, które wzmacniają głos poety i czynią go wartościowszym niż jest w istocie, ponieważ zwalniają otoczenie z obowiązku wartościowania.
W jednej z sfilmowanej dyskusji na temat „Wiedeńskiego high life” nawet Krzysztof Siwczyk zawiesił głos i zaniepokojony pytał się sam siebie, czy aby perfekcja rzemieślnicza wierszy poety Jakobe Mansztajna odpowiada zawartości mentalnej tych strof i czy aby nie są one zbudowane zbyt dobrze, bo wiadomo, nawet arcydzieło nigdy nie jest doskonałe. Dalej w tej dyskusji dowiaduję się, że polska poezja ma tylko dwie możliwości: albo podążać za Andrzejem Sosnowskim, albo za Marcinem Świetlickim. Poeta Jakobe, według dyskutantów, wybiera drogę Świetlickiego.
Może to duży błąd, bo gdyby podążył za Sosnowskim, a wynikło to tylko z decyzji zewnętrznej, a nie potrzeby – nie byłby epigonem wyrazistym i zdefiniowanym, czego Świetlickiego estetyka wymaga. A tak, to Mansztajn wciąż nazywa, deklaruje i pisze dosadnie, ale tak naprawdę zupełnie nie wie, o czym pisać.
„(…) mam przesrane, bo mam bajzel,
odpowiadam,(…)”
[POETĘ NACHODZĄ WĄTPLIWOŚCI]
Cytowany wiersz metaforycznie opowiada o zagrożeniach i stanach lękowych poety, który, jak bohater Kafki, K., zostaje nawiedzony przez funkcjonariuszy we własnym mieszkaniu i z niego zabrany, nie wiadomo dlaczego. Takich niedopowiedzeń w pozostałych ponad pół setki wierszach jest mnóstwo, właściwie zbudowane są na takim – co i rusz – zawieszeniu narracji. Młody poeta, który przeżył niewiele, o czym świadczą wszystkie wiersze w tym tomie, nie może sobie pozwolić na kafkowskie uogólnienia, bo Franz Kafka poszukiwał dla swoich lęków formy i ją znalazł. Mansztajn niczego nie poszukuje, niczego się nie lęka i jego zręczne kompilacje są od jego egzystencji w takim samym stopniu oderwane, co kafkowskie do niego ściśle przylegające.
Martwotę tej poezji, która jest tylko zewnętrznym, poetyckim łachem i przebraniem, można prześledzić w wybranych wierszach na chybił trafił, gdyż wszystkie są wyrównane, perfekcyjnie bezosobowe i perfekcyjnie napisane tak, jak teraz się poezję pisze. Żeby utrwalić pewien typ zapisu wersów, nie należy w danej epoce specjalnie ani się wysilać, ani też zwalczać inną ekspresję. Po prostu wystarczy ponagradzać prestiżowymi nagrodami jakiś sposób pisania i natychmiast sfora epigonów dostarczy materiału do kolejnego nagrodowego wywyższenia i utrwalenia panującej maniery.
Warto może jeszcze kilka słów napisać o treści tych wierszy. Co poecie w duszy gra, a ponieważ duszy poeta Mansztajn nie posiada, cóż więc gra w tym młodym męskim ciele?
W pierwszej części KOLEDZY Z PODWÓRKA NIEŚMIERTELNOŚĆ poeta narrator prowadzi nas poprzez piaskownicę, gdzie liczą się jeszcze chłopięce zabawki (kapsle), do ławki z zabawką męską:
„(…)było po randce, którą chyba wygraliśmy
albo przegraliśmy, w każdym razie
nikt nie poczuł się urażony. to była miłość
prawie dwudziestominutowa.(…)”
[SPLOT]
Ale podmiot liryczny daje plamę nie tylko jako kochanek. Również jako artysta:
„(…) robi się ciemno i ziemia zwija ciepłe języki blokowisk.
siwemu się takie metafory całkiem podobają,
więc puszcza w obieg mokrego blanta i mówi:
dobre wiersze psują dobre obyczaje(…)”
[NARRACJA]
Wyjaśniam, że jak doczytałam na portalu niedoczytania w wywiadzie z autorem, „siwy”, to osiedlowy mędrzec i komentator życia, który zna się na poezji. Zgadzam się z siwym, że napisanie wiersza jest niemożliwością i że poezja przeżywana jest niszczona zapisem. Tylko mam wątpliwości, czy siwy, podmiot, liryczny i autor tę poezję faktycznie w rzeczywistości nachodzą. Bo metafory typu „język blokowisk”, czy w innym miejscu „ulice krwawią samochodami”, czy „słońce to wielki, czerwony lizak, nie do zlizania z horyzontu”, to jeszcze poezją według mnie nie jest. Poezja to nie jest składanka metafor, to są tylko środki obrazowania. Poezja to przecież przeniesienie czytelnika w zupełnie inny świat, świat poety, który na czas czytania jego wierszy nam udostępnia.
Porzucam więc pierwszą cześć zbioru, mówiącą o podwórkowych perturbacjach poetyckich podmiotu lirycznego i przenoszę się do drugiej zatytułowanej CLUE TEGO ZDANIA TO TRUP, gdzie poeta próbuje napisać coś sensownego o śmierci.
Już samo pisanie na ten temat jest pomysłem poronionym, bo trup nigdy nam nic o śmierci nie opowie, gdyż wokół mamy przecież pełno chodzących trupów, które ani myślą umierać i mają się dobrze.
Przede wszystkim Jacobe Mansztajn nie rozumie poezji Marcina Świetlickiego i jeśli recenzent Adam Przegaliński widzi tam wpływy tomiku Świetlickiego “49 wierszy o wódce i papierosach”, a Mansztajna bohaterem kilku wierszy o umieraniu jest Marcin, to słusznie autor podobno odciął się od tego wpływu. Fraza z Eugeniusza Tkaczyszyna -Dyckiego (“listopad już, panie, ja nie mam czapki”) w wierszu BALLADA O RZECZACH ŻOŁNIERZA to raczej naigrywanie się i przedrzeźnianie, a nie jakiś poważny głos o umieraniu, który mimo wszystko dominuje słynny wiersz Dyckiego. I tu już nie chodzi o dopominanie się o metafizykę, ale o uczciwe jej nie udawanie. Wszelkie kondukty, trumny, nieboszczyki, krew, żałoby, to raczej konwencja Halloween, a nie poważny głos o tym, o czym artysta zazwyczaj mówi. Bo tak naprawdę, to każde wielkie dzieło sztuki jest o śmierci. Ale, żeby móc zrozumieć śmierć, trzeba też zrozumieć życie.
I o tym aspekcie ludzkiej egzystencji poeta Mansztajn też nie ma pojęcia. Świadczy o tym trzecia cześć tomiku: RÓŻOWY KRÓLICZEK DURACELL
„(…)niebo kiedyś upadnie. różowy króliczek duracell,
który jest jak marzenie, też kiedyś upadnie.
siłę zaczniemy czerpać z kawy i papierosów,(…)”
W OBRONIE MITÓW
Nie ma pojęcia o życiu, bo nie ma pojęcia o marzeniu. Kto nie zrozumie, co to jest marzenie, nie zrozumie nigdy życia.
„(…)dawno temu, w zamierzchłych czasach spokoju,
gdy cukru nie było albo nie był potrzebny,
pijało się herbatę gorzką i gorzka smakowała najlepiej.(…)”
ANNO DOMINI
Poeta Jakobe Mansztajn nie rozumie, co to jest brak. Cukru można się wyrzec i można sobie nawet wmówić absurdalną korzyść z nieposiadania. Ale braku poezji w wierszach nie da się tak relatywizować, ponieważ poezja to nie kwestia gustu. Nie przybędzie jej od mieszania, jak od tej przysłowiowej łyżeczki w herbacie.