…nie biorę, ale wzięłam udział w konkursie translatorskim na przekład wiersza Roberta Burnsa „Address To The Haggis”

ODA DO HAGGIS, CZYLI DO SZKOCKIEJ KISZKI

Piękna twarz szczęśliwej kiszki
wśród puddingów tylko błyszczy.
Wielbią ją wybredne pyski,
lagę siekaną.
Flak w jelicie dymi wszystkim,
długi, jak ramię.

Jęk wydaje pod nią misa,
wzgórze siedzeń. Przy niej przysiadł
patyk z rożna: pęka rysa
(nim naprawić młyn
też można). Cieknie miodowa
ciecz. Lśni, jak bursztyn.

Nóż z talentem tnie w ferworze,
przekłuwa się, by w oporze
wejść w sokoupojne wnętrze!
W pragnienia rowie
to, co ogląda namiętnie,
dymi dostojnie.

Łyżka za łyżką, jeść szczerze,
rozgrzanym ucztą! Weselej,
do diabła rozbrat z talerzem
i z brzucha z męką!
Wzdęty jest bęben jedzeniem,
beka z podzięką.

Czyżby francuskiego ragoût,
flaków w oleju zachciano,
innych frykasów? Niesmak, do
ich wyrzygania!
Pogardy „nie wiadomo co”
warte są dania.

Diabeł biedny, co jak śmiecie
wysuszoną trzciną świecił,
nogi chude i pięść gniecie
jak pusty orzech…
Pole krwi przemierzył w bitwie,
och, mój Boże…

Gdy serwują haggis, mocniej
depcze ziemię człowiek Szkocji!
Zaciśniętym mieczem w pięści
wroga tnie ostrym!
Ręce, nogi, głowy w części!
Lecą, jak osty!

Mając opiekuńczą pieczę
nie karm nigdy cienkim śmieciem!
Nie daj Szkocji co chlupocze,
to, co cię zdradzi!
Lecz daj gębom samą ucztę,
daj Szkotom haggis!

przełożyła Ewa Bieńczycka

Karnawał po szkocku!

Wieczerza Burnsa w Krakowie 5 lutego 2010 r. o godzinie 18.00
Święto kaszanki (Haggis) z programem zgodnie ze szkocką tradycją od dwóch wieków

Czeka was:
Degustacja polskiej wersji haggis i szkockiej whiskey
rozstrzygnięcie konkursu na przekład wiersza “Oda do kaszanki” Roberta Burnsa
wiersze Burnsa śpiewane przez artystów z Krakowa wspólnie z publicznością
konkursy z nagrodami wprost ze Szkocji
spotkanie z prawdziwymi Szkotami
od godziny 20.00 zabawa taneczna z muzyką na żywo

Miejsce: Hotel Monopol ul. Św. Gertrudy 6

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | Otagowano , , | 7 komentarzy

Krystyna Miłobędzka „Gubione” (2008)

Wobec wszystkiego tego, co poetkę spotkało w życiu publicznym za tomik złożony z około czterdziestu wierszy w manierze minimal artu należy się ode mnie, czytelnika, tylko milczenie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 12 komentarzy

“CUBA” str. 46

047

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Bohdan Sláma „Mój nauczyciel” (2008)

Kontynuując wątek homoseksualny w dzisiejszej literaturze i sztuce warto napomknąć tutaj o najnowszym filmie Bohdana Slámy przedstawiającym homoseksualistę jako obcego, ale rozpatrywanego nie jako zewnętrzny dramat odrzucenia, ale jako dramat obcości jednostki, która swoją inność zderza ze społeczną jednością.

Dzieje nauczyciela przyrody wiejskiego gimnazjum (rewelacyjny Pavel Liška w roli Petera) pokazuje reżyser na podstawie kilkunastu znaczących scen. Jedną z nich jest lekcja przyrody, gdzie profesor Peter pokazuje dłoń z nanizanymi na palce skorupami winniczków i obrazuje tym dzieciom fundamentalną prawdę, że natura wytwarza tylko oryginały. Że każdy domek dla ślimaka jest ciut inny od innego domku jak twarze ludzi, mimo podobieństw.

Cały utwór jest jednym wielkim hymnem na cześć tej inności, szacunku dla ogromnej różnorodności i zarazem witalności ludzkich potrzeb (sceny kochających się nastolatków), które nie muszą wcale kolidować z potrzebami innych, czy się jedynie tolerować. Film nie apeluje o wolne prawa dla gejów, nie piętnuje, nie wytyka braku ich akceptacji. Cierpliwie i powoli widz zostaje przeprowadzony przez delikatną warstwę ludzkiej natury i jej niemożność zamiany czy „ulepszenia”, jak świadczą o tym ostateczne kształty ślimaczych muszli. Linie papilarne osobowości, niezmienne i niezniszczalne, mimo życiowych przejść, stają się jedynym zabezpieczeniem i tym ocaleniem człowieczeństwa w człowieku.

Krzyżowa droga, jaką przechodzi bohater filmu, od praskich rodziców i byłej narzeczonej, poprzez szereg nowych, już wiejskich spotkań, po powrót byłego kochanka i dramat nowego kochanka, który jeszcze nim się nie stał i nie stanie, to historia jedynie uczuciowości uwikłanej w surowość zewnętrzności, która żyje swoim pragmatycznym interesem i o niczym wiedzieć nie chce. Wszelkie pokusy rozkoszy zamieniają się w dramat i swój znak pozytywny w swoje przeciwieństwo. Bohaterowie, którzy wobec siebie chcą się zachować „po ludzku”, czyli przyzwoicie, uczciwie, natrafiają na jeszcze większą komplikację ich i tak złożonej sytuacji, na którą składają się traumatyczne przeżycia z przeszłości i teraźniejsza namiętność. Ale to nie jest to, co chciał nam powiedzieć Cervantes i Markiz de Sade, że dobro jest przekleństwem natury, że dysonans dobra powoduje większe zło.
Slama wyraźnie opowiada się za cierpliwym poszukiwaniem rozwiązań pozytywnych i podpowiada z całą pewnością, że one istnieją. Mimo prób samobójczych, strat życiowych szans, pieniędzy i dobrego samopoczucia, bohaterowie dojrzewają nie tyle do optymalnie najlepszych życiowych wyborów, ale przezwyciężając je, ratują coś, co zdawało się już utracone na zawsze.

Przełomem staje się powtarzające się przyznanie, niby do winy, a co w konsekwencji jest nie tyle aktem odwagi, co oczyszczeniem i dobrodziejstwem. Krótkie „jestem gejem”, „jestem homoseksualistą” brzmi jak magiczne zaklęcie. Następuje jakaś niespodziewana ulga w powiedzeniu czegoś na głos, o czym być może i większość wiedziała, ale oczyszczającym aktem jest mechanizm podobny do terapii AA, gdzie alkoholicy publicznie nazywają siebie alkoholikami. „Jestem gejem”, to jednak nie jak w wypadku nałogu przewina niewoli, to sytuacja odwrotna: „jestem gejem” rzucone jest do zewnętrzności, to ostrzeżenie dla wspólnoty, w której gej się znajduje, że nie będzie dla niej, dla jej wygody już więcej kłamał. Przemiana może więc nastąpić jedynie w przyjęciu prawdy przez ogół, ale prawdę może ogłosić tylko gej. W tym akcie odwagi zawarta jest równocześnie metafora każdego ludzkiego działania.
Film wraca do prostych prawd, że nic się samo nie dzieje. Jak się np. zadba o ciężarną krowę, uniknie się rozpaczliwego widoku martwego cielaka. Jak przestanie się drugiego człowieka traktować instrumentalnie i jedynie przyjemnościowo, utraci się kochanków, ale wraz z nimi utraci się też ich fałsz.

I być może film dał też odpowiedź na pytanie, dlaczego w dobie takiej otwartości obyczajowej, w jakiej żyjemy, homoseksualizm budzi strach i niechęć w przyjęciu zwyczajnej i podstawowej dla określenia się jednostki prawdy. Dyrektor gimnazjum i nauczycielka przyjmują egzotyczną na wsi prawdę o orientacji homoseksualnej swojego kolegi z pytającym zakłopotaniem, ale w tym nie ma już potępienia. Jest wyzwoleńcze greckie katharsis jak wszędzie tam, gdzie mamy nie socjologiczny moralitet, a dzieło sztuki. Film bowiem, jak każde dzieło sztuki nie młotkuje, nie wskazuje dydaktycznie co bohaterowie swoją postawą osiągają.

Film nawiązuje też do greckiej miłości chłopców i relacji uczeń – nauczyciel. To Peter pomaga siedemnastoletniemu Ladzie zdać maturę i pomóc mu w jego płciowym zdefiniowaniu, które okaże się jednoznacznie heteroseksualne. To Peter odmawia seksu byłemu kochankowi uświadamiając mu, że wygasła w nich miłość uniemożliwia miłość cielesną. Peter potrafi wesprzeć braterską miłością samotną Marię (Zuzana Bydžovská). Postać Petera jest katalizatorem wszystkich kluczowych scen, które przenikają się w beznadziei samotnych, wiecznie głodnych miłości filmowych postaci.

Film opowiada się przeciw swobodzie obyczajowej reprezentowanej przez praskiego młodego biznesmena, byłego bogatego kochanka Petera. Podobnie, jak w poprzednim obrazie ironicznie zatytułowanym „Szczęście” Sláma optuje za wyborami życiowymi trudnymi, pełnymi rezygnacji, uciążliwymi, bo tylko one decydują o naszym człowieczeństwie, zgodzie na siebie, ratują nas i ludzi, których na naszej drodze spotykamy.
Ratują przed alienacją, brakiem empatii i wszechobecnej asertywności, które niesie wygoda w nadciągającej zimnej cywilizacji.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 5 komentarzy

WIERSZE WOJENNE ***(c.d.)

EROTYK DLA WANDY NIECHCIAŁY

powiem ci tylko, choć nie muszę…
Nie… Muszę, chociaż nie powinnam.
Zegar cieknie, ja staję. Inna
strategia nocna jest poduszek,
gdy powściągliwość impet brata:
gorączka, to jeszcze nie dramat
dziecięcej wojny w nocy mroku.
Rozerwiesz pierze… spokój. Spokój
ze śmiechem. Skrajność da ci samą
czas na paluszkach. Sza, paluszek
na ustach. Udław się. Zaduszę
poduszką, kiedy będzie rano.
Wyfrunie pierze nocnym ptakiem,
zostaniesz wtedy w łóżku Wando,
wykwintem smaku i niesmakiem.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | 14 komentarzy

“Solistki” Antologia poezji kobiet (1989- 2009)

„Solistki” ukazały się latem ubiegłego roku drukiem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie i pokazały twórczość 41 poetek, reprezentowanych przez każdą z nich kilkoma utworami.
Ponieważ jest to niewielka próbka możliwości poetyckich poszczególnych „solistek”, wbrew intencjom wydawców trzeba rzecz traktować jako całość i jako jedną wypowiedź.
Spaja ją zresztą szata graficzna, która jak na wydaną przez warszawski dom kultury 235 publikację jest konsekwencją poprzednich książek w bardzo podobnej estetyce awangardy międzywojennej polskiego konstruktywizmu (np. grupy „Blok”). Czerwono-czarna, surowa, rewolucyjna tonacja, zastosowanie czcionki blok przypomina nie tylko rewolucję sowiecką, ale wszelkie sympatie do ładu komunistycznej Polski powojennej, ograniczonej wtedy oszczędnościowym programem kosztownego, barwnego druku. Nachalność i reżim graficzny tomiku jednocześnie sugeruje jakąś tymczasowość politycznej agitki. Lewicowość szaty graficznej jest jednak bardzo złudna, i jak to się teraz w sztuce dzieje, jedynie atrapą, potiomkinowskim szyldem, za którym kryją się wcale niebiedne i nie zaszczute społecznie poetki.
Podejrzenie budzą też ilustracje luźno związane z tomem i mające, jak zrozumiałam, pełnić rolę takich samych solistek, jak poetki, tylko swoją twórczość prezentują plastyką. Są to Marta Ignerska i Pola Dwurnik.
Pierwsza przyswaja świat pism satyrycznych, świat uogólnień i stereotypów, druga ilustruje rysunkiem odręcznym (ołówkiem 5B), stylizowanym na efekt niewielkich umiejętności uczennicy liceum plastycznego. Szata graficzna pełni tu bardzo agresywną rolę dominującą ponieważ układ typograficzny wierszy jest bardzo zróżnicowany i oko czytelnika w pierwszym odruchu obronnym spoczywa właśnie na ilustracjach, łatwiejszych do przyswojenia.

W kończących tom refleksjach redaktorek pada dużo słów na temat klucza i kryteriów, jakimi kierowały się trzy poetki wybierając te, a nie inne wiersze wśród morza obfitości utworów powstałych w ciągu tych dwudziestu lat. To właśnie osobowości poetek zostały przycięte do ogólnego przesłania. Poetki boją się jak ognia sentymentalizmu, kiczu i tym sposobem dostaliśmy kicz bezosobowy, wiersze reprezentujące świat kobiet, które nie istnieją lub opisujące świat, który nie istnieje. Niewątpliwe przeżycia dokumentowane liryką, głębokie i dające impuls do napisania wiersza są tłamszone ironią, sztuczną siłą i pozą, a wszelkie trudne konflikty męsko-damskie są wykpiwane i trywializowane. Seks dla tych kobiet, najczęściej – jak donoszą redaktorki – trzydziestoletnich, sprowadza się do czystej potrzeby fizjologicznej spełnianej, jak w poezji Marty Podgórnik: dla satysfakcji własnej, lub u Ewy Katarzyny Zdanowicz: partnera, czy u Izabelli Filipiak: drugiej kobiety, albo pośrednio, dla ojca, jak u Anny Tomaszewskiej. Figura matki pojawia się rzadko, jest raczej szczątkowa i cmentarna (Kamila Janiak). Resztę poetyckiego świata zapełnia albo męska śmieszna lubieżność i („perwersja” (Agnieszka Mirahina), albo menstruacja, martwe płody (Justyna Bargielska). Dziećmi poetki zajmują się równie szczątkowo jak swoimi matkami i babciami. Również koty, tak obficie obecne u każdej niemal poetki, zniknęły z antologii.

Trudno wyczuć, czy kobieta dzisiejsza w pełni sił swojej urody i kobiecości, niejednokrotnie na stanowisku, jest szczęśliwa. Właściwie, oprócz umieszczenia kobiet w mitycznej nierealności, odzianej w purpurę (Bianka Orlando) i hasającej w dzieciństwie jak chłopak (Agnieszka Wolny-Hamkało), bycie kobietą dla poetki dzisiejszej jest sprawą ponad jej siły i szychtą, którą odbębniają z łaski i z jakiegoś niezrozumiałego przyzwyczajenia. Ponieważ nie czuje się tam pajęczych nici moralnych, które łączyłyby je z życiem takim, jakie zmuszone są wieść, uwydatniają się wybory życiowe poprzez samostanowienie (być może pozorne) odczuwalne w podmiotach poezji. Poezja ta zatem nie jest wypowiedzią silnego poety, ale silnego podmiotu.
Redukcja starości (ledwie zaznaczone starzenie się w wierszu Violetty Grzegorzewskiej kłopotem kupowania coraz to  droższego kremu), jest programowa.
Szczątkowa też jest konfesyjność. Poetki nie tylko nie wierzą w prawdę spowiedzi (słusznie), ale mówią coś, by nie mówić czegoś (niesłusznie).

Można potraktować odczłowieczenie kobiety polskiej, jako nowoczesność ponowoczesności czy wielki eksperyment zaprzeczenia odwiecznej roli poezji w jej stwarzaniu światów alternatywnych, w proteście do zastanego, niewygodnego, czy uwierającego. Niecałe pół setki kobiet polskich zamkniętych w „Solistkach” to śpiew ani nie syreni, ani nie konformistyczny, ani nie anarchistyczny. Nie ma afirmacji, nie ma skargi i nie ma buntu. Nijakość kobiet sytych nie przeradza się w libertyńską lubieżność, ani w witalne rozpasanie. Jedynie dwa razy pojawia się słowo chuj (Aleksandra Zbierska) i raz dupa (Marta Grundwald).
Seksu kobiety wyraźnie nie lubią, rozpinanie spódniczek zamkami błyskawicznymi (Ewa Sonnenberg) traktują bardziej prostytuująco, niż jako ofiarę z siebie lub obustronną przyjemność. Ale perspektywa miłości fizycznej nie przejmuje je ani odrazą, ani podnieceniem ze spotkania czegoś nieznanego. Wszędobylska blaza jest nie tyle szpanem, co prawdziwym stanem permanentnej nudy. Udziela się to czytelnikowi, skaczącemu od autorki do autorki w poszukiwaniu energii twórczej i jej nie znajduje. Eksperymenty słowotwórcze Joanny Mueller schodzące do starosłowiańskich klimatów nie mają nic wspólnego z orgią nocy sobótkowej. Wszystko, za co się chwytają poetyckie kobiece języki albo w połowie zastyga, albo pęka i rozmazuje się na ostatnim wydechu. Tak jest u Bianki Orlando w zaświatach, tak wygląda perwersja u Agnieszki Mirahiny.

Po przeczytaniu entuzjastycznej recenzji Tomasza Pułki na niedoczytaniach zrozumiałam, że właśnie to od czego poetki chcą się odgrodzić i czemu zaprzeczyć: męskość – afirmuje ich poczynania i uwierzytelnia. Widocznie światy powołane przez poetki, są obu płciom wspólne i podobnie odczuwane. Z „Solistek” nie dowiadujemy się czym jest dla autorek poznanie i czy są świadome tej niewiedzy.
Czytając je, ma się wrażenie, że właśnie ta nieświadomość potrzeby pisania i wydawania wierszy jest ich największą siłą. I jak słucham w wywiadach, największym ich egzystencjalnym problemem jest jedynie to, która płeć zasiedli stoliki jurorów w nadchodzących konkursach.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 17 komentarzy

… nie biorę udziału w IV Konkursie Jednego Wiersza im. Stanisława Gostkowskiego – 28.01. 2010 Gdańsk Pomost Literacki “MORENA”

ZIMOWA WYLICZANKA

… wszyscy odeszli jak w modlitwie
odchodzą słowa w Dziurę Czarną,
Kosmos, to jeszcze nie z podziwem
umierający Byron.

…wszyscy odeszli. Się nie dziwię!
Masa Krytyczna niekonieczne
wsysa złakniona, głodna wieczne
opium chorego snu Coldrige’a.

… ach, niema, nie ma i nie będzie!
echo to czkawka martwych planet,
sonda przemierza jak narzędzie –
z trucizny jelit w ogród Burnett.

Odeszli, by nie wrócić wcale,
koła wytrącił z orbit wiek.
Terror symetrii ma swą skalę,
nic nie poradził na to Blake.

…cisza… nie zmarszczy nieba lustra
żaden kaprysów gwiezdnych walor.
Nie powypluwa gwiezdna pustka,
tego, co kiedyś z mózgu Carroll…

… to tylko gwiazdki czcionek! Orion?
Wyświetla ekran białe niebo.
Kamienie zmienił już Andersen
w sześciokąt śniegowego srebra.

Jeszcze haust, kiedy w małej dawce,
zanim zaczerni niemoc łącze,
synapsa zwilży język Kafce,
jak kompres zimny. Na gorączkę.

…popiół pokrywa puste pola
Księżyca. Orać się nie waży.
Zaludnił nędzą kiedyś Zola
kornikiem zryte korytarze.

…piękno edycji. Jak ironia
boski intelekt = boski żart.
Późno już. Noc kolejna kona
bielą rozmlecza piękno Wilde.

Znowu się tu zrobiło ciemno,
zamieć zmazuje awatary.
Sam porzucony gdzieś Defoe,
sam był w przestworzach. I bez pary.

Trzęsie się niebo nad Haiti
uknuł, co da się Machiavelli,
a wrzód wybrzusza Ziemię wstydem
by ci, co mieli też nie mieli.

Niech się nie wstydzi mrok, bo owszem,
niebo otwiera skąpo portfel,
lecz runie złoto w szadź i rozkosz
oczy nasyci darmo Orwell.

A gdy się już przewali zimno,
każda myśl spuchnie swoją zmorą
zaprzeczy wszechświat słów mieliźnie
myślą wymyślną zryje Thoreau.

…nie, to nie tarot, ani poker,
gra wicher w lodowatej ciszy
w strach neutralny, tak jak Stoker
bał się i tego kto z nim przyszedł.

Dalej i dalej, jeszcze dalej,
niech się nie waży w drzew koronę
dymy różowe wpuszczać Huxley,
bo mądrej głowie dość dwie słowie.

Nic się nie zdarzy. Z horyzontu
nic nie wychynie, więc się stań
herosem jak ciebie od frontu
malował system. I Carlyle.

I tak, jak Bóg zamieniał noce,
a dnie zamieniał Chesterton,
zmieniasz się w złości. A ja się pocę
by znaleźć ciebie. Gdzie mój dom?

Zwidy, pomyłki. Konfidenci,
kto kim dla kogo? Któż to wie?
są szklane Baronowej Orczy
oczy zaklęte w biały śnieg.

Desant seryjny: ot, Stratemeyer,
ptaków zimowych cała kupa
wchodzi przez okno. Zamknij, wieje.
Tutaj jest zimno. Żaden upał.

To tylko modne słowo: target
przebóstwią słowa w lepsze słowa.
Nic nie obchodzi mnie już Flaubert
i nic nie zrobię już od nowa.

Straszył mnie nocą we śnie Poe,
że się przez zimę skończy życie,
bo drzwi wywiało i wiatr dął,
i drwił poeta na suficie.

Nie pokaleczy Dickinson
strof krwią pisaną soplem z dachu.
Świat to nie wszystko. Przeczyć dniom
to się nie kłaniać ziarnkom piachu.

Więc się nie przestrasz, kiedy zima
kończy seryjność gdy jej chce się.
Bo kiedy Kosmos mnie zatrzyma,
pójdzie w produkcję jeszcze Hesse.

…i nic, że tors jest jeden. Za to
dwa są istnienia i dwa cele.
A to, że nierealny Platon,
to problem liczby. Liczb jest wiele.

konkurs jednego wiersza – wystarczy zaprezentować jeden nigdzie
nienagradzany i niepublikowany wiersz oraz złożyć podpisaną kopię
tegoż na ręce jury (Ariana Nagórska, Andrzej K. Waśkiewicz, Wojciech Boros),
wszystkie nagrodzone teksty ukażą się na łamach dwumiesięcznika “Autograf”,
przewidziano nagrody rzeczowe (aparat fotograficzny, odtwarzacze MP4)
o łącznej wartości 1000PLN28 stycznia 2010 r. – g. 18.00
Dom Kultury LWSM “Morena”
ul. Z. Nałkowskiej 3Wieczór poprowadzi Wojciech Boros

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | 7 komentarzy

Olga Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”(2009)

Tytułem książka nawiązuje do Blake, ale to, że William Blake nie znosił Newtona i uważał go za sprawcę całego zła na planecie Ziemia, nie może teraz powodować tego, że w Polsce pisze się złe książki.

Blakemania, która nastała po śmierci Boga chrześcijańskiego przez poetów poszukujących gorączkowo nowej religii w miejsce starej, chce panteon bóstw blake’owskich podmienić i ten nowy Urizen ma nam zapanować.
A ponieważ po komunistycznej, półwiecznej literackiej służbie reżimowi – gdzie gnoza była zakazana, a karty tarotowe niedostępne – nadrabia się zaległości, odbijają się one czkawką po kolejnych reinkarnacjach blake’owskskiego mitu w twórczości pisarzy zaliczanych do twórców tzw. sztuki wysokiej.

William Blake, który przygotował mentalnie grunt pod Rewolucję Francuską nieprzerwanie wykorzystywany jest przez poetów rewolucyjnych, którzy chętnie, pod pozorem wiary w Boga, idą w nową niewolę w czasach zamętu i wysychania źródeł poezji.
To, że Alan Ginsberg poszedł na audiencję do wypuszczonego z klatki Pounda i odkrył tym sposobem Blake i napisał „Skowyt”, nie jest niczym odkrywczym dla naszych polskich problemów. Sami przecież możemy się poszczycić równie niezrozumiałą mitologią u Słowackiego czy Mickiewicza, czerpaną z pierwszej ręki od Blake i Emersona.

Panteizm Tokarczuk jest więc egzaltacją nie tyle spóźnioną, co zapychaniem pustki – jak sama w wywiadach mówi – powstałej w momencie rozwoju naszej literatury, gdzie mnożenie stylów i szlifowanie formy niczego nowego ni wnosi. A więc dalej, chwytajmy się za następną pustkę, na tyle niepojętą, że nikt tego nagiego kolejnego króla nie zauważy.

Znamienna jest recenzja Dariusza Nowackiego w „Gazecie Wyborczej”, podkreślająca wartość ostatniej powieści Olgi Tokarczuk mierzonej opowiedzeniem się za prowincjonalnym fermentem twórczym w postaci samorodnych wiejskich geniuszy tłumaczących hobbistyczne teksty Williama Blake.

(…)Po pierwsze, autorka “Prawieku” zaludniła swoją opowieść postaciami, których próżno szukać na kartach naszej prozy, a jeśli nawet się pojawiają, to wyłącznie w ujęciach satyrycznych bądź szyderczych. Mam na myśli przeróżnych nieudaczników z zabitej dechami prowincji, ludzi, którym świat odmawia dziś szacunku, gdyż “nie zrobili kariery”. U Tokarczuk nie tylko są to postacie sympatyczne, ale i wielce pociągające. Mają swoje nieoczywiste pasje i bogate życie duchowe. Janina ulega feblikowi astrologicznemu, Dyzio, informatyk z gminnego posterunku policji, amatorsko tłumaczy pisma Williama Blake’a (właśnie z Blake’a ów długi tytuł powieści). Sprzedawczyni ze sklepu z używaną odzieżą, sąsiad Janiny Matoga i kilka innych postaci to ludzie o gołębich sercach i żywej inteligencji. Bez kiczu, bez naciągania. “Prowadź swój pług ” to jedna z najcieplejszych, najbardziej krzepiących opowieści ostatnich lat.(…)”

Można tę recenzję właśnie zrozumieć tak: cieszcie się czytelnicy miast i wsi polskiej, oto Wielka Pisaka Polska staje nie tylko w obronie skrzywdzonych zwierząt, ale i was, nędzników, grafomanów i nieudaczników. Wasze wypociny, które nieudolnie w znoju powstają w waszych komputerach są docenione i nagradzane ciepłym słowem Wielkiej Pisarki Polskiej i dają wam przyzwolenie i zachętę, byście w swoim hobbistycznym świecie pozostawali i się z niego nie ruszali. Oto bowiem możecie śmiało kupować jej książki, wypełniać stoliki GOKów nakrytych sztrykowanymi firankami, bo nawiedzi Was ktoś, kto was kocha i was wspiera. Dalej więc kupować, prosić o autograf, biec napawać się kimś, komu się udało i podpatrywać, jakim sposobem się udało. Macie takie same poglądy, jak pisarka, wyjęła to wam z ust, jest tak samo dobra i tak samo współczująca jak wy. Kocha bezdomne pieski tak samo, jak wy kochacie Williama Blake’a. Tak samo nie rozumiecie świata krzywdy i poniżenia jak i ona. Tylko, że Wy jesteście braćmi mniejszymi polskiej literatury i gdyby nie wasze istnienie, nie miałyby o czym pisać Siostry Większe.
Dlatego tak skrupulatnie biocenoza literacka w Polsce jest chroniona i z całą bezwzględnością biologiczną utrzymania równowagi egzekwowana. I, jeśli ktoś podnosi rękę na świętą Siostrę Większą lub Brata Większego, będzie, słowami Jana Jakuba Kolskiego miał rozkwaszony nos, a czytając na kartach książki zakamuflowane słowa Olgi Tokarczuk, wręcz bestialsko zabity.
Bo czym jest np. w najnowszej powieści Olgi Tokarczuk alegoria hodowlanych, białych lisów? Czy nie są to właśnie skryci pod nią polscy pisarze, którzy skoszarowani w jednym miejscu piszą dniami i nocami powieści na garnuszku jakiegoś stypendium?
Zawsze, od wieków artyści posługiwali się zwierzętami, by wypowiedzieć prawdę o ludziach i czasach, w których przyszło im żyć.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 12 komentarzy