Dwie powieści Wioletty Sobieraj różnią się znacznie ukierunkowaniem jej twórczości. Jeśli debiutanckie „Latawce” wahają się w swoim przesłaniu, czy mają być dowcipnym odbiorem otaczającej nas rzeczywistości, prozą walczącą o narzucenie czytelnikowi pewnego oglądu świata dosadnie przerysowanego, „Aleja Róż” już tych ambicji nie posiada. Jest konwencjonalną prozą rozrywkową, rozpisaną na dużą ilość postaci, o strukturze bardziej serialu filmowego, niż literackiej analizy opisywanych na jej stronach żywotów.
Jeśli pierwszej powieści brakuje warsztatowego zdecydowania, wraz z bohaterką czytelnik szamocze się w pytaniu, czego właściwie powieść dotyczy, tak drugi utwór poprowadzony jest płynnie i konsekwentnie w kierunku ni to kryminalnej intrygi, ni opisów dnia powszedniego mieszkańców ulicy Różanej przemianowanej na mocy decyzji miejskich na końcu książki na Aleję Róż, jakby pisarka chciała tym akcentem politycznym symbolicznie komercyjność utworu uwznioślić.
„Latawce”
Debiutanckie „Latawce” należą do modnego obecnie nurtu w Polsce polegającego na pisaniu energetycznie, na gorąco i ze swadą i nazwałabym go nurtem knajackim. W nurcie tym z powodzeniem mieszczą się np. dwa utwory nominowane do Nike w 2008:„Katoniela” Ewy Madeyskiej i Lidi Amejko „Żywoty świętych osiedlowych”. Należy do niego tabun innych pisarek, cały czas produkujących w tym nurcie kolejne książki, pokolenie młodych nagradzanych Paszportami Polityki (np.Sylwia Chutnik), czy młode pisarki wypromowane przez Korporację Ha!art (Marta Dzido, Joanna Pawluśkiewicz).
Ten nurt złej literatury, niejednokrotnie nagradzanej i przyjmowanej entuzjastycznymi recenzjami polega na opisywaniu rzeczywistości w krzywym zwierciadle, ma ambicje najprawdopodobniej ozdrowieńcze, gdyż zakorzeniony jest w obyczajowości zbudowanej z obrazków życia codziennego, relacji międzyludzkich w rodzinach i w pracy. Zazwyczaj główni bohaterowie są negatywni, ośmieszeni i mają niską pozycję społeczną, puszą się nieuzasadnienie, a drwina z powołanych przez autorów postaci polega na ich napiętnowaniu.
Madeyska skrytykowała kobietę – ofiarę polskiego katolicyzmu. Amejko posunęła się dalej, zadrwiła z mieszkańców wielkiej płyty udziwniając losy wyszydzanej biedoty. Nie inaczej młodsze pokolenie polskich pisarek obchodzi się ze swoimi bohaterami. Wszystko pisane jest potoczyście, perswazyjnie, z wyższością kobiety wszystkowiedzącej. Czasami myślę, że pisze to cały czas Irena Kwiatkowska, która żadnej pracy się nie boi, a tym bardziej pracy profesjonalnego pisarza. Być może, że właśnie „Czterdziestolatek” patronuje tym przedsięwzięciom i dlatego nie można się w polskiej literaturze doszukać czeskiej lekkości, niefrasobliwości i dowcipu, obecnej w podobnych utworach dzisiejszych czasów po politycznej transformacji np. w czeskim kinie.
Wioletta Sobieraj wzięła na warsztat żywot nauczycielki plastyki w podstawówce, kobiety czterdziestoletniej, niepozbieranej niezguły, która obraża się na świat za to, że ten przestrzega punktualności, bo inaczej, zawsze wszędzie spóźniona, byłaby w porządku.
Powieść zaczyna się z dużym impetem i trochę przypomina film „Po godzinach” Martina Scorsese, gdzie bohater okaleczony i zamknięty w gipsie, próbuje doczołgać się do domu po niebezpiecznych uwikłaniach po pracy. W „Latawcach” mamy i po pracy i przed pracą.
Mamy męża bohaterki, który klei latawce, bo jest złym mężem, nie pomaga ani żonie, ani córce, jest po prostu zwykłym trutniem, którego autorka pozbywa się na wstępie z fabuły. Na zesłanie powieściowe do teściowej skazana jest też nastoletnia córka głównej bohaterki. W rodzinnym luzie, na tle pokoju nauczycielskiego w całej okazałości przedstawiona jest Zuzanna Potocka-Mucha, która już do końca nie opuszcza czytelnika, drażniąc go swoją histerią.
Dlaczego drażni? Bo jest zbudowana z wyobrażeń o nauczycielce plastyki. Nie mogłam się doszukać realiów dotyczących czasu akcji powieści, polska szkoła po zmianach politycznych przeżywała wiele transformacji i cierpiała wiele wskutek głupich ustaw. Jednak nie wierzę, by nastąpił aż taki regres. Znalazłam dwa ślady, świadczące o tym, że jesteśmy w czasach telefonów komórkowych:
„(…)i jednocześnie znalazłabym się w awangardzie wykorzystujących nowoczesne techniki audiowizualne, a jeśli do tego dołączyłabym krótką pogawędkę z przyjaciółką przez telefon komórkowy, wzbogaciłabym uczniów o dodatkowe kosmiczne doznania.(…)
(…)poprosiłam o złożenie podpisu na gipsie i dopisanie numeru swojej komórki.(…)”
Wnioskuję, że rzecz się dzieje przed komputeryzacją szkół – nie natrafiłam na komputer – chyba, że – Piotr Dziuba, informatyk, od niedawna zatrudniony i on wprowadza ten przedmiot. Natomiast jest już powszechny telefon komórkowy, mogą to więc być późne lata dziewięćdziesiąte i początek nowego wieku. Nie wierzę, by w tych latach zajęcia plastyki były prowadzone bez konspektu, bez żadnych ministerialnych zaleceń, by zarzucono wtedy bardzo wartościowy program nauczania sztuk wizualnych w podstawówce. Moi koledzy w tych latach prowadzili zajęcia w szkołach, ich wychowankowie na wystawach prezentowali wysoki poziom prac spontanicznych, pełnych inwencji i tematycznie różnorodnych opartych o nauce o kolorze, formie i istocie plastycznego przekazu. Zastanawia mnie, gdzie jeszcze istnieje szkoła pokazana przez Wiolettę Sobieraj, bo mamy w powieści duże miasto, a nie zakutą wieś, mamy nauczycielkę artystkę, kształconą w tym zawodzie.
I co ona robi? Prowadzi zajęcia oparte na samowolce belferskiej, inicjuje permanentne konkursy, rzuca temat dzieciakom i zajmuje się sobą, słowem, nie robi niczego innego niż to, co myślą o tym przedmiocie jej koleżanki, które uczą przedmiotów szlachetnych, jak język polski, czy niemiecki. Plastyka, traktowana zawsze, jako tzw. „michałek”, który od biedy może poprowadzić i woźna, a z powodzeniem polonistka, nie wyrasta na kartach tej książki na nic większego. Autorka umacnia taki wizerunek z całą bezwzględnością. Prowadzony przez artystkę – idiotkę, malującą po pracy zachody słońca, by dorobić sobie do pensji, pokazuje ten fach i ten przedmiot jako dużą szkodliwość społeczną. Dialog zacytowany tutaj najlepiej o tym świadczy:
„(…)- Chyba nie chcesz porównywać matematyki i polskiego ze sztuką? – spojrzała na mnie lekceważąco Ada.
– Sztuka to bardzo ważny przedmiot, uczą się o kolorach, wielkich malarzach, znają ich życiorysy – broniłam się.
– A znają ich obrazy?
– Nie wszystkie…
– Przecież u ciebie lekcja wygląda tak, że wchodzisz do klasy, rzucasz temat, najczęściej zgodny z ogłoszonym właśnie konkursem, w którym jesteś w jury i masz 45 minut dla siebie, na swoje sprawy.
– Czasem tylko 20 – zasugerowała z wyrzutem Ada – bo drugą część lekcji zajmuje Musiałowa.
– Czy ktoś ci kazał uczyć polskiego – zaczepiłam ją. – Mogłaś zdawać do ASP, jak ja.
– Nie umiem rysować.
– No widzisz, to wcale nie takie proste.
– Ale lekcje są proste i nikogo nie obchodzi, co się na nich dzieje – atakowała Uzda.(…)”
Autorka w porywie chęci opisania środowiska pokoju nauczycielskiego nie lubi właściwie tylko katechetki i nauczycielki od plastyki. Nawet organizacji KONi-a, czyli Komitetu Obrony Nauczycieli przed uczniami, trudno zarzucić jakąś tendencyjność i nielogiczność. Chociaż z założenia ma to być bardzo śmieszne przedsięwzięcie szkolne, to jednak, ponieważ stworzone przez inne nauczycielki – jest sympatyczne.
Rozumiem, że nauczyciele są różni, że tzw. grono jest nieobliczalne i szalone, ale by coś zdiagnozować, musi być jednak jakiś element z życia, jakieś zakotwiczenie w obserwacji. Niczego podobnego tu nie dostrzegam. Nie dziwię się nawet, że absolwentka Akademii Sztuk Pięknych zwraca się do matki ucznia tymi słowy:
„(…)- Wynocha, wyfioczona pindo, mówić w ten sposób możesz do swojego Zenusia czy Kajtusia, a porządnym ludziom należy się szacunek. Jestem nauczycielką i uczciwie pracuję, ale jakoś nie stać mnie na takie perfumy i samochód, ciekawe kogo okradłaś, głupia suko. Zabieraj swój tyłek i zejdź mi z oczu, bo tu mieszkają przyzwoici ludzie, a nie takie kreatury ze wzrokiem przeżartym nienawiścią do ludzi(…)”
W każdym środowisku zawodowym zdarzają się przecież osoby ordynarne, chociaż tu przydarza się to jedynie plastyczce. Nie dziwię się, bo jak napisałam, świat jest pełen różnych anomalii. Natomiast nawarstwienie tzw. przygód szkolnych i pozaszkolnych w stylu „Lesia” Joanny Chmielewskiej fundowanej Zuzannie Musze – Potockiej jest absolutnie niczemu nie służącym, literacko wielce szkodliwym zabiegiem rozrywkowym.
Bo co wnosi akcja plakatowa w lesie, spotkania z policjantami, sceny w telewizji, przelotny romans, czy końcowy pożar? Mnożenie komiksowe tzw. perypetii głównej bohaterki jest zupełnie przypadkowe i jedynie przygodowe, a nie znaczeniowe.
Wybór znaczących momentów z życia bohatera to właśnie jest sztuka. Nie wystarczy ośmieszać go nieprawdopodobnymi zdarzeniami, nawet, jak sam je prowokuje. Zdarzeniami na dodatek właśnie mogącymi zaistnieć wszędzie i zawsze. Wielu niezgułów chodzi po świecie, wiele kretynek uczy w szkole. Nie trzeba jeszcze mnożyć tych bytów na kartkach powieści. Można je czytelnikowi przybliżyć, jeśli stanowią materię do refleksji nad stanem szkolnictwa, nad sytuacją rodziny. Niczego takiego nie dostajemy, bo Zuzanna Mucha- Potocka, jeśli ma jakiś prototyp w rzeczywistości, to został zupełnie przez pisarkę artystycznie niedostrzeżony.
„Aleja Róż”
Druga, zdecydowanie lepsza, właśnie wydana powieść pisana z rozmachem i mająca ambicję połączyć kilka warstw społecznych poprzez wzajemne przenikania ich pracy, sąsiedztwa czy przyjaźni oraz powiązań rodzinnych, stara się pomieścić w sobie wszelkie współczesne absurdy i pokazać ludzi we wzajemnych relacjach z całą autorską szczerością. Jak mówił w wywiadzie z nostalgią Marcin Świetlicki, że marzy mu się umiejętności Dickensa potrafiącego powołać do życia na łamach swojej powieści mnogość pełnokrwistych postaci i zdaje sobie z tego sprawę, że nie jest to łatwe, Jednak Wioletcie Sobieraj wyjątkowo się to udaje i nie można zarzucić tzw. dołom społecznym, np. małżeństwu Heńka i Zosi, braków w opisie zachowań, jak i słownictwie. Podobnie wyniosła rodzina, skupiona wokół Justyny, córki zmarłego Pierwszego Prezesa Tebud SA, jej koleżanki, „bezrobotne zoombie”, czyli świat sytych i bogatych, jest kreślone wprawną ręką, barwnie i żywo. Trudno w powieści, prowadzonej bardzo konsekwentnie i logicznie, gdyż powołane postacie, a jest ich mnóstwo – zawsze odnajdują w niej swoje miejsce, do czegoś służą w narracji, wyjaśniają, dowodzą – doszukać się błędów i potknięć. I ten powieściowy świat, spójny, konsekwentny i trzymający akcję w napięciu spełnia właściwie wymogi czytelnika poszukującego takiej, rozrywkowej literatury.
Pozorny happy end niespodziewanie kończy powieść przeładowaną przemocą, śmiercią i świadczonymi sobie wzajemnie ludzkimi złośliwościami, zdradą i niechęcią, nudą i zaniedbaniem. Brakuje tutaj jednak bezkompromisowości Elfride Jelinek, egzystencjalnego komentarza odautorskiego, mimo, że dostrzegam tu wpływy i feministycznych prądów najnowszej literatury i ambicję ogarnięcia dużego pola obserwacji dla literackich poszukiwań. Jednak proza ta nie wychodzi poza konwencjonalną narrację i opisowość, cały czas dając czytelnikowi bardzo poprawnie literacko przedstawiony obraz jedynie życiowej powierzchni i na niej wzajemnych powiązań na tej samej zawsze płaszczyźnie płytkiego odbioru. Nie sposób jednak nie dostrzec goryczy kończącego powieść przesłania, że wszelkie, oprócz kosmetycznych i chytrych, zmiany naszej polskiej rzeczywistości są niemożliwe:
„ (…) — Zauważył pan zmianę nazwy ulicy? — zagadnęła go, żeby podtrzymać rozmowę.
— Droga pani, sam byłem inicjatorem tej zmiany. Aleja Róż od razu podniesie wartość gruntów i naszych domów. Trzeba myśleć przyszłościowo.(…)”

