HOTEL***

***
Obudziłyśmy o wpół do piątej rano śpiącą w łóżeczku czteroletnią dziewczynkę, która rozdarła się niepohamowanym płaczem, a widząc w pokoju obcą osobę, zaczęła się histerycznie bać.
Gdy dzwoniłam po taksówkę i wyjmowałam z lodówki przywiezione na podróż kanapki, Zosia zdołała już ubrać zdezorientowane dziecko i wyprowadzić na dwór. Mroźne powietrze cuciło nas, tonizowało atmosferę, a nadjeżdżająca taksówka wprowadziła nastrój czekającej nas przygody.
– Szła pani na piechotę? Z dworca? Nieprawdopodobne!
Taksówkarz był jedyną osobą, która oddała mi autentyczny hołd podziwu i zachwytu nad moją dzielnością, czego teraz psychicznie pilnie potrzebowałam.
– A dziecko? Cieszy się mała, no nie? Będzie jechać pierwszy raz pociągiem?!
Roksana nieufnie naburmuszona śledziła nas z tylnego siedzenia obrażonym wzrokiem i się nie odzywała.
Taksówkarz był w moim wieku i rozmarzyliśmy się wspólnie, jak to w dzieciństwie pierwszy raz jechaliśmy pociągiem i jak od wielu dni czekaliśmy na tę przyjemność.
– Podobno bardzo trudno zdać egzamin i opanować pamięciowo plan miasta – zmieniłam temat, by zrewanżować się taksówkarzowi za komplement pod moim adresem.
– Mój znajomy, student polonistyki, przymierzał się do tego egzaminu, chciał być taksówkarzem w tym mieście, ale zrezygnował i wolał etat w Tygodniku, niż wkuwać te wszystkie ulice!
– Tak, moja firma wymaga znajomości topografii, ale już nasza konkurencja, tańsza, nie – tu ugryzł się w język, podając niefortunnie nazwę – jeździ tylko na GPS-ach! Nie muszą niczego zdawać.
Zapłaciłam za nocną taryfę i weszłyśmy do zupełnie pustego pociągu, który stał na peronie już od dłuższego czasu.
Dziecko, które dwa dni temu ukończyło cztery lata i obowiązywał je już kolejowy bilet, rozciągnęło się na siedzeniu demonstrując swoją blazę i niezadowolenie.
Gdy pociąg ruszył wyjęłam kanapki i po zjedzeniu wszystkich Zosia opowiedziała mi historię swojego romansu z pracownikiem siłowni, okazałym mięśniakiem, którego powrót jest przecież zawsze możliwy i realny.
Za oknem przesuwały się ubogie stacyjki południowej Polski, a zacinający deszcz i szarość przedwiośnia nie pomagały w rozproszeniu smutku historii Zosi. Komórka Zosi, która działała tylko już w jedną stronę, też odbierała smutne wieści ze świata. Urzędnicza banku przypomniała o spłacie przez Zosię pięciotysięcznego kredytu, który udało jej się zaciągnąć przed wyrzuceniem jej z pracy. Matka, domagająca się ciągłej adoracji. Pasażerów nie przybywało, sporadycznie wsiadający i wysiadający ludzie byli tylko przesuwającymi się cieniami na przestrzeni tych pięciu godzin, podczas których pociąg podążając w kierunku nieobecnego słońca i środka dnia, jakby jechał bez żadnego celu i nawigacji.

Kiedy przekroczyliśmy Poprad i kry rozsuwały się pokazując sine, rzeczne odmęty, wyłoniły się białe góry usiane rozsypanymi domkami, a stacyjki ze sławnymi, wakacyjnymi nazwami powoli zaczęły się kończyć, pociąg zwolnił, zaczął się cofać i po tym niespodziewanym manewrze majestatycznie wtoczył się na stację Kurortu.
Deszcz przestał padać i wolno deptakiem podążyłyśmy w górę miasteczka, które niemrawo zaludniło się wycieczkami i ludźmi kierującymi się z plastykowymi butelkami do pijalni wód mineralnych. Barwne, drewniane sanatoria pomalowane na turkusy, szmaragdy i amaranty jeszcze nie pozyskały pożądanej patyny i świeciły spoza bezlistnych drzew na tle brudnego śniegu ordynarnie i ostentacyjnie. Ogromne reklamy co i rusz kierowały pensjonariuszy Kurortu do zakładów kosmetycznych, fryzjerów, szamanów, wróżek i gabinetów odnowy biologicznej. Sterty oscypków na straganach, słoje z marynowanymi rydzami i miodem spadziowym sprzedawały młode kobiety przebrane za ubiegłowieczne baby w prawdziwe kożuchy, chusty i waciaki. Oferta turystyczna Kurortu adresowana była przede wszystkim do klienta ubiegłowiecznego i starano się pielęgnować całą estetyczną ohydę tej epoki, począwszy od kroju czcionki „bloku” wszelkich szyldów przypominających komunistyczne transparenty, jak i korzenioplastykę, olbrzymich rozmiarów konary drzew lepko ukształtowanych na człekokształtne potwory zabejcowane i pociągnięte lakierem bezbarwnym. Ozdoby te strzegły wejść do restauracji, wyszynków i pizzerii przypominając, że jesteśmy w górach. Ciąg straganów, ustawionych wzdłuż deptaku i pokrywających szczelnie wszelkie jego uliczne odnogi był najprawdopodobniej najważniejszym źródłem dochodu tubylczej ludności. Budki obwieszały wełniane, „zdrowe” poduszki z wyhaftowaną nazwą Kurortu, twarzą Śpiewaka, bądź Malarza. Sterty drewnianych zabawek, góralskiej biżuterii, oręża zbójnickiego i wszelkiego rodzaju lekarstw medycyny alternatywnej, od nalewek w dziwnych butelkach opisanych zwykłym ołówkiem na pakowym papierze, po suszone zioła, niepokoiły przesadną obfitością. Nieliczną klientelę stanowili ludzie w podeszłym wieku, zawadiacko ubrani w sportowe, narciarskie stroje snujący się w sobotnie przedpołudnie bardziej z nudy, niż autentycznej potrzeby kupowania.
Ktoś przebrany za bałwana, smętnie chodził po ulicy i Roksana, nareszcie odnalazłszy swojskie, przedszkolne klimaty, pomachała mu radośnie rączką i uśmiechnęła się.
Stałyśmy już u stóp góry, gdzie arystokratycznie, niczym zbłąkany panicz na wiejskiej zabawie, pyszniła się w stylu art deco modernistyczna bryła seledynowo szarej fasady Hotelu, na którym widniało pięć złotych gwiazdek.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, donosy | Dodaj komentarz

HOTEL**

**

Nagroda literacka mająca symboliczny odpowiednik w życiu realnym, zapowiadała przyjemnościowy rytuał spędzenia nocy z przywiezioną, lub zapoznaną osobą w sławnym polskim Kurorcie. Nie mogłam zabrać męża, ponieważ ktoś musiał pozostać z naszym siedemnastoletnim psem, który nie zniósłby już ani podróży, ani rozłąki.

Kurort nadesłał listem poleconym ze swojego najlepszego Hotelu wydruk Nagrody na kremowym papierze sepiową czcionką, a na kopercie logo Hotelu w elipsie retro nadrukowano farbą złotą.

Ze względu na podeszły wiek i malejące z dnia na dzień szanse zapoznania kogokolwiek i nie chcąc, by cokolwiek zostało zmarnowane z tak wspaniale zapowiadającego się weekendu, zaproponowałam wspólną konsumpcję Nagrody literackiej kobiecie pokolenia siedemdziesiąt, samotnie wychowującej dziecko.

Zosia była urodziwą naturalną, pięknie zbudowaną blondynką, absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Entuzjastycznie przyjęła moje zaproszenie. Nie jadła już od kilku dni, a że mieszkała w mieście na trasie do Kurortu, nocując u niej, podróż z siedmiu godzin mogłam zmniejszyć do pięciu.

Opis Nagrody w przysłanym dokumencie był tak perfekcyjnie literacko skonstruowany, że atrakcyjność czekających nas tam przyjemności nie budziła żadnych wątpliwości ani podejrzeń. Na dotarcie do Kurortu najtańszym środkiem lokomocji, czyli pociągiem osobowym należało wydać połowę miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych, ale czekało nas za to dwa dni luksusowego pobytu, koktajl w nocnym klubie i basen wraz z sauną parową na podczerwień, wspomagającą odchudzanie. Zaniepokoił mnie ten ostatni punkt, ponieważ Zosia była przeraźliwie chuda, chudością wynikłą z jedzenia zupek chińskich, picia mocnej kawy i palenia papierosów, a i ja też schudłam przez zimę. Od kiedy ojciec Zosi zmarł na raka płuc, Zosia uparcie powtarzała, trzymając papieros w ręce, że nie palii i że rzuciła palenie. Ponieważ jako osoba niepaląca, nie mogła sobie ich kupować, chodziła po sąsiadach żebrząc o papierosa, czym skutecznie zniechęcała do siebie wszystkich.

Kurort słynął z przebywających tam w ubiegłym wieku artystów i teraz na plecach ich sławy prosperował turystycznie, multiplikując ich wizerunki na wszystkim co popadło w pamiątkarskich stoiskach. Przed II wojną światową artyści z powodu lewicowych skłonności prezydenta państwa, który wystawił tu sobie willę ze środków państwowych, pielęgnowali urzędowo wszelkie legendy opiewające dochodzenie artystów ze skrajnej nędzy do fortuny. I tak ubogi chłopak z Sosnowca dzięki konsekwencji i uporowi starania się o etat artysty śpiewaka w operach na wielu kontynentach, zdołał postawić tutaj hotel o nazwie „Ojczyzna” funkcjonujący do dzisiaj.

Malarz, nieumiejący nawet pisać, siedząc na deptaku Kurortu dorobił się malowaniem widoczków na wyrzucanych papierkach fortuny, a dzisiaj drogie bilety do Muzeum, gdzie zgromadzono 30 jego prac wielkości paczki papierosów, wspierają gminny budżet. Pomnik, jaki wystawiono temu Malarzowi z jego psem i nierozłączną walizką, w której przechowywał miliony złotych, ma kształt ławki odlanej z brązu i jest relikwią Kurortu i obok kościoła z zamkniętymi w nim świętymi, stanowią nierozłączną całość.

Moja mama dowiedziawszy się o Nagrodzie fundowanej przez Kurort natychmiast wyjęła z albumu rodzinnego zdjęcie, gdzie widniała fotografia słynnego Śpiewaka z dedykacją dla niej, wtedy małej dziewczynki, jaką była moja mama, ponieważ wtedy właśnie przebywała z moją babcią i dziadkiem na wakacjach w sąsiadującym z hotelem „Ojczyzna” pensjonacie. Moja mama nie zdołała jednak zapamiętać za co dają mi nagrodę i wiedząc, że nie potrafię śpiewać, była pewna, że za obraz, ponieważ pamiętała też tego żebraka malującego na deptaku. Sprawiło mi to wielką przykrość. Nagroda przede wszystkim pasowała mnie na poetkę, utwierdzała moją poetycką siłę i wartość. Niezaświadczenie tego faktu nawet przez najbliższą rodzinę budziło mój niepokój i powodowało utratę pewności siebie.

– Za co dostałaś tę nagrodę? – spytała Zosia po powitalnych uściskach, gdy w nocy dotarłam na piechotę z dworca do jej mieszkania na oddalonym o sześć i pół kilometra od dworca osiedlu. Zosia była właśnie po rozstaniu ze swoim kolejnym partnerem, z którym wiązała wielkie, wspólne plany. Jako panna z dzieckiem i mieszkaniem stanowiła bardzo korzystną partię, jednak każde niepowodzenie kończyło się jej płaczem na balkonie i paleniem papierosów. Dzięki temu, że szłam w śniegu i mgle przez park na skróty i pobłądziłam, ominęła mnie wyprowadzka kochanka Zosi i ich rozdzierająca scena rozstania. Najprawdopodobniej potrzebowali świadka tej finałowej sceny i moje spóźnienie popsuło efekt. Kochanek, nie doczekawszy sie mnie, zabrał wszystkie swoje rzeczy godzinę temu i zniknął.

Zosia już od miesiąca przeżywała rozpad ich kilkumiesięcznej miłości, była bez grosza, miała odcięty Internet i komórkę. Wysłałam jej więc pocztą ksero nagrody, by wiedziała, o co chodzi, a też i z próżności, by się pochwalić Nagrodą.

– Nie dostałaś listu? – spytałam zaniepokojona omiatając wzrokiem nieprawdopodobny bałagan w mieszkaniu i kuchni, gdzie w zlewie piętrzył się stos nieumytych naczyń.

– A, tak, tak, dostałam – powiedziała pospiesznie Zosia zmieniając temat.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, donosy | 9 komentarzy

HOTEL*

*
Wszystko, co wydarzyło mi się na przestrzeni miesiąca było odwrotnością intencji i działo się jakby koleją odwrotną, niemożliwą w życiu realnym, a jednak tak było.

Wydarzyło się w lutym, najbardziej chyba nieciekawym miesiącu roku, kiedy karnawał się kończył i nic się nie chciało zacząć, więc karnawał rozpoczynał się znowu, jakby pustka po nim nie mogła być zastąpiona niczym innym, tylko wznawiającym się karnawałem.
Kiedy drogą Internetową doszła do mojej świadomości obietnica Nagrody literackiej w dziale poezji, ucieszyłam się bardzo, ponieważ u schyłku życia dobrze jest dostać nagrodę pierwszą i zarazem ostatnią, by mieć tę satysfakcję, że nie warto było brać udziału w żadnych rywalizacjach poetyckich, a też mieć i to szczęście, że nawet, jak się w nich nie brało udziału, to też się jest nagrodzonym.
Wtedy, w lutym 2010 roku moje przestawianie się z malarstwa na poezję jeszcze szło pełną parą i jeszcze miałam nadzieję, że jest to możliwe. Jeszcze miałam nadzieję, że rok zmarnowany na cudzym blogu, na którym teraz nawet nikt nie wspomina, że cokolwiek tam codziennie pisałam, zdołam odbudować, nadrobić i wrócić czas miniony.
Tak się nigdy nie dzieje. Jeśli poeci pokolenia moich dzieci, roczniki siedemdziesiąt porównując literaturę z życiem seksualnym aspirują do idealnych poetów i kochanków, to zawsze są w błędzie myśląc, że za dwadzieścia lat będą kimś innym. Ani libido, rzekomo inne, niż na przestrzeni całego życia nie wzrasta w wieku starczym, ani nie maleje, nic się przecież nie wytwarza, czego wcześniej w literaturze i w człowieku nie było. Potrzeba seksualna może być poczytana za niezrealizowaną tylko wtedy, gdy oceniający człowieka obserwatorzy wykażą złą wolę. Potrzeba poetycka może być niezrealizowana, jeśli złą wolę okażą wszelkie gremia i konkursy literackie. Ale jeśli uprawiało się przez całe życie satysfakcjonujące życie płciowe, wydało na świat potomstwo, a wiersze pisało się od dzieciństwa i pisze je nadal ale się ich nie wydało światu, żaden urząd statystyczny, żaden seksuolog, żadne gremium zewnętrzne nie może stanowić o tym, że jednostka ludzka jest aseksualna i apoetycka.

Dlatego na początku miesiąca na wieść o przyznaniu mi Nagrody nagle zamieszkałam w Hotelu. Z początku był to hotel wyłącznie mentalny, był obietnicą schronienia, nowego lepszego domu dla moich aspiracji poetyckich, okolicznością przejściową, mającą mnie chronić i dać siły do dalszych poetyckich działań.
Poetycka brać internetowa wzmogła swoje destrukcyjne działania na wieść o Nagrodzie i przeniosła aktywność w strefę wyłącznie korespondencji prywatnej rezygnując z deprecjonowania mnie na szerszym, internetowym forum, na przestrzeni bloga czy innych portali.
Od momentu otrzymania Nagrody zaczęłam dostawać tajne anonimy z różnych części świata, zachwalające podstępnie moją twórczość, by potem nagle ją wyśmiać i wyszydzić, np:

„Witam Widze, ze jest Pani takze wielbicielka tworczosci Istvana Kantora:)
Perfekcyjne tłumaczenie jego piesni rewolucyjnej:)”napisał Jacek K.
„Witam Panią!!!Na gorąco i pospiesznie. Piękne wiersze Pani składa, jestem oczarowany!”
napisał Krzysztof B.
By potem napisać oficjalnie na moim blogu: „Witaj Matko ludzi! Niepotrzebna ta łopatologia” Krzysztof B.

Nie inaczej działo się na polu oficjalnym. To, że przyznano mi Nagrodę nie było jednak pewne. Oprócz jednej, wewnętrznej, mailowej wiadomości podpisanej tajemniczym „organizatorzy” i jednym telefonem, sygnowanym nazwiskiem, którego moje ucho nie zdążyło uchwycić i równocześnie zapamiętać, ślad po Nagrodzie zaczął się zacierać. Zaniepokojona zajrzałam na portal Nieszuflady, ale tam, pod anonsem o konkursie poetyckim nie przeczytałam, że jestem jego laureatką. Anons dryfował już w Sieci nikomu niepotrzebny i miniony.
Napisałam więc do adresatki anonsu, czy przypadkiem nie ona zatelefonowała do mnie mówiąc mi, że ja jestem laureatką. Nie, to nie była ona. Pomagała tylko organizatorom w rozpropagowaniu konkursu. Natomiast grzecznie, bardzo grzecznie skierowała mnie do organizatorów.
Pod koniec miesiąca odezwali się organizatorzy tymi słowy:

„Szanowna Pani,/Miło mi, że doceniła Pani nagrodę./Świadczenia dla laureata są dokładnie takie, na jakie opiewa otrzymany przez Panią voucher, nie powinno więc być niespodzianek./Cała nasza impreza, zarówno jak jej element, konkurs poetycki, traktujemy w kategorii zabawy, a organizowaliśmy ją społecznie i spontanicznie, mamy też z tego powodu sporo satysfakcji. Trochę zepsuła Pani humor osobie, pod adresem, której wysyłała Pani kuriozalne oskarżenia, ale to też traktujemy z przymrużeniem oka.”

Więc jednak Nagroda była realna! Prawdziwa i moje w niej zamieszkanie słuszne!
Zaniepokoił mnie trochę zabawowy charakter nagradzania laureata, który musi się o nią upominać, a wszelkie strachy spowodowane absolutnym brakiem mojego nazwiska w gazetach, na portalach sieciowych w miejscach opowiadających pismem i fotografią o imprezie, której częścią składową rzekomo byłam, niestosowne!
To, że nikt o tym nie wspomniał oficjalnie, stanowiło widać część poetyckiej zabawy, a ja haniebnie ją popsułam właśnie tą moją niesubordynacją, domaganiem się jawności, co demaskowało mój brak poczucia humoru.
Głos organizatorów wyraźnie pouczał i przestrzegał, że moje pretensje są wysoce niesmaczne, psują im samopoczucie i samozadowolenie z dobrze wykonanej pracy społecznej na rzecz miasta i to, że Nagrodę mi mimo wszystko dadzą, jest ich jedynie królewską łaskawością i wyrozumiałością.
Moja poetycka wyobraźnia natychmiast wygenerowała ogromną, tłustą łapę pełną pierścieni, wysuwającą się z ekranu monitora do pocałowania.
Przerażona szybko zgasiłam komputer.
I właśnie w tej chwili rozległ się dzwonek domofonu i miły, radosny głos młodego listonosza powiedział: Pani Ewo, polecony z Hotelu, jest, jest Nagroda!
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, donosy | 17 komentarzy

Komunikat

Blog niespodziewanie nie będzie uaktywniany do poniedziałku.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 50

051

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

CUBA” str. 49

050

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Karol Maliszewski „Sajgon” (2009)

Z ręką na sercu, naprawdę, podobała mi się „Faramucha” i „Sajgon” rozpoczęłam z dużym zaufaniem do autora szczególnie, że pierwszy rozdział tej mini powieści wprowadził mnie w klimaty mi znane, uczyłam jeden rok w podstawówce i zaczynałam się identyfikować z bohaterami. Ktoś napisał w Sieci, że to powieść nauczycielska. Tak, tam jest dużo pięknie ujawnionych mechanizmów niszczycielskich w szkole, ale natychmiast niwelują to następne obrazy. I jak już czytelnik się rozsmakuje w jakiejś celnej scence, natychmiast musi ją opuścić na rzecz innej, chaotycznej wizji, w którą już, o dziwo, nagle się nie wierzy.
W miarę podążania ku końcowi (powieść jest krótka) i faszerując się po drodze zupełnie nie wynikającymi z narracji scenami około seksualnymi, przestaje się Maliszewskiemu ufać. Serce się kraje (powtarzam, bo ten fragment lamentu nauczycielskiego już zrezygnowanego i suchego o tym, że dzieciom w szkole nic już dać wartościowego nie sposób i żadna dzisiejsza Siłaczka nic nie wskóra, brzmi wiarygodnie i porywająco), Maliszewski jawi się jak widmo, jak strzęp człowieka, który wyłania się do nas z mroku jakiegoś horroru i trzęsąc się ze strachu, przerażony coś niewyraźnego i niezrozumiałego z siebie wydobywa.

Kontynuując lekturę, narasta zadziwienie wynikłe z mieszania optyk percepcji rzeczywistości przez pryzmat wprowadzanych coraz to nowych postaci pełniących rolę narratorów, jedziemy z nimi nawet do Islandii, by z tych podróży również wrócić z pustymi rękami.
Jak to się dzieje, myślę sobie, autor, animator całego dzisiejszego boomu na pisanie wierszy, człowiek tak sławny w Sieci i widoczny cieleśnie na różnych poetyckich, ważnych imprezach (przy moim żałosnym życiu towarzyskim udało się nawet i mnie zobaczyć na żywo Karola Maliszewskiego na festiwalu BL we Wrocławiu), właściciel wydawnictwa tomików poetyckich*), człowiek mający praktycznie wszystkie kody dostępu do tego, co się tak naprawdę w życiu literackim dzisiaj dzieje, nic nie powie? Nic o konkursach poetyckich, mianowaniach, o tym, co zna, jak nikt na świecie, na temat, o którym można bez końca opowiadać, niczego nie napisać? Bo przecież ta scena spółkujących jurorów w łóżku w jakimś pokoju wynajmowanym na wyjezdnym dla „ludowych jurorów” w zamierzeniu może i nawiązująca do kafkowskiego „Zamku” i w niej Frieda z „K”, ale czy to ma wszystko sens? Kafka syntetyzował, wysnuwał, zestawiał i przymierzał. Maliszewski jedynie chce coś zakryć, zatuszować, zbagatelizować i wydrwić. I zamiast do sedna świata, o którym wszystko wie, skołowanego i zdezorientowanego czytelnika przeprowadzić, Maliszewski kluczy, zastanawia się i nagle postanawia napisać…jak to on był mały.

W uwodzeniu, mającym na celu finalizację spotkania i przyjemność w końcu obopólną, nawet, gdy strona uwodzona nie od razu jest przekonana, musi zaistnieć warunek zakładający, że rzecz się jednak wydarzy. Jeśli mamy do czynienia z przypadkiem kogoś, kto obiecuje, a nie daje, na dodatek wie, że nie da, zostaje się oszukanym jak z szulerem, który zasiada do wspólnej gry.
W „Sajgonie”, który szumnie wprowadza nawet mityczną nazwą tytułu w klimat anarchii, wojny i równoczesnego zaniedbania i zaniechania, klimat nie tylko dolnośląskiego miasteczka, ale i klimat mentalności, części składowej dzisiejszej duszy jego mieszkańca, mamy klasyczny przypadek falsyfikatu literackiego i odmowy wywiązywania się z powinności artysty. Autor jakby pokazał czytelnikowi figę i powiedział: o, taki głupi, to ja już nie jestem, nie będę mówił, skoro nie mówią politycy, nie mówi Kościół, nie mówią dzisiaj artyści. Napiszę kolejną nikomu niepotrzebną książkę, ponieważ nikt na prawdziwe wypowiedzi nie czeka, ani też ich nie potrzebuje.
I Maliszewski postępuje z czytelnikiem dokładnie tak, jak bohaterowie jego powieści z dziećmi: matematyk Teodor Szeremeta, katechetka Leokadia, świetliczanin Zenon Jackiewicz, redaktor gazety Kojak, wuefista Franciszek Wartok, czy stażystka Iza Palczak. Wszyscy ci bohaterowie nie radzą sobie z rzeczywistością wskutek wielu przeciwności zewnętrznych, okolicznościowych, jak i niedowładów charakterów.
Natomiast postacie w tle, artyści tej miary, co Karol Maliszewski, Olga Tokarczuk, czy Hubert Klimko-Dobrzaniecki radzą sobie dobrze, wiedzą jak mają postąpić, i jak pokonać opór życia, ale to są jedynie figuranci, oni nie biorą udziału w akcji książki. Te martwe dusze artystów, jak gdyby z offu, są równie widmowe, jak te obiecane rewelacje, których bohaterowie pośledniejsi nie wypowiadają, bo nie są artystami, są tylko zwykłymi ludźmi. To autorskie, asekuracyjne zaniechanie powoduje nie tylko czytelnicze rozczarowanie i irytację, ale jakieś upokorzenie czytelnika, któremu się daje strawę poślednią, jakby nie zasłużył na lepszą, bo nie należy do kasty wtajemniczonych.

„(…) po co to wszystko, po co dzieciom bałagan w sercach robić, tęsknoty niepotrzebne sprowadzać. I tak nic z tego nie będzie. Dopadnie je normalne życie i dopiero będzie boleć po barwnym i twórczym epizodzie z dzieciństwa.(…)”

Wszystkich nienasyconych moją notką odsyłam do bardziej wyczerpującej recenzji „Sajgonu” Tomasza Sobieraja, której słusznych spostrzeżeń nie chciałam tutaj powtarzać. Zwracam też uwagę na końcowe „streszczenie”, które, wbrew intencjom recenzenta wykpiwającego taki sposób pisania o książkach, wyjątkowo jest pomocne w tej lekturze, ponieważ w pierwszym czytaniu „Sajgonu” łatwo się pomylić, kim są postacie, mówiące cały czas w pierwszej osobie.
Tomasz Sobieraj recenzja Karol Maliszewski “Sajgon”

*) Wydawnictwo „Mamiko”, jak donosi komentator tego wątku Grzegorz, nie należy do autora „Sajgonu”, Karola Maliszewskiego. Przepraszam autora za mylnie podaną informację.


Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 6 komentarzy

“CUBA” str. 48

049

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz