… nie biorę udziału, ale chyba wezmę w konkursie Poezji nad Dolinką “Mdłości” – Plac Zadań. Termin do 20 lutego 2010 Nagrodą jest 50 zł.

MDŁOŚCI

Oto betonu blok
podniebny. Śnieg skrywa nogi,
w kałuży mokry
od zmian sezonu. W kroplach
sopli zimy, jak smutek
nietrafionej meteorologii.
Czerń kruków… paśników miejskich przystań
(choć ptak królewski, to gawroni
tak, jak chuligan i jak złodziej)
w błocie, wśród wydzielin ludności…
Z reklam, z gazet, z nie czytanych nigdy ksiąg,
z tych barwnych potraw – tylko mdłości –
i, są w optyce, czymś zbyt bliskim,
jeśli się przyjrzeć śmietnikom stąd,
z tej perspektywy, są tak przychylne
skupiskom miejskim! Bo okolice
plam, to jak obraz święty w tęczy barw!
Nie patrz tak blisko i tam nie podchodź!
Nie pozaznacza krew ciurkająca
kroków zwierzyny, bo posoka
cieknie koktajlem z foliowego worka,
na topniejący szybko śnieg…
Pędzla boskiego paleta wskaże
odchody ptasie, to błysk gorąca,
malarz wytrawny brązów! Też psie
porozmazują świata barwy,
nie patrz za blisko! Bo go przemieniać,
to starczy stanąć w odległości,
wyprzedać sezon okiem wprawnym,
wprawiaj się, wprawiaj w zestawieniach!
Dogmat to mdłości!
W odkryciu prawd istoty świata,
znajdziesz wokoło wszystko odrzucone;
więc po co wchłaniać zim widoki,
przeżywać torsje i wymioty!
Ach, popatrz prościej…
Gdy się zakończy zimy warta,
i ład wprowadzi cieć
w zbiorowy śmietnik,
wywiozą kubły, w nich powieść Sartre’a
„Mdłości”,
bo zbyt wnikliwy człowiek
winien zbyt dobrą wolę mieć.

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | Otagowano , | 7 komentarzy

Nominowani Nike 2010: Wisława Szymborska „Tutaj”

Poezja Wisławy Szymborskiej należy do ubiegłowiecznej estetyki liryki nowoczesnej i cokolwiek poetka napisze w dwudziestym pierwszym wieku, już w minionej epoce pozostanie na zawsze. Dlatego ocena tomiku dziewiętnastu wierszy, nazwanego tytułem pierwszego wiersza zbioru – wycmoktany, bądź wygwizdany dzisiaj – nie ma żadnego znaczenia w dorobku jej dobrej i wyrównanej twórczości.

Późne utwory artystów, niewiele wzbogacają wcześniejszy ich dorobek, natomiast sygnały o tym, jak pisze się w kolejnej dziesiątce kończącego się życia są tak samo ważne, jak u poety wstępującego i rozwijającego dopiero swoje możliwości, ponieważ coś w nich zawsze ubywa nowego, a przybywa starego.
Kumulują się warsztatowe umiejętności, natomiast artysta nie jest już tak elastyczny, by patrzeć w przód. Patrzy tylko już poza siebie. I ten widok niejednokrotnie nie jest ani rozrachunkiem, ani oceną, ale stanem. Tak jest u Szymborskiej.

Twórczość Szymborskiej zawsze wyrażała jej chłodne zadziwienie światem, była zawsze pisana z pewnym zawieszeniem i wahaniem, zastanowieniem, czy mówić wszystko, czy zaniechać. Wybierała zawsze to drugie i ten tomik też jest pełen niedopowiedzeń i zawieszeń. Ilustruje to bardzo dobrze wiersz „ Pomysł” i tak w tym wierszu nazywa poetka coś, co daje impuls do pisania i pisanie determinuje. Zakończenie wiersza mówi, że autorka nie ulega pokusie determinacji i opętaniu natchnieniem. Może pisać i odczuwa pewien nadmiar, ale napisze, jak jej się zechce. Daje do zrozumienia, że żadna siła wyższa nie będzie rządziła jej wolnym wyborem.
Poza jednym słowem „podpaski” w wierszu „Zamachowcy”, nie wprowadza Szymborska żadnych nowości ani w słownictwie konstruowaniu wierszy, ani w ich strukturze.

Jest więc wewnątrz swojego świata poetyckiego cały czas, konsekwentnie w nim przebywa i z niego nie wychodzi. Mimo poświęcenia wiersza osobom spoza, np. Elli Fitzgerald [Ella] czy Janowi Vermeerowi van Delft [Vermeer], są to zawsze sprawy poetki, a nie tych namiastek osób-symboli, które są tylko pretekstem, a które próbuje na kartce papieru, jak rozwiązywanie krzyżówki, rozwikłać.
Zawsze w twórczości Szymborskiej było coś z wiwisekcji, z rozkładania tematu na białe prześcieradło operacyjnego stołu i przypatrywanie się chorej tkance życia.
Szymborskiej nie interesują eksperymenty formalne, tak jakby się urodziła już z wpisanym kodem zachowań i przedstawień poetyckich. Jest nieufna do wszelkich możliwości ekspresji otwartej i konfesyjnej. Nawet autobiografizm utworów, dawny, np. w wierszu o kocie, czy w tym tutaj omawianym tomie dramatyczny wiersz [Identyfikacja]o nie przyjmowaniu do wiadomości bólu po stracie bliskiej osoby w katastrofie samolotowej, jest elegijny tylko prywatnie i powściągliwy.

Elegancja poezji Szymborskiej zawsze była estetyką tworzywa, a nie formy. Rzeczy, o których mówi są eleganckie, ale nie są piękne. Elegancka jest etyka, którą się kieruje i elegancki jest ton, kiedy mówi o rzeczach nieeleganckich.
A jednak, przy całej tej, zdawałoby się, asekuracji artystycznej, Szymborska mówi o wiele więcej o tej połowie wieku, który przypadł na jej żywot, niż niejedna szczegółowa analiza historyczna. I tak z perspektywy lat widzę, że nie dało się pisać inaczej i barwa tej poezji przylega do rzeczywistości, z której poezja została wysnuta. Nawet to mówienie, nie szeptem, ale półgębkiem, jest jakąś ilustracją autocenzury, jakąś rezygnacją z mówienia czegoś, czego i tak mówić pełnym głosem się nie da. Szymborska nie przyjmuje pozy Wallenroda, nie pisze ani aluzyjnie, ani ironicznie. Ironia, jeśli się ją odczuje, pochodzi od ironii, a nie od ironiczności.
Przepaści, która dzieli czytelnika i autorkę nie zasypują wiersze. Ona w dalszym ciągu jest i w konsekwencji jest nie poprzez tajemnicę zawartości, ale poprzez jej nieprzekraczalność. Jest fascynująca, bo złożona z prawdziwych elementów, z poetyckiego języka, pełnego napięć i niespodzianek. Idąc, jak po sznureczku tropem poszczególnych utworów dawnych i kończąc na tych dziewiętnastu wierszach, dochodzi się do kresu tak normalnie, jak umieranie w czasie stabilizacji historycznej, gdy nie ma wojen i umiera się w łóżku na łonie rodziny.

Szymborska nie odpowiada na żadne pytania egzystencjalne, ale jednak je w całej swojej twórczości stawia i bynajmniej nie, by szukać odpowiedzi. Być może ten paradoks poezji nie opisowej, nie filozoficznej, nie zawierającej też pociechy, ani ukojenia i niebędącej buddyjską pustką medytacji, jest kwintesencją normalności ludzkiego losu, modelowym jego przykładem, by, jeśli nic się nie dzieje, sprawić, by działo się godnie. Wtedy godność starcza za wszystkie egzaltacje i przeżycia. Dzięki takiej postawie starcze wiersze Szymborskiej nie są nudne i nie są obrośnięte złuszczającym się naskórkiem przeżytych lat.

Szymborska nie kokietuje, że starość to młodość ducha, że żal jej, że odchodzi, bo życie paradoksalnie z upływem lat nabiera wartości. Nie. Poezja Szymborskiej nie jest boska, nie jest mądra, nie jest piękna. Jest tym, czym poezja ma być, pełnić służebną funkcję wobec egzystencji, ale nie wobec poety, zawsze wobec jakiejś obiektywności, czymkolwiek ona by była. Wtedy poezja krystaliczna – a taka zostaje po wielkim poecie – pozostaje na sicie żywota jak złoty piasek, podczas gdy wszystko nieważne odchodzi w niepamięć.

I takie są te strofy. Nie piękne i nie wielkie, nie żarliwe i nie mistyczne. Ale w klepsydrze życia lepiej mieć taki piasek, zawsze widoczny, i zawsze w ruchu przesypujących się ziaren, niż zastany artefakt wycyzelowanych estetycznych zestawów słownych.
Szymborska otwiera tomik wierszem „Tutaj” mówiącym o sytuacji danej poecie, w której tworzy. Kończy wierszem zatytułowanym „Metafizyka”, jakimś pokrzywieniem się czytelnikowi i sobie.
Lekceważy w nim nie tylko wszelkie zabiegi poznawcze człowieka, jego dociekania i spekulacje na temat życia po śmierci, ale wręcz je wyszydza.
Wiersz ten jest też świadectwem wolności artysty złapanego w sztywny gorset wywyższeń go za życia. Poetka uwalnia się z niego, jest w dalszym ciągu tworzącym, wolnym medium, przewodnikiem poezji, przez niego przechodzą impulsy twórcze.
Płaci za to, bez względu na społeczny status, zawsze cenę najwyższą, cenę wtajemniczenia w śmierć, z którą obcuje w trakcie każdego aktu twórczego, przy każdym napisanym wierszu.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 33 komentarze

“CUBA” str. 47

048

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 2 komentarze

Rolf Schübel “Gloomy Sunday. Pieśń o miłości i śmierci” (1999)

Gloomy Sunday

Bohaterem filmu jest standard jazzowy Gloomy Sunday skomponowany w 1933 roku w Budapeszcie przez węgierskiego Żyda, Rezső Seressa.
Dzisiaj na portalu YouTube sto wykonań tej sławnej piosenki świadczy o tym, że jej nieprzemijalność jest bezsporna, a zakaz emisji w radiu BBC w ubiegłym wieku, mający zahamować liczbę wywołanych nią samobójstw, nie zmniejszył  jej popularności.

Film oparty jest na powieści Nicka Barkow i opowiada fikcyjną historię o powstaniu melodii i próbuje na podstawie trójki węgierskich przyjaciół i zarazem kochanków oraz wplecionego w ich los Niemca, dociec jej tajemnicy. Na planie filmu bohaterowie ze zgrozą oglądają w kinie kronikę filmową pokazującą na całym świecie falę samobójstw skutkiem słuchania płyty z nagranym utworem. Niezmiennie przepiękna melodia, jak śpiew syren, poruszała delikatne zmysły ludzi śmiertelnie zakochanych i odmawiających dalszego życia bez swoich dopełnień.

Fabuła filmu ma strukturę greckiej tragedii. Do szczęśliwości dwojga ubóstwiających się kochanków – Ilony o urodzie bogini i  László, właściciela eleganckiej restauracji, dołącza jeszcze trzecie, dopełniające ich ogniwo – geniusz muzyczny, András. Będą w trojkę dzielić łoże, stół, pracę w restauracji i przyjemności wypoczynku w trakcie podmiejskich wycieczek nad Dunaj. Opiekuńcze skrzydła Erosa bezradnie opadną, gdy w restauracji zjawi się „mistrz z Niemiec”, wysłannik śmierci Hans, przyjeżdżający z Berlina, gdzie „Niemcy właśnie się obudziły”. Rok 1933 nie jest jeszcze tak dramatyczny i zakochany w Ilonie Hans wraca w niespełnieniu do domu, zakłada niemiecką rodzinę, by jednak po kilku latach powrócić już w mundurze SS jako standarterfürer, zrealizować swoje marzenie siłą przy sprzyjających nieoczekiwanie okolicznościach historycznych. Pragnie wejść w nie swój świat, którego nigdy nie zrozumie, a który go fascynuje, ale nigdy go nie doświadczy. Zabrać może jedynie gwałtem namiętność z pozycji zwycięzcy pokonanego narodu, jak rabuje antyki nierozumny barbarzyńca.

Tanatos jest więc rewersem przegnanego Erosa, tak samo intensywnym i radykalnym. Pieśń o smutnej niedzieli pojawia się jako zapowiedz nieuchronności, a jej piękno i uwodzicielski imperatyw wyprzedza losy kochanków skazanych na bezpowrotne rozdzielenie śmiercią. Jedynie figura Niemca, wykonawcy zbrodni, jest poprzez swoje duchowe niedostosowanie czymś obcym i wyalienowanym ze świata, w którym zrządzeniem losu się przypadkowo znalazł.

W scenie końcowej, kiedy osiemdziesięcioletni Hans odwiedza Budapeszt i restaurację, w której dokonała się faszystowska akcja rasistowska, kumulują się wszystkie wątki opowiadanej filmem historii. Hans nie wraca, jak przysłowiowy zbrodniarz na miejsce zbrodni. Wraca, powodowany nostalgią za czymś, czego nie potrafił w sobie nigdy zniszczyć i nie przypuszczał, będąc wtedy młodym, że zniszczyć nie zdoła. Osiemdziesięcioletni Hans słucha melodii Gloomy Sunday po pół wieku, kiedy historia zatacza koło w powtórzeniu. Znowu tak samo jest nieświadomy i tak samo niedopuszczony do świata, którego nigdy nie pojął, nie zrozumiał i by go pokonać, mógł go tylko zniszczyć. Umierając przy dźwiękach Gloomy Sunday nie doznaje rozkoszy wolności, ponieważ jej czar polega na daniu słuchaczowi śmierci w wolnościowym akcie wyboru. Hans zostaje zabity, nie dlatego, że był zbrodniarzem i że sprawiedliwości musi stać się zadość. Nie. Film opowiada o innej przestrzeni, w której świat muzyki i determinujących go dźwięków rządzi się już tylko boskimi prawami. Hans zostaje zabity, bo została mu odebrana wolność za to, że odebrał ją innym. Została zabrana mu śmierć, bo śmierć jest wolnością, nawet, jak się „wychodzi przez komin”.

Gloomy Sunday
moje tłumaczenie z węgierskiego

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 6 komentarzy

… nie biorę udziału w Slamie z Plackami, organizowanym w ramach konkursu poezji religijnej “Pamięć i tożsamość” przez Fundację Edukacji i Twórczości w Białymstoku 13 lutego 2010 o godz. 22

APOLOGIA

Życie moje się kończy. Niewiele
barwność zmieszała losom złym szyki
(miałam już wolność w mroczną niedzielę,
lecz tak się trudno zabijać w weekend).

Tam, gdzie zebrane są świata kody i tajemnica wstydliwie znika,
nagle rozpryska układ scalony. A falsyfikat, ciągle za młody,
światłem się błąka w świątyń portykach.

W tym aksamicie, kiedy się zdaje,
że nie ujrzymy już więcej świtu,
magma przeciwieństw ogniem umai
Sieć rozpostartą niebem sufitu.

Jak mam się spełnić, kiedy korona, która spadając, kształtem uwiera,
nie spaja w możność żmudnych przekonań
rękojmią troski, ochroną zwycięstw. Rozkłada przeszłe na rozpad teraz.

Winien jest plątań ten, komu noga
drepcze spacerem więzienne koła,
marsz werblem dręczy zimnego Boga,
a ty się spotkać ze mną nie zdołasz.

Bezużyteczne bogactwo środka
i cud zewnętrzny polukrowany
spotkać za mało, by się nie spotkać.
Po to są kasty, klany i stany.

Więc, kiedy przyjdę, a przyjdę ranna
bo się nie dało bez ran. Dawano,
a kiedy było, to już jak manna
topniało pustką pustyni czarną.

Więc kiedy skończę, to skończę sama
w pustce bezbronnej i zamierzonej,
w laboratorium, gdzie wielka łapa
zanurzy lupę z gapiów kordonem.

Więc się nie cofaj w tym osłupieniu
w zawsze wygodnych z dystansu szrankach;
obroni w końcu mnie każda przemoc
końca istnienia. Tak bywa w bajkach.

Prezentacja utworu nie przekracza 3 minut.
W trakcie imprezy aktywni i bierni uczestnicy slamu częstują się plackami spółdzielczymi, przygotowanymi specjalnie na tę okazję przez mamę Andrzeja.

Nagroda jest jedna i wynosi 500 złotych.

Spółdzielnia Literacka
ul. Króla Jana Kazimierza 2, Sopot
(wejście od ul. 3-go Maja)

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | 10 komentarzy

Adam Zagajewski „Niewidzialna ręka”(2009)

Nie ma sensu odczytywać najnowszego tomu Adama Zagajewskiego, jako nowej i najnowszej jego wypowiedzi poetyckiej. Piotr Śliwiński w bardzo dobrej recenzji w „TP” z tego tomu podkreśla jego zły odbiór przez krytykę i nie chciałabym tych zarzutów, bardzo zresztą słusznych, tutaj powtarzać. Ale nie jest to też, jak chce Śliwiński, pisanie przez całe życie jednego wiersza, co wskazywałoby mimo wszystko na twórczy rozwój, a przynajmniej na dojrzewanie, jak dojrzewa stare wino. Ogólnie, mamy tam kontynuację tych samych motywów, wielokrotnie rozwijanych w poprzednich tomach. Nie można jednak „Niewidzialnej ręki” – która natrętnie kojarzy mi się z akcjami harcerskimi w mojej podstawówce polegającymi w założeniu na szlachetnej dziecięcej pomocy świadczonej niedołężnym staruszkom, a w konsekwencji na tajnym donosicielstwie – traktować, jako akcji pogotowia poetyckiego. Niestety, poeta nie wykorzystuje wieloznaczności tytułu zbioru i zarzucając w esejach „Obrona żarliwości” brak poczucia humoru wielkim poetom, sam jest go pozbawiony.
Esej z tego zbioru „Uwagi o wysokim stylu” zawiera uwagi, które są zbiorem zagrożeń dla poety i pułapek, doskonale tam przez Zagajewskiego wypunktowanych, na które sam cierpi, których nie potrafi ominąć, od których się nie uwalnia. Dowodem jest „Niewidzialna ręka”.

Słusznym, wysokim poprzeczkom, stawianym poezji w wymienionym zbiorze esejów dojrzały poeta polski, Adam Zagajewski, niestrudzony kandydat do nagrody Nobla, nie jest w stanie sprostać. Obrona wysokiej poezji, tak przecież konieczna w jej dzisiejszym zagrożeniu i bezradności u Zagajewskiego brzmi jak szyderstwo. Serce się kraje, że ten ogromny przecież kapitał erudycyjny, zdobyty przez mędrca Zagajewskiego z niesłychanym trudem, płowieje jak ambitne filmy ubiegłych epok, o których niższości i nietrwałości wobec niezniszczalności poezji, w esejach pisze.

Wiersze w „Niewidzialnej ręce” są jak wyalienowane z życia bibeloty, których piękno można dostrzec i się nimi zachwycić, ale niekoniecznie. Właśnie ta niekonieczność inteligenckiego, starego mieszkania, opisanego z dbałością o szczegół w wierszu „Lekcja fortepianu” jest bardzo dobrym przykładem na oddanie ducha poezji ostatnich lat twórczości Zagajewskiego. Są tam sportretowane autentyczne, przedwojenne przedmioty przywiezione z Armenii, jest fortepian, jest profesjonalna nauczycielka. Są pieniądze na lekcje i jest ku temu czas, najlepszy czas (ośmiolatek). Są rodzice rozsądni, majętni, kochający. Jest wszystko przygotowane na to, by mały Adaś wyrwał z fortepianu, z „czarnej kuli muzyki” dźwięk. Ale w Adasiu nie ma muzyki. Adaś nigdy jej nie wyda.

Pamiętam, jak zachwyciłam się wierszem Zagajewskiego w latach osiemdziesiątych czytając utwór „Płótno”, który w 2002 stał się tytułem całego tomu wierszy. Wiersz był o potencji, o możliwości artysty, jego mocy, sile demiurgicznej, czarodziejskiej władzy ingerowania w świat, by go nie zmieniać, a przemieniać. Płótno staje się obrazem dzięki niemałemu trudowi i talentowi artysty, kawałek lnu naciągnięty na drewnianą ramę, przeistacza się w nową, nieprawdopodobnie piękną jakość.
I co się dzieje w „Niewidzialnej ręce”? Skrzywdziłabym autora, jako czytelniczka powiedzeniem, że w wierszach robi coś odwrotnego: odbiera zastanemu światu, który kontempluje, jego piękno. Nie, ale dzieje się rzecz być może jeszcze gorsza. Zagajewski z ulic Gliwic, Krakowa, Lwowa, Paryża i tych wszystkich miejsc, o których pisze w sumie bardzo czule, bez sentymentalnej egzaltacji, ale na pewno z nimi sympatyzuje – wysnuwa ten energetyczny impuls, niezbędny do tego, by wiersz żył – i go niweluje. Te poprzekłuwane poetyckie balony rejestrowane są na kartach zbioru takimi sflaczałymi, nieładnymi zwłokami po świetności balonów, które kiedyś fruwały w powietrzu i cieszyły oko.
Mogłabym, niegrzecznie i brutalnie posunąć się do metafory kondomu, co jest wysoce niestosowne, wobec akuratności i poprawności sztywnej poezji Zagajewskiego. Jednak nie sposób oprzeć się uwadze wyczyszczenia, wymycia i zakończenia na gładko wszystkich wypustek tej poezji, a jej aseksualność przypomina lalkę Kena, którego męskość przegrywa z Barbie tym, że ona ma przynajmniej kobiece piersi. Nie chodzi o to, że Zagajewskiemu brakuje namiętności w trakcie tworzenia. Myślę, że następuje jakaś podświadoma amputacja i autocenzura, powodująca utratę energii wiersza i w konsekwencji jego bezpłciowość. Nie posiadały takiego zaszpuntowania późne wiesze Miłosza, u Różewicza wskutek kontaktu z Internetem można zaobserwować coś wręcz przeciwnego. Przeczy Zagajewski prostej prawdzie, że człowiek do końca jest istotą seksualną.

Zagajewski, jako autor jest wzniosły, poezja jego nie. Zagajewski jest poetycki, poezja nie.
Cały tom jest konsekwentnie napisany idealnym językiem poetyckim, wiersze czyta się doskonale, gładko, bez żadnych dysonansów i zgrzytów. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, bo w sumie bardzo zaciekawiłam się tym, o czym wiersze opowiadają – że są tak wyczyszczone z wszelkich porywów i nudne, a w konsekwencji martwe. Byłoby to jakieś memento mori poezji, ale czy całej, czy tylko tej, za którą się opowiada – wysokiej? Przecież to nieprawda, chociaż Zagajewski właśnie prawdę określa, jako docelowość tej drogi, jaką poeta ma przejść w otwartej ku niej formie wiersza. Dreszcze, jakie przechodzą po czytelniku przy pewnych nieśmiertelnych frazach nachodzą każde kolejne pokolenia i nie ma to nic wspólnego z czasem, w którym żyjemy.
Na dodatek Zagajewski mówi o rzeczach mi znanych i bardzo prawdziwych. W latach siedemdziesiątych mieszkałam w Gliwicach, a mąż na ulicy Arkońskiej, sąsiadującej z jego domem na Wrocławskiej się niemal wychował. Ojciec Zagajewskiego był rozpoznawalnym przechodniem w Gliwicach, był znanym profesorem na Politechnice. Lwów znam z opowiadań rodziców. A jednak wszystkie te obrazy, bliskie mi mentalnie, fotografie komunijne, plac Grunwaldzki, parki i pomniki gliwickie, wszystko to jest jedynie sztambuchem, a nie poezją. Nie sposób się nie zachwycić sposobem obrazowania Zagajewskiego, zestawieniami przedmiotów, które dają w swojej bliskości zupełnie nowe objawienia mentalne. Ale jeśli Zagajewski nazywa zbiór esejów „Obrona żarliwości”, to jest to tylko stan strażaka, który czeka na ogień. Straż pożarna, która latami nie może się doczekać żadnego pożaru w okolicy, może go albo wywołać, albo gasić go akcjami symulowanymi. Jednak ambitny strażak o osobowości szlachetnej, taki, który nigdy nie skłamał, jest w sytuacji patowej. Musi więc czekać na prawdziwy ogień. Nie wiadomo, czy się doczeka. W międzyczasie wiedzie swój nieciekawy żywot profesjonalnego strażaka, który już się rozsmakował w swojej stagnacji i polubił stan oczekiwania.
Niewidzialna ręka dzisiejszego młodego poety nie wykona akcji sprawności harcerskiej, nie wznieci dla nestora polskiej poezji ognia poetyckiego, bo w czasach, gdy on gloryfikował Herberta i Miłosza w pismach opozycyjnych, dorosły dzisiaj poeta grał wówczas w jednorękiego bandytę.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 46 komentarzy

WIERSZE WOJENNE ***(c.d.)

…nie mam nad tobą władzy… Nie wytrzymam
mrozu. Głuchy jesteś? Nie słyszysz
werbli? Idę na wojnę tylko w tenisówkach,
na rzeź, na krwawe ojcze nasz…
A song w niszy
to sztylet w ustach!

Jesteśmy w dalszym ciągu nieśmiertelni,
jak obraz „Rozstrzelanych” Goyi!
Skanduje słowa czerń w bojówkach
pokracznych ulic. Na sobie nie rwij
z papieru zbroi
i słów na słówka…

Ten, co cię tak bezwstydnie obietnicą mami,
co wznosi między nami wiry
jak słupy trąb powietrznych,
niech ginie! Zostaniemy sami,
bo tych „przybyłych”
liczba jest wieczna…

Tej, której słowo pożreć, to za mało,
jemiołą w ciebie ciągle wzrasta,
odciąć ramiona! Żywi
tylko są egzystencją całą!
Część, to namiastka
nie twojej śmierci.

Przyszłam po ciebie z innej przestrzeni…
Cichnę. Głośniejszy jest świata jazgot,
uwierz, że jak czas, minę!
I już losu nikt nie odmieni,
nikt wojennych lat
nie wróci zimie.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

BLOGI XXVI (choroba patologii kłamstwa)

Sieć pokrywają szczelnie portale literackie i blogi zaliczone przez wielki doroczny Konkurs Blogów Roku 2009 do kategorii „blogów literackich” czy wręcz do kategorii kultury.
Nie ma dzisiaj w Polsce wydawnictwa literackiego, czasopisma, fundacji, domów kultury i innych polskich organów ścigania zjawisk kulturalnych, które by nie wpuszczały w Sieć, jak zakłady pracy w byłym PRL-u, swoich brudów.

Ścieki wpuszczane są w Sieć przez kilku blogerów – zauszników instytucji, którzy są równocześnie właścicielami kilku blogów i działają jednocześnie w kilkunastu miejscach na raz. Tym sposobem mamy nieustanny, stały dopływ świeżego kłamstwa do Sieci.
Niestety, nie ma – usprawiedliwionego defektem mózgu – u blogerów znamion jednostek chorobowych. Takie diagnozy mogłyby je ewentualnie moralnie usprawiedliwić.
Permanentne kłamstwa emitowane przez dzisiejszych blogerów nie mają znamion zespołu Münchhausena, pospolitej pseudologii, mitomanii czy zespołu Delbrücka. Ich cechą rozpoznawczą jest nieliterackość sieciowej wypowiedzi. Wiadomo, że wielcy artyści chorowali na różne choroby nie przestając być wielkimi. Tutaj mamy zjawisko produkowania samej choroby i symulację zachorowania na nią. Wszak fantazja, mająca na celu podniesienie rangi intelektualnej właściciela bloga, bądź wspólnoty literackiej paradoksalnie na portalach, niczego co mogłoby być zakwalifikowane do barwności i fantazji literackiej, nie emituje. Większość internautów udając chorych, chorobę epidemicznie roznosi sieciowym krwiobiegiem i w konsekwencji z całą premedytacją wytwarza chorobę nie jako metaforę, jak chciałaby Susan Sontag, ale jako pospolite, ordynarne barbarzyństwo, nie mające nic wspólnego ani z twórczością, ani z literaturą.

Kłamstwa sieciowe niszczące bezpowrotnie blogosferę nie tylko pozbawiają internautów radości tworzenia, swobody korzystania z braku samoograniczenia i z barwności, którą taki cudowny stan wolności przynosi, ale z powodu, że są nieliterackie, nieartystyczne, tępe i nie mają nic wspólnego ze sztuką, są jedynie kontynuacją poprzedniej epoki, konsekwencją totalitaryzmu i wszechwładnej uniformizacji.
To właśnie kłamstwo sieciowe staje się poprzez udanie prawdy i jej prawdopodobieństwa, monolitem, gdzie wszyscy zaczynają mówić jednym głosem. Szczere inicjatywy sieciowe blogów i skupionych wokół nich ludzi złączonych braterstwem, miłością i szlachetnymi intencjami powoli niszczone są agresywnymi molochami literackich wspólnot działających posttotalitarnie, czyli mówiących głosem ubiegłej epoki, idealnie wypasującym się w dzisiejszy konsumpcjonizm i populistyczną kulturę materialną.
Strach przed samotnością i typowa stadność fałszywych artystów odsiadujących wszelkie możliwe miejsca sieciowe, by być widocznym i czytanym, zabieranie głosu o proweniencji magla dominuje niejednokrotnie utalentowane jednostki i bezpowrotnie je niszczy. Hipokryzja nie polega więc na ewidentnym kłamstwie, lecz na zmienianiu znaków wartości podstawowych, odwiecznych prawd, na coś relatywnego i „śmiesznego”.

Niemałą rolę służebną procesowi zakłamywania i zamydlania precyzji sieciowej wypowiedzi odgrywa maniera postmodernizmu, w którego relatywizmie, pod pozorem szampańskiej zabawy rozkapryszonego dziecka można niewinnie pomieścić wszystko.
Dzisiejszy nihilizm nie ma jednak złowróżbnego, rozpoznawalnego rysu prognostycznego, sygnalizowanego w „Biesach” nadejściem nowej epoki. Jest on stanem ducha sieciowego blogera, czyli typowego pseudo-artysty i pseudo-literata. Jest kłamstwem zalegalizowanym, zwyczajowym i wspólnotowo wspieranym.
Nie ma więc ambicji ekspansywnej, ponieważ przybrał już stały stan skupienia, a złożony z jednostek, które utraciły tożsamość na rzecz wspólnego kłamstwa może być jedynie wielką, człekokształtną masą, toczącą się komentarzami po Sieci. Każda bowiem inność, będąca gwarancją literatury, spowodować może niebezpieczny wyłom w tak pracowicie zbudowanym monolicie sieciowego kłamstwa.

Póki blogi sieciowe nie zaczną się integrować w słusznej sprawie, a ich funkcjonowanie nie będzie polegać na zróżnicowanym, polemicznym głosie o odrębnych osobowościach dyskutujących ze sobą osób w oparciu o wzajemny szacunek i sympatię, dominacja Sieci podporządkowanej silnym, skłamanym osobowościom będzie trwała nadal.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , | 2 komentarze