Wioletta Sobieraj „Latawce”(2008) „Aleja Róż”(2010)

Dwie powieści Wioletty Sobieraj różnią się znacznie ukierunkowaniem jej twórczości. Jeśli debiutanckie „Latawce” wahają się w swoim przesłaniu, czy mają być dowcipnym odbiorem otaczającej nas rzeczywistości, prozą walczącą o narzucenie czytelnikowi pewnego oglądu świata dosadnie przerysowanego, „Aleja Róż” już tych ambicji nie posiada. Jest konwencjonalną prozą rozrywkową, rozpisaną na dużą ilość postaci, o strukturze bardziej serialu filmowego, niż literackiej analizy opisywanych na jej stronach żywotów.
Jeśli pierwszej powieści brakuje warsztatowego zdecydowania, wraz z bohaterką czytelnik szamocze się w pytaniu, czego właściwie powieść dotyczy, tak drugi utwór poprowadzony jest płynnie i konsekwentnie w kierunku ni to kryminalnej intrygi, ni opisów dnia powszedniego mieszkańców ulicy Różanej przemianowanej na mocy decyzji miejskich na końcu książki na Aleję Róż, jakby pisarka chciała tym akcentem politycznym symbolicznie komercyjność utworu uwznioślić.

„Latawce”
Debiutanckie „Latawce” należą do modnego obecnie nurtu w Polsce polegającego na pisaniu energetycznie, na gorąco i ze swadą i nazwałabym go nurtem knajackim. W nurcie tym z powodzeniem mieszczą się np. dwa utwory nominowane do Nike w 2008:„Katoniela” Ewy Madeyskiej i Lidi Amejko „Żywoty świętych osiedlowych”. Należy do niego tabun innych pisarek, cały czas produkujących w tym nurcie kolejne książki, pokolenie młodych nagradzanych Paszportami Polityki (np.Sylwia Chutnik), czy młode pisarki wypromowane przez Korporację Ha!art (Marta Dzido, Joanna Pawluśkiewicz).

Ten nurt złej literatury, niejednokrotnie nagradzanej i przyjmowanej entuzjastycznymi recenzjami polega na opisywaniu rzeczywistości w krzywym zwierciadle, ma ambicje najprawdopodobniej ozdrowieńcze, gdyż zakorzeniony jest w obyczajowości zbudowanej z obrazków życia codziennego, relacji międzyludzkich w rodzinach i w pracy. Zazwyczaj główni bohaterowie są negatywni, ośmieszeni i mają niską pozycję społeczną, puszą się nieuzasadnienie, a drwina z powołanych przez autorów postaci polega na ich napiętnowaniu.
Madeyska skrytykowała kobietę – ofiarę polskiego katolicyzmu. Amejko posunęła się dalej, zadrwiła z mieszkańców wielkiej płyty udziwniając losy wyszydzanej biedoty. Nie inaczej młodsze pokolenie polskich pisarek obchodzi się ze swoimi bohaterami. Wszystko pisane jest potoczyście, perswazyjnie, z wyższością kobiety wszystkowiedzącej. Czasami myślę, że pisze to cały czas Irena Kwiatkowska, która żadnej pracy się nie boi, a tym bardziej pracy profesjonalnego pisarza. Być może, że właśnie „Czterdziestolatek” patronuje tym przedsięwzięciom i dlatego nie można się w polskiej literaturze doszukać czeskiej lekkości, niefrasobliwości i dowcipu, obecnej w podobnych utworach dzisiejszych czasów po politycznej transformacji np. w czeskim kinie.

Wioletta Sobieraj wzięła na warsztat żywot nauczycielki plastyki w podstawówce, kobiety czterdziestoletniej, niepozbieranej niezguły, która obraża się na świat za to, że ten przestrzega punktualności, bo inaczej, zawsze wszędzie spóźniona, byłaby w porządku.
Powieść zaczyna się z dużym impetem i trochę przypomina film „Po godzinach” Martina Scorsese, gdzie bohater okaleczony i zamknięty w gipsie, próbuje doczołgać się do domu po niebezpiecznych uwikłaniach po pracy. W „Latawcach” mamy i po pracy i przed pracą.
Mamy męża bohaterki, który klei latawce, bo jest złym mężem, nie pomaga ani żonie, ani córce, jest po prostu zwykłym trutniem, którego autorka pozbywa się na wstępie z fabuły. Na zesłanie powieściowe do teściowej skazana jest też nastoletnia córka głównej bohaterki. W rodzinnym luzie, na tle pokoju nauczycielskiego w całej okazałości przedstawiona jest Zuzanna Potocka-Mucha, która już do końca nie opuszcza czytelnika, drażniąc go swoją histerią.
Dlaczego drażni? Bo jest zbudowana z wyobrażeń o nauczycielce plastyki. Nie mogłam się doszukać realiów dotyczących czasu akcji powieści, polska szkoła po zmianach politycznych przeżywała wiele transformacji i cierpiała wiele wskutek głupich ustaw. Jednak nie wierzę, by nastąpił aż taki regres. Znalazłam dwa ślady, świadczące o tym, że jesteśmy w czasach telefonów komórkowych:

„(…)i jednocześnie znalazłabym się w awangardzie wykorzystujących nowoczesne techniki audiowizualne, a jeśli do tego dołączyłabym krótką pogawędkę z przyjaciółką przez telefon komórkowy, wzbogaciłabym uczniów o dodatkowe kosmiczne doznania.(…)
(…)poprosiłam o złożenie podpisu na gipsie i dopisanie numeru swojej komórki.(…)”

Wnioskuję, że rzecz się dzieje przed komputeryzacją szkół – nie natrafiłam na komputer – chyba, że – Piotr Dziuba, informatyk, od niedawna zatrudniony i on wprowadza ten przedmiot. Natomiast jest już powszechny telefon komórkowy, mogą to więc być późne lata dziewięćdziesiąte i początek nowego wieku. Nie wierzę, by w tych latach zajęcia plastyki były prowadzone bez konspektu, bez żadnych ministerialnych zaleceń, by zarzucono wtedy bardzo wartościowy program nauczania sztuk wizualnych w podstawówce. Moi koledzy w tych latach prowadzili zajęcia w szkołach, ich wychowankowie na wystawach prezentowali wysoki poziom prac spontanicznych, pełnych inwencji i tematycznie różnorodnych opartych o nauce o kolorze, formie i istocie plastycznego przekazu. Zastanawia mnie, gdzie jeszcze istnieje szkoła pokazana przez Wiolettę Sobieraj, bo mamy w powieści duże miasto, a nie zakutą wieś, mamy nauczycielkę artystkę, kształconą w tym zawodzie.
I co ona robi? Prowadzi zajęcia oparte na samowolce belferskiej, inicjuje permanentne konkursy, rzuca temat dzieciakom i zajmuje się sobą, słowem, nie robi niczego innego niż to, co myślą o tym przedmiocie jej koleżanki, które uczą przedmiotów szlachetnych, jak język polski, czy niemiecki. Plastyka, traktowana zawsze, jako tzw. „michałek”, który od biedy może poprowadzić i woźna, a z powodzeniem polonistka, nie wyrasta na kartach tej książki na nic większego. Autorka umacnia taki wizerunek z całą bezwzględnością. Prowadzony przez artystkę – idiotkę, malującą po pracy zachody słońca, by dorobić sobie do pensji, pokazuje ten fach i ten przedmiot jako dużą szkodliwość społeczną. Dialog zacytowany tutaj najlepiej o tym świadczy:

„(…)- Chyba nie chcesz porównywać matematyki i polskiego ze sztuką? – spojrzała na mnie lekceważąco Ada.
– Sztuka to bardzo ważny przedmiot, uczą się o kolorach, wielkich malarzach, znają ich życiorysy – broniłam się.
– A znają ich obrazy?
– Nie wszystkie…
– Przecież u ciebie lekcja wygląda tak, że wchodzisz do klasy, rzucasz temat, najczęściej zgodny z ogłoszonym właśnie konkursem, w którym jesteś w jury i masz 45 minut dla siebie, na swoje sprawy.
– Czasem tylko 20 – zasugerowała z wyrzutem Ada – bo drugą część lekcji zajmuje Musiałowa.
– Czy ktoś ci kazał uczyć polskiego – zaczepiłam ją. – Mogłaś zdawać do ASP, jak ja.
– Nie umiem rysować.
– No widzisz, to wcale nie takie proste.
– Ale lekcje są proste i nikogo nie obchodzi, co się na nich dzieje – atakowała Uzda.(…)”

Autorka w porywie chęci opisania środowiska pokoju nauczycielskiego nie lubi właściwie tylko katechetki i nauczycielki od plastyki. Nawet organizacji KONi-a, czyli Komitetu Obrony Nauczycieli przed uczniami, trudno zarzucić jakąś tendencyjność i nielogiczność. Chociaż z założenia ma to być bardzo śmieszne przedsięwzięcie szkolne, to jednak, ponieważ stworzone przez inne nauczycielki – jest sympatyczne.
Rozumiem, że nauczyciele są różni, że tzw. grono jest nieobliczalne i szalone, ale by coś zdiagnozować, musi być jednak jakiś element z życia, jakieś zakotwiczenie w obserwacji. Niczego podobnego tu nie dostrzegam. Nie dziwię się nawet, że absolwentka Akademii Sztuk Pięknych zwraca się do matki ucznia tymi słowy:

„(…)- Wynocha, wyfioczona pindo, mówić w ten sposób możesz do swojego Zenusia czy Kajtusia, a porządnym ludziom należy się szacunek. Jestem nauczycielką i uczciwie pracuję, ale jakoś nie stać mnie na takie perfumy i samochód, ciekawe kogo okradłaś, głupia suko. Zabieraj swój tyłek i zejdź mi z oczu, bo tu mieszkają przyzwoici ludzie, a nie takie kreatury ze wzrokiem przeżartym nienawiścią do ludzi(…)”

W każdym środowisku zawodowym zdarzają się przecież osoby ordynarne, chociaż tu przydarza się to jedynie plastyczce. Nie dziwię się, bo jak napisałam, świat jest pełen różnych anomalii. Natomiast nawarstwienie tzw. przygód szkolnych i pozaszkolnych w stylu „Lesia” Joanny Chmielewskiej fundowanej Zuzannie Musze – Potockiej jest absolutnie niczemu nie służącym, literacko wielce szkodliwym zabiegiem rozrywkowym.
Bo co wnosi akcja plakatowa w lesie, spotkania z policjantami, sceny w telewizji, przelotny romans, czy końcowy pożar? Mnożenie komiksowe tzw. perypetii głównej bohaterki jest zupełnie przypadkowe i jedynie przygodowe, a nie znaczeniowe.

Wybór znaczących momentów z życia bohatera to właśnie jest sztuka. Nie wystarczy ośmieszać go nieprawdopodobnymi zdarzeniami, nawet, jak sam je prowokuje. Zdarzeniami na dodatek właśnie mogącymi zaistnieć wszędzie i zawsze. Wielu niezgułów chodzi po świecie, wiele kretynek uczy w szkole. Nie trzeba jeszcze mnożyć tych bytów na kartkach powieści. Można je czytelnikowi przybliżyć, jeśli stanowią materię do refleksji nad stanem szkolnictwa, nad sytuacją rodziny. Niczego takiego nie dostajemy, bo Zuzanna Mucha- Potocka, jeśli ma jakiś prototyp w rzeczywistości, to został zupełnie przez pisarkę artystycznie niedostrzeżony.

„Aleja Róż”
Druga, zdecydowanie lepsza, właśnie wydana powieść pisana z rozmachem i mająca ambicję połączyć kilka warstw społecznych poprzez wzajemne przenikania ich pracy, sąsiedztwa czy przyjaźni oraz powiązań rodzinnych, stara się pomieścić w sobie wszelkie współczesne absurdy i pokazać ludzi we wzajemnych relacjach z całą autorską szczerością. Jak mówił w wywiadzie z nostalgią Marcin Świetlicki, że marzy mu się umiejętności Dickensa potrafiącego powołać do życia na łamach swojej powieści mnogość pełnokrwistych postaci i zdaje sobie z tego sprawę, że nie jest to łatwe, Jednak Wioletcie Sobieraj wyjątkowo się to udaje i nie można zarzucić tzw. dołom społecznym, np. małżeństwu Heńka i Zosi, braków w opisie zachowań, jak i słownictwie. Podobnie wyniosła rodzina, skupiona wokół Justyny, córki zmarłego Pierwszego Prezesa Tebud SA, jej koleżanki, „bezrobotne zoombie”, czyli świat sytych i bogatych, jest kreślone wprawną ręką, barwnie i żywo. Trudno w powieści, prowadzonej bardzo konsekwentnie i logicznie, gdyż powołane postacie, a jest ich mnóstwo – zawsze odnajdują w niej swoje miejsce, do czegoś służą w narracji, wyjaśniają, dowodzą – doszukać się błędów i potknięć. I ten powieściowy świat, spójny, konsekwentny i trzymający akcję w napięciu spełnia właściwie wymogi czytelnika poszukującego takiej, rozrywkowej literatury.

Pozorny happy end niespodziewanie kończy powieść przeładowaną przemocą, śmiercią i świadczonymi sobie wzajemnie ludzkimi złośliwościami, zdradą i niechęcią, nudą i zaniedbaniem. Brakuje tutaj jednak bezkompromisowości Elfride Jelinek, egzystencjalnego komentarza odautorskiego, mimo, że dostrzegam tu wpływy i feministycznych prądów najnowszej literatury i ambicję ogarnięcia dużego pola obserwacji dla literackich poszukiwań. Jednak proza ta nie wychodzi poza konwencjonalną narrację i opisowość, cały czas dając czytelnikowi bardzo poprawnie literacko przedstawiony obraz jedynie życiowej powierzchni i na niej wzajemnych powiązań na tej samej zawsze płaszczyźnie płytkiego odbioru. Nie sposób jednak nie dostrzec goryczy kończącego powieść przesłania, że wszelkie, oprócz kosmetycznych i chytrych, zmiany naszej polskiej rzeczywistości są niemożliwe:

„ (…) — Zauważył pan zmianę nazwy ulicy? — zagadnęła go, żeby podtrzymać rozmowę.
— Droga pani, sam byłem inicjatorem tej zmiany. Aleja Róż od razu podniesie wartość gruntów i naszych domów. Trzeba myśleć przyszłościowo.(…)”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 22 komentarze

Andrew Williams , Laurence Rees “Kulisy II wojny światowej (World War Two – Behind Closed Doors)” 2008

“(…) Zbrodnia katyńska.
5 marca 1940 r. Stalin i członkowie Biura Politycznego Woroszyłow, Mikojan i Mołotow osobiście podpisali propozycję Berii, która doprowadziła do wymordowania ponad 20 tys. prominentnych obywateli wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Wielu spośród nich było oficerami Wojska Polskiego. Świat dowiedział się o tej zbrodni w kwietniu 1943 r., kiedy Niemcy, okupujący wówczas obszar wokół miasta Smoleńsk w zachodniej części ZSRR, odkryli masowy grób w lesie zwanym Katyń (w rzeczywistości było to jedno z trzech miejsc, w których NKWD grzebało ciała swoich ofiar). Nazwa ta miała często przewijać się w przyszłych rozmowach między aliantami a Związkiem Radzieckim.
Zbrodnia katyńska (nazwa jednego z miejsc pochówku, w którym znaleziono ponad 4 tys. ciał, stała się w sposób nieco mylący nazwą, pod jaką znana jest ta zbrodnia) jest ważna z wielu powodów; także dlatego, że odzwierciedlała charakter Stalina i jego serdecznych przyjaciół. Co prawda w Związku Radzieckim zdarzały się wcześniej egzekucje wyselekcjonowanych grup, ale z pewnością nigdy przedtem nie próbowano zrobić niczego na skalę eksterminacji całego korpusu oficerskiego. Do czasu Katynia „normalnym” sposobem radzenia sobie z dużymi grupami uznawanymi za niebezpieczne była dla reżimu stalinowskiego deportacja. Wskaźnik śmiertelności w różnych obozach sowieckiego systemu kolonii karnych (znanych pod nazwą Gułag) był zróżnicowany, ale mógł wynosić nawet i 20 proc. w ciągu roku. Taki los spotkał na przykład dużą część polskich podoficerów i zwykłych żołnierzy, wziętych przez Armię Czerwoną do niewoli jesienią 1939 r.
Gieorgij Dragunow, oficer Armii Czerwonej stacjonujący na wschodnich terenach okupowanej Polski, wspomina: – Deportacje nie były dla nas niespodzianką, widzieliśmy je już wcześniej. W latach trzydziestych mieszkałem nieopodal torów kolejowych i ciągle widziałem pociągi pełne ludzi (…). Uważałem to za normę: skoro z Moskwy jechały na Syberię pociągi pełne zesłańców, dlaczego takich ludzi miałoby nie być w zachodniej Białorusi [część okupowanej wschodniej Polski]. Zostaliśmy tak wychowani, żeby wierzyć, iż ci ludzie byli wrogami ludu i musieli zostać deportowani. Dopiero teraz wiem, że to byli najbardziej wartościowi ludzie. Trzeba jednak przeżyć życie, żeby to zrozumieć.
Zatem jeśli deportacje były „normalną” – a w rzeczywistości często akceptowaną – częścią życia w Związku Radzieckim rządzonym przez Stalina, dlaczego tych polskich obywateli potraktowano inaczej i wymordowano en masse?
Dokumenty NKWD pozwalają dostrzec kilka możliwych powodów, dla których doszło do zbrodni. Po pierwsze, z powodu nagłego napływu około ćwierci miliona polskich jeńców wojennych jesienią 1939 r. sowiecki system kolonii karnych był u kresu wytrzymałości. Stanowiło to tak duży problem, iż wkrótce wydano rozkazy zezwalające na zwolnienie ok. 1/3 więzionych żołnierzy. Co ważne, do domów zwolniono wyłącznie żołnierzy niższych stopniem – żadnych oficerów. Większość tych ostatnich uwięziono w trzech obozach: Kozielsku (położonym na południowy wschód od Smoleńska), Ostaszkowie (w rejonie Kalinina) i Starobielsku (niedaleko Charkowa na wschodniej Ukrainie). Wraz z oficerami trafiło do nich także wielu innych prominentnych obywateli – lekarzy, prawników, uczonych i pisarzy. NKWD w oczywisty sposób kontynuowało zatem ewidentną już w pierwszych dniach inwazji politykę wymierzoną w szczególności przeciwko polskiej inteligencji.
Zycie w tych obozach na jesieni, choć dalekie od wygód, nie było jak na sowieckie standardy szczególnie naznaczone represjami. Więźniowie zostali zaszczepieni na niektóre choroby, w tym na tyfus i ospę, a także pozwolono im pisać i otrzymywać listy. Dokument NKWD z 1 grudnia 1939 r. pokazuje jednak, iż władze sowieckie nie uważały uwięzionych Polaków za zwykłych jeńców wojennych -uznano ich za „kontrrewolucjonistów”. Jako tacy mogli być poddani śledztwu, a następnie „ukarani” za swoje „zbrodnie”. Do obozów wysłano śledczych NKWD, którzy miesiącami przesłuchiwali więźniów. Ich zadaniem było sprawdzić, jak dużą wolę współpracy przejawiają Polacy oraz czy niektórzy spośród nich są gotowi zostać komunistami. Większość jeńców mocno trzymała się swojego tradycyjnego systemu przekonań, zakorzenionego w gorliwym katolicyzmie, który był im tak drogi w ich ojczyźnie. Wygląda na to, że w pierwszych tygodniach 1940 r., po dokonaniu przez NKWD oceny każdego z więźniów, w sowieckich służbach bezpieczeństwa istniało przekonanie, iż Polacy zostaną zesłani, jak to się normalnie odbywało, do obozów w ramach systemu Gułag. 5 marca polityka nagle zmieniła się na taką, której częścią był mord.
Wiemy, że Stalin miał do Polski stosunek bardzo emocjonalny. Jego predyspozycja do tego, aby nienawidzić Polaków i nie ufać im, musiała być podsycana przez wiadomości, które otrzymał w lutym od Berii. Według niego polscy więźniowie nie rokowali szans na poprawę. Z późniejszych wypowiedzi Stalina, które znamy z jego rozmów z aliantami, wynika, że nie miał on nigdy zamiaru oddać żadnemu przyszłemu rządowi polskiemu terytorium, które od jesieni 1939 r. znajdowało się pod okupacją Związku Radzieckiego. W tych okolicznościach członkowie polskiej elity przetrzymywani przez Sowietów uważani byli za szczególnie niebezpiecznych. Większość z nich nie ukrywała, że jeśli kiedykolwiek powrócą do okupowanej przez Rosjan wschodniej Polski, będą działać – choćby w sposób rewolucyjny – na rzecz obalenia ich władzy.
Innym czynnikiem, który mógł mieć wpływ na sposób myślenia Stalina, była jego coraz większa wiedza na temat działań i mentalności nazistów. Kontakt z hitlerowcami okupującymi zachodnią Polskę był utrzymywany nie tylko dzięki pracom komisji granicznej, ale także poprzez wymianę tysięcy więźniów. W październiku 1939 r. członkowie Gestapo i NKWD spotkali się nawet we Lwowie, aby omówić wspólne interesy. Do kolejnego spotkania, tym razem Heinricha Himmlera, szefa SS, z Mierkulowem, zastępcą Berii, doszło w listopadzie 1940 r. w Berlinie. Dzięki nim Stalin wiedział o represjach, jakie naziści stosowali w zachodniej Polsce. W ramach swojej brutalnej polityki czystek etnicznych hitlerowcy przemieszczali duże grupy ludności polskiej z miejsca na miejsce, deportując setki tysięcy ludzi na wschodnie tereny okupowanej przez siebie części Polski. Jednocześnie włączali do Rzeszy inne tereny – np. Gdańsk i Prusy Zachodnie oraz obszar wokół Poznania, nazywany przez nich Warthegau. Dodatkowo naziści zamykali polskich Żydów w gettach, a także tropili przedstawicieli polskiej inteligencji i wysyłali ich do obozów koncentracyjnych. Nowe badania sugerują, iż niektóre akcje – jak np. aresztowanie przez nazistów polskich uczonych w Krakowie w listopadzie 1939 r. i aresztowania przeprowadzone w tym samym czasie przez NKWD na Uniwersytecie Lwowskim – były omawiane i koordynowane przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa III Rzeszy i Związku Radzieckiego. Wszystko to czyni bardziej prawdopodobną tezę, że Stalin i Beria obserwowali radykalny sposób, w jaki naziści przekształcali zachodnią Polskę, i w konsekwencji sami zdecydowali się na bardziej stanowcze działania.
Dokładny wpływ zachowania nazistów na poczynania Sowietów pozostaje nieznany, jednak na podstawie dostępnych dowodów uprawnione jest przypuszczenie, iż byli oni świadomi korzyści płynących z wyeliminowania polskiej klasy przywódczej. Takie działanie musiało też wydawać się im pozbawione ryzyka, w jaki bowiem sposób zbrodnia mogła zostać kiedykolwiek odkryta? I gdyby Beria zamiast lasu katyńskiego wybrał inne miejsce dokonania tej zbrodni, położone bardziej na wschód, mord ten nie zostałby upubliczniony w czasie wojny. Być może wiedza na jego temat nawet dzisiaj pozostałaby tajna.
Wiedząc, że działają bezkarnie, Stalin i jego towarzysze podpisali rozkaz z 5 marca. Mówił on o tym, iż Polacy mają zostać pobieżnie „wybadani w ramach specjalnej procedury”, a jeśli w wyniku śledztwa uzna się ich za niepotrzebnych – rozstrzelani. Rozkaz ten dotyczył niemal 15 tys. Polaków przebywających w trzech obozach oraz około 11 tys. obywateli polskich, pośród których wielu było pochodzenia ukraińskiego lub białoruskiego, aresztowanych za „działalność kontrrewolucyjną” i przetrzymywanych w więzieniach. „Badanie [Polaków przebywających w obozach jenieckich] w ramach specjalnej procedury” było oczywistą blagą. Niemal wszyscy zostali skazani na śmierć po przejrzeniu ich akt przez komitet trzech: Mierkułowa, Basztakowa i Kobułowa. Mniej niż 400 Polaków uniknęło egzekucji – niemal wszyscy z nich przesłuchiwani wcześniej przez NKWD powiedzieli, że są gotowi zostać w Związku Radzieckim.
Spośród 11 tys. osób przetrzymywanych w więzieniach zabitych miało zostać nieco ponad 7 tys. Zatem według sowieckich danych – tajnych aż do upadku komunizmu – w wyniku rozkazu z 5 marca stracono 21857 osób.
Wydać rozkaz zabicia wielu tysięcy ludzi to jedno, co innego go wykonać. Przez to, że Stalin i przywódcy sowieccy, wydając lekką ręką rozkaz wymordowania takiej liczby obcokrajowców, zdecydowali się wkroczyć na nowy obszar działania, na NKWD spadło zadanie wprowadzenia go w życie.
W jaki sposób NKWD zabrało się do wykonania tego makabrycznego zadania, dowiedzieliśmy się w 1991 r., kiedy rosyjski prokurator wojskowy przesłuchiwał generała Dimitrija Tokariewa, byłego szefa NKWD na okręg kaliniński. Ujawnił on, iż wspólnie z dwoma innymi oficerami NKWD został w marcu 1940 r. wezwany na spotkanie w Moskwie, na którym został poinformowany przez Bogdana Kobułowa, zastępcę szefa NKWD, że na „najwyższym szczeblu” zapadła decyzja o rozstrzelaniu Polaków. Tokariew zapytał, czy może zostać po spotkaniu i porozmawiać z Kobułowem na osobności. Według Tokariewa, kiedy zostali już sami, miał on powiedzieć: „W życiu nie brałem udziału w takiej operacji!”, na co Kobułow miał gniewnie odpowiedzieć: „Liczymy na was!”
Tokariew wrócił do domu i zarządził w kalinińskim więzieniu przygotowania do egzekucji – dwa pokoje wyściełano zamszem w celu wytłumienia huku wystrzałów. Każdy więzień musiał najpierw stanąć przed przedstawicielem NKWD, który sprawdzał jego nazwisko na liście, żeby upewnić się, że zabijają właściwą osobę. Potem zakuwano więźnia w kajdanki i zabierano do sąsiedniego pokoju, w którym strzelano mu w tył głowy. Ciało usuwano, a cały proces powtarzał się z następną osobą.
Pierwszy transport Polaków z obozu w Ostaszkowie dotarł do kalinińskiego więzienia w kwietniu. „Pierwszej nocy przywieziono trzystu ludzi”, ujawnił Tokariew. „To było zbyt wiele. Noc była za krótka, a mogliśmy pracować wyłącznie w nocy. Później przywozili 250 ludzi każdej nocy”. Wielu niższej rangi funkcjonariuszom NKWD, w tym kierowcom i strażnikom, kazano wziąć udział w zabijaniu. Jeden z nich, Błochin, ubrany był w specjalny strój – fartuch z brązowej skóry, skórzane rękawice i czapkę. „Robił na mnie okropne wrażenie”, mówił Tokariew. Jak na ironię sowieccy zabójcy użyli niemieckich pistoletów Walther, były one bowiem mniej zawodne niż te będące na wyposażeniu Armii Czerwonej. Jednak nawet lepsza niemiecka broń zużywała się od tak intensywnego użycia i Tokariew pamięta, że mordercy musieli wziąć ze sobą „walizkę” zapasowych pistoletów. Ujawnił też, że egzekucje trwały około miesiąca – odbywały się zawsze nocą. Kiedy już zamordowano Polaków w kalinińskim więzieniu, wydano bankiet, aby uczcić to „osiągnięcie”. Tokariew twierdzi, że w nim nie uczestniczył.
Mord na polskich więźniach ze Starobielska, drugiego z trzech obozów jenieckich, który odbył się w więzieniu NKWD w Charkowie, przebiegał w bardzo podobny sposób. Tu także egzekucje urządzano nocą, a każdy więzień ginął od strzału w tył głowy. Ich ciała wywożono ciężarówkami i grzebano – jak te z więzienia kalinińskiego – w masowych grobach w pobliskich lasach.
Zabójstwa więźniów z obozu w Kozielsku różniły się od tych z dwóch poprzednich. Odosobniony las katyński, który miał stać się miejscem ich spoczynku, był także miejscem zbrodni. Nina Wojewodzkaja, która w 1940 r. była 11-letnią dziewczynką, widziała Polaków przetrzymywanych w wagonach na bocznicy niedaleko stacji Gniezdowo, kilka mil od lasu katyńskiego. Weszła na ten chroniony teren, ponieważ jej wujek, oficer NKWD, powiedział do niej i jej młodszej siostry: „Jeśli chcecie, pokażę wam Polaków”. Przeprowadził je przez posterunki strażników NKWD na bocznicę, na której stało kilka wagonów „z zakratowanymi oknami”.
– Polacy machali nam na powitanie – mówi Nina. – Byli młodzi, mieli na sobie wojskowe mundury. Nawet teraz pamiętam, jacy byli przystojni.
Wcześniejsze raporty sugerowały, że wszystkich Polaków w ciągu jednej nocy zabrano ze stajni do lasu. Tymczasem jeden z prokuratorów oddelegowanych w 1990 r. przez władze rosyjskie do zbadania sprawy katyńskiej potwierdził prawdziwość opowieści Niny Wojewódzkiej. Obecnie wygląda na to, iż od czasu do czasu zabójcy w lesie nie radzili sobie ze zbyt dużą liczbą ludzi do zabicia, dlatego część jeńców czekała w wagonach stojących na bocznicach stacji Gniezdowo przez dzień lub dłużej, pilnowana przez NKWD. Chociaż to, że na Ninie Wojewódzkiej Polacy zrobili wrażenie radosnych, może wydawać się absurdalne, to jest jednak zgodne z historią, jaką znamy. Wśród Polaków panowało bowiem przekonanie, że jadą do obozów pracy. Pojawiły się też pewne oznaki lepszego traktowania, dodające im otuchy: każdy z więźniów otrzymał jedzenie na drogę i został zaszczepiony przeciwko różnym chorobom. Kto by robił zastrzyki ludziom, którzy zaraz mieli zostać zamordowani?
Ze stacji Gniezdowo podzielonych na grupy Polaków ciężarówki NKWD wywoziły do lasu. Dla miejscowych wkrótce stało się oczywiste, co w nim się działo. Rosyjski rolnik O. Kisseljew powiedział Niemcom w 1943 r.: „Wiosną 1940 r. przez okres od 4 do 5 tygodni codziennie wjeżdżało do lasu od 3 do 4 ciężarówek wyładowanych ludźmi (…). Słyszałem strzały i krzyki mężczyzn (…). W mojej okolicy nie było tajemnicą, że NKWD rozstrzeliwuje Polaków”.
Nikt nie wie na pewno, dlaczego polskich jeńców zabito w lesie katyńskim, a nie w więzieniu NKWD w pobliskim Smoleńsku, by dopiero potem pochować ich w Katyniu. Stało się tak być może dlatego, że las był otoczony ogrodzeniem – przez lata był to obszar chroniony – oraz dlatego, że w znajdował się tam mały domek, którego NKWD mogło użyć jako bazy. Być może okoliczności te sprawiły, że w tym jednym wypadku, wyjątkowo, pomyślano, iż łatwiej będzie mordować Polaków nad ich grobami.(…)”


Laurence Rees “Za zamkniętymi drzwiami. Kulisy II wojny światowej”
fragment w przekładzie Miłosza Habury

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

ŻAŁOBA

zaloba

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała, dziennik duszy | 21 komentarzy

ZŁA SŁAWA

Nie bój się złej sławy,
chociaż ma złą opinię
jedność naszej gromady
w dzielnicy, co ma złe imię.

Sława zniesławia ludzi dobrych,
zamienia ich organizm
w strzęp ludzki. Modły,
nie zmienią o nich złej famy.

Chodźcie za mną, ludzie ulicy,
chodźcie za mną, ludzie złego losu,
chodźcie, by słyszeć, gdy fałszywy głos milczy,
chodźcie, by nikt inny nie usłyszał głosu!

Śpiewajcie w starej dzielnicy miasta
o złej sławie, gdzie dobrem jest zbrodnia,
śpiewajcie, ludzie dobrzy, niech wzrasta
w was śpiew nocy, aż do dnia!

Jak dobrze jest spędzić noc w starej dzielnicy
nie bójcie się jej złej sławy, pieśniarze,
sami zobaczycie o świcie,
jak śpiew się w szlachetnym wyścigu rozżarzy!

Nie bój się złej sławy,
w nią się bezwiednie wzrasta,
los jest niełaskawy,
dla złej sławy dzielnicy miasta!

Świat mówi, że w niej rządzi
tylko zło i pogarda,
pieśnią losu połączmy
i muzyka, i barda.

Nie zawsze mówiono potem,
że ludzie w dzielnicy starej
są obrzucani błotem,
żyjąc szacowanie dalej.

Nie zawsze było tak, jak opowiadano,
nie zawsze panowała tu zbrodnia,
śpiewano o tym nad ranem
dla każdego przechodnia.

Sława zniesławia dobrych ludzi
każe żyć im w ukryciu,
wcześniej mieli swój udział
w spokojnym, dobrym życiu.

tekst na podstawie „Fado Lopes”
wyk.Ricardo Ribeiro, Pedro Moutinho  (ostatni w kolejności)

Casa de Fados

Fado Lopes wyk.Ricardo Ribeiro i Pedro Moutinho

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | 7 komentarzy

Tadeusz Dąbrowski wstęp, wybór i red. „Poza słowa: antologia wierszy 1976-2006”

W posłowi do tej gigantycznej (ponad sześćset stron formatu A4) antologii wierszy, obejmującej trzydzieści lat polskiej poezji współczesnej, Marian Stala, po buchalteryjnej segregacji autorów w pęczki, ścieżki i grupki napisał z rezygnacją:

„(…)Czy tak tylko można czytać i rozumieć tę antologię? Oh, można ją czytać zupełnie inaczej… i znajdować w niej odmienne sensy i porządki. I opatrywać te sensy szczegółowymi komentarzami. Sprawdzenie tej oczywistości pozostawiam Czytelnikom.(…)”

Ale w tej przecież niedawnej diagnozie sytuacji polskiej poezji, jaką jest ta antologia, wydanej przez “Słowo/obraz Terytoria” raptem cztery lata temu, nie lisie posłowie Mariana Stali, by nikogo broń Boże nie obrazić jest ważne, ale podsumowujący aneks krytyczny oraz wybór poetów, którzy ten stan reprezentują.

Aneks krytyczny to druga część antologii, złożony właściwie tylko z dokumentów epoki, czyli z przedruków dyskusji na temat czasów, w których poezja była tworzona, i w jakich do publicznej wiadomości się przedostała.
Ze względu na ogrom zawartego tam materiału ograniczę się do kilku uwag nasuwających mi się, nie powiem, po bardzo interesującej mnie lekturze, bo zazwyczaj w „Aneksie krytycznym” występują te same osoby, które biorą też udział w części pierwszej, czyli zbiorze wierszy 135 autorów.

I, jak poeta Tadeusz Dąbrowski, autor antologii donosi o gigantycznej pracy własnej: „Lektura ponad tysiąca książek poetyckich, w większości po prostu książek z wierszami, ich wybierania do tego zbioru” to jako matka syna w wieku Redaktora Dąbrowskiego przejęłam się bardzo, jaki to ciężar wielki na jednego poetę spadł, podobny do przerzucenia przez Marię Skłodowską ton rudy uranowej, by wydobyć gram polonu!
Ale przyjrzawszy się tej piekielnej robocie segregacyjnej mającej wyłonić reprezentatywną reprezentację poetów 30 lat, a czytamy, że wiersze wybrano najpiękniejsze – nie bardzo widzę, by Tadeusz Dąbrowski aż tak bardzo się namęczył.

Recepta według której działał jest prosta i bynajmniej nie męcząca:

Bierzemy trochę kobiet, nie za dużo, ot 17 sztuk. Kilka żon poetów (np. Anna Janko, Agnieszka Wolny Hamkało), musowo te co dostały Nagrodę Kościelskich, bo zaraz mamy za kobietami tę kategorię: dwie kobiety z Nagrodą Kościelskich (Marzanna Bogumiła Kielar, Jolanta Stefko) i kilka redaktorek, najchętniej Naczelnych (Joanna Mueller, Krystyna Lars). Poetki nie nalezą do kategorii teologów, nie pobrano żadnej zakonnicy ani osoby przynależnej innej religii, gdzie płeć nie ma znaczenia. W kategorii teologów mamy więc tylko mężczyzn, trzech księży, ale tylko katolickich: Janusza Stanisława Pasierba, Wacława Oszajcę, Jerzego Szymika. W kategorii redaktorów (najczęściej Naczelnych), jest aż 28 sztuk: Zbigniew Joachimiak, Władysław Zawistowski, Piotr Sommer, Kazimierz Brakoniecki, Wacław Oszajca, Krzysztof Kuczkowski, Piotr Mitzner, Jan Polkowski, Antoni Pawlak, Jerzy Jarniewicz, Janusz Drzewucki, Konstanty Puzyna, Marcin Baran, Andrzej Niewiadomski, Andrzej Sosnowski, Robert Tekieli, Darek Foks, Mariusz Grzebalski, Michał Kaczyński, Dariusz Sośnicki, Wojciech Bonowicz, Stanisław Dłuski, Roman Honet, Wojciech Boros, Jarosław Lipszyc, Tadeusz Dąbrowski, Michał Piotrowski, Paweł Lekszycki.
Laureatów Nagrody Fundacji im. Kościelskich mężczyzn mamy 15: Jacek Dehnel, Tadeusz Dąbrowski, Adam Wiedemann, Wojciech Wencel, Andrzej Stasiuk, Marcin Świetlicki, Andrzej Sosnowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Maciej Niemiec, Jacek Podsiadło, Marek Wojdyło, Antoni Pawlak, Jan Polkowski, Grzegorz Musiał.
Jak widać wiele nazwisk mieści się w tych dwóch kategoriach, a jest jeszcze kilku poetów patriotów, do których zaliczyłabym barda Jacka Kaczmarskiego i męczennika, Grzegorza Przemyka. Jest jeden rektor wyższej uczelni, Tadeusz Sławek i dwaj poeci, mężowie żon posiadających wydawnictwa: Andrzej Stasiuk i Karol Maliszewski. Reszta, która się znalazła w antologii nie wiadomo dlaczego jest naprawdę ilością śladową, jak w każdej recepcie ilość przeznaczona na rozkurz. By nie obrażać tych, którzy zostali zakwalifikowani przez Redaktora Dąbrowskiego z niewiadomych przyczyn, można dywagować i konfabulować. Np., być może, że poeta Wojciech Kass Dyrektor Muzeum K. I. Gałczyńskiego w Praniu, czy Janusz Szuber, wypromowany przez Zbigniewa Herberta, znaleźli się poprzez wprowadzenie ich przez poetów wielkich. Albo Ryszard Kapuściński, za przyczyną międzynarodowej sławy.

Przeczytałam kilkakrotnie wszystkie wiersze 135 poetów antologii, co nie jest trudne, ani czasochłonne, bo reprezentanci uwidaczniają się w zaledwie trzech, czterech wierszach, a np. redaktor bruLionu, wierszami niezwykle oszczędnymi, pozbawionymi nawet, pewnie dla oszczędności i skromności, wielu liter w słowach.
Ponieważ tak podany autor nie może być w żaden sposób zapoznany bez całej jego twórczości, te zwiastuny zaledwie, te jaskółki poezji nie czynią, ani jej nie negują. Czasy były trudne.

I o tych właśnie czasach marnych, w które poetów polskich zły los wrzucił, mówi „Aneks krytyczny”.
I gdyby był to zwykły, kuchenny aneks, w którym poczulibyśmy się po domowemu, gdzie gawędzi się krojąc cebulę i miesi ciasto, może dałoby się rzecz poezji polskiej rozwikłać. Ale nie. Aneks przypomina gromadę polityków, którzy od lat siedzą w polityce, zmieniają tylko partie i ugrupowania, i cały czas, jak się spotkają na jakiejś spektakularnej politycznej biesiadzie telewizyjnej, narzekają na złe ustawy. Ponieważ oni je ustanawiają, więc trudno szukać gdzieś winnych. Podobnie mamy w tym „Aneksie”: kilkudziesięciu autorów artykułów krytycznych, które pojawiły się na przestrzeni tych 30 lat w „Nowym wyrazie”, „Życiu Literackim”, „Tygodniku Powszechnym”, „Odrze”, i innych, liczących się pismach literackich, o niczym innym nie piszą tylko właśnie o tym, że polska poezja nie wykorzystuje swojego potencjału. Albo zmieniające się grupy trzymające poetycką władzę idą za modą, stadnie czytają Kępińskiego i Canettiego, albo wieszają się epigońsko na Zagajewskim i powielają jego estetykę, albo są zbyt prywatni i nie łączą się z absolutem, lub są zbyt religijni, by Boga nie zsyłać na ziemię (głos księży krytyków).
Najwięcej poświęcono kontestacji „bruLionu”, chwaląc w konsekwencji nawrócenie religijne Tekielego, ale i doceniając bunt poetów nareszcie wyszukanych spoza układu.

Trudno jednak nie dostrzec wsobności głosów, które z taką troską i poświęceniem ubolewają nad upadkiem polskiej poezji. Bo, cokolwiek by nie wyczytać z tej minorowej polifonii, nie ma tam ani zachwytów, ani nadziei na pojawienie się Wielkiego Polskiego Poety. I słusznie, bo wiersze trzydziestu lat polskiej poezji są zapisem poprawności języka polskiego, a nie doświadczeniem ducha, który w ani jednym wierszu konsekwentnie nie zagościł.

* * *
wiersz o polsce

jeszcze nie przyszedł
czekają na niego
coraz bardziej zniecierpliwieni
polscy poecipolscy poeci
poeci z krakowa z warszawy z Wrocławia
z gdańska z kozich wólek
polscy poeci z getyngi z paryża
z chicago kapsztadu sydney
ze lwowa wilna

wiersz o polsce

podobno widziano go nad bałtyckim morzem
na plaży w ustce pod wieczór
nagi wszedł do wody i popłynął(…)”
[Piotr Cielesz fragment ***]

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 53 komentarze

“CUBA” str. 55

056

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

BLOGI XXVII (choroba niedoli)

W mnogości chorujących blogów, blogi porażone chorobą niedoli są najdramatyczniejsze, ponieważ zazwyczaj są nieuleczalne. Zapadają na tę straszną chorobę wskutek niesprawiedliwości wyrządzonej wcześniej blogerowi tak wielkiej, że nikt z cierpiących i upokorzonych nie może sobie wyobrazić skali zadanego porażonemu śmiertelnego ciosu.

Jedynym lekarstwem na uwolnienie bloga z niewoli, w którą wpadł wskutek wcześniejszych działań innych ludzi lub grup społecznych, jest przyjaźń. Jest nią działalność blogowa w oparciu o uczucia wyższe, dające mu siłę przezwyciężenia niedoli: działalność w imię spraw wyższych i uczuć wyższych.
Niestety, blog porażony niedolą jest zamknięty definitywnie na wszelkie sygnały sympatii, na kosmiczne impulsy, które w mroku w jakim się znalazł, byłyby dla niego drogowskazem, kierunkiem dla dalszego działania. Jest to niemożliwe, ponieważ jego właściciel nie jest w stanie ich odczytać i jest ich istnienia nieświadomy.

Nie cierpi fizycznie i jak w wypadku depresji, nie jest ani smutny, ani pozbawiony energii. Natomiast jest zupełnie oderwany od życia i w pewnym sensie jest go pozbawiony, czyli jest martwy. Alienacja jest tak głęboka, że blog staje się absolutnie głuchy na wszelkie impulsy zewnętrzne. Ponieważ nastąpiło coś tak radykalnie złego w życiu blogera, został tak dotkliwie skrzywdzony, że wytwarza się w nim całkowity chłód emocjonalny i brak możliwości dojrzenia kogokolwiek z zewnątrz. Dusza została w nim zamordowana przez wielkie skrzywdzenie i niesprawiedliwość, co powoduje nieodwracalne uwięzienie w niedoli. Ponieważ nie ma dla bloga żadnego ratunku wskutek zamknięcia w wewnętrznym więzieniu, bloger pozostaje w stanie hibernacji, którą z czasem akceptuje, a nawet jej pożąda. Następuje zerwanie więzi społecznych, zimno bijące z tak porażonego bloga wytwarza pogardę i nienawiść. Wszelkie dobro skierowane w jego kierunku nie tylko nie może być przyjęte, ale nawet potęguje i nakierowuje swój gniew na darczyńcę, odczuwając z jego strony tylko głębokie zranienie. Umacnia i sprzyja niedoli też kłamstwo, jako działanie przeciwne prawdzie i wszelkim wyzwoleńczym impulsom, do których należy miłość.

Przyjaźń, to stan, w którym dwie istoty chcą się połączyć i stanowić jedność. Nieważne jest, gdzie się miłujący znajduje i ich cielesne oddalenie nie stanowi żadnej przeszkody. Blog uwięziony w niedoli nie potrafi się z niczym połączyć, ponieważ utracił taką potrzebę. Dryfuje w Sieci i nawet jak ma liczną publiczność, zawsze jest sam. Mniej cierpi, jak robi się bardziej zły.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | 7 komentarzy

PRZYJAŹŃ

Utracona przyjaźń
nigdy nie wróci,
fałszywy jest miraż
wznawianych uczuć,
fałszywe powroty,
i znów porzucenia…

Nikt nie da za darmo, bez myśli i o tym
rewanżu z naddatkiem, bez żądz i kupczenia.
Nikt nic nie poświęci, nie odda ci gratis
bez targu rachunku, byś płacił z haraczem.

Nie biorąc nic w zamian
nie myśląc o stracie,
możliwość kochania
da tylko przyjaciel…

tekst na podstawie „Fado Corrido”
wyk.
Vicente da Câmara (pierwszy w kolejności)

Vicente da Câmara Fado Corrido

Casa de Fados

Zaszufladkowano do kategorii nie biorę udziału w... | Dodaj komentarz