komunikat

wielkanoc 2010

Przerwa blogowa do 4 kwietnia 2010.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Jeden komentarz

“CUBA” str. 54

055

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

MÓJ SMUTEK (2)

Milkną dźwięki, puste słowa
nocą się zmieniają w ciszę,
pieśń utraty minorowa
wzywa próżno abyś przyszedł
pieśń utraty minorowa
wzywa próżno abyś przyszedł!

Nieobecność mą dochowam
nocy, w niej bez reszty tonę,
utraciła słowa mowa,
przeszedł dzień na nocy stronę.

Dźwięku brak na pieśni nutę,
już nie żyję w żywych dźwiękach,
niech mnie wchłonie nocy smutek
pieśń na moich niemych jękach!
Niech mnie wchłonie nocy smutek
pieśń na moich niemych jękach!

tekst na podstawie „Minha Mãe eu canto a Noite”
wyk.  Maria da Nazaré (druga w kolejności)

Maria da Nazaré – Minha Mãe eu canto a Noite

Casa de Fados

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | 12 komentarzy

Marcin Świetlicki „Niskie pobudki”(2009)

Ostatni tomik wierszy Świetlickiego można przyswoić w rekordowym tempie np. jadąc windą i to wcale nie na najwyższe piętro. Ponieważ przeczytałam kilkakrotnie tych ponad czterdzieści krótkich wierszy, a często składają się one z kilku zaledwie wyrazów, to i tak nie zużyłam na to tyle czasu, bym mogła rzetelnie o nich napisać pean, tak jak zmierzałam, gdy je czytałam.

W Sieci nie ma ani jednego słowa dezaprobaty na temat twórczości Marcina Świetlickiego. Poeta Marcin Świetlicki jest poetą totalnie akceptowanym, wbrew rozpuszczanym przez poetę Świetlickiego plotkom, że jest gruby, stary i że się skończył. Podobno coś takiego powiedziała, jak czytam w wierszu „Wola ludu”, krakowska narzeczona Sławomira Sierakowskiego, ale z natychmiastowym dodatkiem autora w tym samym wierszu „Chociaż Dunin-Wąsowicz mówi, że się czepiam ”, pozostaje to tylko w domniemaniu i najprawdopodobniej w domyśle kategorycznym przeczeniem. Trudno uwierzyć, by, jak pisze Świetlicki dalej w tym wierszu „działacz młodzieżówki komunistycznej” za przyczyną swojej głupiej narzeczonej psuł sobie swój wizerunek, zrażał ikonę poezji polskiej. W wywiadzie dla Dużego Formatu szef Krytyki Politycznej powiedział, że każdą narzeczoną po upływie aktywności feromonów należy wymienić, co trwa najwyżej kilka miesięcy, więc nie wiadomo, czy S. Sierakowski nie posiada już bardziej aktualnej narzeczonej, która jest po uszy zakochana w nieskończonym, szczupłym i młodym poecie Marcinie Świetlickim. Miłość jest ślepa, miłość nie istnieje, nie istnieje też problem.

Ale ze Świetlickim jest inaczej. Świetlicki nie jest ani zaangażowany, ani nowoczesny, ani młodzieżowy, ani lekki. Nawet, jeśli forma tych wierszy na pierwszy rzut oka nie budzi zaufania, to po ich przeczytaniu już tak nie jest. Czytając, porównywałam je do minimalistycznych wypowiedzi Krystyny Miłobędzkiej, której strofy przecież graficznie niczym się od strof Świetlickiego nie różnią. A jednak jest to zupełnie inny rodzaj przeżywania poezji. Gdy Miłobędzka czerpie garściami z wyobrażeń, którymi operuje dlatego, że ktoś jej wmówił, że powinna tym być poezja i się temu rygorystycznie podporządkowuje, Marcin Świetlicki pisze zawsze jak Marcin Świetlicki i jest coś w tym pisaniu pierwotnego i nierozerwalnego z człowiekiem, mającym to imię i nazwisko: Marcin Świetlicki.

Świetlicki jest archaiczny i odwieczny. Wierzy w Boga i w Miłość i pisałby do rymu, ale Bronisław Maj kategorycznie mu tego zabronił i zagroził, że go nie wylansuje, jeśli nie będzie wolnym wierszem pisał. Świetlicki  więc ze strachu rymy ukrywa, wierszy rymowanych, które napisał wcześniej, przed bezwzględnym zakazem krakowskiego specjalisty od poezji, nie publikuje. Faktycznie. Wiersze Świetlickiego czyta się łagodnie i harmonijnie, melodyjna fraza tych strof jednak nie leży w formie, a w znaczeniach. Nawet nie w zestawach słów, ale w przekazie. Poezja Świetlickiego nie ma niedopowiedzeń i nie ma tzw. marginesu, tak charakterystycznych cech dla każdej twórczości poetyckiej, która tym zabezpiecza się przed dosłownością. Magia Świetlickiego leży jednak zupełnie gdzie indziej, bo to też są wiersze magiczne, ale inaczej. Ona nie polega ani na dowcipie, ani na typowych zwrotach (np. figura słomianego wdowca w wierszu „Słomiany Człowiek”), gdzie czytelnik jest mile podbechtany, że zrozumiał, o co chodzi. Nie, Świetlicki jest bardzo dramatyczny i głęboki, to, że tam wszystko pasuje, a mówiąc językiem malarza, plama leży na swoim miejscu, tak tu leży słowo, bo to jest organiczne, leżało tam po prostu od zawsze. Świetlicki daje w wierszach jedynie poruszenia powierzchni życia, lekkie zmarszczenie fal, które kryją pod krystaliczną wodą ukryte światy, a które pokazuje poeta co jakiś czas wydobywając stamtąd ułamki znaczeń na powierzchnię. Te strzępy mówią niewiele, ale zawsze są to prawdziwe ułamki rozbitej, prawdziwej rzeczywistości, zawsze są częścią prawdziwego, zatopionego świata, który dzięki tym ułamkom pokazywanym przez Świetlickiego, nawet pokazywanych z niskich, „zarobkowych” pobudek, zyskujemy materiał dowodowy. Dostajemy dowód na istnienie Poezji, która jak materia podlegająca odwiecznym metamorfozom, też przecież musi gdzieś być, bo nic w przyrodzie nie ginie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 25 komentarzy

MÓJ SMUTEK

Pieśń dnia jest smutna w zmarnowaniu/dzień zniszczy nieprzychylność dnia,
przed tobą stoi żal, bo trwaniu/ nadaje pozór gry, gdy gra.
A to nie hazard, nie instrument/ nic, co roztrwoni pakt z rozumem,
wprowadzi w oczywistość zamęt /a suwerenność zadrwi tłumem…

Tak mi smutno… tak mi smutno… tak mi smutno
tak mi smutno…
tak mi smutno… tak mi smutno… tak mi smutno
tak mi smutno…

Nigdy w wielości nie jest smutno/ bo dzień za dniem w kolejce dnia
alabastrowe nieba płótno/snuje kadzideł aureola!
Zniekształci profil twarzy w cieniu/ która się już nie zjawi jutro
zastygnie w ciele krew i w chceniu/ śmiechu nie wskrzesisz nawet wódką,

tak mi smutno… tak mi smutno…. tak mi smutno
tak mi smutno…
tak mi smutno… tak mi smutno… tak mi smutno…
tak mi smutno…

Mariza e Miguel Poveda “Meu Fado Meu”

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | 3 komentarze

Marcin Świetlicki, Gaja Grzegorzewska, Irek Grin „Orchidea”

Wszystkie powieści nazwane kryminałami, które Marcin Świetlicki napisał do tej pory są bardzo dobre dlatego, że kryminałami nie są. I nawet ten ostatni zabieg pisania zespołowego udał się tylko dlatego, że zespołowo nie sposób pisać, bo pisanie to rzecz osobności literackiego ja. Przeciwieństwa i paradoksy służą dobrze sprawie tylko dlatego, że napisanie dobrego kryminału klasycznego w dzisiejszym świecie w dobie innych rozrywek i innego sposobu myślenia jest niemożliwe. Dlatego w efekcie otrzymujemy pasmo nabijania się z tego gatunku, a przede wszystkim kpienia z czytelnika, który trzymając się kurczowo swoich czytelniczych przyzwyczajeń dostaje to, na co zasłużył – całkowitą niekonsekwencję narracji, która w tym gatunku jest podstawą i dyscypliną.

Największym urokiem „Orchidei” jest odnajdywanie się czytelnika w ciasnej przestrzeni Krakowa, w jej topografii, wśród istniejących knajp i zabytkowych miejsc, gdzie równocześnie narrator w najsilniej zaznaczonej odrazie u swojego głównego bohatera – mistrza – jeszcze pogłębia swoją niechęć do takiego właśnie Krakowa:

„(…)Dzięki mądrym władzom miasta powstało europejskie cacuszko dla pijanych mieszkańców Wysp Brytyjskich(…)”

Podkreśla też swoje oburzenie zniszczeniem Rynku pomnikiem Mitoraja rozpoczęte w poprzednich książkach.
Kontynuują się cały czas wątki z poprzednich kryminałów dalszym ciągiem wypadków, jak w serialu, dziejami powołanych tam postaci, ale też autorzy wprowadzają zupełnie nowe osoby rozpisane przez Gaję Grzegorzewską i Irka Grina. Końcowy produkt, jakim jest „Orchidea” jest jednak bardzo spójną literacko zwariowaną opowieścią o dzisiejszym świecie, który się w książce rozpadł na różnorakie ludzkie i zwierzęce potrzeby i doznania, w których jedne postacie zdeterminowane są swoją pracą, inne wyglądem zewnętrznym, jeszcze inne traumami dzieciństwa i dojrzewania, albo żyjące już życiem Sieci, która je w pewnych aspektach deformuje, w innych wzbogaca. Te podobne do sposobu kręcenia filmów czeskich, a źródłowo podobne robocie Roberta Altmana („Na skróty”), luźne wątki zbiegające się co jakiś czas i rozchodzące, zataczające różne kręgi, by znowu się spotkać, służą nie, jak w konwencjonalnym kryminale zagadce, ale wręcz czemuś przeciwnemu. Próba rozwikłania tajemnicy mordercy, który przypina swoim ofiarom karteczki, staje się mozolnym pretekstem dla uwypuklenia wszelkich stereotypów, jakimi opętani są bohaterowie, wyciągnięcia na światło dzienne ich skrywanych wad, z którymi się męczą i męczą otoczenie. Pokazany absurd nieszczęście czyni normą, Świetlicki nie wyobraża sobie świata innego niż tego, który jest i nie potrafił go inaczej przeżywać bez wyciągania na wierzch wszelkich skrywanych wstydliwie ułomności. I tak ta małostkowość buduje sytuacje komiczne, jakby zaskakiwane swoją wymową nawet samego autora. Stąd może siła tych powieści, bo właściwie zabieg wprowadzania realnych, znanych osobistości świata literackiego do ról w swoich utworach stosuje większość współczesnych pisarzy. Zrobił to np. Jarosław Klejnocki w „Południku 21”, a jednak nie osiągnął wyżyn takiego absurdalnego humoru, jak Świetlicki. I nieważne jest to, że Świetlicki stosuje wszystkie chwytny niedozwolone, że pełno tu kalamburów, ogranych zwrotów, przysłów i zwykłego bredzenia, bo to ma zawsze jakieś jeszcze drugie dno i tylko pozornie jest prostackie i powierzchowne. Gra słów „Franaszek” i „Miłoszek” złośliwie użyta wobec zdaje się swojego byłego kolegi z Tygodnika Powszechnego, to nie tylko wyrażony tym stosunek do barwności luminarzy Krakowa, gdzie intelektualiści namaszczają się godną pracą nad noblistami w kawiarniach wystawiając się tym na widok publiczny. To też jakby zdawanie sobie sprawy z mechanizmów rządzących pewną mentalną prowincją, gdzie nikt nie żyje życiem własnym. I jeśli zobaczymy tabun taksówkarzy opętanych fantazjami seksualnymi, rywalizujące ze sobą siostry w kisielu, nastolatkę uprawiającą seks w Sieci, policjanta żyjącego naprawdę tylko w second lifie, prywatnego detektywa (przeciwieństwo filmowych macho), który życie płciowe rozpocznie tylko po ślubie, to i tak zawsze w tle czujemy obecność mistrza, który żyje tylko po to, by tym stwarzanym na kartach książki lustrzanemu życiu odmówić uczestnictwa. Postać mistrza ulega alienacji pozornej, bo jest poprzez indyferencję i nieobecność w rozgrywających się scenach zawsze obok, a losowe wplątanie go w intrygę powoduje w nim popłoch i dziecięcą bezradność. Postawa mistrza, alter ego pisarza, to też puszczanie oka czytelnikowi podkreślane dystansującymi wszystko podziękowaniami na końcu rozdziałów. Dowodzi, że ma  ma do czynienia zupełnie z czymś innym niż modne dzisiaj kryminały retro, pisane przez Marka Krajewskiego:

„(…)Dżuma kryminalna, kultywowana przez programy telewizyjne, seriale i serwisy informacyjne, rozprzestrzeniała się bardziej niż w przedwojennym Wrocławiu, na który teraz mówi się Breslau.(…)”

Świetlicki stwarza więc coś zupełnie innego, pozornie lekkiego i frywolnego, co jednak pod pozorem zwariowanego krakowskiego kryminału kryje impotencję życiową mistrza, ale i niemoc odnalezienia ładu w otaczającym świecie, który bezpowrotnie się rozpadł na kawałki, które  żyją i poruszają się już swoim życiem samowolnie, bez żadnej koordynacji. I jest to też równocześnie smutna diagnoza dzisiejszej literatury.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Burns

Robert Burns, osiemnastowieczny wieśniak, o bardzo dobrym, „domowym” wykształceniu, zwolennik – wbrew środowisku w którym się obracał – amerykańskiej wojny o niepodległość i rewolucji francuskiej, jest największym poetą wszech czasów.

W trzydziestu siedmiu latach, które udało mu się przeżyć, nim zniszczyła go choroba i opilstwo, zdołał stworzyć w języku szkockim strofy o niebywałej wirtuozerii, skomplikowanej budowie i niezwykłych nowatorskich rozwiązaniach formalnych. Pracując ciężko na polu w dzieciństwie, w farmerskich biznesach dziedziczonych niefortunnie po ojcu w wieku dorosłym, gdy już założył rodzinę, a potem jako poborca podatkowy w porcie – Burns był cały czas niezmiennie poetą. Był nim, jak był człowiekiem, tak zwyczajnie, że nawet za heroiczną pracę ocalania pieśni szkockich, które zbierał, redagował i wydawał jeżdżąc po kraju, nie chciał żadnych pieniędzy.

Burns, którego dzisiaj przemysł komercyjny używa i zużywa do licznych na całym świecie świąt i festynów, a Szkocja dla umacniania swej państwowości, był zaprzeczeniem wszelkiej konwencji i uniformizacji.
Fenomen Burnsa niezwężonego, sprośnego chłopa, którym na zawsze pozostał, flirtującego z damami z klas wyższych, a oddającego się bez reszty wiejskim dziewczętom, jest też realizacją baśniowego mitu, jak to dziecko gminu staje się królewiczem. Królestwo Poezji, w którym klasy wyższe bronią swej hermetyczności nie wpuściło go łatwo. Z Burnsa robiono więc najchętniej poetę sentymentalnego, przykrawano go i przycinano do norm obowiązujących w klasach wyższych, do ich etykiety i konwencji. Propagowano utwory słabe i złe, zmuszano go do produkcji panegiryków i wierszy bez znaczenia.
A Burns to przede wszystkim satyryk, złośliwie wyśmiewający bezwzględnie świat głupoty, dewocji i hipokryzji, piętnujący Kościół, wielebnych kalwinów („Modlitwa świętobliwego Willego”), nabzdyczenie wiejskich „dam”(„Do wszy”) i liturgicznej sztuczności(„Świętobliwy jarmark”).
Burns, to też twórca przepięknych listów pisanych wierszem, poematu epickiego i pieśni, po których wydaniu natychmiast zraził sobie w Edynburgu wszystkich krytyków i świat literacki, traktujący go protekcjonalnie i z wyższością ludzi formalnie wykształconych.

Utwory Burnsa od wieków promieniowały i rezonowały w twórczości wielu prawdziwych poetów. Nawet ci, którzy nie znają języka szkockiego ani nie znają się na poezji, odbierają te żarliwe impulsy aktywne przez wszystkie czasy. Bo Burns nie jest ani moralizatorem, ani prorokiem, ani ideologiem. Był piewcą życia w pracy i zabawie, w namiętnościach miłości i nienawiści, w śmiechu i rozpaczy. Wieki, które zatarły już szkockie wrzosowiska i wieś zamieniły w przemysłowe miasta, przechowały nieprzemijalną aktualność tej poezji, która niezmiennie powoduje, że ludzka potrzeba takiej aktywności twórczej, jaką reprezentuje Robert Burns jest, była i będzie.

(pisane na podstawie kiedyś czytanego eseju Davida Daichesa o Robercie Burnsie. Utworów w Polsce spolszczonych nie ma.)

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 8 komentarzy

“CUBA” str. 53

054

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz