Jerzy Illg: „Mój Znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach” (2009)

Redaktor Naczelny wydawnictwa „Znak” jest niemal moim rówieśnikiem i jako czytelniczka tego wydanego właśnie pomnikowego dzieła na pięćdziesięciolecie „Znaku” stanowimy chcąc nie chcąc pewną symetrię. Ja odbiorca, Jerzy Illg, nadawca.

Po studiach wrocławskich wróciłam na Śląsk, gdzie mimo praktyki dyplomowej w Wydawnictwie „Śląsk” w Katowicach, nikt nie chciał mnie zatrudnić, nie chciał nawet spojrzeć na mój wyśmienity dyplom. Dostałam więc pracę górnika dołowego w kopalni ze stawką zarobkową urzędnika administracji, gdzie praktycznie nie dawno mi nic do roboty. Tę komunistyczną fikcję ukrytego bezrobocia, uciążliwą, bo dojazd do kopalni świtem wycieńczał mnie, a musiałam tam nic nie robić pełne osiem godzin, zamieniłam potem na kilka podobnych prac, z których też uciekłam.
Gdy dobrnęłam do roku 1982, od którego opowieść rozpoczyna przyszły redaktor naczelny Jerzy Illg w swojej książce, ja nie podpisałam umowy w szkole podstawowej na następny rok etatowej nauczycielki wychowania plastycznego, natomiast Jerzy Illg podpisywał ją zaraz po wyrzuceniu go z Uniwersytetu Śląskiego w krakowskim „Tygodniku Powszechnym”. Nasze drogi jeszcze krzyżowały się w Krakowie, gdy jeździłam na PAT do księdza Tischnera i na spotkania z poetkami Anną Kamieńską i Wisławą Szymborską do Krakowa na ulicę Wiślną. Ostatniej zostawiłam moje wiersze, które mi po trzech miesiącach odesłała pocztą poleconą (tłumacząc się przeprowadzką).
Natomiast losy Jerzego Illga, jak czytam po tym przełomowym roku orwellowskim nabrały niespodziewanych rumieńców i zdobywał w tym czasie światowe obszary intelektualne na obu półkulach. Podsumowując na ostatnich kartach książki swoje życie ocenia je, jako wyjątkowo udane. Udane, ze względu na spotkania z wielkimi ludźmi epoki, z którymi na płaszczyźnie zawodowej udało mu się zetknąć, a co automatycznie wzniecało przyjaźnie i wkraczało w prywatność państwa Illgów.
I w tym momencie moje czytelnicze ja staje się wyłącznie kibicem i klientem. To ja prenumeruję miesięcznik „Znak”, prenumeruję zadziwiająco łatwo, aż do zamknięcia, „NaGłos”. Chodzę z chłopakami z PAT-u po krakowskich antykwariatach i oni wykupują w nich egzemplarze archiwalne „Znaków”, kolekcjonując je od pierwszego numeru. To ja z Krakowa przywożę tony książek powielaczowych i zagranicznych, dostępnych jedynie w kryptach i księgarniach kościelnych. W kolejce czytających czekam na „Tygodnik Powszechny” od jedynego szczęśliwego prenumeratora, sąsiada rodziców, Pana Buczkowskiego.
Ja przywożę paryską „Kulturę” od warszawskiej przyjaciółki, która ma ją od sąsiada na Kaleńskiej, Marka Bieńczyka.

Natomiast w tym samym czasie Jerzy Illg, jak się wyraża na kartach książki, posiada już w swojej pracy etatowej stajnię noblistów. I to oni są osią tej opowieści, złożonej właśnie z takich spektakularnych obrazków, gdzie redaktor naczelny reprezentuje „Znak”. I reprezentuje po królewsku, ze wszelkimi konsekwencjami obcowania z tą kategorią pisarzy. Nie wiem, czy dało się w tym wypadku przyjąć inną konwencję wspomnień, bardzo przecież wartościowych, z pierwszej ręki, z autentycznego doświadczenia spotkania naprawdę wielkich i wybranych, ludzi niezaprzeczalnie wartościowych i będących tzw. kwiatem intelektualnym odcinającym się gwałtownie od rzeszy polskich pisarzy. Wybrańców na tle nagle pogrążonych w niewesołej sytuacji reszty literatów, przyjmujących dla utrzymania pracy, różnorakie postawy moralne.
A jednak ta formuła jest nieznośna. Jerzy Illg kreuje się na byłego hipisa polskiego, bardzo dokładnie wypunktowując swoje odwieczne zbuntowanie, przywołując na pomoc nawet działającą w Katowicach ezoteryczną grupę Oneiron zwanej też Ligą Spostrzeżeń Duchowych, powołaną przez malarkę Urszulę Broll z mężem Andrzejem Urbanowiczem, którzy w epoce Stalina ośmielali się mieć karty tarota i czytać kabałę. W każdym razie czas martyrologiczny jest stale podkreślany i to egzystencjalne zabarwianie postawy ideowej Jerzego Illga towarzyszy przez pół tysiąca stron, jednak zmiękcza się tonem bufonady, anegdoty i ironicznego dystansu. Robi się z tego rzecz bardzo niepoważna i populistyczna, jajcarska i w sumie głupia. Inkrustowana bogato bardzo prywatnymi zdjęciami balang i wygłupów ludzi zazwyczaj śmiertelnie poważnych, a w swojej twórczości wręcz smutnych, gdzie redaktor niezmiennie podobny do świętego Mikołaja, albo wkłada cycki z papier-mâché na marynarkę, albo wkłada Stanisławowi Barańczakowi krasnala ogrodowego z chorobą jąder i prącia, zakupionego przez Szymborską podobno za dużą sumę pieniędzy. Ma to dać efekt zdystansowania i odbrązawiania wielkich, którzy są tylko ludźmi, a nie pomnikami. Zgoda, można przyjąć pewną umówioną konwencję dla przeciwwagi. Jednak towarzyszy temu frywolnemu tonowi równoczesny zachwyt tak bezkrytyczny i tak bałwochwalczy nad każdą z opisywanych tam osobowości, że nie sposób przecież uwierzyć, że wszyscy opisywani nie mieli żadnych wad, żadnych przypadłości, ani nie było nigdy kontrowersji. I jeśli niełaska redaktora Illga jest na tych kartach zarejestrowana, to wyraźnie Illg daje do zrozumienia, że na to zasłużył. Nieomylność redaktora w autokreacji skutkuje niestety o wiele większymi konsekwencjami. Ja, jako czytelnik i świadek tej niewesołej epoki przecież, nie mam pojęcia jak naprawdę to wszystko wyglądało. Mnie nie potrzeba opisów wygłupów noblistów. Kompromitujące fakty znam jedynie z wybuchających w tamtych czasach sprzeciwów opisywanych w prasie, dotyczących zarówno mieszkania podarowanego przez miasto Kraków państwu Miłoszom, które Illg własnoręcznie na ich przyjazd urządzał łącznie z kiścią bzu w wazonie, jak i miejsca pochówku noblisty.
Ciemne strony publicznej celebry na kartach książki właściwie nie istnieją. Natomiast nieprzyjemnym wydaje mi się kilkustronicowy pean na część przekładów Stanisława Barańczaka, według Illga niezastąpionego, który na jego prośbę wykonuje jakieś heroiczne przekłady, poświęcając się dla dobra polskiej kultury w sposób nieprzeciętny. Stachanowska praca przekładowa Stanisława Barańczaka, polegająca podobno na unikalnym talencie przekładów wierszy rymowanych jest niestety według mnie, czytelniczki, bez wartości. Nie lubię tych przekładów, zawsze tłumacząc wiersze szczegółowo je analizuję i widzę, że nieprawdopodobna ilość przełożonej poezji, tak przecież oczekiwanych autorów, tak kneblowanych cenzurą, nie przekłada się na jakość. Dlatego z oburzeniem przeczytałam:

„(…) Tutaj zaczyna się dramat polskiej kultury – (…) które jeżeli nie zostaną przetłumaczone przez niego, po prostu w naszej literaturze nie zaistnieją, nie będą miały szans wejść w jej krwiobieg. (…)Nie ma jednak wśród nich nikogo, kto mógłby równać się z Barańczakiem, jeśli chodzi o przekłady poezji metrycznej, ujętej w regularne strofy i rymy, opartej na precyzyjnych, kunsztownych układach wersyfikacyjnych. W tej konkurencji Staszek jest jedyny i wyjątkowy.
Przekonałem się o tym, gdy czytałem (i odrzuciłem) wybór wierszy Larkina w przekładach Jacka Dehnela. Gdzieniegdzie udał mu się jakiś obraz, czasem dobrze wyszła metafora, ale w porównaniu z mistrzowskimi przekładami Barańczaka sprawiały one wrażenie deski wyheblowanej przez niezbyt solidnego rzemieślnika, gdzie obok miejsc w miarę gładkich trafia się na płaszczyzny porowate, a nawet tu i tam wbija w dłoń drzazgę.(…)”

Akurat mam Philipa Larkina, „Zebrane” wydane w końcu przez Biuro Literackie w 2008 roku w przekładzie Jacka Dehnela i jest przełożony rewelacyjnie.

Podobnie rzecz się ma z bardzo kontrowersyjną apologią tzw. literackich zabaw świty i dworu noblistów, formujących się dla wspólnej wycieczki, powitań, celebry kolejnych odznaczeń i zespołowych wystąpień. W kuluarach, samolotach, szatniach, klozetach, restauracjach, pociągach, ogrodach i samochodach, wszędzie tam, gdzie szacowne grono współistnieje, literacka brać natychmiast przystępuje do produkcji limeryków lepiei, moskalików, gry słówek i to całe świntuszenie, jako szampańska zabawa natychmiast jest notowana, zapisywana na dyktafony i wydawana. Podobno Miłosz rozsądnie zabraniał kategorycznie druku swoich kalamburów powstałych po pijaku. Natomiast Jerzy Illg z sadystyczną dla czytelnika satysfakcją, bo przecież każdy czytelnik w miarę gramotny na poczekaniu też może sobie coś podobnego natychmiast powymyślać – haftuje tymi okropnymi dwuwierszami, nawet całymi grafomańskimi poematami całe strony. Nie wiadomo, czy późne wnuki nie wybiorą potem jednak za bardziej profesjonale i bardziej reprezentatywne dla tej epoki strofy o Stalinie Wisławy Szymborskiej w końcu w coś zaangażowane, niż produkcje tak mało dowcipne i tak pretensjonalne, i tak o niczym.

Epoka 50 lat „Znaku”, dramatyczna przecież, tak pełna wielkich, rozgrzebanych i nierozwiązanych problemów, z którymi weszła w nowe milenium w oczach Illga jawi się jak pasmo nieustających zabaw na poziomie klasy maturalnej uczniów z dobrych domów. Ponieważ domy są dobre, dobra jest ich zabawa, ale tylko dla tych bawiących się.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 6 komentarzy

Andrzej Sosnowski „Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku”

Poeta Andrzej Sosnowski jest w poezji polskiej tym ewangelicznym Młodzieńcem, który nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Jest tą ewangeliczną Panną, która nie ma przygotowanego kaganka, gdy Pan nadchodzi. Jest tym ewangelicznym gościem, który mimo, że proszony, na ucztę się nie zjawił. Jest tym poetą, który łaknąc obecności Muz, zaraz je płoszy, a one jak widzą, że się zbliża do mozołu składania wersów, w panice uciekają. Andrzej Sosnowski nie jest poetą. Bowiem Andrzej Sosnowski Poetą nie jest, nie był i nie będzie. Ale za to jest Andrzej Sosnowski bardzo cennym dowodem na nie istnienie poety i z takiej perspektywy powinien być tematem prac doktorskich i wszelkich zdarzeń literackich, bo dzięki jego bogatemu dorobkowi można prześledzić skomplikowany proces nie bycia poetą mimo tak usilnych starań.
Nikt w Polsce tak się chyba nie postarał, by nim być, jak poeta Andrzej Sosnowski. Dzięki pracy w najbardziej zasłużonym w PRL-u miesięczniku „Literaturze na Świecie”, periodykowi literackiemu, który swój ogromny sukces czytelniczy odniósł dzięki żelaznej kurtynie, zdobył świadomość gdzie polska poezja się na mapie kulturalnej świata znajduje. Dzięki czytaniu ważnych tekstów w językach pierwotnych, a następnie ich przekładaniu na polski, a więc dzięki lekturze niezwykle wnikliwej, zdobył Sosnowski wiedzę o najnowszych światowych prądach literackich, obcując z ich najwartościowszymi przejawami, nabył smaku i wyrafinowania. Dzięki spolszczeniu Cantos Ezry Pounda, wkradł się w tajemnice warsztatu pisarskiego najcenniejszego modernisty XX wieku. Spolszczając Firbanka, uzyskał ku temu odpowiedni dystans. Nie można sobie lepiej wyobrazić edukacji i przygotowania warsztatowego dla współczesnego poety, o co tak usilnie upominał się T.S. Eliot w radach dla młodych poetów u progu cywilizacyjnych przemian, kiedy już kultura masowa zaczynała władać i te obszary poetyckiej sublimacji zagarniać.
I niczego właściwie Andrzejowi Sosnowskiemu zarzucić nie można. Opiekuje się młodymi poetami, jest dla nich mistrzem, guru i nauczycielem. Pomaga radą i uczestnictwem osobistym w ich znojnym życiu festiwalowym, portowym i warsztatowym, rezydencjalnym, stypendialnym i grantowym. Niczego nie można mu zarzucić oprócz tylko tego, że chce być też poetą i na dodatek pisze wiersze o miłości.

Tomik „Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku” jest nieporozumieniem. Mentalnym, artystycznym i tematycznym. Nie jest pisany dla ciemnego gatunku. To nie jest liryka mroczna w stylu Mallarmégo. Nie ma nic wspólnego z precyzją opisu miłosnego szału Rimbauda, którego twórczość tak Sosnowski ceni i jest jego wybitnym znawcą. Wnioskujemy na podstawie przeżyć podmiotu lirycznego wierszy, że Sosnowski po prostu nie wie, co to jest miłość, nigdy tego niedostępnego mu, jak widać uczucia, nie doświadczył.
Zachodzi tu zjawisko podobne, jak w prozie Doroty Masłowskiej. Artyści ci wiedzą, co mają napisać, ale nie trafiają, zawsze pióro, mówiąc potocznym językiem „się omsknie”. Wiedzą, że dzwoni, ale nie wiedzą, w którym kościele. Dlatego dla czytelnika jest to takie nieznośne, jak w przeżyciu seksualnym, gdy obietnica szczytowania się nie spełnia. Czytelnik biegnie od jednego wiersza do następnego i potem opuszcza kilka wierszy, idzie dalej w nadziei, że coś go jeszcze czeka. Że przecież poeta też człowiek, że napisze raz tak, raz siak, nie wszystko się udaje. I jest pełen dobrej wiary, bo i temat i erudycja i świetny język i słowa jak malowanie i nic. Koniec. Nie ma satysfakcji, jest tylko oddany czas i porażenie. Bo czytanie złej poezji nigdy nie jest bezkarne.

Poezja właściwie, jako biologiczna część człowieka, jest w pewnym sensie rakiem, który rośnie w poecie. Rośnie pewnie bez jego woli, jak każdy rak. Nigdy nie wiadomo jednak, czy pisanie poezji, nie wynikającej z potrzeby biologicznej człowieka, nie jest rakiem wszczepionym sztucznie. Nie wiadomo, jakie są motywacje osób spełnionych życiowo, mających satysfakcjonującą pracę zarobkową w ulubionym przez siebie zawodzie, które sięgają po sztuki piękne, tak przecież przynależne nielicznym. I najprawdopodobniej tajne powiązania skomplikowanych ludzkich motywacji i potrzeb wynikają z możliwości prawdziwego kochania.
Podaję niewielkie próbki poszukiwań miłości przez autora na różnych planach.

W swoich przeżyciach:

(…)miłość jest magią, która dzieli życie
przez rozkosz i stratę – jak syrena
przecina pamięć przed nalotem wspomnień (…)
[Piosenka dla Europy]
W swoich wierszach:

(…)Marzy godzinami przy murku śmietnika Moje ciemne powieki ciężkie są od wina Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca Wiersz nie pamięta domu którego nie było
Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku Wstecz wzdłuż ulicy której dawno nie ma Idzie bez pamięci i znika bez śladu Nie ma wiersza pamięci siostry ani domu(…)

[Wiersz (Trackless)]

I w wierszach cudzych(Rimbaud)

(…)Dobrze, że znalazłaś pod lasem tę czarną kałużę,(…)
[Miłość jako katastrofa na morzach południowych]

Nie ma jej tam i w różnych obrazowaniach zewnętrznych – czy to obserwacji świata, czy na podstawie spotkań z obiektem swoich pożądań erotycznych, Sosnowski bezskutecznie ją przywołuje. Uczucie miłości, jako przeżycie duchowe na przestrzeni tego zbioru nie występuje nigdzie. Nie jest wcale założeniem tej książki dowód na brak miłości w dzisiejszym zmaterializowanym i zmechanizowanym świecie. Jest przywołana, nie jako widmo, jako domniemanie, ale jako fałsz. Przechodząc przez wszystkie stadia twórczości, Andrzej Sosnowski jakby uwierzytelnia swoje poszukiwania mnożąc metafory i przywoływania, ma cały czas nadzieję, że pilnością ucznia, czy rzetelnością dobrego pracownika oddanego literaturze, rzecz się wyświetli sama. I nie jest problemem, że poezja ta nie wypełnia żadnego warunku „Hymnu miłości” Świętego Pawła z pierwszego listu do Koryntian – bo nowe czasy, nowy sposób kochania. Ale pustki wewnętrznej nie da się nafaszerować słowami, nawet jak jest to pierwszy gatunek słów. Dlatego tak ważne jest oddawania w pokorze pola. I nie zasiadanie na tronie poezji, bo Andrzej Sosnowski posiadł jedynie jak Święty Paweł narzędzia do rozpoznawania prawdziwej Miłości i prawdziwej Poezji:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.

[1 Kor 13,1-13]

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 20 komentarzy

“CUBA” str. 52

053

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Jeden komentarz

… nie biorę udziału w VII Turnieju 1 Wiersza czyli Wiersze na Stół! Służewskiego Dom Kultury w Warszawie w poniedziałek, 8 marca 2010

SKANDAL W PRZYRODZIE

…gdy głupcom mówią wrony
że miłość to stany
zapalne, feromony
niewyżytej panny,
nie wierz. Młody Bóg,
wstaje, by przekroczyć próg;
tam, nareszcie
jest to miasto. W cudzym mieście
znajdziesz mnie taką samą:
pór roku nie ma. (Pamięć
nie stwarza, więc spotkanie
jest już odbyte). To właśnie jest transgresji krawędź.

Przekrocz ją, tak jak rzekę.
Most ułatwieniem, lecz,
jesteś cudzym człowiekiem.
Człowiek: podmiot i rzecz
równocześnie. Jak
kochać mój i twój majak?
Nie daremnie.
Rzeźbiarzem i dłutem w rzeźbie,
celebrą zmieniać świętość,
spełniając w niej namiętność,
w nas wyodrębni się nikt,
zmieni słowa w nieśmiertelnie intymny pamiętnik.

Zwyczajnie. Burzy się. Ot,
czar proszku do prania!
Tak baniek mydlanych lot,
żywioł narastania:
wciąż nowe czary,
pączkują tęczy barwy,
kruche związki,
błona mydlana, jak wąski
przesmyk wolności. Bańki,
o, leci, lot ich pański
następna leci w górę!
Lotna naszą wolnością! Wspólnie ścianą, jak murem!

Miły mój, późno już. Strach
słodki w przekroczeniu!
Jest wciąż nielegalność w dniach,
zbrodnia w nocnym cieniu.
Szept to nie słowa,
nasz szyfr, to nie rozmowa,
nie pomoże
ostrożność, wciąż będzie gorzej,
symetria jest zachwiana,
pojmą nas, to anarchia,
bo to skandal w przyrodzie!
Młody Bóg niebezpiecznie znów się zjawił w ogrodzie…

Miejsce: Klub Wetlina w CH Land ( stacja metra Służew)
Start: godz.19,00
Zapisy: od godz.18,30
Pula nagród: 450 złOrganizator: Poezja nad Dolinką

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | 2 komentarze

HOTEL*****

*****
Restauracja na dole czynna była od siódmej i meldując się w niej o siódmej pięć w niedzielny poranek byłyśmy pierwszymi i jedynymi gośćmi sali, natychmiast otoczone trzema pięknymi dziewczętami w białych fartuszkach, czarnych spódniczkach i białych koszulach z krawatami. Gestem i miękkim, aksamitnym głosem jedna z dziewcząt zachęciła nas do ciągu potraw stojących pod ścianą restauracji na stolikach ustawionych szeregowo, gdzie przy odsłoniętych już szklanych kloszach stały ogromne półmiski wszelkiego jadła. Kilkunastometrowy tasiemiec ustawionych szeregowo przylegających do siebie tac kończył samowar z wrzątkiem i ekspres do kawy. Czego tam nie było! Wszelkie gatunki wędlin, pokrojone w cienkie plasterki szynki, pieczone mięsiwa, wędzone włoskie prosciutto pozawijane ozdobnie, poporcjowane na kilkucentymetrowe kawałki pieczone kiełbasy z cebulką, parówki i frankfuterki, rolady faszerowane pieczarkami i swojskie salcesony. Ogromne misy marynowanych i pieczonych grzybów, pomidorów, papryczek i oliwek stały obok wszelkiego asortymentu sosów i przypraw. Łososie, tuńczyki zawijane w naleśnikowe ciasta stanowiły barwne akcenty geometryczne w mnogości barw i kształtów, jakie pojawiały się na naszych talerzach. Kosztowne sery pleśniowe, kozie i owcze, z nieznanymi nam gatunkami kilkudziesięciu innych serów zachęcały swoim widokiem do zabrania z tac, podczas gdy nasze talerze nie miały już na nie miejsca. Kucharze w wysokich, białych czapkach czekali z trzema rozgrzanymi, wielkimi patelniami, by zacząć smażyć na nasze skinienie omlety i jajecznice. Środkowy stolik uginał się pod ciężarem dzbanów ze śmietanką, mlekiem, sypkich musli, soków kilkunastu gatunków, ciast i tortów. Ten bufet szwedzki powoli zagospodarowywali wtaczający się na salę zaspani jeszcze kolejni goście hotelowi, nierzadko otyli i bardziej jeszcze od nas głodni. Bizantyjski przepych powoli topniał, ogromne patelnie poszły w ruch, czapki kucharskie widoczne z naszego stolika migały ponad uwijającymi się sprawnie kucharzami.

Miałyśmy jeszcze kilka godzin do odjazdu pociągu i oddałyśmy je basenowi, oszklonemu od strony zamkniętego parkingu i zalanego teraz intensywnym słońcem. Resztę czasu spędziłam na oglądaniu pięciu pięter niedawno nadbudowanych na willi prezydenta, której zabytkowa pierwotność została uhonorowana mosiężną tablicą. Moja mama przed wyjazdem opowiadała mi, że widziała w Kurorcie prezydenta, jak była mała i nawet adiutanta prezydenta, który był kochankiem prezydentowej i nigdzie bez niego się nie ruszali. Plotkarstwo uzdrowiska dzisiaj zastąpiły salony SPA, pozwalające żyć życiem swoim, a nie cudzym i skupić całą uwagę na sobie. Sale wydzielonego na ten cel całego skrzydła Hotelu próbowałam ogarnąć wzrokiem i umysłem i podliczyć z cennikiem w ręce, ile kosztuje kompleksowe przygotowanie ciała ludzkiego, by było w miarę możliwości wbrew metryce strawne i apetyczne. Najdroższy zabieg – podstrzyknięcie kwasem hialuronowym kosztował 1300 złotych, natomiast godzinne bicie bambusem, zwane bamboo massage jedyne 230 zł. Największe przerażenie budziły jednak kapsuły zamykane na wieka, ortopedyczne i ginekologiczne łóżka, wanny z licznymi wewnątrz wypustkami i kanałami, sterczące z sufitów i ścian lampy, przytrzymywacze i statywy. Pokoje, gdzie boleśnie usuwano z człowieka jego całe owłosienie, wstawiano sztuczne paznokcie i dręczono głowę barwieniem były na całe szczęście zamknięte, a poukładane wzdłuż podłogi korytarzy muszle, korale morskie, drewienka sandałowe i różane, i wszelkie naturalne przedmioty sprowadzające dobrą energię miały jedynie sobie wiadomy w tej sytuacji sens.

Wyszłam więc na zewnątrz zgnębiona brakiem perspektyw nie tylko na pozyskanie nowego ciała, ale także na utratę starego, bo środek ostatniej niedzieli lutego w Kurorcie okazał się niesłychanie piękny i optymistyczny, i nie dawał możliwości, ani pretekstu do odebrania sobie życia z powodu niemożności jego samorealizacji i spełnienia. Sytuacja patowa jaka ogarnęła mnie tam na górze nie dawała żadnych rozsądnych rozwiązań, ponieważ w konsekwencji każdy stan ducha alienuje się z życia, które nigdy nie jest nasze.
Wchodząc na górę, u której stóp wybudowano Hotel, widziało się przezierającą między wysokimi sosnami całą panoramę Kurortu. Połyskiwała w słońcu wstążka wąskiej rzeki płynącej równolegle do deptaka, na brzegach, której poustawiane były dwustuletnie pensjonaty drewniane z gankami, wykuszami oraz koronką drewnianych ozdób. Cerkiewki porozrzucane jakby niedbale, świeciły różnej wielkości kopułkami wprowadzając w biel śniegu nienaruszonego jeszcze zbliżającą się wiosną krągłe formy w kanciastość domków. Rozległe góry, znaczone wyciągami narciarskimi i porosłe gęstymi lasami wbijały się w niebo, a krystaliczność leśnego powietrza odurzała narkotycznie i błogo.
Po dokonaniu niezbędnych formalności, żegnane serdecznymi uśmiechami kelnerek z restauracji, recepcjonisty i końcowym do widzenia ślicznego boya hotelowego, powlokłyśmy się wolno na stację. Pociąg błyszczący w słońcu, pusty i niemy, na nas już czekał.

nikifor

Zaszufladkowano do kategorii donosy | 22 komentarze

“CUBA” str. 51

052

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

HOTEL****

****

Przekraczając powitalną bramę i idąc w górę schodami weszłyśmy do niewielkiego holu, gdzie stał obok windy wysoki boy hotelowy, smukły i urodziwy, ubrany w wełniany, szmaragdowy kubraczek z dyskretną, złotą lamówką, wiśniowymi wyłogami, wiśniowymi spodniami ze szmaragdowym lampasem i w takim kolorze kepi na głowie. Uśmiechnął się na powitanie i wyszeptał: dzień dobry!
Recepcjonista, równie młody i urodziwy, usłużnie zatroszczył się o nasz samochód, ponieważ pięciogwiazdkowe hotele zgodnie ze standardem światowym muszą zabezpieczyć wszystkim swoim klientom miejsce na parkingu hotelowym, co w tak gęstej zabudowie Kurortu było nie lada przywilejem. Brak samochodu jeszcze nie wprawił go w takie zdziwienie, jak brak karty kredytowej, o której numer dyskretnie poprosił. Po przyjęciu do wiadomości, że tego też nie posiadamy, zrezygnowany i już nie tak przymilny serdecznie zaprosił nas do restauracji na obiad, który mamy sobie same opłacić, a wręczając dwie karty magnetyczne do pokoju na drugim piętrze, przypomniał o powitalnym koktajlu w klubie nocnym i śniadaniu nazajutrz.
To, że nie dostaniemy obiadu za darmo, ani też i kolacji, nie przyszło nam nawet do głowy, toteż jadąc windą i oglądając z góry przez jej całkowite oszklenie restaurację i stoły nakryte już po królewsku do obiadu, nie starałyśmy się nawet dowiadywać o cenę najtańszego posiłku.
Po wejściu do pięknego pokoju z balkonem, o wysmakowanym wnętrzu w stylu przedwojennym znalazłyśmy się wśród wykwintnych mebli, luster, etażerek i rozłożystych łóżek, kinkietów i lamp stylizowanych na międzywojenny konstruktywizm, w tonacji brązów, złamanych seledynów, muślinowych firanek, niklowanych klamek i okuć, weszłyśmy do łazienki, wielkości tej samej co pokój. Łazienka wyposażona była, jak na całym świecie wyposażone są hotele, w śnieżnobiałe szlafroki kąpielowe, białe ręczniki i ręczniczki, frotowe klapki i jednorazowe flakoniki napełnione balsamami, szamponami, płynami higieny intymnej i dla wszystkich otworów ciała.
Czując się odpowiedzialna za złą interpretację przysługującej nam Nagrody, zmęczona i głodna, powlokłam się do centrum Kurortu, pozostawiając w pokoju Zosię i Roksanę.
Udało mi się kupić grzałkę, bochenek chleba krojonego, konserwę rybną, kilka drożdżówek, kawę i herbatę, kilo cukru i garnuszek do grzania wody. Straganiarki poleciły mi najtańszy w Kurorcie obiad dwudaniowy, serwowany w jadłodajni pod „Galerią” za jedyne 15 złotych.
Po zaspokojeniu pierwszego głodu i odpoczynku na wykrochmalonej pościeli poszłyśmy w górę miasta i znalazłszy Galerię, zeszłyśmy do piwnicy, gdzie wydawano obiady. Widocznie Kurort, znęcony i zmylony sukcesem słynnego Malarza, który swoją karierę rozpoczął na deptaku Kurortu i doszedł do fortuny, zdołał przez te lata od pamiętnego sukcesu Malarza wyedukować kilka pokoleń artystów malarzy, płodnych i pracowitych jak on. Skutkiem tego ściany całej piwnicy pokryte były szczelnie płótnami w kolorze kupy i błota, przedstawiające na wszelkie możliwe sposoby brzydotę Kurortu. Na fałszywym kominku, gdzie palił się imitowany najprawdopodobniej jeszcze radzieckimi żaróweczkami sztuczny ogień, stało kilka wyciętych z kolorowego pisma wizerunków aktorki Krystyny Feldman przebranej za mężczyznę.
Zamówiłam jedno danie składające się z kurzego udka, marchewki duszonej i ziemniaków puree oraz zupy brokułowej. Ponieważ nie jadłam bojąc się, że nie starczy mi już pieniędzy na powrót, wynegocjowałam też nie pobieranie opłaty za mnie za szatnię, demonstracyjnie grożąc, że poczekam na zewnątrz. Szatniarka zlitowała się i pozwoliła mi w cieple doczekać aż matka, która od wtorku nie miała obiadu w ustach i jej córka spokojnie zjedzą objad.
W lepszych nastrojach wróciłyśmy do Hotelu, gdzie czarodziejska karta magnetyczna otworzyła nam drzwi do turkusowego basenu.
Przy basenie funkcjonowały trzy mikroskopijne sauny, z których jedna była zupełnie celowo zaciemniona, druga miała oświetlenie czerwone, trzecia natomiast zdawała się najbardziej ludzka, była jednak nastawiona na temperaturę wiejskiego pieca chlebowego i każde ciało po kilku zaledwie minutach, by nie ulec usmażeniu, wypryskiwało stamtąd do wody, która okazywała się najbardziej przyjaznym i szczęśliwym dla człowieka środowiskiem. Kolor dna basenu – karaibski turkus, palmy wokół, okrągła wanna jacuzzi i co jakiś czas włączenie wodospadów – silnych strumieni wody przez ratownika wprawił nas w euforyczny nastrój, powodował poczucie lepszości i wbijał w dumę, że w środku miasta i zimy nasze ciała zostały tak uhonorowane.

Niewiele już pozostało czasu do powitalnego drinka w klubie nocnym, toteż szybko ubrałyśmy przywiezione w plecaku stroje wieczorowe, a Roksana nałożyła na siebie suknię księżniczki z przedszkolnej zabawy karnawałowej. Po zjedzeniu kilku kromek chleba ze szprotkami w sosie pomidorowym i popiciu herbatą z metalowego kubka, przeszłyśmy przez ekskluzywną restaurację, kierując się do ciemnego wnętrza klubu nocnego. Przechodząc obok stolików zerkałyśmy dyskretnie na podstarzałe pary, które przy rozgałęzionych lichtarzach zapalonych świec, z namaszczeniem wkładały do ust maleńkie kęsy jedzenia długo je tam przetrzymując, jednocześnie kładąc dłonie na kryształowych kieliszkach. Na białych obrusach bieliły się białe talerze i biel całej zastawy stołowej w połączeniu z błyszczącymi sztućcami stylizowanymi na przedwojenne srebro kontrastowały z ostrą czerwienią świeżych goździków, stojących w kryształowych wazonikach przy każdym nakryciu. Kierownik sali, niski mężczyzna z wąsikiem, ubrany w biały garnitur, białą koszulę z czarną muszką pochylił głowę słuchając, gdzie idziemy i miękkim skinieniem dłoni wskazał nam zapraszająco klub.

Klub nocny Hotelu był czynny do pierwszej w nocy, ale ze względu na Roksanę postanowiłyśmy wypić powitalnego drinka i iść spać, zmęczone po podróży i wczesnym wstawaniu. Zosia przeżywała cały czas wczorajsze rozstanie z kochankiem i mimo łakomych spojrzeń młodych mężczyzn siedzących przy bufecie, nie miała na nic ochoty. Powitalny drink, podany nam do małego stolika w zaciemnionym krańcu sali okazał się bardzo smacznym alkoholowym napojem w kolorze basenu, czyli turkusu karaibskiego, podanym w ogromnych baniastych kieliszkach ze słomką i wykałaczką, na którą nadziano kawałek limonki, pomarańczy i kandyzowanej żółtej czereśni. Sączyłyśmy ten napój w momencie, gdy na płycie dansingowej trzy pary tańczyły do piosenki Skaldów wykonywanej przez klubową piosenkarkę. Gdy wyśpiewała słowa: „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, pary te, jak na komendę wojskową, zupełnie nieświadomie identycznie przytulały sie do siebie, jakby upewniając się tym, że mają się ku sobie i że to starczy, by spędzić ze sobą wspólną noc. Oprócz piosenkarki, Zosi, chłopaków przy barze na sali średnia wieku mocno przekraczała mój wiek i cały czas miałam wrażenie, że dziarscy mężczyźni, wykonujący tańce mojej młodości padną na parkiet porażeni zawałem serca. Jednak nic podobnego nie miało mieć miejsca. Kolejne piosenki niespożycie obsługiwała chuda urzędniczka w okularach, ufryzowanej przez fryzjera i wyfarbowanej głowie, w spodniach i srebrnych pantoflach, z przysadzistym panem około sześćdziesiątki w garniturze i krawacie. Dwie pozostałe pary miały podobny wyraz, należały do tej samej generacji wiekowej i ojczyzny duchowej. Roksana zatykała sobie uszy, kopała w stolik i znudzonym wzrokiem z niemą pogardą omiatała ciemną salę. Wreszcie śpiewaczka z zespołem zmęczona usiadła i puszczono przerywnik z taśmy. Te kawałki widocznie przypadły Roksanie do gustu, bo jako księżniczka, w aksamitnej, bordowej sukience, białych pończoszkach i czarnych lakierkach, zabierając ze sobą pluszową kaczkę wyszła na środek sali i bez żadnych zachęt, rozpoczęła długi perfekcyjny taniec pełen wdzięku i zgody na wydobywające się z nadajników nostalgiczne dźwięki. Pod koniec dołączyła do niej i Zosia, jakby pozazdrościła córce swobody i wolności, i odtańczyły razem jeszcze dwa kolejne kawałki.

Jadąc windą do pokoju słaniałyśmy się już ze zmęczenia i leżąc w naszych trzech łóżkach uległyśmy nagle kosmicznej teleportacji, bo bez zasypiania i bez budzenia ocknęłyśmy się nazajutrz o siódmej rano.
Pokój zalało jaskrawe, górskie słońce i wypełniło go krystaliczne powietrze.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, donosy | 2 komentarze

Kārlis Vērdiņš „Niosłem ci kanapeczkę” (2009)

Przemiany państw komunistycznych badane powstającą tam poezją zasługują ze wszech miar na uwagę polskiego czytelnika, toteż chwała polskiemu tłumaczowi, Jackowi Dehnelowi, że to trudne artystyczne zadanie dla nas, czytelników polskich, złaknionych poezji łotewskiej, wykonał.

Przypatrując się gorliwie wynikom Google ze zgrozą widzę, że Łotwa dla Polaka to pustynia kulturalna, że nie znam ani jednego reżysera, ani pisarza z tego kraju, a historyczną walkę o Inflanty tylko pamiętam ze szkoły. Nie ma też nadziei, że poznam w najbliższym czasie jeszcze jakiegoś Łotysza, oprócz wymienionej w dedykacji tomiku Kārlisa Vērdiņša tłumaczki, Łotyszki Ingmāry Balode, którą można na YouTube oglądać, a która mimo młodego wieku złotyszyć już zdążyła twórczość Adama Zagajewskiego, Mikołaja Łozińskiego, Doroty Masłowskiej i Hanny Krall.
Więc Jacek Dehnel nadrabia te wstydliwe zaniedbania, dając nam symetrycznie spolszczonego poetę łotewskiego, nagrodzonego w swojej ojczyźnie licznymi państwowymi nagrodami.
Sam autor „kanapeczki” jest też pracowitym tłumaczem. Jest autorem przekładów na język ojczysty tak niesłychanie trudnych i właściwie nieprzekładalnych (jak widać, oprócz łotewskiego) utworów autorów takich jak T.S. Eliot, Georg Trakl, Walt Whitman, Emily Dickinson i Josif Brodski, czy Hilda Doolittle.

O czym więc pisze na początku nowego milenium trzydziestoletni poeta z Łotwy w latach transformacji krajów komunistycznych, poeta byłej republiki radzieckiej, gdzie reżim był o wiele ostrzejszy niż w Polsce, a twarda ręka radzieckiego Związku Literatów, do którego Łotwa chcąc nie chcąc musiała się przystosować, kneblowała wszelkie wolnościowe zakusy słowa pisanego?

(…)Cóż wam mogę dać, towarzysze – czas upłynął mi na bronieniu
sprawy Partii na zebraniach, doradzaniu i agitowaniu. W pełni przyjąłem
ostrą krytykę, odtąd indywidualizm i idealizm nie będą miały
dostępu do mego umysłu.
Stawię się o siódmej, zaniesiemy stroje narodowe na stację. Przekażcie
moje wyrazy uszanowania towarzyszowi Żdanowowi!

[Wspomnienia kandydata na członka
Związku Pisarzy Łotwy Sowieckiej]

Ale oprócz tej niewielkiej wzmianki w zestawie utworów, żdanowszczyzna nie jest tematem tych wierszy, ani walka z jej skutkami, ani opis jej pozostałości. Oprócz społecznych skutków zacofania, widocznych na przykładzie bohaterki wsi łotewskiej: Paryż, czy zagubienia pisarza, który ma dość walki w świecie: Mamusiu, mam plan! lub: Po kilku latach znów odwiedziłem miasto opowiadającym o bezdomności wydziedziczonego, mamy niepokojący obraz utraty tożsamości przez mieszkańca dzisiejszej Łotwy.
To są wszystko akty odejścia podmiotu lirycznego od przeszłości, od domu rodzinnego i dowody na alienację, który w pierwszym wolnym pokoleniu przeżywa wolność ojczyzny. Jednak wiersze nie mają żadnego dramatycznego rysu, nie są dowodem na nienormalność opisywanych zjawisk. Akceptacja wszystkiego, czego podmiot liryczny doświadcza, jest podana autorowi na jednej, opisowej nucie, bez cienia zadziwienia czy zaskakiwania. I być może, że jest to jedyna zaleta poezji starającej się mówić głosem normalnym, europejskim i wyzwolonym z lokalnych naleciałości. Ale koszt tej transformacji poetyckiej jest olbrzymi. Skacząc po różnych konwencjach i gatunkach – bo mamy tzw. poematy prozą, bajki, ballady, listy i liryki, erotyki z tytułową „kanapeczką” na czele – dostajemy jedynie nie żadną poetycką ucztę (co obiecują skromne wzmianki sieciowe łotewskich portali o percepcji twórczości poety Vērdiņša w ojczyźnie), a jedynie jakieś szczątkowe doświadczenie młodego Łotysza, który próbuje ironią i zdystansowaniem ogarnąć, co się wokół niego dzieje. Czytelnik niewiele dowiaduje się o tym z lektury tej chaotycznej poezji, poeta za to skacze po tematach i szerokościach geograficznych. Podmiot liryczny w erotykach, jak donosi w krótkiej notce pod tłumaczeniami Jacek Dehnel jest młodym gejem i może ta otwartość obyczajowa i nowoczesność w podejściu do tych subtelności w wyborze sposobu kochania, determinuje inne utwory. Np. spojrzenie na wieśniaczkę w wierszu „Paryż”, która jedzie do Paryża, bo jest to dla niej ważniejsze, niż inwestowanie w sztuczne uzębienie.

Zastanawia jednak fakt takiego, a nie innego wyboru przedstawiciela Łotwy, na ambasadora Łotewskiej poezji w Polsce. Być może młode pokolenie poetów, których wiersze w tej chwili jakiś Łotysz gorączkowo przekłada na łotewski, w swoim CV mogą śmiało potem napisać, że są w awangardzie światowej poezji, jako przełożeni już na wiele języków. W odwrotną stronę to też działa. Napisze to z pewnością druh z Łotwy, Kārlis Vērdiņš, i będzie to szczera prawda.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 38 komentarzy