WIERSZE WIĘZIENNE (2)

***
„Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,”
Tuwim

A w szczelnym wiosny uwięzieniu fart,
bo bękart zawsze jest wygnańcem z wielu,
gdy koło łączy śmierć z wschodzącą stratą
i nielegalność wnosi szansy wyłom,
otworzysz skórę. Ot, lekkie zadrapanie.
drzeć, to jeszcze nie drganie. Dranie
skradli bez w wierszu w jednym stylu,
lecz to tylko błahostka, tylko ilustracja,
gdzie indziej przemiana uwolni bogactwa,
nie tutaj.
Masz cieszyć się za to
namiastką sympatii wszelkim okamgnieniem,
a wciąż gdzieś indziej żyje i pulsuje atom
komórki nerwu. Co ziemia z korzeniem
wyrabia niewidocznie i karmiąc go skrycie
nasyca nas duch wiosny, my żyjemy płycej
(bo nie za to płacono i nie za to płacą)
pustej ekwilibrystyce w jałowym popisie,
lecz niewidoczna zmiana martwej zimy w lato,
dzisiaj zamieni zawsze, niekoniecznie jutro,
dlatego śpiew syren milknie potem za to
bo chwilą jest minione w każdej więźnia celi,
a nie żadnych d z i s i a j czyjeś widzimisię:
przyszłość nie istnieje.
Przejdź jaskinię, chociaż tobie pozór
niewiele daje, ani oślepienie. Z cieniami niełatwo
wiosną i w ogrodzie, a co dopiero kiedyś.
Nie jest po kolei. Myśl niesforna skacze
po polach pretensji. Miało być inaczej,
przyroda nie jest skąpa, nawet w zmarnowaniu.
I po cóż mi wykrzyczeć same niemożności?
Wraca czas w treści żołądka dopiero,
by nie zatruć na zawsze duszy niewolnika
on już jest na wolności – coś na kształt pomnika!
Wiosno, wiosno, która jesteś w kolejce do celu?
Nie działa nic samotnie. Skarby tego świata
w zależnościach warstwami drzemią jak uśpione,
naruszysz harmonię, zburzysz przyjacielu
odwieczne porządki, strącisz z głów koronę
i nic świata nie wzruszy, nic światu nie będzie
nawet, jak bzy pokradną i księżyc też zwiędnie
to się nic nie stanie, niczego nie braknie,
bo tylko niewolnika samotność jest w cenie,
on jest opoką świata, on sieje nasienie
w pustkę, on Wielki Niewolnik, Wielki Masturbator
rządzi krajem pamięci, ma dokument na to,
on tylko płodzi w kółko jaskiniowe cienie,
fatamorganę wiosny, ma glejt na płodzenie
niewolniczego stada samych samotników…
c.d.n.

Etienne Daho – Le Grand Sommeil (Sweetlight Remix)

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | 6 komentarzy

Przegląd galerii śląskich czerwiec 2009

W czerwcu kulturalny Śląsk nabrał tempa i jakby chcąc uprzedzić wakacyjny przestój, działo się w przestrzeni sztuk wizualnych wyjątkowo dużo.

Gliwice

GCOP Klub Perełka
Malarstwo Adama Styrylskiego.
Nasz wiceprezes, absolwent katedry malarstwa krakowskiej ASP, malarz średniego pokolenia, od lat tworzy w jednym klimacie, nieustanie nawiązuje swoimi obrazami do francuskiego postimpresjonizmu. Wielu malarzy polskiej awangardy próbowało powtórzyć fenomen geniuszy dekonstruujących radosną twórczość impresjonistów, wprowadzając klasyczną dyscyplinę i malarski rygor. Nasuwa mi się tutaj twórczość malarska Jozefa Czapskiego, który w przerwach pracy wydawniczej w Maison-Laffitte uciekał do „piłowania” swoich martwych natur. Coś z tego piłowania widzę na wystawie w płótnach Adama. I ewolucję.
Najnowsze obrazy Styrylskiego wchodzą w coraz bardziej kategoryczną syntezę, wytracanie szczegółów realnego i do bólu autentycznego świata, prowadzą konsekwentnie do znaku. Nie ma tu, jak u Cézanne’a, kontemplacji pędzlem, tego bogactwa barw, radości ich mieszania i wreszcie nazwania plamą refleksu barwnego. Styrylski metodą postmodernistyczną zatraca już indywidualność przedmiotu, multyplikuje go, jabłka celowo czyni identycznymi. Wraz ze sztywnym, czarnym konturem zamykającym przedmioty i tym też je wiążącym, dopowiada i czyni swoje obrazy ostatecznymi, sformalizowanymi wypowiedziami. Sytuacja, jaką prezentuje zastyga i monumentalnie zostaje unieruchomiona.  Ta zawarta w nich mnisia asceza wprowadza coś niepokojącego i zarazem smutnego. Nostalgię za minionym i rezygnację z walki. Jesteśmy już w dwudziestym pierwszym wieku i już zupełnie w innej cywilizacji.

Gliwicki Plener Malarski „Moje miasto”
Nasz okręg wyjątkową aktywnością zaznaczył się w przestrzeni swojego miasta. Natychmiast po zakończeniu miejskiego pleneru zorganizował poplenerową wystawę w dawnym w Klubie Perełka, dzisiejszej siedzibie Okręgu ZPAP w Gliwicach.
Z racji charakteru komercjalnego projektu pleneru, którego intencją była mimo wszystko afirmacja przestrzeni miejskiej, dokumentowanie niewątpliwego klimatu Gliwic – gdzie stara architektura, szczególnie Rynek broni się przed industrialnym charakterem regionu – powstały prace bardzo zindywidualizowane, próbujące na nowo odczytać szyfr miasta konwencjonalną techniką i widzeniem. Nie mamy tutaj ani eksperymentów formalnych, ani żadnych artystycznych kontestacji. Powstało coś pomiędzy turystyczną ofertą, a niejednokrotnie spojrzeniem głębszym, zaangażowanym społecznie komentarzem, czy przesunięciem architektonicznych funkcji obiektów w stronę czystej estetyzacji.
II edycja Gliwickiego Pleneru Malarskiego “Moje Miasto” dała więc w efekcie osiemdziesiąt prac promujących miasto i jego zabytki.
I tak, mamy typowe dla  Mari Bereźnickej–Przyłęckiej pastelowe kompozycje martwych natur z nieodłącznym jabłkiem, które firmują też gliwickie kamieniczki, jakby zobaczone z okna;  Marian Bietkowski swoimi akwarelami uwiecznił odchodzące zaułki i ciszę wokół zabytkowych kościołów; Barbara Jonderko-Jagła w zdecydowanych, intensywnych kolorach udokumentowała szereg przedwojennych kamienic, operując szerokim pędzlem; Ania Śmieszek pokazała precyzyjnie starą, zabytkową, drewnianą architekturę, współgrającą kolorystycznie z dobranym narzędziem i w efekcie uzyskując oszczędny, sepiowo-ugrowy rysunek; Helenka Gołda-Błahut w biegłości swojego rysunku bardzo sprawnie przetwarza części zabytkowej architektury Gliwic uwzględniając reżim klasycznego rysunku architektonicznego; Marian Goliszewski fragmentami  dobrze zakomponowanymi i z dużym wyczuciem koloru harmonijnie ukazał charakterystyczne dla miejskiej zabudowy szczegóły dachów. Odpadające tynki romantycznie dają też do zrozumienia, że czas nieubłagalnie działa wprowadzając dodatkowe efekty fakturowe i świetlne; Halinka Lerman, najlepsza śląska impresjonistka namalowała wspaniałość odnowionego Rynku Gliwickiego z jego optymistycznym, radosnym kolorytem kamieniczek i żywością klombowych kwiatów; Janeczka Walasowa, ze swoich tęczowych, wielobarwnych plam stworzyła wizje niemal psychodeliczne, co ze względu na podeszły wiek naszej najstarszej koleżanki zachwyca witalnością i optymizmem; Anna Zdrzyłowska techniką olejną niemal z lewicowym zaangażowaniem namalowała zaułki Gliwic ze swojskością wiszącej na sznurkach bielizny, czyniąc z Gliwic ubiegłowieczne, przytulne miasteczko; wypowiedź plastyczna Teresy Pawłowskiej to barwne rysunki kredką opowiadające delikatnie, jak za mgłą cytaty architektoniczne z gliwickiej zabudowy; Małgorzata Handermander-Lewicka stworzyła harmonijny i oszczędny w kolorze wizerunek zabytkowego kościoła drewnianego o nastrojowej, chyba zbliżonej do zmierzchu porze, czym jeszcze bardziej podkreśliła finezję swojej japońskiej kreski; Maria Konopacka, wprowadziła, dzięki oszczędnej palecie, stosując kolory przeciwległe z koła barw – zieleń Veronese’a i cynober – efekt dużej żywości i energii w senności zdawałoby się, podwórka i muru kamienicy, oraz rosnących tam drzew; Gosza Safronow jak zwykle kontynuuje wizję miasteczka uniwersalnego coraz bardziej wytracając szczegóły i syntetyzując kształty, co powoduje, że miasto gra  wielobarwnymi, szerokimi płaszczyznami czystych kolorów, a ich rytm wyznacza i organizuje przestrzeń między domami i ulicami; Ewa Pańczyk-Hałubiec na swoim obrazie wyrugowała z Gliwic wszelki ruch uliczny (przez Gliwice już jechać bez utraty kilku godzin stania w korkach się nie da), czym spełniła marzenie każdego mieszkańca miasta. Na płótnie olejnym Gliwice z lotu ptaka w pięknych impresjonistycznych kolorach, z wielką, słoneczną plamą na fasadach kamienic, jawi się jako spokojne i ciche miasteczko; Ewa Rosiek-Buszko namalowała pastelami syntetyczne, złożone z brył, fragmenty starożytnych Gliwic, negując jego współczesny wygląd i odwołując się do dawnego obronnego charakteru miasta; Damian Pietrek dał oszczędną w kolorze, linearną grafikę z wariacją na temat części zabytkowych zwieńczeń domów gliwickiej zabudowy.

Katowice

Galeria „Na żywo”
Michał Litkiw „Blachy”
To kameralna wystawa tyskiego artysty średniego pokolenia z dużym dorobkiem artystycznym i wystawienniczym. Ze wstępu Macieja Szczawińskiego dowiaduję się, że artysta jest też poetą i być może stąd te niesamowite tytuły prac: „Paraliż obfitości”, „Narkoza spotkań”, „Przecinki rzeczywistości”, Wykastrowana obecność” i tym podobne. Na całe szczęście artysta zachowuje zdrowy rozsądek i tworzy dzieła absolutnie na nazwania swoich utworów wizualnych nie bacząc. Mamy w efekcie metaforyczną abstrakcję, której rozwikłanie znaczeń wiadome jest jedynie autorowi. W sumie są to patetyczne, ale proste elementy, z zastosowaniem niejednokrotnie reliefu, skrobań, różnorodności barwnej bardzo subtelnej z wykorzystaniem koloru metali, jego niuansów i połyskliwości. Te właśnie środki artystyczne, ukryte w wyborze materiału, a nie przesłanie mentalne stanowi o wartości tych prac, czyniąc dzięki nim oszczędne, ascetyczne, bardzo delikatne wypowiedzi artysty. Intymne i tajemnicze, noszące w sobie ukryte treści jak wykopaliska ludów dawnych, których rytuałów codzienności nie znamy i już nie poznamy nigdy.

Biblioteka Śląska
W holu Biblioteki Śląskiej wystawa pokonkursowa VI Międzynarodowego Przeglądu Ekslibrisu Drzeworytniczego i Linorytniczego im. Pawła Stellera.
Ekslibris jest dziedziną grafiki artystycznej i jego pierwotna funkcją było zdobienie bibliotek właścicieli, niestety tak kłopotliwą, że zrezygnowała z niej też BŚ. Ale za to co roku organizuje wielką międzynarodową wystawę poświęconej tej dziedzinie.
Te niewielkie artystyczne wypowiedzi na temat książek i ich właścicieli, by sprostać konkursowemu regulaminowi, wykonane są archaicznymi metodami grafiki warsztatowej i cieszą się różnorodnością, indywidualnością postaw twórców, przekazują ich osobowość i filozoficzne, często ironiczne przesłanie. Nawiązują cytatami dzieł epok minionych różnymi odniesieniami do sytuacji dzisiejszej w sztuce.
Do konkursu zgłosiło się ponad sześćdziesięciu artystów z kraju i zagranicy, którzy przedstawili w sumie kilkaset ekslibrisów.
Z radością donoszę, że swoim czarno-białym ekslibrisem Janusz Popławski, grafik z Radomia (były prezes radomskiego ZPAP), który miał w naszej związkowej Galerii „Po schodach” dużą wystawę indywidualną, zdobył II Nagrodę, Dyplom i Medal im. Pawła Stellera.
Pierwszą otrzymała Gennada Pugachevsky (Ukraina), trzecią Łukasz Cywicki (Polska),  wyróżnienie Ruslan Agirba (Ukraina), inne nagrody to: Eduardo Campelo (Argentyna), Katia Lazar (Białoruś).

fot. Ewa Bieńczycka

Galeria ZPAP „Art Nova 2”
Prezes katowickiego oddziału ZPAP Henryk Bzdok zaprezentował w związkowej galerii w czterdziestopięciolecie swojej twórczości wystawę grafiki „rysunki digitalne”. We wstępie do katalogu artysta starszego pokolenia, absolwent krakowskiej ASP katowickiego Wydziału Grafiki zwierza się ze swojej fascynacji komputerowymi programami graficznymi, dla których porzucił kilkudziesięcioletnie narzędzia pracy, czyli farby i pędzle.
Ale nie tylko technika w tych obrazach sformalizowanych formatowo i estetycznie jest wiodąca. Też tematyka przedstawień to swoista podróż sentymentalna, jak pisze autor w katalogu, spotkania po latach z przyjaciółmi rozsianymi po całym globie ziemskim. Toteż mamy na wydrukach barwnych z drukarki komputerowej przede wszystkim realistyczne postacie w scenach rodzajowych, momentach życia szczęśliwych spotkań, spędów i zrzeszeń, kiedy bohaterowie opowieści Bzdoka są razem. Czasami artysta łamie płaszczyznę surrealistycznie malując zwierzęta i przedmioty z innego obrazowania, wprowadzając tym akcent autoironiczny, bądź aluzyjny.
Ujednolicając wypowiedz do formy zapisu pamiętnika, artysta użył podobnej we wszystkich pracach tonacji pastelowego kolorytu i czarnego, lekkiego, swobodnego konturu, co od razu kojarzy się z masową kulturą pop i dowcipami z New Yorkera i staje się współczesnym nam nieskrępowanym komentarzem do oglądanego świata.

fot. Ewa Bieńczycka

Górnośląskie Centrum Kultury
2. Biennale_ Sektor Sztuki
„Konstytucja Europejska. Co tworzy Europę?”
O tym bardzo ważnym dla naszego regionu wydarzeniu napiszę przy omawianiu artystycznego lipca. Natomiast w ramach tej imprezy, jeszcze w czerwcu, na zakończenie roku szkolnego w fontanny  katowickie wpuszczono pomarańczowy barwnik spożywczy w ramach happeningu Matyldy Sałajewskiej, ubiegłorocznej absolwentki katowickiej ASP.
Ten bardzo apetyczny eksperyment artystyczny (mnie przypomniał oranżadę w proszku z czasów mojej podstawówki, która zmieszana na dłoni ze śliną dawała właśnie taki widok) wzbudził, jak czytam w Sieci, duży zachwyt i poruszenie wśród katowiczan.
Jak artystka innymi, skutecznymi metodami promuje wielki artystyczny projekt tegorocznego Biennale Sztuki, poprzez inne akcje uliczne (wlepki, szablony, napisy, wspólne zabawy z mieszkańcami z dominującym wciąż kolorem pomarańczowym można zobaczyć na YouTube w kilku filmikach pt. „Wirus Biennale”:

BWA
Marian Bogusz malarstwo
Wielka wystawa katowicka Bogusza zdominowana jest przez podłoże, na którym najczęściej artysta nakładał swoje abstrakcyjne kompozycje, czyli blacha aluminiowa. Ta połyskliwość to ciągle prześwitujące blachy, na których położono barwne laserunki farb olejnych. W tak wielkich i jasnych ścianach galerii katowickiego BWA robią wrażenie spokoju i dostojeństwa.
Marian Bogusz, absolwent warszawskiej ASP, uczeń Jana Cybisa, propagator teorii Władysława Strzemińskiego, to legenda naszej sztuki współczesnej, to awangarda PRL-u i dzisiaj po historycznych zmaganiach z socrealizmem, z wielką pokusą, jaką dawały komunistyczne władze artystom w postaci plenerów, imprez, wystaw, galerii, festiwali, zostają nam w efekcie tylko te obrazy. Resztę zamknęła kurator wystawy, Bożena Kowalska, wielka orędowniczka pamięci przedwcześnie zmarłego pleszeńskiego artysty w wielkiej monograficznej książce zatytułowanej „Bogusz artysta i animator”.
Książka została wydana w czterdziestolecie śmierci artysty. W BWA można kupić tę książkę bogato ilustrowaną zdjęciami z tych lat i dokumentami. Z najważniejszych nazwisk niesłychanej ilości artystów, którzy przewinęli się przez życie artystyczne Bogusza warto tu wymienić Zbigniewa Dłubaka, Kajetana Sosnowskiego i Barbarą Zbrożynę.
Wielce zasłużył się w ocalaniu kolekcji długoletni dyrektor Muzeum Regionalnego w Pleszewie Jerzy Szpunt, który obrazy systematycznie kupował.

fot. Ewa Bieńczycka

Mała Przestrzeń BWA
„Przypadkowe przyjemności”
To druga po zimowej edycji („Konceptualne przyjemności”) o której tutaj już pisałam, wystawa zbiorowa konceptualistów najmłodszego pokolenia artystów.
Ta edycja jest zatytułowana „Przechadzki po rozpuszczonej czekoladzie” mająca ukryte, symboliczne znaczenie, spajające cztery postawy twórcze ironią i goryczą.
Bo z pewnością chodzi o czekoladę gorzką.

Basia Bańda, zielonogórska artystka ukończyła wydział malarstwa na poznańskiej ASP. Znana jest śląskiej publiczności z wystawy w Górnośląskim Centrum Kultury, gdzie pokazywała swoje erotyczne malarstwo zdominowanym erotycznym kolorem różowym.
Cykl zapętlonych przeźroczy, jakie tym razem oglądamy z archaicznego projektora na białej ścianie w małej, wydzielonej dla młodej awangardy konceptualnej przestrzeni, są intymne, wieloznaczne, obrazoburcze i też erotyczne.
Pozornie nieciekawe i banalne fragmenty pomieszczeń, mebli, części ciała (z początku myślałam, że jest to zaangażowana praca protestująca przeciwko przemocy w rodzinie) w kontrastowej tonacji wrzaskliwych kolorów, zawsze ukrywają jakiś dramat, aluzję do sadomasochistycznego charakteru wszelkich sytuacji intymnych i poprzez metaforyczność i obyczajowy kamuflaż, chcą wydobyć to, co zwyczajowo chce się za wszelką cenę ukryć.

Michał Smandek „Dance floor”.
Absolwent Instytutu Sztuki Uniwersytetu śląskiego w Cieszynie, specjalizacja rzeźby.
W niewielkim pokoju instalacja Smandka dotyczy jedynie podłogi, którą zróżnicował miękkimi czerwonymi balonikami i twardym betonem cegieł pustaków. Chodzący po niej ludzie „tańczą”, doznają unikalnego efektu niezdecydowania i zaskoczenia. Czerwone balony przepchnięte są prze dziury pustaków, amortyzując kroki zarazem je rozchwiewając.
Czytam w ulotce dotyczącej wystawy, że artysta kojarzy balony z uczuciem pozytywnym, a cegłę z negatywnym. Na dodatek to, co pozytywne – ulega szybkiemu zużyciu, pękaniu, wyciekaniu powietrza. Pozostanie nam więc i tak twardy, i nieprzychylny beton.

Karolina Szymanowska
Artystka po rzeźbie wrocławskiej ASP. Prace jej charakteryzują się ironią i dowcipem. Na wystawie „Akomodacja” pokazała białe plastikowe rurki, które odpowiednio poustawiane mają sugerować cielesność i elastyczność ludzkiej powłoki. Akomodacja to tutaj w wypadku wypowiedzi artystki też metamorfoza i inne spojrzenie na przystosowanie się człowieczej natury, symbolizowanej przez składane, łatwo przechowywane rurki, które odpowiednio upostaciowione, przystosują się do wszystkiego.

Małgorzata Markiewicz „Porzucone”
Jest absolwentką krakowskiej ASP wydziału Rzeźby.
Artystka pokazała fragmenty damskiej garderoby, szczególnie majtek i biustonoszy, butów i bliżej już niezidentyfikowane fragmenty odzieży w scenerii natury.
Porzucone części intymnej garderoby, jak czytam na stronie autorki (w licznych wywiadach – dla artystki tkaniny, szczególnie te z second hand są najczęstszym tworzywem twórczości), znalazła przypadkowo w różnych częściach miasta i fotografując ich porzucenie i nowe egzystencjalne sytuacje, próbuje powiedzieć coś więcej o ich właścicielach.
„Porzucone” to też symboliczna sytuacja niechcianego, takiej kukułki, którą szczęśliwy znalazca nie wie, co zrobić.

fot. Ewa Bieńczycka

Rondo Sztuki
Ewa Zawadzka „Neuronalne przestrzenie”
(malarstwo/ grafika)
Ewa Zawadzka jest moją starszą koleżanką licealną, absolwentką krakowskiej ASP katowickiego wydziału grafiki, artystką średniego pokolenia.
Łukasz Kałębasiak w ostatnim wywiadzie z artystką w Gazecie Wyborczej nazywa Ewę Zawadzką Pierwszą Damą polskiej Grafiki.
Faktycznie, znałam Ewę tylko z grafiki od kilkudziesięciu lat wiem, że robi grafikę od momentu, jak dostała nagrodę na krakowskim Biennale Grafiki, gdzie pokazała, pamiętam, błysk światła.
Ale potem grafiki się sformalizowały i przybrały skrajny, ascetyczny kształt wypowiedzi bardzo zrutynizowanej i zamkniętej. Obracając się w tematyce przedstawień betonowych elementów, Ewa Zawadzka wygrywała różnorodność ustawień portretowanych elementów jedynie niuansami świateł rzucanych wzajemnie przez monumentalne elementy.
Czytając wstęp do katalogu z jej indywidualnej wystawy w katowickim BWA, gdzie krytycy wyciągali z tych przedstawień coraz to dziwaczniejsze wnioski, przywołując labirynty Italo Calvino i inne literackie odniesienia, snując coraz to śmielsze eseje fabularyzowane. Widzę teraz, gdy artystka przeszła na inny rodzaj wypowiedzi, że to były tropy mylne.

W dzisiejszym pokazie najnowszych prac malarskich Ewy Zawadzkiej przede wszystkim widoczne jest wyzwolenie. Tak, jakby ta wieloletnia graficzna działalność ją tylko więziła.

Artystka bardzo dobrze wyczuwa kolor, z wielką radością i poczuciem jego smaku, materialności, wręcz z erotyczną zmysłowością.
Kontynuuje tematykę wielkich brył kamienia sztucznego z groźnie wystającym gdzieniegdzie drutem zbrojeniowym, ale to już nie jest więzienie. To jest aranżacja w bardzo pozytywnym znaczeniu. Uchylone bryły, przez które wlewa się mleczne światło, to wyjście. Tak, jakby forma, przed którą artystka nie mogła uciec, gdyż jest to przecież jej egzystencja, jej życie w którym zamieszkiwała i w dalszym ciągu zamieszkuje – nabrała innej materialności, innych barw i innego zupełnie, nowego i optymistycznego sensu.
Prace artystki są wielkoformatowe („Opowieści pejzażu” 160×200), malowane grubo, z zastosowaniem konwencji malarstwa materii. Używa barw ziemi, naturalnych kolorów minerałów i podobnie jak w grafice, stosuje bezwzględny reżim kompozycyjny, złożony najczęściej z pionów i poziomów, który organizuje przestrzeń dosadnie i ostatecznie.

fot. Ewa Bieńczycka

Rondo Sztuki
Paweł Szeibel „Pomiędzy”
Niedawny absolwent katowickiej ASP kierunku malarstwa, uczeń Jacka Rykały.
Duże płótna pokazane przez malarza są wizualizacją dźwięków, szumów i hałasów. Artysta uzyskał niespodziewany efekt niemal strukturalnej przestrzenni Władysława Strzemińskiego, efekty też op-artowe i  w sumie estetyzujące.
Wystawie towarzyszą instalacje Video i przyznam się, miałam cierpliwość zobaczenia tylko jednego filmu, gdzie działkowicz w odpychający sposób sadził fasolę.
Wszystko w upiornej scenerii modelowej szklarni, nocą, z chrobotem łopaty zakopywanych nasion. Ten upiorny efekt radości działkowicza – górnika jest wielkim ironicznym przekazem artysty mówiącym, że niczego co oglądamy, co przeżywamy tak naprawdę, nie możemy być pewni.

fot. Ewa Bieńczycka

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Przegląd galerii śląskich | Dodaj komentarz

Przegląd galerii śląskich maj 2009

Z ważnych, masowych kulturalnych zdarzeń Górnego Śląska warto odnotować fakt odwiedzin mieszkańców miast naszego regionu za darmo muzeów. Zacytuję relację z zaistnienia tego fenomenu za Gazetą Wyborczą słowami Łukasza Kłębasiaka:
„(…)Noc Muzeów 16 maja, to Noc Muzeów – razem z prawie dwoma tysiącami muzeów w 39 państwach Europy – świętował cały Śląsk. W Zabrzu muzeum miejskie zaprosiło mieszkańców na noc celtycką z nauką tańców i kursem gry na łyżkach. W Gliwicach każdy mógł się stać zabytkiem i jak cenna waza czy misa zrobić sobie trójwymiarowy portret specjalistycznym skanerem. W Chorzowie, gdzie trwa wystawa sztuki w czasach PRL-u, dzieci budowały z klocków Pałac Kultury i Nauki, i oglądały stare dobranocki.
Kto przespał sobotnią noc, może jeszcze nadrobić zaległości w najbliższą sobotę. Na noc w muzeum zaprasza jeszcze m.in. pałac Schoena w Sosnowcu i pszczyński zamek(…).”

Gliwice

ARTNOC – 29 maja
Imprezę tę, zorganizuje oprócz Nocy Muzeów miasto po raz drugi.
I tym razem też nasz Związek bardzo intensywnie włączył się w akcję propagowania wśród mieszkańców Gliwic sztuk wizualnych. Koleżanki i koledzy oddawali swój czas i wiedzę na spotkania z uczniami szkół i miłośnikami sztuk pięknych. Wśród ponad 50 różnych zdarzeń Anna Śmieszek pokazała biżuterię artystyczną i jak ją robi, Mirosław Goliszewski, jak wykonuje portrety. Wizytowano w pracowniach Mirosława Wszołka, Piotra Kozłowskiego, Adama Styrylskiego, Heleny i Józefa Szubów. W tę noc, zaprzyjaźniony z naszym Związkiem i malarzami, czytał swoje wiersze poeta Jan Strządała, wieloletni prezes Oddziału Katowickiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Równocześnie goście odwiedzili trwające w naszych galeriach związkowych aktualne wystawy:

Klub Perełka (nowej siedziby Okręgu ZPAP w Gliwicach)
Wystawa malarstwa Marii Bereźnickiej-Przyłęckiej
Artystka średniego pokolenia, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi wydziału Tkaniny Dekoracyjnej i Unikatowej kontynuuje swoją kolejną wystawą wątki malarskie prezentowane już w cyklu obrazów w Galerii ZPAP „Po schodach” w roku ubiegłym. Malarka pozostaje przy bardzo ograniczonej tematyce i ascetycznym widzeniu świata, wybierając uważnie i selektywnie do budowy przestrzeni malarskiej elementy zauważone niemal mimochodem i tylko pozornie nie godne zauważenia. Tak budując przestrzeń malarską poetycko jakby je unieważnia zamieniając je jedynie na kolor i formę. Odbiorca więc odczuwa tylko obecność znanych mu z dnia codziennego przedmiotów (np. owoce) i właściwie w nie wnika, powierzchownie i sensualistycznie odczuwając ich obecność. Poprzez środki wyrazu – przypominające raczej twórczość pierwotnego człowieka w grotach niż fotograficzny realizm – podkreślając jeszcze ten trop zadrapaniami, rozlewaniem i impastami – Bereźnicka wchodzi bardziej w estetyzacje obrazu, niż w jej przekaz mentalny. Pastelowa, lekka gama synchronizuje łatwo i harmonijnie przestrzeń malarską stosowaniem kolorów z koła barw przeciwległych i zazwyczaj o jednakowej jasności, uzyskując tym miły dla oka i dekoracyjny efekt.

Galeria ZPAP „Po schodach”
Jacek Kucaba to rzeźbiarz młodego pokolenia, absolwent Krakowskiej ASP katedry rzeźby. Artysta z ogromnym dorobkiem. Polecam oglądanie fotoprezentacji  jego realizacji przestrzennych w Tarnowie na stronie domowej artysty.
Ale tematem gliwickiej galeryjnej wypowiedzi Jacka Kucaby jest rzeźba kameralna, o której napisał w Sieci, że jej tworzenie jest wynikiem potrzeb twórczych, zapisem przemyśleń artystycznych obok rzeźby monumentalnej i plenerowej. Dlatego ażurowe i skomplikowane formy oszczędnych w kolorze rzeźb mają znaczenie bardziej egzystencjalne, osobiste i tajemnicze. Niestety, nie widziałam wystawy, polecam tylko relacje fotograficzną z jej otwarcia na stronach naszego portalu.

Galeria restauracji „ 3 Światy”
Pokazała wystawę Malarstwa i mandali Teresy Pawłowskiej.
Malarka jest artystką średniego pokolenia, absolwentką U. Śl. w Cieszynie, Wydziału Artystyczno-Pedagogicznego. Prezentowane malarstwo olejne nie wybiega poza konwencjonalny i schematyczny pejzaż radosnego malowania w plenerze. Natomiast na uwagę zasługuje cykl mandali o konotacjach magicznych i zasobnych w znaczenia, precyzyjne, w pięknie zharmonizowanych kolorach.

II edycja Gliwickiego Pleneru Malarskiego “Moje Miasto”
Nasz Związek po ubiegłorocznym miejskim plenerze dowodzącym, że powstałe na nim prace dokumentują z powodzeniem unikalnie przemiany architektoniczne, zachodzące w miejskim pejzażu Gliwic, rozpoczął i w tym roku miejskie malowanie.
Biorą w nim udział koleżanki i koledzy: M. Bereźnicka – Przyłęcka, M. Bietkowski, B. Jonderko-Jagła, A. Śmieszek, H. Gołda-Błahut, M. Goliszewski, H. Lerman, J. Walas, A. Zdrzyłowska, T. Pawłowska, M. Handermander-Lewicka, M. Konopacka, G. Safronow, E. Pańczyk-Hałubiec, E. Rosiek-Buszko i D. Pietrek.
Oprawę plastyczną pleneru, organizację i funkcję komisarza zawdzięczamy Ani Zawiszy-Kubickiej, prezes naszego Związku.

Katowice

Galeria „Na żywo”
“Artysta, Lustro, Autoportret” to autoportrety kilkunastu malarzy sztuk wizualnych Śląska. Niestety, oprócz niewyraźnych podpisów na płótnach obrazy nie są podpisane i nie mogę podać pełnej listy zaproszonych do udziału w wystawie artystów. Sądząc po tytule ekspozycji, intencją kuratora i prowadzącego tę maleńką, ale znaczącą dla miasta galerię poety Macieja Szczawińskiego, było stworzenie szerszego kontekstu ekspozycji. Faktycznie, nie jest ona już zbiorem skrzykniętych do wystawy artystów, którzy poprzynosili swoje autoportrety, ale wpływ epoki, w której żyją i tworzą.
Faktycznie, różnorodność środków wypowiedzi, sposobu malowania i tego, co artysta w swojej wypowiedzi malarskiej z siebie wydobywa jest olbrzymia. Mamy więc wiele stylów, zapożyczeń, cytatów, kolaży. Mamy autoironię i neoromantyzm, egzystencjalizm i błazenadę. W tym kotle wizerunków, a raczej życzeń, by artysta tak wyglądał, jak go malują, rozpoznaje doskonałą malarkę katowicką, Halinkę Lerman i Goszę Safronowa w litografii, autoportret, który drukuje na swoich wizytówkach.

fot. E. Bieńczycka

Biblioteka Śląska
Wystawa Fay Grajower „Gdzie przeszłość spotyka się z przyszłością”
Artystka jest absolwentką Museum of Fine Arts w Bostonie i New York University. Jest wnuczką krakowskich Żydów. Jej matka z dwójką rodzeństwa uciekła z Holandii do Stanów Zjednoczonych przez Lizbonę, byli jednymi z ostatnich, którym udało się opuścić Rotterdam.
Ten i wiele innych wątków holocaustowych zawiera cykl ponad 100 obrazów, na które składa się prezentowana Instalacja. Są to jednakowej wielkości, niewielkie kwadratowe moduły odstające od ściany szeroką drewnianą listwa, tworząc kostki wiszące. Mnogość środków wyrazu to różnorodność technik, pomysłów, interpretacji, symboli i form. Stosując różnorodne techniki, abstrakcyjne formy, zdecydowanym czysty kolor, artystka tworzy bardzo emocjonalne obrazy zastępcze dla przedstawionych dziejów swojej rodziny i egzystencjalnych wątków, inspirowana pamiątkami, fotografiami, opowieściami tworzy warstwy pamięci, własny język wizualny, którym swobodnie opowiada. Warstwy papieru, nanoszone na struktury, siatki wcześniejszych zapisów sugerują właśnie te zamazania, utratę wspomnień, wskrzeszania i nanoszenia kolejnych opowieści.
Fay Grajower to artystka „drugiego pokolenia” Holokaustu. Dzieci, które przeżyły były bardziej dotknięte cieniem Zagłady niż sami ocaleni. Jej twórczość to sama sprzeczność. To niemożliwe w jedynie możliwym: uporanie sie z holocaustem, rodzinną legenda w szerszym uniwersalnym zakresie, czyli tym, czym artysta powinien się zajmować i co swoim krótkim życiem rozwiązywać.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Przegląd galerii śląskich | Dodaj komentarz

Przegląd galerii śląskich kwiecień 2009

Bytom

Galeria Kronika
Alternatif Turistik
Galeria bytomska coraz bardziej robi się swojska, familijna i ludzka.
W kwietniowym projekcie Galerii też kładzie się akcent na złamanie bariery między gospodarzami, a oglądającym wystawę gościem, który nie ma się czego bać, przekraczając progi galerii – mieszkania w starej kamienicy.
To właśnie awangarda umiłowała sobie resentyment, mieszczaństwo i nostalgię za minionym.  Z tej mojej pozycji internetowego badacza chciałabym w całej rozciągłości pochwalić jej udany i naprawdę szczery, ludzki charakter prowadzący do integracji sztuki z odbiorcą. Te wszystkie pomieszczenia, komory, futerały na sztukę, przedziały izolujące wygodne kanapy od światła by odbiorca mógł kontemplować spektakl, jaki galeria akurat prezentuje są wygodne i nowoczesne. Efektem jest niestety pokaz perswazyjny i propagandowy: wiadomo, że Kronika jest lewicowa. Piszę „niestety”, ale i zastanawiam się, czy może być inny, jeśli wybiera tę stronę naszych dzisiejszych przemian cywilizacyjnych i uczciwie próbuje je pokazać.
Wilhelm Sasnal w wywiadach separuje się od polityki, a jednak jego każdorazowy udział w projektach Kroniki wspiera swoim autorytetem i opowiada się bardzo wyraźnym głosem społecznym po stronie lewej.
W „Kronice” myli i wabi czas. Galeria albo uwodzi oddaniem za darmo artyście jednego z pokoi, by tam sobie trochę pomieszkał, albo kupuje kilkanaście rowerów, by za darmo sobie wokół galerii pojeździł i doświadczył szpetoty miasta.
Lewicowość może być bowiem realizowana przez artystów bogatych, gdyż sztuka, nawet opowiadająca o najpotworniejszej nędzy, to luksus. Skarga zawsze jest luksusem.
Wszystko jest w Galerii „Kronika” w stylu lat siedemdziesiątych, kiedy zachodni świat Polski gierkowskiej kochał lewicę. Gdy w 79 w Paryżu błagałam o legitymację wolnego wstępu do muzeów, gdyż w artysta kraju komunistycznego nie był w stanie sobie niczego opłacić dysponując jedynie, zazwyczaj pożyczonymi 100 dolarami na wyjazd, paryski urzędnik kłaniał mi się w pas wręczając zezwalający dokument. Wyrecytował wtedy jakieś niezrozumiałe dla mnie rosyjskie słowa i zasalutował. Galerie wokół Centre Pompidou były właśnie w takim stylu jak dzisiaj bytomska: dzwoniło się z ulicy i ktoś w kapciach, wyrwany ze swojej domowej intymności życzliwie wpuszczał do środka, by odwiedzający mógł pooglądać artefakty z papieru i drutu.
Dzisiaj ten czas zabrany mi politycznie, wraca.
Leżąc na kanapie wśród białych ścian galerii oglądam pogierkowskie zniszczenia, świat upiorny i przekraczający możliwości wyobrażeniowe każdego scenografa s-f. A jednak jest coś prawdziwego w tym wszystkim, w tej dziecięcej próbie pokolenia moich dzieci rozwikłania przyczyn destrukcji i degradacji na zimno, a nawet w aprobacie.
By nie przedłużać tego sieciowego tekstu, z natury krótkiego, nie będę pisać o wszystkich oglądanych filmach video. Jest ich mnóstwo. Nie tylko te, robione przez profesjonalnych dokumentalistów, takich jak Wojciech Wiśniewski, Irena Kamieńska, Andrzej Munk, Kazimierz Karabasz czy Barbara Sass. Są produkcje młodszych i najmłodszych pokoleń.

Dostaję w Galerii na dzień dobry mapkę nie tylko galeryjnej wystawy, ale całego Górnego Śląska, gdzie bez artystycznego przetworzenia mogę śląski spektakl przemysłowej przemocy swobodnie doświadczać i wybierać wśród licznych artefaktów, najczęściej oglądam filmy video w monitorach porozwieszanych na ścianach. Mogę spotkać się z wizją artysty i się z nią zgodzić lub nie. Zgadzam się natychmiast zaraz po pierwszej sekwencji, byle bym nie musiała kontynuować oglądania. Być może egzotyka oczywistości Górnego Śląska jest atrakcyjna jedynie dla turysty.

Dominik Cymer, Marcin Doś, Krzysztof Franaszek, Łukasz Jastrubczak, Wojtek Kucharczyk, Paweł Kulczyński, Jerzy Lewczyński, Roman Łuszczka, Anna Molska, Tomasz Mzyk, Laura Pawela, Robert Rumas, Wilhelm Sasnal, Andrzej Tobis, Szymon Kobylarz, to artyści, którzy biorą udział w projekcie.  Opowiadają o moich czasach. O zabrzańskim górniku Alojzym Piontku, który pił swój mocz i gryzł łopatę przeżywszy, jako jedyny, katastrofę górniczą; o materiałach archiwalnych BHP; o tym, jak się fotografuje dzielnice Nikiszowiec, jak się rejestruje lud roboczy; jak się pisze dzienniki i listy. Forma wypowiedzi jest różnorodna, artyści piszą swoje doświadczenie Śląska bezpośrednio na ścianach, kręcą małe etiudy lub gigantyczne obrazy wizualne. Wszystkiemu towarzyszą wycieczki, zajęcia świetlicowe, wykłady i integracje z miejscową ludnością, czyli to wszystko, co się w różnych częściach świata w takich właśnie żywych ośrodkach sztuki dzieje i wyrabia. Osobne pomieszczenie na instalację pt. „Spadające przedmioty” dostał Krzysztof Franaszek, ustawiając tam swoje makiety budowlane z drewienek, patyczków i styropianu. Ale ironii zabrakło już w głównym właściwie dziele projektu Kroniki: w filmie Anny Molskiej: „Tkacze”
Nie chciałabym być zbyt krytyczna dla młodej artystki. Ponieważ jej niemal rówieśnik, Jakub Banasiak na witrynie „Obiegu” film skrytykował, to już nie będę i ja dokopywać. Polecam tę pouczającą recenzję i komentarze. Swoją drogą, to zazdroszczę artystce, że pozwolono jej zjechać do szybu kopalni Bobrek. Pracując w kopalni węgla kamiennego w drugiej połowie lat siedemdziesiątych próżno upominałam się o taką możliwość. Był bezwzględny zakaz wstępu kobietom do kopalń.
I jeszcze o „Tkaczach”. Poświęcony powstaniu z 1844 roku tkaczy z Gór Sowich dramat Gerharta Hauptmanna to sztuka naturalistyczna, to wielki protest społeczny w stylu Zoli. Ten film to też i nieporozumienie epokowe. Nie wydaje mi się, by były jakieś analogie między buntem sudeckich tkaczy dwa wieki wcześniej, a dzisiejszym, poindustrialnym spustoszeniem w duchowości proletariusza, którego zniszczyły zupełnie inne mechanizmy społeczne. Nie mówiąc już o tym, o czym Banasiak napisał: o sztuczności aktorskiej literackich dialogów niemieckiego noblisty w ustach nieprofesjonalnych dzisiejszych aktorów naturszczyków siedzących na hałdach.

Katowice

BWA
POLSKA – NIEMCY 4:6
Marcin Berdyszak, Jacek Jagielski, Kamil Kuskowski, Leszek Lewandowski, Wiebke Bartsch, Jupp Ernst, Carsten Gliese, Anja Jensen, Dietmar Schmale, Sabine Swoboda.

Wystawie – dla porządku z góry określam, czysto konceptualnej – towarzyszy gruby katalog, gdzie każda praca jest szczegółowo opisana i umotywowana. Przed wystawą w holu trzeba go koniecznie wypożyczyć i przeczytać. Inaczej nie ma sensu wystawy oglądać.
Wiem, wiem, że to wszystko, te nasze niemieckie sprawy w dobie ogromnych problemów typu „wypędzeni” czy udostępnienia dokumentów tuszujących i zniekształcających zachowania powojenne należy się jakaś nareszcie pojednawcza, artystyczna wypowiedz. I o tym ta wystawa chce zaświadczyć.

Optymistycznie uderza instalacja kobieca, a wiadomo, kobiety łagodzą obyczaje.
Tak więc rozpoczęłabym obchód wystawy od artystki Wiebke Bartsch – wykładowcy Uniwersytetu w Dortmundzie i jej radosnych, a jednak podejrzanych przytulanek i przyzwoleńczego różu, dominalny kilkunastu elementów instalacji, bardzo śmiesznych, campowych, sztrykowanych, szytych, z użyciem kiczowatych wypalanek ceramicznych, piór i przedmiotów pomocnych kobiecemu uwodzeniu.
Również rzuca się w oczy niesamowita „studnia” Leszka Lewandowskego, bardzo realistyczna, metaforyczna instalacja wykorzystująca złudzenie lustra.
Też schody kolońskiego artysty Carstena Gliese i wszystkie związane z tym optyczne zmylenia budzą niepokój architektoniczny.  Również poznański artysta Marcin Berdyszak prezentuje bardzo śmieszne możliwości graficznego oraz przestrzennego użycia flagi unijnej i jej wielorakiego, aluzyjnego zastosowania.
Zachęcam do odwiedzin stron domowych wszystkich artystów, bo naprawdę warto. Ogromne sale katowickiego BWA żyją nie tylko pokojową sprawą narodowościowych wrogów skłóconych od wieków, ale nawet udowadniają, że na płaszczyźnie sztuki jesteśmy takimi samymi, witalnymi i twórczymi ludźmi. Pięknie o tym pisze w epilogu katalogu Martin Rehkopp, niemiecki koordynator wystawy.
Acha, jeszcze o tytule wystawy, czyli o nawiązaniu do stereotypów obyczajowych humanitarnej, szlachetnej, sportowej rywalizacji polsko – niemieckiej. Być może, że ten sportowy klucz coś wyjaśnia. Być może.

Rondo Sztuki
Santiago Sierra „111”
Santiago Sierra ma swoją indywidualną wystawę w Katowicach! Niestety, wszystko, co w Sieci znalazłam o tym wielkiego, światowego formatu artyście, ani do niego nie zachęca, ani go nam nie przybliża. Zmarnowanie tak wielkiego śląskiego wydarzenia jest ogromne!
Wystawa katowicka to kilkadziesiąt nudnych antyram formatu pół brystolu, gdzie na szarym paspartou  pokazano fotografie, jak 10 pracowników z 10 płyt gipsowych jednakowej wielkości potraktowanych jako moduły, stwarza 111 układów przestrzennych. Ta symboliczna rejestracja typowego dla konceptualizmu nudziarstwa nie przybliża widzowi z ulicy absolutnie nic, co artysta chce powiedzieć. A mówi w świecie sztuki niesłychanie dużo od lat, rewolucyjnie i zdecydowanie.
Zachęcam do oglądania strony domowej Sierry, chociażby do rejestracji niemal faszystowskiej jego scen kopulacji rasy ludzkiej w układach jednobarwnych i kolorowych i jednopłciowych. http://www.santiago-sierra.com/800/200807_800.php
Trzeba tu przede wszystkim mocno zaznaczyć, ze kontrowersyjność buntu hiszpańskiego performera nie polega, jak polska prasa usiłuje nam wmówić, jedynie na politycznych antyglobalistycznych protestach. Jest niesłychanie rozległa, obyczajowa, komiczna i inteligentna.

Galeria „Na żywo”
Wystawa prac Jerzego Moskala
Maciej M. Szczawiński tym razem przedstawia nam w galerii, którą bardzo lubię odwiedzać ze względu na niesłychaną dostępność o każdej porze dnia i nocy, sławnego artystę minionej epoki.
W dobie dyskusji, co warta sztuka tamtych lat wato pochylić się nad twórczością pionierów ruchów artystycznych, którzy w bardziej lub mniej, zawsze zniewolonych dla artysty Górnego Śląska czasach coś próbowali jednak zrobić. Przed wystawą radziłabym przeczytać piękny artykuł Szczawińskiego w miesięczniku „Śląsk” o Jerzym Moskale. Są tam powiązania z Drohobyczem i z Bruno Schulzem czasów przedwojennych i powojennymi osobowościami Katowic, tak wielkimi, jak Wilhelm Szewczyk. Tę barwność czasów w której Moskalowi przyszło żyć wystawa w „Na Żywo” ani nie deprecjonuje, ani nie wspiera. Nie jest, a mogłaby być, skłamana i laurkowa. Są to plansze ilustrujące wycinkami z oryginalnych gazet minionej epoki dokonania artysty na polu scenografii zarówno teatralnej, jak i raczkującej wtedy Telewizji Katowice. Bez, jak zapewne autor chciał przemycić, sentymentalnego aspektu przedsięwzięcia i miłosnej wręcz chwały doświadczania spotkań z takimi tuzami jak Lidia Zamkow. Wystawa wytwarza bardzo specyficzny klimat. Jest nim nostalgia w bardzo pozytywnym sensie. Nostalgia nie za utraconym życiem, ale za mimo wszystko trudem rozpoznawania tamtej rzeczywistości, przemycania tego, co być może służyło tamtemu, a jednak właśnie to pozostało: klasycy, Szekspir i wartości.

CGK

w galerii sektor I
Jan Berdyszak i wystawa zatytułowania RESZTY RESZT.
Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze Jan Berdyszak pokazywał okna, dziury, szyby (plexi) i opatrywał to długimi komentarzami. Na moich wrocławskich studiach Berdyszak był częstym gościem, do Wrocławia przyjeżdżał z sąsiedniego Poznania.

Bardzo trudno było zrozumieć wywody filozoficzne Berdyszaka. Nawet, gdy po latach zobaczyłam w oryginale słynną szybę Marcela Duchampa w filadelfijski Muzeum, czas niedokonany, zawsze obecny u polskiego artysty, wydawał mi się czasem mocno naciąganym.
Nie inaczej jest i teraz oglądając bardzo oszczędne artefakty zbudowane z przeźroczystych tworzyw imitujących szkło i wykresów na ścianach katowickiego Centrum Górnośląskiego Kultury. Anons kuratora wystawy donosi o najnowszym cyklu artysty pojemnym w egzystencjalne znaczenia bliskie największym duchowościom dwudziestego wieku na polu nie tylko prac wizualnych, ale poezji i muzyki.

Biblioteka Śląska
Wystawa Książki Artystów Polski Południowej – Kolekcja Polskiej Książki Artystycznej z przełomu XX i XXI wieku.
Alicją Słowikowska działa na rzecz książki unikatowej, ruchu artystycznego w każdym niemal cywilizowanym kraju już od ponad piętnastu lat i ta możliwa zapewne tylko po politycznym przełomie inicjatywa (ze względu na trudności deszyfracji znaczeniowej książek przez urząd cenzorski), była przy warszawskim ZPAP w sekcji Ilustratorskiej szeroko nagłaśniana biuletynami związkowymi. Dał w efekcie taki ogrom książek, których się czytać nie da, że to przechodzi zapewne możliwości wystawiennicze Alicji Słowikowskiej.
Stąd podział geograficzny na artystów, dzięki któremu można przynajmniej pokazać tych, którzy bisko są i przyjdą na wernisaż otwarcia. Tak jest z dzisiejszą kwietniową ekspozycją w naszej miejskiej bibliotece.
Warto przeczytać w Sieci wywiad z Alicją Słowikowską w sieciowym „Puzdrze” z Zalibarkiem:
http://www.puzdro.pl/1/18-wywiad-slowikowska.htm
Pokazane eksponaty na wystawie są niezwykle piękne. Nie mają absolutnie nic wspólnego z jakąkolwiek książką i być może ta już reliktowa tylko nazwa w dobie książki sieciowej jest nostalgią i jakimś upiornym, cywilizacyjnym pokrzywieniem.
Ciekawostką wystawy jest misa fasolek, które jednak nie nadają się zupełnie do jedzenia, jedynie, jak w Starożytnej Grecji, do losowania wybranych przez publiczność eksponatów do dalszego ich nagradzania (trzeba sobie uzmysłowić, że ich żywot książek artystycznych jest przede wszystkim sycony nagrodami).
Patrzyłam na te fasolki łakomie. Byłam głodna i stałam akurat w długiej kolejce po zamówionych 8 tomików poezji – na moje konto i na męża, korzystając pewnie z chwilowej ulgi organizacyjnej, zezwalającej na nieosobiste wypożyczanie książek. Kolejka żyła i emocjonowała się w niej staniem. Ktoś ze studentów chciał, niezauważywszy pewnie ogonka się sprytnie wysunąć przed szereg. Został natychmiast z końca okropnym rykiem stojącego dłużej przywołany do porządku.
Ot, jak za starych, dobrych czasów.
W katowickiej wystawie Sztuki Książki udział wzięli:
Bogusław Bachorczyk, Andrzej Bednarczyk, Piotr Bies, Grażyna Brylewska, Małgorzata Buczek-Śledzińska, Franciszek Bunsch, Jerzy Dmitruk, Aleksandra Janik, Robert Kańtoch, Monika Krzyżanowska – Hajdukiewicz, Iwa Kruczkowska- Król, Maciej Linttner, Natalia Nowacka, Marek Przybyła, Rafał Pytel, Waldemar Rudyk, Marta Sala, Zbigniew Sałaj, Anna Śliwińska Kukla, Małgorzata Szandała, Piotr Zatorski, Michał Zabłocki , Agnieszka Żmudzińska.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Przegląd galerii śląskich | Dodaj komentarz

Przegląd galerii śląskich marzec 2009

Gliwice

Muszę przyznać się ze skruchą, że zimny marzec nie zachęcił mnie do wyjazdu do Gliwic i nie zobaczyłam ani jednej wystawy organizowanej przez nasz Związek. A było ich dużo w tym miesiącu: trzy wystawy członków naszego Związku.
Z kronikarskiego obowiązku tutaj je tylko wymienię:

Galeria “Trzy światy”
Ewa  Pańczyk Hałubiec  pokazała szereg płócien o tematyce roślinnej i pejzażowej wykonanych w klasycznych technikach malarskich. Jest absolwentką wrocławskiej ASP, malarką najmłodszego pokolenia.
Galeria ZPAP „po schodach” prezentowała twórczość małżeństwa Heleny i Józefa Szubów, Helena – absolwentka UŚ w Cieszynie, Józef ukończył ASP w Katowicach.
Malarstwo wykonane bezpośrednio na materiale, metodą batiku zaprezentowane przez artystyczną parę potwierdziło starą prawdę, że opanowanie perfekcyjne rzemiosła wprowadza reżim w płaszczyznę obrazu i zarazem ją organizuje według niezależnych od artysty zasad, równocześnie eliminując jego niedociągnięcia. Wspomaga więc proces twórczy też i poprzez zaskakujące efekty czysto przypadkowe. Dzięki pracy w szlachetnym materiale, artyści uzyskali wyjątkowo pięknie i estetycznie efekty zdobnicze.

Galeria „Perełka”
Anna Zdrzyłowska wystawiła prace malarskie o podobnej wyżej wymienionym wystawom, tematyce. Jest absolwentką UŚ fili w Cieszynie, malarką średniego pokolenia.

Katowice

Galeria „Na żywo”
Piotr Jakubczak malarstwo
Maciej M. Szczawiński w swojej recenzji z wystawy malarza średniego pokolenia, absolwenta krakowskiej ASP, napisał w na sieciowej witrynie Galerii Radia Katowice:

„Piotr Jakubczak czuje i rozumie kolor. Jego krakowskie studia mają w tym względzie zapewne duże znaczenie. Bez mocnego zmysłowego koloru nie byłoby papilarnych linii tego malarstwa.”

Jakkolwiek artysta jest barwną postacią – wczytując się w całą recenzję – to akurat kolor w tych kilkunastu obrazkach na wystawie jest ich najsłabszą stroną.
Malarz wprowadza dodatkowo obsesyjnie rytmy w postaci barwnych kresek, które tworzą na płótnie coś w rodzaju przylepionego rastra ani przestrzeni nie budując, ani też nie wprowadzając harmonii i nie dekonstruując jej. Bardzo to mąci odbiór, gdyż tematyka płócien jest konwencjonalna, malowane są techniką klasyczną, wymagającą równie rzemieślniczej wirtuozerii w podejmowaniu tak podstawowych tematów, jak akt kobiecy, pejzaż czy martwa natura. Niestety, nie ma w tych płótnach niczego, co mogłoby dać odbiorcy satysfakcję, przyjemność, czy chociażby wiarę, że jeszcze należy przy dzisiejszej dynamice wynalazczości nowych środków wyrazu malować obrazy olejne. Przykro mi to pisać, gdyż jest w tym miejscu kolejna słaba wystawa w tak przecież prestiżowej i ambitnej niegdyś galerii Katowic.


Rondo Sztuki
„Amen” – wystawa malarstwa i grafiki Antoniego Kowalskiego
Antoni Kowalski uczy na dwóch uczelniach artystycznych w Polsce i jest uczniem Jerzego-Dudy Gracza, co, jak obserwuję, stanowi w jego cv artystyczny kapitał: artysta jest dumny ze swojej studenckiej edukacji i często jej wartość w swojej drodze artystycznej podkreśla.
Jednak nie wpływ Dudy-Gracza jest dominujący w twórczości Antoniego Kowalskiego, a Zdzisława Beksińskiego. I faktycznie, jeden z obrazów dedykuje temu niedawno zmarłemu malarzowi („Modlitwa dla Zdzisława Beksińskiego”).
Od kiedy sięgam pamięcią, motyw całunu, draperii, zwisających szmat, chustek, obrusów, podartych tkanin przewija się przez większość płócien tego artysty. Ponieważ w tak dużej ekspozycji występują różne estetyki – też i wydruki komputerowe zbliżeń fotograficznych wycinków roślin – skupię się jedynie na obrazach olejnych, malowanych z największą troską i jak myślę, dla artysty najważniejszych.
Duże płótna o religijnych tytułach, mają odniesienia nie tylko do symbolicznego tytułu wystawy, ale też do całkiem konkretnego opowiedzenia się za pewnym sposobem malarskiego przedstawiania. Tym sposobem jest „nieprzedstawialność”.
Chciałabym rozwinąć tutaj myślowo aspekt takiego właśnie, artystycznego uzewnętrzniania się dzisiejszego artysty.

Antoni Kowalski zgodnym chórem zachwyconych krytyków okrzyknięty został jako wirtuoz, który z bardzo dobrym skutkiem maluje jak  malarze renesansu, co równocześnie oznacza perfekcyjnie opanowane rzemiosło. Krytycy wymieniają wielu geniuszy malarstwa włoskiego, najczęściej jednak Hieronima Boscha, jako pewnie patrona surrealistów, by ojców duchowych malarstwu Antoniego Kowalskiego przybliżyć. Myślę, że w tym wypadku nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ pomieszanie intencji perswazyjnej jest celowe, jednak nie dla bogactwa, a dla zamazania. Dla tej właśnie nieprzedstawialności.  Zresztą, krytycy nie są zgodni, czy artystę zaszufladkować od razu do surrealistów, czy do realizmu magicznego, czy do metaforycznego symbolizmu. I rzeczywiście, Antoni Kowalski bardzo klarownie, z wielkim pietyzmem i reżimem stosuje klasyczny kanon budowy obrazu w oparciu o tamte wytyczne i zalecenia, magicznie odmalowuje przedmioty na płótnie. Stosuje, obok przeźroczystych, pierwszej jakości pigmentów także i złoto i inkrustuje z umiarem nim swoje prace. Gorzej już jest z tym przeciwieństwem przedstawienia.
„Duchowe doznanie Amen jest nieprzedstawialne” – napisze w kataloguMaria Popczyk- kurator wystawyipowoła się na Jean-François Lyotarda. I skąd się akurat tutaj znalazł kapłan postmodernizmu, Lyotard?

Filozof pisał: „nie jest (…) bardziej kompetentny od komputerowych zasobów pamięci, by przekazać ustaloną wiedzę. W czasie, gdy modne stało się głoszenie „śmierci autora”, „śmierci książek” czy „śmierci podmiotu”, związek między wiedzą i jej intelektualnym podłożem coraz bardziej się zaciera.”

Zaciera się, ale akurat u Antoniego Kowalskiego zupełnie nie z tego powodu. Filozoficzne przesłanie, jak dobrze zrozumiałam, jest w idei Boga, w jego niewidoczności i w przedstawianiu zastępczym, a nie wynika z procesów rozwoju sztuki, jaki Lyotard rejestruje.  Metaforyczność Antoniego Kowalskiego jest tak nieczytelna, że okrążając wszystkie możliwe skojarzenia nasuwające się odbiorcy, ostrożnie nie zahaczając absolutnie o nic, stała się już jedynie pustą, mentalną formą. Kicz i banał widoczny jest najbardziej w tryptyku poświęconym rodzicom, gdzie na złotym tle artysta namalował motyw swojego malarstwa zderzając go z cierniową koroną wijących się gałęzi. Szukałam bezskutecznie w necie jakiegokolwiek wywiadu, rozmowy, by zrozumieć język artysty i motywację słowną, nie tylko wizualną. Jeśli chór krytyków przyporządkowuje tę twórczość do malarstwa religijnego, metafizycznego, to warto by w dobie popularności ruchów ateistycznych, protestów przeciwko kreacjonistycznej wizji świata prześledzić wypowiedź malarza właśnie w tej sprawie. Być może sam estetyczny aspekt tej twórczości jest wystarczający dla dzisiejszego odbiorcy. Jednak wystawa w tak prestiżowym miejscu, pokazana w postaci ogromnych, pracowitych płócien Antoniego Kowalskiego powinna mimo wszystko wzbudzić jakieś szersze dyskusje, kontrowersje i emocje.

CGK

galeria engram
Dieter Malotta. Rzeźba
Praca Grzegorza Markowskiego – artysty rzeźbiarza, absolwenta fili UŚ to kawałek szlachetnego białego marmuru, na którym artysta pięknie niecałkiem wykaligrafował dłutem, na wzór Cesarstwa Rzymskiego nazwisko swojego sąsiada, zmarłego za ścianą w kompletnym osamotnieniu. Instalacja w ciemnym, wymalowanym na czarno pomieszczeniu galerii, gdzie jak w filmie o nekrofilach skierowane jest światło niemal jak na cmentarny nagrobek z napisem staruszka Dietera Malotty jest być może i potępieniem nieczułości sąsiedzkiej. A być może i popisem kamieniarskiego kunsztu artysty i puszczaniem oka do widza, że i ten zawód, mimo pracy dydaktycznej na dwóch uczelniach nie jest mu obcy.

Piętro wyżej Górnośląskiego Centrum Kultury w galerii sektor I
Tomasz Bajer prezentuje wystawę złożoną z kilku instalacji o ogólnym tytule „Looking for the order in chaos”.

Artysta szuka chaosu w polityce amerykańskiej, pewnie sfrustrowany już ustawicznym chaosem rodzimym.
Niestety, mimo wielokrotnie podejmowanych prób wczucia się w symbolikę artefaktów na ścianach, na podłodze galerii, na stołach lub w specjalnie wybudowanej klatce, symbolizującej więzienie w Guantanamo, bardzo trudno mi było rzecz całą prześledzić. Ja wiem, że młody zaangażowany artysta awangardowy musi cierpieć za miliony i się wczuwać w sytuację więźnia w miejscu, w którym nigdy nie był i nie będzie, ale czy nie jest to przypadkiem jakaś niedźwiedzia przysługa uczyniona przez artystę skrzywdzonym i torturowanym ofiarom wojny?
Czy nie jest to głośne mówienie o sprawach bezpośrednio nieprzeżytych, nie doświadczonych, jedynie będąca jakąś kontrowersyjną namiastką, tak mało wiarygodną, wyłącznie powierzchownie, ilustratorsko, estetyczną? A właśnie w notce o tej wystawie bezpieczny estetyzm został wykluczony. Dlaczego pojawia się Michel Foucault? Dlatego tylko, że napisał „Nadzorować i karć”? Przecież to o więzieniach, o zniewoleniu poprzez wieki, a nie o ofiarach wojny. Jeśli Tomasz Bajer, jak czytam w notce o wystawie, chce kontrolować i odkłamywać komunikaty płynące z tendencyjnych mediów, to czy nie jest to przypadkiem jedynie również nic niewnosząca, bezpieczna dla artysty, symulacja w bezradności?

fot. Ewa Bieńczycka

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Przegląd galerii śląskich | Dodaj komentarz

Przegląd galerii śląskich luty 2009

Gliwice

Galeria ZPAP „po schodach”
Jacek Joostberens „Siły Grawitacji”
Absolwent katowickiej ASP, pracownik dydaktyczny Politechniki Śląskiej, artysta roczników siedemdziesiąt  przedstawił wielkoformatowe obrazy malowane impulsywnie i gorąco. Fotograficzne „dekonstrukcje” scen rodzajowych, malowanych czystymi kolorami, w przewadze szarości kontrastowanej mocno dominantą czystego koloru są pełne wpływów minionych „dzikich”, „Grupy Ładnie” i współczesnych literackich poszukiwań. Patrząc na takie wielkoformatowe przedsięwzięcia zastanawiam się nad czasem, który nadchodzi, nad głodem obrazów, nad trafnością wprowadzenia nowego języka malarskiego w nowym tysiącleciu.
Jak młode pokolenie wykorzysta dobrodziejstwa techniczne, dostępność środków wyrazu, wymianę doświadczeń artystów bez realnych i wirtualnych granic, co wreszcie w dobie ateistycznych i lewicujących prądów młodych artystów przeważy? W pracach chorzowskiego malarza pojawia się człowiek, jako najważniejszy punkt i odnośnik w obrazowanym świecie.

Klub „Perełka”
Wystawą Okręgową naszego Związku w obecności władz związkowych z Warszawy otworzono nową siedzibę w pięknych salach odremontowanej „Perełki”. Klub „Perełka” zawsze kojarzył się z poetami i poezją, jeszcze niedawno dokumentowane były na internetowej witrynie Gil Gillinga perełkowe konkursy poetyckie.
Dzisiaj miejski klub przechodzi w ręce artystów wizualnych.
W wystawie wzięło udział 38 artystów plastyków różnych dyscyplin sztuki. Ponieważ też brałam w niej udział i nie wypada mi jej komentować, pragnę z tego miejsca jedynie podziękować moim koleżankom i kolegom za wieszanie i trud rozmieszczania na ścianach prac tak różnorodnych w wielkości i formie.
Koleżanki i koledzy, którzy wzięli udział w wystawie, to:
Bogdan Bartoszek, Natalia Bąba-Ciosek, Maria Bereźnicka-Przyłęcka, Ewa Bieńczycka, Marian Bietkowski, Czesław Fiołek, Izabela Gąsiecka, Ryszard Grach, Mirosław Goliszewski, Małgorzata Handermander-Lewicka, Jacek Joostberens, Barbara Jonderko-Jagła, Anna Kacperska, Maria Konopacka, Piotr Kozłowski, Jan Lessaer, Marta Meinhardt-Gawrońska, Halina Nieświatowska, Magdalena Nowacka, Ewa Pańczyk-Hałubiec, Teresa Pawłowska, Tadeusz Pfutzner, Teresa Rawło-Strządała, Georgij Safronow, Agnieszka Sukiennik, Adam Styrylski, Szołtysek Kazimierz, Helena Szuba, Józef Szuba, Katarzyna Szymczyk, Anna Śmieszek, Jacek Ukleja, Janina Walas, Lidia Wąsat, Mirosław Wszołek, Anna Wysocka, Anna Zawisza-Kubicka, Anna Zdrzyłowska.

Katowice

Galeria „Na żywo” pokazała tym razem malarstwo Zofii Łabuś, malarki średniego pokolenia, absolwentki Cieszyńskiej fili UŚ. Autorka pokazuje akty kobiece w szczerym zapamiętaniu, bez koniecznego w wypadku takiej konwencji spojrzenia na zagadnienie z ironią dowcipnego dystansu. Niestety kosmiczność przedstawionych wizerunków ludzi jak i elementów ze świata roślinnego pozbawiona jest wdzięku, lekkości i czegokolwiek, co artystka mogłaby dać, litując się nad w końcu bardzo pokaźnym odbiorcą tej Galerii. Jest bardzo ziemska i nieudolna. Malarstwo to dowodzi więc, że gatunek ludzki jest w ciągłym procesie ewolucji, jeszcze w drodze i jest niedoskonały.

Rondo Sztuki
Janusz Karbowniczek “Rozmowa”
Malarz średniego pokolenia, absolwent i profesor katowickiej ASP pokazał od swojej niedawnej wystawy w Górnośląskim Centrum Kultury (pisałam o tym tutaj) więcej i żywiej, przede wszystkim, jako malarz. Janusz maluje od lat to samo i robi to bardzo dobrze. Kiedy spotykam się z jego nerwową kreską zawsze mam to samo poczucie spokoju. Nie wiem na czym to polega, ale harmonia wewnętrzna tych prac jest ukryta i skomplikowana. Artysta stara się malować lapidarnie, ascetycznie, kasując do minimum paletę, zawężając ją do nieprzyzwoicie skromnej liczby trzech, czterech kolorów zaledwie. Jest to często szarość i błękit bardzo poszukany i charakterystyczny, przetykany gdzieniegdzie dominantą czystego koloru. Wszystko niedbale ocieka, zadrapania są byle jakie, niedbale rzucony bazgroł, rozdrażnienie i agresja – a jednak wszystko trzyma sie kupy, przemawia i jest żywe. Czasami dorzuca bardzo lakonicznie, po dziecięcemu wyrazy, całe zdania, znaczące bądź nie, będące szyfrem, ironią lub kompozycyjnym elementem jedynie. Oczywiście, jako malarka, wolę malarstwo, wolę kolor i mimo, że w tej wystawie Karbowniczka przeważają utwory czarnobiałe i doświadczenia wyłącznie równowagi czerni i bieli, to jednak te malarskie wolę.
Jest jeszcze ściana „dziennika”, gdzie każde pole przyporządkowane jest chronologicznie, od lat osiemdziesiątych, po rok ubiegły. Ten fałszywy dziennik, jakby naigrawający się, ironiczny zapis imienin, anonimowych zdarzeń, graficzna imitacja upływu życia, jest też równocześnie bardzo prawdziwym świadectwem egzystencji, w której właściwie prócz codzienności nic się nie wydarza, a jednak żyjemy, pulsujemy jako organizmy i ten zapis, ta graficzna rozmowa, ten wizualny język Janusza Karbowniczka jest trafny, znaleziony i komunikatywny.
W komentarzu słownym do wystawy artysta kokieteryjnie wskazuje na rolę odbiorcy w stwarzaniu dzieła. Nie uważam, by ten filozoficzny dodatek był tej wystawie potrzebny. Autor konwencjonalnie prezentuje skończone prace, które nie zmieniają się w oku odbiorcy, mimo podsuniętej przez autora ideologii.

Bytom

Kronika
Piekło rzeczy
Warto zobaczyć tę wystawę i jest to niewątpliwie najważniejsze wydarzenie artystyczne na Śląsku tego miesiąca. Kronika ma coraz lepsze prezentacje i awangardowy nurt dzisiejszej sztuki prezentuje naprawdę rozważnie i wszelkie eksperymenty artystyczne, przecież tak różne jakościowo, są w tym miejscu jednak wyselekcjonowane.
„Piekło rzeczy” jest wystawą poprzedzoną bardzo dużym wstępem filozoficznym, który tu pominę, gdyż artyści jak zwykle histerycznie i nadmiarowo powołują się na wszystkich modnych myślicieli (Julię Kristevę), dochodząc nawet do takiego absurdu, że Bytom jest miejscem magicznym, niepowtarzalnym i jedynym na świecie. Być może patriotyzm lokalny i wdzięczność za warsztaty, poprzedzające wystawę, sponsoring miasta usprawiedliwiają to nadużycie. Nie oszukujmy się też, co do wielkości tej wystawy. Ani nie jest odkrywcza, ani niepowtarzalna. Tego typu wystaw na całym świecie powstają tysiące zagospodarowując różnorakich artystów, tych z wykształceniem plastycznym i bez. Tematyka też jest już ograna. Nie o to chodzi. Kronika przełamuje śląski monopol na konserwatywną nudę i ten oddech bardzo jest nam tutaj potrzebny. Szczególnie, że wystawy są zawsze inteligentne i naprawdę światowe.
Galeria natomiast postarała się o wydanie mapki wystawy, bardzo staranną ekspozycję przedmiotów biorących udział w projekcie. Przedmioty wydają dźwięki (odkurzacz), są „podrasowane”, czyli poddane pewnym dowcipnym modyfikacjom, które podpowiadają i poniekąd zmuszają odbiorcę do innego spojrzenia na przedmioty niż to czynimy na co dzień używając ich mechanicznie, bez większego zainteresowania. Ten duchampowski manewr na przedmiocie daje jednak zupełnie inne – niż wedle intencji Marcela Duchampa – przesłanie. Ready made jest tutaj bardziej swojskie, prostackie i ordynarne w swoim znaczeniu pospolitości. Przedmiot wręcz krzyczy i jęczy, jest przez człowieka nieszanowany i niszczony. I to nie przez artystę, artysta nie deformuje, dekonstruując go jedynie, staje w jego obronie pokazując jego zniszczenie i rozkład. Każdy autor biorący w wystawie ma o swoim przedmiocie swoją opowieść i swój filozoficzny powód umieszczenia go tutaj. Wymaga to wielogodzinnych kontemplacji, gdyż jest to nie tylko wystawa zbiorowa przedmiotów, ale artystów o znaczącym dorobku, więc i spotkanie ze sławami.
W „Piekle rzeczy” wzięli udział: Anna Bergmark, Agata Biskup, Karolina Brzuzan, Jiři Černicky, Katarzyna Czeczot, Przemysław Czepurko, Roman Dziadkiewicz, Framework (Resonance 104.4 fm), Johan Grzinich, Łukasz Jastrubczak, Joanna Kawicka, Tomasz Kowalski, Jarosław Kozłowski, Patrick McGinley, Mikropaństwo, Ronald Moran, Pavel Mrkus, Bartosz Mucha, Wilhelm Sasnal, Łukasz Skąpski, Dominika Skutnik, Grzegorz Sztwiertnia, Andreas Widmer, Zorka Wollny.

Wspaniałe są filmy na piętrze, filmy genialne, kino niszowe czeskie, jugosłowiańskie, węgierskie, rumuńskie
Kuratorzy ten pokaz zatytułowali „Przyjdę ostatni, zacznę z tobą”. Mają być komentarzem do Bytomia, do miejsca, do kamienicy zapraszającej gości z całego świata na stwarzanie „Piekła rzeczy”.
Pokaz stara się umiejscowić historycznie i egzystencjalnie Bytom. Akcja filmów toczy się w Bloku Wschodnim.
Znane mi były tylko dwa filmy Béli Tarra (Węgry) „Potępienie” i „Harmonie Werckmeistera”.
Nie wiem, czy te, pokazywane w Bytomiu, są polskiemu widzowi dostępne, czy funkcjonują w obiegu, zapomniane i zepchnięte w filmowy niebyt.
Podaję listę filmów, które wraz z Kroniką polecam: Nikola Tanhofer (Chorwacja) „H-8”: Dusan Makavejev  (Jugosławia) „Człowiek nie jest ptakiem”; Jan Němec (Czechosłowacja) „O uroczystości i gościach”; Živojin Pavlović ( Jugosławia), Przebudzenie szczurów; Dusan Makavejev  (Jugosławia) „Sprawa miłosna albo tragedia telefonistki”;  Lucian Pintilie ( Rumunia) „Rekonstrukcja”.

BWA

ILEBILAND — Brygida Wróbel-Kulik
Instalacje Brygidy Wróbel, mojej koleżanki licealnej, absolwentki ASP Krakowa i Düsseldorfu wypełniły po brzegi ogromne sale BWA. Artystka średniego pokolenia, wymieniana jako grafik dawno przekroczyła warsztatowość, stała się osobowością artystyczną w świecie międzynarodowych wystaw, kuratorów, wykładów i feministycznych akcji. Jest angażowaną w dzisiejszy ruch wystawienniczy międzynarodową artystką.
Czytam w pięknie wydanym katalogu z trwającej wystawy w BWA teksty Tadeusza Sławka i Romana Lewandowskiego kreujące artystkę na bardzo wybitną postać w swojej dziedzinie odkrywania indywidualnych i niepowtarzalnych światów przy pomocy fikcyjnych map.
Każdy dzisiejszy artysta stwarza swoje uniwersum tak, jak uważa, ma wolość artystyczną i swój potencjał twórczy, by go stwarzać. Nie chcę wartościować dokonań artystki ani nawet komentować, jako odbiorca teatru obiektów, które na wystawie zaprezentowała. Doceniam ogromny wkład pracy, drobiazgowe przemyślenia i koncepcję. Natomiast ideologia stwarzana na potrzeby tej wystawy jest nieporozumieniem. Czego bowiem nie ma w eseju Romana Lewandowskiego! Są niemal wszystkie nazwiska sławne, pojawił się i Rilke i Orwell, i Herbert, Oppenheim, Chomsky, Awerroes, Boltański, Cornell, Malewicz, Ad Reinhardt, Johns, Magritte, Wittgenstein, Borges, Baudillard, Foucault, Dürer, Kent. Krytyczki niemieckie do kompletu dorzucają jeszcze Lyotarda, Freuda i Kossutha.
Tak jak postmodernistyczny reżyser Peter Greenaway na podstawie własnych rysunków nakręcił filmy „Tulse Luper Suitcases” i  „Pillow Book” opowiadające i fikcyjnych miejscach, tak Brygida Wróbel wędruje swoimi artefaktami po ścianach galerii. To rozbija znaczeniowo prawdziwe mapy, tnie globusy, okleja je nowymi lądami, bawi się formą, kolorem, plamą, konwencją, cytatami. Słowem – demonstruje swój świat lekko i z wdziękiem, ironicznie inkrustując to złotem, wstawkami metalowymi, kreśli niezrozumiałe mandale, gmatwa, celowo zaciera ślady. I jest w tym wszystkim uciekanie i pojawianie, kłamstwo autobiograficzne, mistyfikacja, hochsztaplerka i ułuda. I nic w tym złego, jeśli się traktuje sztukę, jako sztukę zaistnienia w prawdziwych galeriach. A nie jest to sztuka ani prosta, ani łatwa.

BWA

Przypadkowe przyjemności część 1 – Konceptualne przyjemności
To wystawa za ścianą oddzielająca instalacje Brygidy Wróbel – Kulik. Zbiorowa wystawa konceptualna, ma za patrona Rolanda Barthesa  i jego słynny esej „Przyjemność tekstu”, który Grzegorz Sztwiertnia przeczytał zaraz po spolszczeniu w 1997 i w dziesięć lat później nakręcił video o bibliotekarzu, który ten tekst recytuje. Być może jest to i nawet ironiczny stosunek artysty do dzisiejszego czytelnictwa, ale na pewno nie jest ilustracją książki Barthesa, jedynie konceptualnym obiektem zastępczym, bardzo zresztą śmiesznym. „Erotyczny” wymiar mają wszystkie utwory pozostałych konceptualistów biorących udział w projekcie.
Papierowe, ponakłuwane rulony młodej artystki Erwiny Ziomkowskiej, przewrotne filmy „haiku” Łukasza Skąpskiego, fotografie Nicolasa Grospierra z cyklu Ambasada – pytania o manipulacje nie tylko polityczne i historyczne – Michała Gayera twórcy gumowej maszyny do pisania i „nowych” przedmiotów – wszystkie te symboliczne i metaforyczne obiekty mają jeszcze inne zupełnie znaczenia, które w odbiorcy o różnym ilorazie inteligencji otwierają za każdym razem inne przestrzenie mózgowe. Sądząc po pustce sal wystawowych niewielu odbiorców w te lutowe dni zażywało tego typu przypadkowych przyjemności konceptualnych.

Biblioteka Śląska
“Śląska Fotografia Prasowa”. Zwracam uwagę na ten konkursowy pokaz fotografii w holu biblioteki ze względu na zakwalifikowanie się wśród 272 prac 47 twórców naszego związkowego fotografa, Antoniego Witwickiego, który nadesłał właśnie prace fotograficzne robione w naszej galerii związkowej „Po schodach” z ubiegłorocznej miejskiej imprezy „Gliwickiej nocy w galeriach i pracowniach”.

Muzeum Śląskie.
Nowa siedziba Muzeum Śląskiego w dalszym ciągu jest dopiero w planie. Lutową piękną zimę przedstawiam fotograficznie w scenerii miejsca, na którym Muzeum ma być zbudowane.

fot. E. Bieńczycka

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Przegląd galerii śląskich | Jeden komentarz

Przegląd galerii śląskich styczeń 2009

Chorzów

Miejska Galeria Sztuki MM
Wystawa pokonkursowa I Triennale Malarstwa ANIMALIS. Na konkurs na obraz o tematyce zwierzęcej dla profesjonalnych artystów plastyków nadesłano nieprawdopodobną ilość: 466 prac z całej Polski.
Z zakwalifikowanych do pokazania w pięknej galerii w centrum Chorzowa 36 obiektów plastycznych  i nagrodzono:  I nagroda – Andrzej Jendrysiak, II nagroda – Daniel Krysta, III nagroda – Luis Ganoza Ferrer, oraz dwa pozaregulaminowe równorzędne wyróżnienia honorowe otrzymali: Ireneusz Walczak i Jerzy Jabczyński.
Wszystkie zreprodukowane prace znajdują się w katalogu wystawy wraz z dwoma esejami Andrzeja Matyni i Krzysztofa Cichonia, wykraczającymi poza omawianie konkursowych prac, prowadzące luźnie dywagacje, zależnie od pióra, na temat recepcji zwierzęcia w malarstwie światowym.
Krytycy sztuki niewiele zdołali z tego konkursu wyciągnąć wniosków na temat dzisiejszego sposobu pokazywania sztuki tematycznej, (bo wiadomo już, jak to robili Etruskowie). Wystawa jednak faktycznie nie pomaga wyciągnąć wniosków, ani postawić diagnozę. Przeważały bardzo konkretne wizerunki traktowane zgodnie z dzisiejszą wielością kierunków, zwierzęta w różnych pozach i zastosowaniu, często z ironicznym i estetycznym, komiksowym podtekstem. Być może jest to niemożliwe, gdyż wielość konwencji równoprawnych jest tak ogromna, że trudno pojąć, jakim kluczem kierowali się jurorzy przeprowadzając ich selekcję.
Ja zwróciłam uwagę na maleńki, skromny obrazek Pawła Warchoła malowany w tradycji wielkiego polskiego malarstwa, w nawiązaniu do Piotra Michałowskiego i tą melancholijną tęsknotą za utraconą harmonią malarstwa klasycznego chciałabym się wycofać z komentowania tej wystawy. Dla kronikarskiej dokładności naliczyłam najwięcej psów, potem już była cała Arka Noego, od insektów po ptaki i zwierzęta egzotyczne. Niewiele obrazów podejmowało próbę zajęcia stanowiska wobec cierpienia zwierzą w dzisiejszych czasach. Dwa wyróżnienia przyznano właśnie dwóm artystom, którzy taką próbę podjęli.


Gliwice
Galeria ZPAP „po schodach”
Nasza galeria związkowa pokazała, niestety jedną z ostatnich wystaw w tym pięknym, oświetlonym naturalnym światłem pomieszczeniu strychowym kamienicy w Rynku. Przenosimy się do obszernych wprawdzie pomieszczeń byłego klubu „Perełka”, będącego dawną siedzibą poetów gliwickich, ale żal tego bardzo prestiżowego w mieście miejsca.
Wystawa ta, to malarstwo Marii Konopackiej, absolwentki ASP w Krakowie, Wydziału Grafiki w Katowicach (dyplom 1996). Artystka pokazała kilkanaście pejzaży malowanych grubo, fakturowo, skupiając się na jakości materii malarskiej, z której dopiero buduje pejzaż. Temat przedstawieniowy jest sprowadzony do minimum, jeśli mamy tam jakieś fragmenty architektury, czy roślinności, to ta czytelność jest właściwie nieważna. Jakby przemocą artystka oddaje rzeczywistość i te zmagania, często bardzo widoczne po niemal medytacyjnym sposobie kładzenia farb – a więc wielokrotnym poszukiwaniu poprzez liczne przemalowania, sygnalizują, że artystka za każdym razem podchodzi do malarskiego wyzwania w sposób nowy i poszukujący.
Toteż mamy na wystawie nieschematyczne i niepowtarzalne, wieloznaczne utwory nawiązujące do polskich kolorystów okresu międzywojennego, którzy starali się po swojemu wcielać idee Paula Cézanne’a. Twórczość Maria Konopackiej jest już inna dzisiaj, zgaszona i jakby uporczywa w tym malarskim dzisiejszym zaniku.


Katowice

Galeria engram
Pejzaż śląski – pamięć, tradycja, współczesność Wystawa jest plonem projektu uniwersyteckiego, mającego na celu badania naukowe.
Mnie interesuje wyłącznie wymiar plastyczny, toteż z dużą przyjemnością zobaczyłam szczególnie wysokiej próby, o dużej profesjonalnej wirtuozerii grafiki o tematyce śląskiej, szczególnie te w technikach metalowych. Czarno-białe ryciny, traktujące Czarny Śląsk z dostojeństwem, ascezą i godnością są dokumentem tego oblicza naszej ziemi, na której mieszkamy i której nie musimy się wstydzić. Spustoszenia industrializacji stanowią tutaj paradoksalny atut estetyczny, i wyrażają już historycznie tylko upływ czasu i włożone w zmianę pejzażu ludzkie życie. O tym najpiękniej mówią grafiki Jana Szmatlocha i Tadeusza Siary.
Oprócz nich, prace w różnej konwencji, od fotografii, rysek, po instalacje i przestrzenne zagospodarowanie galeryjnej przestrzeni prezentują: Eugeniusz Delekta, Krystyna Filipowska, Arkadiusz Gola, Anna Kowalczyk – Klus, Krzysztof Kula, Roman Starak, Kazimierz Szołtysek, Tomasz Tobolewski.  

Galeria sektor I
Pokaz kolekcji sztuki współczesnej Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych
Zestaw prac Mirosława Bałki, Zdzisława Kwiatkowskiego, Tomasza Ciecierskiego, Cezarego Bodzianowskiego, Józefa Robakowskiego, Janusza Bałdygi, Koji Kamoji, Mikołaja Smoczyńskiego, Teresy Murak zatytułowany jest „Nienasycenie”. Jak donosi kurator wystawy, są tam nawet witkiewiczowskie konotacje, ale głównie uderza bardzo duża wielorodność, a nie podobieństwa.
Znając twórczość poszczególnych artystów z ich awangardowych proweniencji, z ich autonomicznej drogi, bardzo trudno odnaleźć wspólne tropy i drogi. Ten katalog wspólnotowy w postaci wyliczanki, znajdujemy w kuratorskim opisie. Ale dla mnie jest to raczej szczątkowy zapis degradacji aktywności artystycznej i budowanie światów z bardzo nikłych przesłanek.
Utkwił mi zapis śmierci dwóch japońskich chłopców w tramwaju w postaci wpiętych w białe płótno blejtramu dwóch barwnych pinezek. I może jest to nienasycenie odbiorcy jakimś właśnie sztandarowym przykładem minimal-artu kilkunastu prezentowanych tu osobowości o międzynarodowej sławie.

Galeria piętro wyżej
pokazała bardzo krzykliwą Wystawę prac studentów Pracowni Malarstwa II prof. Ireneusza Walczaka  Katowickiej ASP. Może nie byłoby w niej nic złego, gdyby nie to, że jeszcze w lecie w tym samym miejscu widziałam przepiękne rysunki młodzieży szkół artystycznych tegorocznego Festiwalu Rysowania w Zabrzu.
Szok przeżyty oglądaniem tej wystawy jest tak wielki, gdyż w końcu ta pięknie rysująca młodzież gdzieś się przecież podziała. Trudno posądzać o taką degradację artystyczną Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach.
A jednak nagromadzenia tak szpetnego malarstwa nie doświadczyłam w całym moim długim życiu, co nie znaczy, że tak źle nigdy nie malowano. Malowano u mnie na studiach też okropnie, ale tacy studenci nie dostawali po prostu zaliczenia. Wklejam sfotografowane obrazy, by nie było, że jestem tendencyjna. Na dodatek Profesor Walczak donosi, że są to płótna laureatów ogólnopolskich konkursów dla studentów.
Zgroza.
Studencka brać malarska pokazująca płótna to: Barbara Bigosińska, Joanna Chwastek, Magdalena Drobczyk, Jan Dybała, Jonasz Gajewski, Marta Gawin, Anna Jarzymowska, Roman Kaczmarczyk, Mariusz Kornatka, Aleksandra Krupa, Ewa Kucharska, Małgorzata Kulik, Aleksandra Lampart, Iwona Olbrecht, Artur Oleś, Magdalena Paleczna, Martyna Paluchiewicz, Piotr Perłowski, Anna Piecha Marek Rachwalik, Sandra Rej, Michał Rodziński, Agata Stebnicka, Monika Tuszyńska, Magdalena Walczak, Michalina Wawrzyczek, Sylwia Woźniczka

fot. Ewa Bieńczycka

Galeria pusta
Jowita Bogna Mormul, młoda absolwentka krakowskiej ASP pokazuje „ Przestrzeń intymną” Do pokazu kilkudziesięciu fotogramów artystki dopisana jest cała ideologia i filozofia wydrukowana w katalogu. Nurt budowania ze swoich rodzinnych fotografii nowego uniwersum i ponownego zasiedlania go czasem dzisiejszym, łączenia w opowieści bardzo rzadko czytelnych dla odbiorcy, gdyż najczęściej nie mają wyraźnych historycznych powiązań – jest w świecie znany i uprawiany. Konfesyjny ton, tutaj podany w sepiowych niejednokrotnie, dużych, powiększeniach fotografii rodzinnych poddanych komputerowej renowacji, jest wielkim wyciszeniem, bardzo nikłym głosem.
Toteż wystawa wydziela specyficzną woń zapomnienia i nieważności.

Ewa Bieńczycka

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Przegląd galerii śląskich | Dodaj komentarz

Przegląd galerii śląskich grudzień 2008

W ostatnim miesiącu upływającego roku otworzono niewiele ważnych wystaw. Artystyczny rok naszego regionu zamknął się trwającymi już wcześniej pokazami, lub zapowiedziami styczniowymi.

Gliwice

Galeria ZPAP „po schodach” pokazała „Obrazy ostatnich lat” Georgija Safronowa. To kontynuacja wątków pejzażowych malarza średniego pokolenia, rosyjskiego emigranta, absolwenta Moskiewskiego Instytutu Sztuki. Prezentowany zestaw obrazów ugruntowuje rozpoznawalny styl naszego związkowego kolegi Goszy, który bardzo intensywnie pracując w otwartej, naturalnej przestrzeni na licznych plenerach, czerpie z dokonań impresjonistów, syntetyzuje i nieustannie przetwarza widzianą rzeczywistość, dociera w niej do esencjonalności, coraz większej ascezy i świadomej selekcji przedstawianych elementów. Widz otrzymuje coś na kształt pejzażu uniwersalnego, wszędobylskiego i obecnego niemal w każdym krajobrazie na kuli ziemskiej. Tę odwróconą subiektywność przeżywania, ocierającą się o banał, artysta nieustannie modyfikuje i ulepsza, doprowadzając do ciągle twórczych i zaskakujących rozwiązań.

Bytom

Galeria Kronika
Awangardowa i lewicująca Galeria coraz bardziej skłania się do prezentowania sztuki społecznej. Tak zresztą jest też w propagowaniu literatury wydawanej przez Krytykę Polityczną, tak jest i w zestawie prezentowanych tutaj artystów. Być może, że awangarda musi być o takim zabarwieniu politycznym i najłatwiej skupia artystów o jednoznacznych już deklaracjach.
Nie inaczej jest artystką średniego pokolenia, absolwentką krakowskiej ASP, Joanną Rajkowską.  Sławna z posadzenia i konserwacji w Warszawie plastikowej palmy daktylowej, artystka przyjeżdża na Śląsk po dziesięciu latach od ostatniej wystawy u nas i przywozi premierowy film i zdjęcia.
Joannę Rajkowska najnowszym projekcie fotograficznym „Azyl dla uchodźców w Uhyst”(jak wyjaśnia artystka w wywiadzie – tytule ironicznym) prezentuje ogromne fotogramy barwne, które próbują coś powiedzieć więcej, niż przechodni widz zauważy, dlatego konieczna jest wcześniejsza praca przygotowawcza odbiorcy.


fot. Ewa Bieńczycka

Artystka sugeruje, że za jakiś czas będą w Europie uchodźcy z całego świata, toteż jej fotograficzna antycypacja ma na celu przybliżyć tę domniemaną, niezbyt optymistyczną wizję. Sfotografowany od wewnątrz (nie wydano zezwolenia na zobaczenie pokoi odwiedzającym) budynek dawnego internatu dla chłopców z dolnej Saksonii, ze śladami historycznymi przekazywania go różnym mieszkańcom i właścicielom (swastyka na fotografii historycznej), z różnym przeznaczeniem, artystka buduje na tych warstwach zupełnie nowe znaczenia, ubierając każdą salę w zamkniętą przestrzeń innej państwowości, jakby chwytając w te klatki inną mentalność i inne fluidy. Różnicuje pokoje tylko czcionka, niemiecka szwabacha, nazywając równocześnie najprawdopodobniej na chybił trafił: Palestyna, Afganistan, Irak, Sudan, Birma, Somalia, Iran, Erytrea, Liban, Kurdystan, Azerbejdżan, Armenia, Pakistan, Tybet, Wietnam, Kambodża, Rwanda, Czeczenia, Salwador i Kuba. Te fotograficzne mieszkania przygotowane dla potencjalnych uchodźców, których dzisiaj niemiecka społeczność sobie nie życzy, ma bardzo wieloznaczny, perswazyjny charakter. Kontrowersyjna czcionka, aluzyjnie sugerująca wysoką kulturę niemiecką stanowi bardzo nieokreśloną metaforę postmodernistycznie tak wieloznaczną, że przywołującą zarówno afirmujące, jak i negujące znaczenia.
Drugi projekt, film „Camping Jenin” jest premierowym pokazem pracy przywiezionej z warsztatów prowadzonych przez miesiąc w tamtejszym teatrze („Kamiennym”) z grupą sześciu chłopców arabskich. Na filmie widzimy przede wszystkim tych chłopaków w różnych pantomimicznych i terapeutycznych scenach mających na celu uwolnienie ich z przerażającej traumy, w jakiej upływa ich dzieciństwo i młodość.
By wniknąć w pracę autorki warto przeczytać jej zapis blogowy ( jest link na stronie domowej artystki) dzień po dniu z pobytu w biblijnym Sychem, zwanym dzisiaj Jenin znajdującym się pod palestyńską administracją, na terytorium Autonomii Palestyńskiej. W tych zapiskach blogowych artystka zaznacza, że nie wolno jej było zgodnie z umowami międzynarodowymi demonstrować żadnych poglądów politycznych.
Projekt Rajkowskiej jest częścią wielkiego manifestu artystów z całego świata próbujących artystycznym językiem wpłynąć na rozwiązanie niekończącej się tragedii tej części świata.

Drugą wystawą w Kronice są „Archeologie” –
To wystawa Jerzego Lewczyńskiego i Mikołaja Długosza polegająca na archeologii, czyli wydobywaniu i zestawianiu zdjęć bez porządku chronologicznego, pozyskanych przez znalezienie, wyszperanie, posiadanie własnych i poprzez ich zestaw, łączenie, delikatną obróbkę bez utraty autentyczności, pokazanie jako wiszących eksponatów, bądź filmów.   Mamy tu cykle: „Fotografia naiwna” i „Negatywy znalezione w NY” (oba z 1979 r.) Jerzego Lewczyńskiego oraz slide-show „Pogoda ładna, aż żal wyjeżdżać” (2006) i „Real Foto” (2008) Mikołaja Długosza.
Piętro wyżej można, więc leżąc na wygodnej kanapie zobaczyć bardzo dla mojego pokolenia intrygujące slajdy w znanych nam, okropnych kolorach „Pogoda ładna, aż żal wyjeżdżać” Mikołaja Długosza. Ulotka o tej wystawie donosi, że jest to celowa manifestacja, poprzez zbliżenia fragmentów ulic, placów zabaw i PRL-owskiej architektury, klimatu stylu soc. Nie wiem, czy efekt, jaki uzyskał artysta był zamierzony. Działa z pewnością na każde pokolenie inaczej. Może jedynie poprzez te trzydzieści lat, które upłynęły, dzieląc przecież radykalnie naszą śląską rzeczywistość na dwie, odmienne epoki.

Katowice

Biblioteka Śląska
Do końca roku w galerii holu głównego Biblioteki Śląskiej można oglądać wystawę “Listy na lewą rękę” Tadeusza Michała Siary.
Album z akwafortami Siary jest niemal w każdej publicznej bibliotece, jednak ten, wydany przed laty dziennik podróży śląskiego artysty po Holandii, kraju, z racji tego, że wydał takich geniuszy tej graficznej techniki jak Rembrandt – zobowiązuje.
Polecam zobaczyć autentyczne odbitki w holu biblioteki, już czasem postarzone i wyszlachetnione, odbite na grubym, akwafortowym papierze i świecące dystynkcją artystycznego rzemiosła i wirtuozerii. Wbrew notatkom i deklarowanej we wstępie spontaniczności prace Siary mają bardzo wyspekulowaną kompozycję i przeładowany szczegółem rysunek, co nie upadania ich, jak było w zamierzeniu, do spiesznych notatek dziennika podróży, lecz zupełnie skończonej wypowiedzi, takiej wariacji na temat. Tematem jest najczęściej zabytek, a więc samo w sobie już coś pięknego, zazwyczaj perła architektury, jednak może zawsze zmienić się w kicz i turystyczną pocztówkę. Śląski grafik starszego pokolenia jeszcze tej granicy nie przekracza.

Muzeum Śląskie
Warto w tym miejscu, gdy rok już upłynął, przypomnieć o budowanej właśnie, wspaniałej siedzibie naszego Muzeum, która być może stanie się najważniejszym i najcenniejszym obiektem kulturalnym naszego regionu. Obok niezwykle pięknej i cennej kolekcji polskiego malarstwa modernistycznego, Muzeum w tym roku pozyskało nowe obiekty i być może w nadchodzącym roku prace budowlane w nieczynnej Kopalni Katowice nabiorą tempa i otrzymamy, na miarę czasów, wspaniałą, kulturalną i kulturotwórczą placówkę służącą w następnych latach pomocą artystom i tym, którzy chcą ich zrozumieć.

Opiekująca się internetowym wydaniem naszego związkowego portalu oraz dzieląca się oglądanymi wystawami w odchodzącym 2008 roku, życzę wszystkim zaglądającym tu artystom twórczego, 2009 roku!

Ewa Bieńczycka

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Przegląd galerii śląskich | Dodaj komentarz