komunikat

Idzie lato i wyjeżdżam w miejsce wolne od Sieci. Będę się starała opiekować blogiem i uaktualniać go w bibliotece gminnej, co nie będzie łatwe, więc rzadkie. Wracam we wrześniu.
Ewa

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

WIERSZE WIĘZIENNE (5)

***
Nic nas nie spaja. Oddzielone
są niewidzialnie dwa istnienia,
Bóg między nas szczeliną wniknie,
wlepi w wyobrażenia nic,
z dna oka razem wydobędzie;
sam się w lepiszcze lepiącego
zmienia, by być i więcej nic!
Lecz już gdzieś indziej jestem, Boże,
przestrzeń kolczasta, ale własna,
osobna, jak osobna śmierć,
i świata część w technikolorze
nie więzi mnie, bym się nie spasła,
byś mógł bezkarnie ze mnie drwić
jak kibic, który nie rozumie
czemu żądaniom nie sprostano,
gdyż ten rachunek lojalności
z sympatii twojej – przecież w cenie –
winnam zapłacić na arenie.
A ja już wyrok mam zmieniony,
na inne strony szykuj szyki
już jestem wolna. Twoje światy
martwe, jak światy polityki,
martwe, bo to jałowość ryczy,
winna zwierzęcej, skromnej ciszy.

(koniec cyklu WIERSZE WIĘZIENNE  kwiecień – maj 2010)

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | 5 komentarzy

“CUBA” str. 60

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Jakobe Mansztajn „Wiedeński high life” (2009)

Nagrodzony tegorocznym „Silesiusem” debiutancki tomik blogera i sopockiego kaowca Jakobe Mansztajna jest sztandarowym przykładem panującego w poezji nurtu, nazwałabym go „symulowanej dosłowności”.
Pisze się wersy po to, by pokazać pewien sposób patrzenia na życie i nawet, jak poeta buduje je z odrobin codzienności – wysnuwa je z impulsu przeżycia, czy nim nawiedzenia – zawsze w konsekwencji powstaje pewne tylko sformułowanie, które bardziej imituje to, co ma przekazać, niż istotnie przekazuje.

Trudno jest poetę symulanta przyłapać, bo jak każdy hochsztapler, opanowuje sztukę imitacji do perfekcji, gdyż szkoli się jedynie w tym kierunku i nie wytraca energii na twórczość. Tak, jak cyrkowy magik trenuje wyjmowanie przedmiotów, by zasugerować widzowi ich powstawanie na ich oczach, poeta symulator cały proces twórczy nastawia na fakty dokonane wmawiając czytelnikowi, że pewne rzeczy są nimi na pewno. Wszelkie powątpiewania i znaki zapytania natychmiast rozwiewa się uzyskanymi nagrodami, licznymi dokumentami i tzw. podkładkami, które wzmacniają głos poety i czynią go wartościowszym niż jest w istocie, ponieważ zwalniają otoczenie z obowiązku wartościowania.

W jednej z sfilmowanej dyskusji na temat „Wiedeńskiego high life” nawet Krzysztof Siwczyk zawiesił głos i zaniepokojony pytał się sam siebie, czy aby perfekcja rzemieślnicza wierszy poety Jakobe Mansztajna odpowiada zawartości mentalnej tych strof i czy aby nie są one zbudowane zbyt dobrze, bo wiadomo, nawet arcydzieło nigdy nie jest doskonałe. Dalej w tej dyskusji dowiaduję się, że polska poezja ma tylko dwie możliwości: albo podążać za Andrzejem Sosnowskim, albo za Marcinem Świetlickim. Poeta Jakobe, według dyskutantów, wybiera drogę Świetlickiego.

Może to duży błąd, bo gdyby podążył za Sosnowskim, a wynikło to tylko z decyzji zewnętrznej, a nie potrzeby – nie byłby epigonem wyrazistym i zdefiniowanym, czego Świetlickiego estetyka wymaga. A tak, to Mansztajn wciąż nazywa, deklaruje i pisze dosadnie, ale tak naprawdę zupełnie nie wie, o czym pisać.

„(…) mam przesrane, bo mam bajzel,
odpowiadam,(…)”
[POETĘ NACHODZĄ WĄTPLIWOŚCI]

Cytowany wiersz metaforycznie opowiada o zagrożeniach i stanach lękowych poety, który, jak bohater Kafki, K., zostaje nawiedzony przez funkcjonariuszy we własnym mieszkaniu i z niego zabrany, nie wiadomo dlaczego. Takich niedopowiedzeń w pozostałych ponad pół setki wierszach jest mnóstwo, właściwie zbudowane są na takim – co i rusz – zawieszeniu narracji. Młody poeta, który przeżył niewiele, o czym świadczą wszystkie wiersze w tym tomie, nie może sobie pozwolić na kafkowskie uogólnienia, bo Franz Kafka poszukiwał dla swoich lęków formy i ją znalazł. Mansztajn niczego nie poszukuje, niczego się nie lęka i jego zręczne kompilacje są od jego egzystencji w takim samym stopniu oderwane, co kafkowskie do niego ściśle przylegające.

Martwotę tej poezji, która jest tylko zewnętrznym, poetyckim łachem i przebraniem, można prześledzić w wybranych wierszach na chybił trafił, gdyż wszystkie są wyrównane, perfekcyjnie bezosobowe i perfekcyjnie napisane tak, jak teraz się poezję pisze. Żeby utrwalić pewien typ zapisu wersów, nie należy w danej epoce specjalnie ani się wysilać, ani też zwalczać inną ekspresję. Po prostu wystarczy ponagradzać prestiżowymi nagrodami jakiś sposób pisania i natychmiast sfora epigonów dostarczy materiału do kolejnego nagrodowego wywyższenia i utrwalenia panującej maniery.

Warto może jeszcze kilka słów napisać o treści tych wierszy. Co poecie w duszy gra, a ponieważ duszy poeta Mansztajn nie posiada, cóż więc gra w tym młodym męskim ciele?

W pierwszej części KOLEDZY Z PODWÓRKA NIEŚMIERTELNOŚĆ poeta narrator prowadzi nas poprzez piaskownicę, gdzie liczą się jeszcze chłopięce zabawki (kapsle), do ławki z zabawką męską:

„(…)było po randce, którą chyba wygraliśmy
albo przegraliśmy, w każdym razie
nikt nie poczuł się urażony. to była miłość
prawie dwudziestominutowa.(…)”
[SPLOT]

Ale podmiot liryczny daje plamę nie tylko jako kochanek. Również jako artysta:

„(…) robi się ciemno i ziemia zwija ciepłe języki blokowisk.
siwemu się takie metafory całkiem podobają,
więc puszcza w obieg mokrego blanta i mówi:
dobre wiersze psują dobre obyczaje(…)”
[NARRACJA]

Wyjaśniam, że jak doczytałam na portalu niedoczytania w wywiadzie z autorem, „siwy”, to osiedlowy mędrzec i komentator życia, który zna się na poezji. Zgadzam się z siwym, że napisanie wiersza jest niemożliwością i że poezja przeżywana jest niszczona zapisem. Tylko mam wątpliwości, czy siwy, podmiot, liryczny i autor tę poezję faktycznie w rzeczywistości nachodzą. Bo metafory typu „język blokowisk”, czy w innym miejscu „ulice krwawią samochodami”, czy „słońce to wielki, czerwony lizak, nie do zlizania z horyzontu”, to jeszcze poezją według mnie nie jest. Poezja to nie jest składanka metafor, to są tylko środki obrazowania. Poezja to przecież przeniesienie czytelnika w zupełnie inny świat, świat poety, który na czas czytania jego wierszy nam udostępnia.

Porzucam więc pierwszą cześć zbioru, mówiącą o podwórkowych perturbacjach poetyckich podmiotu lirycznego i przenoszę się do drugiej zatytułowanej CLUE TEGO ZDANIA TO TRUP, gdzie poeta próbuje napisać coś sensownego o śmierci.

Już samo pisanie na ten temat jest pomysłem poronionym, bo trup nigdy nam nic o śmierci nie opowie, gdyż wokół mamy przecież pełno chodzących trupów, które ani myślą umierać i mają się dobrze.

Przede wszystkim Jacobe Mansztajn nie rozumie poezji Marcina Świetlickiego i jeśli recenzent Adam Przegaliński widzi tam wpływy tomiku Świetlickiego “49 wierszy o wódce i papierosach”, a Mansztajna bohaterem kilku wierszy o umieraniu jest Marcin, to słusznie autor podobno odciął się od tego wpływu. Fraza z Eugeniusza Tkaczyszyna -Dyckiego (“listopad już, panie, ja nie mam czapki”) w wierszu BALLADA O RZECZACH ŻOŁNIERZA to raczej naigrywanie się i przedrzeźnianie, a nie jakiś poważny głos o umieraniu, który mimo wszystko dominuje słynny wiersz Dyckiego.  I tu już nie chodzi o dopominanie się o metafizykę, ale o uczciwe jej nie udawanie. Wszelkie kondukty, trumny, nieboszczyki, krew, żałoby, to raczej konwencja Halloween, a nie poważny głos o tym, o czym artysta zazwyczaj mówi. Bo tak naprawdę, to każde wielkie dzieło sztuki jest o śmierci. Ale, żeby móc zrozumieć śmierć, trzeba też zrozumieć życie.

I o tym aspekcie ludzkiej egzystencji poeta Mansztajn też nie ma pojęcia. Świadczy o tym trzecia cześć tomiku: RÓŻOWY KRÓLICZEK DURACELL

„(…)niebo kiedyś upadnie. różowy króliczek duracell,
który jest jak marzenie, też kiedyś upadnie.
siłę zaczniemy czerpać z kawy i papierosów,(…)”
W OBRONIE MITÓW

Nie ma pojęcia o życiu, bo nie ma pojęcia o marzeniu. Kto nie zrozumie, co to jest marzenie, nie zrozumie nigdy życia.

„(…)dawno temu, w zamierzchłych czasach spokoju,
gdy cukru nie było albo nie był potrzebny,
pijało się herbatę gorzką i gorzka smakowała najlepiej.(…)”
ANNO DOMINI

Poeta Jakobe Mansztajn nie rozumie, co to jest brak. Cukru można się wyrzec i można sobie nawet wmówić absurdalną korzyść z nieposiadania. Ale braku poezji w wierszach nie da się tak relatywizować, ponieważ poezja to nie kwestia gustu. Nie przybędzie jej od mieszania, jak od tej przysłowiowej łyżeczki w herbacie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 36 komentarzy

WIERSZE WIĘZIENNE (4)

PIEŚNI BZOWEJ BABULEŃKI


Pieśń piąta (zimna wiosna)

Umilkł twój wpływ. Milczenie
kosmiczne jest i zimne. Człowiek
tak jak i Bóg. On nie odpowie.
ani na wiem, ani na nie wiem.
Przymrozek kwiaty wiśni białe
dotknął boleśnie, lecz nie zniszczył.
Słowa, to są obszary całe
jak w walce oręż. I jak zgliszcza.
Nic nie mów. Bolą słowa.
Boli milczenie. Bolisz stale.
Przyroda rani, człowiek woła.
Wołam, nie odpowiadaj dalej…
W tej wiośnie zimnej jeszcze trochę
pobędę. Innym wiosna inna.
Dla nich to tylko stany płoche.
Dla mnie śmiertelne dawki zimna.


Pieśń szósta (sobota)

W sobotę, w maju, kiedy było
tak aksamitnie… Sok jak krew
tętnił w ogrodach. To rodziło
doroczny zachwyt. W rdzeniu drzew
kwitnących kipiał niespełniony,
pełen napięcia i nadmiaru
przymus przedarcia w życia strony
rozpusty, lubieżności, żaru,
w to, co nie dane nam, ściszonych,
pokornych, pod brzemieniem losu.
Sobotę tobie dam, byś wolny
napełnił swoim krzykiem głosy.


Pieśń siódma (bez w maju)

Ponuro jest w tę zimną wiosnę,
gdy wymiar przemian kosmos wzrusza.
Po mieście w deszczu się poruszam,
bez już do ciebie roszczeń.
Ludzie i psy, i bzy osobne,
i deszcz pocięty w drobne krople.
Świat rozpadł się. Scali go w oknie
twa twarz dopiero. Lecz wygodniej
tobie, osobno i bez wzruszeń,
bez jakiejkolwiek spojrzeń na mnie
w woal firanki, damy godnej
patrzysz w bez mokry i bez duszy.


Pieśń ósma (zimno)

Milczenie to wymowne trwanie
i rani tak, jak rani słowo.
Miało być ciepło. Rozmawianie
to obietnica terminowa.
Milczenie śmiercią jest niewielką
cichą, niewinną, jak brak czasu.
Jak krew, co cieknie. Jak nadzieja.
Jak opozycja dla hałasu.
Milczenie. Drży wciąż słowo puste,
i Nic już mości się i głuchnie.
Przez zaciśnięte twoje usta,
sączy się jad trucizny we mnie.


Pieśń dziewiąta (uległość)

Nie trzeba tak nie być prawdziwie.
Nie być na niby, także boli.
Jest obcowanie rozciągliwe,
jest to, co jest, bez twojej woli.
Stwarzam cię po to, byś nie istniał
i twoje dłonie mnie nie brały.
Uległość twoja, to filistra
pozorna niechęć do ofiary.
Pozorna jest twoja przezorność.
Wiem tak jak ty, że w wolnym bycie
byłbyś i byłabym powolna:
ty mnie, ja tobie. Tak jak życie.


Pieśń dziesiąta (słowa)

Nie mogę już słów aż tak wiele
wydatkować w nieskończoność.
Słowo po słowie się wciąż miele,
A na początku wciąż jest słowo.
Oddam i zniszczę i zamilknę.
Będę, jak twierdza i głębina.
A będziesz w słowie jak ojczyzna.
A będziesz w słowie jak ma wina.


Pieśń jedenasta (***)

Jeszcze nie przyszedł czas, gdy głodu
już nie nasycisz. Las wstaje wolno z pory spania.
W strumieniu jeszcze bryły lodu,
a w tobie kiełki pożądania.
Tulą się leśne mchy i wrzosy
Drżą z zimna jaskry i kaczeńce
Tarniny kwitną tak jak osty
kwiatami zakrywając ciernie.
Nim wzrośnie twoje pożądanie
przeminie płodność. Sezon minie.
Dominowanie i gadanie
odnajdzie pustkę. Bo czas płynie…


Pieśń dwunasta ( zimny maj)

Maj zimny. Nie wiem o tobie nic. Jedynie,
że zimny jest ten wokół ciebie,
obszar uczucia. Obszar w zimie
wiosny młodości. Obszar nie wiem.
Nie wiem i tego w zimnym świecie,
że może jesteś nie tą cząstką
piękna od zła, co się planecie
łatwiej przydarza, niż z gorączką
ducha młodości zadławienie
i przyciąganie w zimnie maja.
Gdy świat szaleje. Gdy ja nie wiem,
a ty wiesz. Czemu się nie starasz?
I, chociaż nic się nie rozwija
i nieruchomo maj jest zimny,
to strzępy słów, jak twarz niczyja
przychodzą do mnie z twej przyczyny.
Przychodzą, by kiełkować we mnie,
mimo dni zimnych we mnie wnikać.
Mimo, że rosną daremnie,
bez ciepłej ręki ogrodnika.


Pieśń trzynasta (bzy w maju)

Uboga jest, a splendor maja,
nagle wykwita bzem na ściany.
I płot ubogi, czarna zgraja
kur i sad słońcem kropkowany.
Tobie zapłonąć na nic zda się.
Wiedziesz sprawdzone życiem życie.
A bez też zakwitł na tarasie
twojego domu. Lecz w zachwycie
tylko ja jestem. Choć niczyje
bzy są przy chatach i przy tobie.
Wbrew wzgardzie twojej dał przywilej
Bóg. Tylko dla mnie zakwitł ogień.


Pieśń czternasta (konwalie w maju)

Dziewczęta dziś konwalie niosą
w niedzieli wiejskiej świętowanie,
a po kościele festyn. W bramie
chłód i spotkania z żądzą nocną.
Chłopcy w koszulach białych ciasno
spętani formą i przemocą,
upiją się, by w bramie nocą
przeżyć nareszcie chwilę własną.
Zapach trwa krótko. Konwalnianie,
czysto smakuje zakochanie,
mrok i zatęchły odór w bramie
moczu i spermy. Zanim krzyknie.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | 2 komentarze

WIERSZE WIĘZIENNE (3)

PIEŚNI BZOWEJ BABULEŃKI

Ud af det Virkelige voxer just det forunderligste Eventyr.
(Właśnie z rzeczywistości rodzi się najdziwniejsza baśń w świecie.)

„Bzowa babuleńka” Hans Christian Andersena


Pieśń pierwsza (bzy)

Bzy już w deszczowy dzień nareszcie,
zakwitły. Pachną i wpływają,
chmury liliowe w szarym mieście,
obłoki narkotycznych stanów!
Nie ma cię już i już nie będzie,
nie byłeś nigdy w rytuale,
bzy przekwitają, kwitnąc wszędzie,
ty byłeś wszędzie, chociaż wcale.
Podążasz tam, gdzie bez jest stanem
ogląda się go coraz prościej,
rozciągliwość w nim jest karnawałem,
chwila, to znak nieśmiertelności.


Pieśń druga (kasztany)

I co, że kwitły tego roku
późno, zsypując śniegu płatki.
Pod nimi i tak nikt nie siedział
z nas. I drugiego nikt zagadki
badać nie pragnął. A kasztany
w alei. Wiatr podniebny hasał,
kremowych płatków rozesłanych
zimny i obojętny asfalt
wydał na pastwę butów obcych
i je spotwarzał, i bezcześcił,
chodzili tędy ładni chłopcy,
i tylko amarantu kropki
patrzyły, zanim ulic błoto
ich nie rozniosło. Późna wiosna
szeptali. Późne jest niemotą
i niema jest skarga miłosna.


Pieśń trzecia (konwalie)

Jeszcze stulone w rurki wąskie,
jeszcze czekają w rezygnacji,
kiedy zakwitną, będą obce,
będą niczyje w alienacji.
Ktoś powysuwa z rurek wąskich,
ktoś, kogo zapach nie zdumiewa,
krople zieleni bladej. Pąki
niewinnej bieli. Komuś trzeba
dać bukiet. A on, obojętnie,
a on, esteta. On, ktoś obcy,
położy gdzieś. Konwalia więdnie.
Niemo. Bez uczuć i pomocy.


Pieśń czwarta (niezapominajki)

Może ta drżąca przestrzeń w masie
niebieskich kwiatków, to symbole
ludzkich niespełnień. Wielość w klasie
pożądań. W morzu tych pokoleń
samotnych, których osobności
głodne. Niebieskie falowanie
prośbą daremną o tych gości,
którzy nie przyszli na spotkanie
proszone. Uczta już wydana.
Oni nie przyszli. Obcy przyszli
nie ci. Wzgardzili ucztą Pana.
Błękit jest smutny. Tak jak myśli.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Ryszard Kapuściński “Prawa natury”(2006)

Celnie ocenił tomik „Prawa natury” Michał Olszewski, ale krygował się bardzo i pisał o jego wierszach żalem i zawiedzeniem, jakby nie oceniał papieża polskiego reportażu, ale ojca świętego. Ten pokutniczy i zawodzący stosunek do narodowej świętości a nie normalnego, ziemskiego wyrobnika pióra powtarza się w wielu głosach na temat Kapuścińskiego – poety. Nie uchyla się od tego tonu nawet przyjaciółka Kapuścińskiego, poetka Julia Hartwig, która po lawinie komplementów przytoczonych przez Artura Domosławskiego w „ Kapuściński non-fiction” kończy wypowiedź żałosnym skomleniem, że te wiersze jej nic nie mówią.

Na czym polega ta ostrożność percepcji skąpej poezji tak płodnego pisarza, którego 16 tomowa twórczość jest przecież obfita, doceniona, tak określona i wychwalona esejami wspaniałych, międzynarodowych piór dzisiejszych literackich autorytetów? Przecież popełnione w jego twórczym życiu zaledwie dwa niewielkie tomiki wierszy nie muszą automatycznie go sakralizować i mianować na poetę. Spełnił się już w innych gatunkach literackich.

Wydany przed śmiercią Kapuścińskiego tom „Prawa natury” jest zbiorem niezwykle szczupłym i oszczędnym, wręcz atroficznym, a poezja wyciskana jest tam jak ze zużytej tubki pasty do zębów.
Mało powiedzieć za Michałem Olszewskim, że ta poezja jest sucha.
Sięgnęłam po nią zaintrygowana sprzeciwem Profesora Władysława Bartoszewskiego, który w burzliwy sposób odmówił przeczytania niedawno wydanej biografii poety pióra Artura Domosławskiego nazywając ją przewodnikiem po domach publicznych. Ten pikantny trop Profesora sugerował mimo ewidentnego potępienia jakieś poetyckie tajemnice, lirykę zakazaną, alkowianą i perwersyjną, co, po ciężkiej prozie Kapuścińskiego w której zawarł troskę o cały gatunek ludzkości na ziemskim globie byłoby obopólnym wytchnieniem: dla pisarza – poety i dla czytelnika. Niemal sześćdziesiąt krótkich wierszy w tym zbiorze sprawia wrażenie, jakby Kapuściński zawarł w nich wszystko to, czego nie napisał prozą, o czym zresztą w wywiadzie otwarcie mówi:

„(…)Pisanie wierszy pozwala dotknąć żywego języka, zbadać jego granice, docenić wartość samego słowa i metafory pozbawionych pobocznych wzmocnień. Ważnym powodem uprawiania poezji jest i to, że pewnych nastrojów i stanów po prostu nie da się wypowiedzieć inaczej. Tylko przez wiersz. (…) pisanie wiersza to zaskakująco wartościowy rodzaj odkrywania – w sobie samym i siebie samego. To dziwne i piękne uczucie(…)”

Czytelnik więc odkrywa poza 16 tomami prozy Kapuścińskiego wiersze, które są właśnie tym, czego tam nie zapisał. A ponieważ w 16 tomach prozy zapisał wszystko, tutaj mamy niewiele, a najprawdopodobniej nic.
Próbowałam rozwikłać w poszczególnych wierszach, gdzie ukrył się Kapuściński filozof, Kapuściński kochanek, Kapuściński oglądacz dzieł sztuki, ornitolog, zoolog, patriota, globtroter, tajny agent, cierpiętnik i sybaryta.
I nic.
Ten testament artysty – bo poezja należy do aktywności człowieczej artystycznej – jest nie tyle zakamuflowany, zasznurowany, co pusty. Chciałam się, tropem Michała Olszewskiego, zachwycić mrówką kamieniem, różańcem korzeniem. I zawsze, podchodząc z całym szacunkiem do odczytywania kolejnego wersu, natrafiam na bezdenną pustkę. Aż strach je czytać, bo nigdy nie przypuszczałam, że wiersze mogą być tak łakome, tak wciągać w swoją czarną dziurę i tak nie być obojętne poprzez negację. Julia Hartwig słusznie podkreśla formalną poprawność tej poezji. Ale w niej, w tych uważnie stawianych zestawieniach poetyckiego wyobrażania i obrazowania jest ukryta jakaś piekielna potrzeba afirmacji pustki i jej napełniania znaczeniami pozornie coś znaczącymi:

Tylko okryci zgrzebnym płótnem
potrafią przyjąć w siebie
cierpienie drugiego
podzielić jego ból
odziani w odporny pancerz ego
przeczuwając że rozlegnie się jęk —
zawczasu głuchniemy
że ujrzymy ranę i krew —
zawczasu ślepniemy
mówimy sobie:
ścieżka Golgoty jest wąska
nie zmieści dwoje ludzi
każdy musi iść sam
mówią:
unikaj cierpiącego
choćby niechcący
wbije w ciebie cierń —
poczucie winy

[Cierpienie i wina]

Gdyby podmiot liryczny tego wiersza był poetą, zastanawiałabym się, dlaczego ktoś, kto profilaktycznie zawczasu ogłuchł i zawczasu wycofał się w bezpieczną niszę gdzie ani cierpienia nie ma, ani winy, musi jeszcze pisać poezję, czyli robić coś, co właśnie służy czemuś przeciwnemu – schodzeniu w głąb siebie, w przeżycie medytacji i zobaczenia siebie jakby od środka.
Ale nie, podmiot liryczny woli ten święty czas poezjomania przeznaczyć na symulację modlitwy:

Z drewna
z
kości
ze szkła
dziesiątka po dziesiątce
nizany
supłany
drobiny toczone
z których układasz drogę
do nieba

[Różaniec]

I taki jest mniej więcej kierunek poetyckiej penetracji Ryszarda Kapuścińskiego. Wybór abstrakcyjnej drogi niespełnienia, by szczebel po szczeblu konsekwentne wymigiwać się podmiotowi lirycznemu z bezpośredniej konfrontacji, uchylić go od stawienia się twarzą w twarz z widmem poety, oszczędzić, a upiór, cień i tak wytropi wers po wersie swojego prześladowcę, by raz na zawsze go ze strof wyrzucić.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 12 komentarzy

Zbigniew Kruszyński „Ostatni raport” (2009)

Powieść zaczyna się i kończy obrazem starzejącego się człowieka, który wiedzie szczęśliwe życie w obszernej willi, otoczony ogrodem, wiernym psem i wszelkimi cywilizacyjnymi udogodnieniami, a wnętrze powieści to jego wspomnienia o tym, jak do tej dostatniości dochodził.
Wspomina więc zgodnie z sytuacją życiową, jaką osiągnął, swoje dokonania z podziwem, niemal samouwielbieniem i widoczną satysfakcją. Ewangeliczne „po owocach poznacie go” jest tu jakimś upiornym i przewrotnym pokrzywieniem, sadycznym przesłaniem każdego konformisty. Bo niczym nie różni się jego samopoczucie od idyllicznego, spełnionego żywota człowieka oddanego przez całe życie jakiejś szlachetnej idei, której pozostał wierny.

Kruszyński kreśli portret swego bohatera bardzo wiarygodnie, ponieważ, jak o tym opowiada na spotkaniu autorskim w Muzeum Gombrowicza we Wsoli (są trzy odcinki relacji filmowej na YouTube), ulepiony jest z niego, z autora i być może temu literackiemu zabiegowi rzetelnego odwzorowania rzeczywistości książka zawdzięcza swoją wartość i wiarygodność.
Kiedy Marcel Proust przerażonej służącej Celestynie po powrocie z męskiego burdelu, zawsze opowiadał szczegółowo sceny biczowania, które potem umieścił w „Poszukiwaniu straconego czasu”, motywował tę potrzebę tym, że nie potrafi niczego napisać, jeśli tego okiem i uchem nie dotknie i wpierw nie opowie.

Podobne mamy wrażenie czytając „Ostatni raport”. Kruszyński wiernie odtwarza – podstawiając własną biografię scena po scenie – młodzieńczą niewinność, która stopniowo zamienia się dla czytelnika w coraz większą ludzką podłość, podczas gdy narrator głosi ze swojego duchowego wnętrza w dalszym ciągu wewnętrzną czystość intencji głównego bohatera.
I ten piekielny zabieg niezgodności czytelniczego odbioru z głosem narratora jest właśnie jądrem powieści i równocześnie jego przesłaniem. Bohater PRL-owski jest bohaterem nowym, którego, jeśli już literatura gdzieś powołała do artystycznego zaistnienia, to nie w takim stopniu i nie takim wymiarze. To nie Wallenrod, nie Piszczyk, nie korowód kanalii diabłów i kolaborantów, których rozmaite rozmiary i różne kalibry zła doświadczaliśmy w polskim filmie, czy w literaturze.

Grzegorz – raz tylko pada to imię – to utalentowany literacko chłopak, który chce dobrze wykonywać swoją pracę. Na spotkaniu autorskim pada nazwisko Maleszki i Kruszyński nie wypiera się powinowactw ani pierwowzoru w kreowaniu powieściowego Grzegorza.
Fenomen historycznej postaci, Lesława Maleszki, tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa, który w dokumentalnym filmie „Trzej kumple” mówi, że nie wstydzi się swojej współpracy, nie ma wyrzutów sumienia, że skrzywdził tym olbrzymią liczbę ludzi, niejednokrotnie przyjaciół i tych, którzy mu zaufali, przyczyniając się do ich represjonowania i śmierci, patronuje wyraźnie powieści Kruszyńskiego, jakby dowodząc swoim istnieniem i powołanie powieściowego Grzegorza i jego oczywistość.

Zbigniew Kruszyński próbuje odpowiedzieć na to pytanie, jak to się stało, że komunistyczny system tak umiejętnie zatarł wewnętrzny drogowskaz człowieczej uczciwości. Opisując drobiazgowo radomską i wrocławską rzeczywistość, czytelnik mimochodem, w poczuciu zwyczajności i normalności tkwi cały czas w kłamstwie na każdym kroku. Tak, jakby system pracowicie rozkręcał wszystkie spajające społeczeństwo więzi, i ten rozpad, ta nieustanna moralna degradacja działa niewidzialnie jak rdza, jak pajęczyna, jak coś, co się dzieje, co zostało wprawione w ruch i już toczy się samo.
Oficjalnie purytański ustrój komunistyczny rozkładał młodzież celowo podsycaną w akademikach rozwiązłością:

„(…)Tartak — mówiło się o części żeńskiej, o męskiej — kowadło. (…) Z raportów obficie nadchodzących z akademików, gdzie każde piętro miało przynajmniej kilku skrybów, wynika jednak, że łączenie tych samych płci też nie było rzadkie. Znany jest przypadek dwóch studentek, które zafundowały sobie dziecko za pośrednictwem kolegi z kowadła, w jednym homoseksualnym konwentyklu. Po paru latach im się odwidziało, jedna wróciła do mężczyzn, a druga — matka — została z dzieckiem na lodzie. Zasądziła ojca o alimenty. Nie wiem, czyby je dostała, gdyby nie udostępnione sądowi raporty naszych informatorów, dokładniejsze od DNA sprawcy.(…)”

Poczucie wegetacji, utraty młodości na jałowym sprzeciwie i pragnienie normalnego życia i konsumpcji, o której jakości wieści przenikały ze świata zachodniego, pcha bohatera, jego kochanki i przyjaciół w każdą pokusę i okazję prowadzącą do wydobycia ich z lokalnego marazmu do cywilizacji zza żelaznej kurtyny.
Nawet przedostanie się przez granicę na legalny paszport niejednokrotnie dzięki tylko sprzedaniu się tajnym służbom, nie daje emigrantowi żadnych szans na normalne życie. Polska młodzież, która we Francji handluje grafikami skradzionymi z wrocławskiej ASP i zagrabiająca honorarium dla siebie, nie myśli nawet, że należy się ich autorom. Ta przerażająca myśl, która co i rusz przemyka czytelnikowi przyswajającego coraz to bardziej wyrafinowane metody urządzania się w świecie zbudowanym na bezprawiu, samo-radzeniu sobie, nabiera powoli podobnej mocy, jak zabijanie w czasie wojny. Uwolnienie od wyrzutów sumienia bohatera powieści, chłopca z tzw. dobrego domu staje się naturalnym procesem spsienia i barbaryzacji panujących w Polsce lat siedemdziesiątych obyczajów. Ojciec Grzegorza wprawdzie pracuje w szlachetnym zawodzie prowincjonalnego lekarza z prywatną praktyką, ale urząd podatkowy jest nagminnie mylony liczbą jego pacjentów. Dziadek, budowniczy ich przedwojennej willi, po wojnie trudni się handlem ortalionami, a gosposia, jedyny spadek po międzywojennej klasie średniej traktuje dom państwa doktorostwa z zegarmistrzowską urzędowością, pisząc lakoniczne raporty ze swojej działalności. Wszechogarniająca schematyczność, zarówno martwego domu rodzinnego, jak i wrocławskiej uczelni i służb bezpieczeństwa rzuca bohatera w romantyzm opozycyjnych ugrupowań, ale tylko po to, by naturalnym biegiem rzeczy móc sprostać ubeckim zobowiązaniom i równocześnie stać się bohaterem pozytywnym.
Narracja powieści wiedzie nas po wszystkich szczeblach nie tyle kariery bohatera, co tego, do czego każdy student wtedy aspirował. Otrzymanie stypendium w Szwajcarii i po powrocie natychmiast uczelnianego etatu nobilitowała pod każdym względem. Praca w służbach bezpieczeństwa społecznie ukryta, dawała cały czas niewidzialne wsparcie na wszystkich życiowych planach, dawała też satysfakcję artystyczną.

I chyba słusznie na spotkaniu autorskim aspekt literackości tej książki autor z całą mocą podkreśla.
Polityczny i obyczajowy jej kontekst staje się drugorzędny w obliczu zastanawiania się w niej nad rolą literatury, która żeruje właściwie głównie na donosie.
Bohater „Ostatniego raportu” delektuje się swoimi osiągnięciami rzemieślniczymi na polu literackim, wirtuozerią w operowaniu składnią tekstu i jego formalną poprawnością.
Kruszyński – pozostawiając swojego bohatera w fazie niespełnienia i niedocenienia artystycznego, natomiast w pełni sławy epistolarnej ubeckiego skryby, który, by ocalić swój „dorobek literacki” wybiera ratowanie teczek niż zatarcie swojej amoralnej postawy – pyta o granice sztuki i przeczuwa niebezpieczeństwo pozostawienia jej na etapie ostatniego raportu.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 24 komentarze