Poezja Wisławy Szymborskiej należy do ubiegłowiecznej estetyki liryki nowoczesnej i cokolwiek poetka napisze w dwudziestym pierwszym wieku, już w minionej epoce pozostanie na zawsze. Dlatego ocena tomiku dziewiętnastu wierszy, nazwanego tytułem pierwszego wiersza zbioru – wycmoktany, bądź wygwizdany dzisiaj – nie ma żadnego znaczenia w dorobku jej dobrej i wyrównanej twórczości.
Późne utwory artystów, niewiele wzbogacają wcześniejszy ich dorobek, natomiast sygnały o tym, jak pisze się w kolejnej dziesiątce kończącego się życia są tak samo ważne, jak u poety wstępującego i rozwijającego dopiero swoje możliwości, ponieważ coś w nich zawsze ubywa nowego, a przybywa starego.
Kumulują się warsztatowe umiejętności, natomiast artysta nie jest już tak elastyczny, by patrzeć w przód. Patrzy tylko już poza siebie. I ten widok niejednokrotnie nie jest ani rozrachunkiem, ani oceną, ale stanem. Tak jest u Szymborskiej.
Twórczość Szymborskiej zawsze wyrażała jej chłodne zadziwienie światem, była zawsze pisana z pewnym zawieszeniem i wahaniem, zastanowieniem, czy mówić wszystko, czy zaniechać. Wybierała zawsze to drugie i ten tomik też jest pełen niedopowiedzeń i zawieszeń. Ilustruje to bardzo dobrze wiersz „ Pomysł” i tak w tym wierszu nazywa poetka coś, co daje impuls do pisania i pisanie determinuje. Zakończenie wiersza mówi, że autorka nie ulega pokusie determinacji i opętaniu natchnieniem. Może pisać i odczuwa pewien nadmiar, ale napisze, jak jej się zechce. Daje do zrozumienia, że żadna siła wyższa nie będzie rządziła jej wolnym wyborem.
Poza jednym słowem „podpaski” w wierszu „Zamachowcy”, nie wprowadza Szymborska żadnych nowości ani w słownictwie konstruowaniu wierszy, ani w ich strukturze.
Jest więc wewnątrz swojego świata poetyckiego cały czas, konsekwentnie w nim przebywa i z niego nie wychodzi. Mimo poświęcenia wiersza osobom spoza, np. Elli Fitzgerald [Ella] czy Janowi Vermeerowi van Delft [Vermeer], są to zawsze sprawy poetki, a nie tych namiastek osób-symboli, które są tylko pretekstem, a które próbuje na kartce papieru, jak rozwiązywanie krzyżówki, rozwikłać.
Zawsze w twórczości Szymborskiej było coś z wiwisekcji, z rozkładania tematu na białe prześcieradło operacyjnego stołu i przypatrywanie się chorej tkance życia.
Szymborskiej nie interesują eksperymenty formalne, tak jakby się urodziła już z wpisanym kodem zachowań i przedstawień poetyckich. Jest nieufna do wszelkich możliwości ekspresji otwartej i konfesyjnej. Nawet autobiografizm utworów, dawny, np. w wierszu o kocie, czy w tym tutaj omawianym tomie dramatyczny wiersz [Identyfikacja]o nie przyjmowaniu do wiadomości bólu po stracie bliskiej osoby w katastrofie samolotowej, jest elegijny tylko prywatnie i powściągliwy.
Elegancja poezji Szymborskiej zawsze była estetyką tworzywa, a nie formy. Rzeczy, o których mówi są eleganckie, ale nie są piękne. Elegancka jest etyka, którą się kieruje i elegancki jest ton, kiedy mówi o rzeczach nieeleganckich.
A jednak, przy całej tej, zdawałoby się, asekuracji artystycznej, Szymborska mówi o wiele więcej o tej połowie wieku, który przypadł na jej żywot, niż niejedna szczegółowa analiza historyczna. I tak z perspektywy lat widzę, że nie dało się pisać inaczej i barwa tej poezji przylega do rzeczywistości, z której poezja została wysnuta. Nawet to mówienie, nie szeptem, ale półgębkiem, jest jakąś ilustracją autocenzury, jakąś rezygnacją z mówienia czegoś, czego i tak mówić pełnym głosem się nie da. Szymborska nie przyjmuje pozy Wallenroda, nie pisze ani aluzyjnie, ani ironicznie. Ironia, jeśli się ją odczuje, pochodzi od ironii, a nie od ironiczności.
Przepaści, która dzieli czytelnika i autorkę nie zasypują wiersze. Ona w dalszym ciągu jest i w konsekwencji jest nie poprzez tajemnicę zawartości, ale poprzez jej nieprzekraczalność. Jest fascynująca, bo złożona z prawdziwych elementów, z poetyckiego języka, pełnego napięć i niespodzianek. Idąc, jak po sznureczku tropem poszczególnych utworów dawnych i kończąc na tych dziewiętnastu wierszach, dochodzi się do kresu tak normalnie, jak umieranie w czasie stabilizacji historycznej, gdy nie ma wojen i umiera się w łóżku na łonie rodziny.
Szymborska nie odpowiada na żadne pytania egzystencjalne, ale jednak je w całej swojej twórczości stawia i bynajmniej nie, by szukać odpowiedzi. Być może ten paradoks poezji nie opisowej, nie filozoficznej, nie zawierającej też pociechy, ani ukojenia i niebędącej buddyjską pustką medytacji, jest kwintesencją normalności ludzkiego losu, modelowym jego przykładem, by, jeśli nic się nie dzieje, sprawić, by działo się godnie. Wtedy godność starcza za wszystkie egzaltacje i przeżycia. Dzięki takiej postawie starcze wiersze Szymborskiej nie są nudne i nie są obrośnięte złuszczającym się naskórkiem przeżytych lat.
Szymborska nie kokietuje, że starość to młodość ducha, że żal jej, że odchodzi, bo życie paradoksalnie z upływem lat nabiera wartości. Nie. Poezja Szymborskiej nie jest boska, nie jest mądra, nie jest piękna. Jest tym, czym poezja ma być, pełnić służebną funkcję wobec egzystencji, ale nie wobec poety, zawsze wobec jakiejś obiektywności, czymkolwiek ona by była. Wtedy poezja krystaliczna – a taka zostaje po wielkim poecie – pozostaje na sicie żywota jak złoty piasek, podczas gdy wszystko nieważne odchodzi w niepamięć.
I takie są te strofy. Nie piękne i nie wielkie, nie żarliwe i nie mistyczne. Ale w klepsydrze życia lepiej mieć taki piasek, zawsze widoczny, i zawsze w ruchu przesypujących się ziaren, niż zastany artefakt wycyzelowanych estetycznych zestawów słownych.
Szymborska otwiera tomik wierszem „Tutaj” mówiącym o sytuacji danej poecie, w której tworzy. Kończy wierszem zatytułowanym „Metafizyka”, jakimś pokrzywieniem się czytelnikowi i sobie.
Lekceważy w nim nie tylko wszelkie zabiegi poznawcze człowieka, jego dociekania i spekulacje na temat życia po śmierci, ale wręcz je wyszydza.
Wiersz ten jest też świadectwem wolności artysty złapanego w sztywny gorset wywyższeń go za życia. Poetka uwalnia się z niego, jest w dalszym ciągu tworzącym, wolnym medium, przewodnikiem poezji, przez niego przechodzą impulsy twórcze.
Płaci za to, bez względu na społeczny status, zawsze cenę najwyższą, cenę wtajemniczenia w śmierć, z którą obcuje w trakcie każdego aktu twórczego, przy każdym napisanym wierszu.