Andrew Williams , Laurence Rees „Kulisy II wojny światowej (World War Two – Behind Closed Doors)” 2008

„(…) Zbrodnia katyńska.
5 marca 1940 r. Stalin i członkowie Biura Politycznego Woroszyłow, Mikojan i Mołotow osobiście podpisali propozycję Berii, która doprowadziła do wymordowania ponad 20 tys. prominentnych obywateli wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Wielu spośród nich było oficerami Wojska Polskiego. Świat dowiedział się o tej zbrodni w kwietniu 1943 r., kiedy Niemcy, okupujący wówczas obszar wokół miasta Smoleńsk w zachodniej części ZSRR, odkryli masowy grób w lesie zwanym Katyń (w rzeczywistości było to jedno z trzech miejsc, w których NKWD grzebało ciała swoich ofiar). Nazwa ta miała często przewijać się w przyszłych rozmowach między aliantami a Związkiem Radzieckim.
Zbrodnia katyńska (nazwa jednego z miejsc pochówku, w którym znaleziono ponad 4 tys. ciał, stała się w sposób nieco mylący nazwą, pod jaką znana jest ta zbrodnia) jest ważna z wielu powodów; także dlatego, że odzwierciedlała charakter Stalina i jego serdecznych przyjaciół. Co prawda w Związku Radzieckim zdarzały się wcześniej egzekucje wyselekcjonowanych grup, ale z pewnością nigdy przedtem nie próbowano zrobić niczego na skalę eksterminacji całego korpusu oficerskiego. Do czasu Katynia „normalnym” sposobem radzenia sobie z dużymi grupami uznawanymi za niebezpieczne była dla reżimu stalinowskiego deportacja. Wskaźnik śmiertelności w różnych obozach sowieckiego systemu kolonii karnych (znanych pod nazwą Gułag) był zróżnicowany, ale mógł wynosić nawet i 20 proc. w ciągu roku. Taki los spotkał na przykład dużą część polskich podoficerów i zwykłych żołnierzy, wziętych przez Armię Czerwoną do niewoli jesienią 1939 r.
Gieorgij Dragunow, oficer Armii Czerwonej stacjonujący na wschodnich terenach okupowanej Polski, wspomina: – Deportacje nie były dla nas niespodzianką, widzieliśmy je już wcześniej. W latach trzydziestych mieszkałem nieopodal torów kolejowych i ciągle widziałem pociągi pełne ludzi (…). Uważałem to za normę: skoro z Moskwy jechały na Syberię pociągi pełne zesłańców, dlaczego takich ludzi miałoby nie być w zachodniej Białorusi [część okupowanej wschodniej Polski]. Zostaliśmy tak wychowani, żeby wierzyć, iż ci ludzie byli wrogami ludu i musieli zostać deportowani. Dopiero teraz wiem, że to byli najbardziej wartościowi ludzie. Trzeba jednak przeżyć życie, żeby to zrozumieć.
Zatem jeśli deportacje były „normalną” – a w rzeczywistości często akceptowaną – częścią życia w Związku Radzieckim rządzonym przez Stalina, dlaczego tych polskich obywateli potraktowano inaczej i wymordowano en masse?
Dokumenty NKWD pozwalają dostrzec kilka możliwych powodów, dla których doszło do zbrodni. Po pierwsze, z powodu nagłego napływu około ćwierci miliona polskich jeńców wojennych jesienią 1939 r. sowiecki system kolonii karnych był u kresu wytrzymałości. Stanowiło to tak duży problem, iż wkrótce wydano rozkazy zezwalające na zwolnienie ok. 1/3 więzionych żołnierzy. Co ważne, do domów zwolniono wyłącznie żołnierzy niższych stopniem – żadnych oficerów. Większość tych ostatnich uwięziono w trzech obozach: Kozielsku (położonym na południowy wschód od Smoleńska), Ostaszkowie (w rejonie Kalinina) i Starobielsku (niedaleko Charkowa na wschodniej Ukrainie). Wraz z oficerami trafiło do nich także wielu innych prominentnych obywateli – lekarzy, prawników, uczonych i pisarzy. NKWD w oczywisty sposób kontynuowało zatem ewidentną już w pierwszych dniach inwazji politykę wymierzoną w szczególności przeciwko polskiej inteligencji.
Zycie w tych obozach na jesieni, choć dalekie od wygód, nie było jak na sowieckie standardy szczególnie naznaczone represjami. Więźniowie zostali zaszczepieni na niektóre choroby, w tym na tyfus i ospę, a także pozwolono im pisać i otrzymywać listy. Dokument NKWD z 1 grudnia 1939 r. pokazuje jednak, iż władze sowieckie nie uważały uwięzionych Polaków za zwykłych jeńców wojennych -uznano ich za „kontrrewolucjonistów”. Jako tacy mogli być poddani śledztwu, a następnie „ukarani” za swoje „zbrodnie”. Do obozów wysłano śledczych NKWD, którzy miesiącami przesłuchiwali więźniów. Ich zadaniem było sprawdzić, jak dużą wolę współpracy przejawiają Polacy oraz czy niektórzy spośród nich są gotowi zostać komunistami. Większość jeńców mocno trzymała się swojego tradycyjnego systemu przekonań, zakorzenionego w gorliwym katolicyzmie, który był im tak drogi w ich ojczyźnie. Wygląda na to, że w pierwszych tygodniach 1940 r., po dokonaniu przez NKWD oceny każdego z więźniów, w sowieckich służbach bezpieczeństwa istniało przekonanie, iż Polacy zostaną zesłani, jak to się normalnie odbywało, do obozów w ramach systemu Gułag. 5 marca polityka nagle zmieniła się na taką, której częścią był mord.
Wiemy, że Stalin miał do Polski stosunek bardzo emocjonalny. Jego predyspozycja do tego, aby nienawidzić Polaków i nie ufać im, musiała być podsycana przez wiadomości, które otrzymał w lutym od Berii. Według niego polscy więźniowie nie rokowali szans na poprawę. Z późniejszych wypowiedzi Stalina, które znamy z jego rozmów z aliantami, wynika, że nie miał on nigdy zamiaru oddać żadnemu przyszłemu rządowi polskiemu terytorium, które od jesieni 1939 r. znajdowało się pod okupacją Związku Radzieckiego. W tych okolicznościach członkowie polskiej elity przetrzymywani przez Sowietów uważani byli za szczególnie niebezpiecznych. Większość z nich nie ukrywała, że jeśli kiedykolwiek powrócą do okupowanej przez Rosjan wschodniej Polski, będą działać – choćby w sposób rewolucyjny – na rzecz obalenia ich władzy.
Innym czynnikiem, który mógł mieć wpływ na sposób myślenia Stalina, była jego coraz większa wiedza na temat działań i mentalności nazistów. Kontakt z hitlerowcami okupującymi zachodnią Polskę był utrzymywany nie tylko dzięki pracom komisji granicznej, ale także poprzez wymianę tysięcy więźniów. W październiku 1939 r. członkowie Gestapo i NKWD spotkali się nawet we Lwowie, aby omówić wspólne interesy. Do kolejnego spotkania, tym razem Heinricha Himmlera, szefa SS, z Mierkulowem, zastępcą Berii, doszło w listopadzie 1940 r. w Berlinie. Dzięki nim Stalin wiedział o represjach, jakie naziści stosowali w zachodniej Polsce. W ramach swojej brutalnej polityki czystek etnicznych hitlerowcy przemieszczali duże grupy ludności polskiej z miejsca na miejsce, deportując setki tysięcy ludzi na wschodnie tereny okupowanej przez siebie części Polski. Jednocześnie włączali do Rzeszy inne tereny – np. Gdańsk i Prusy Zachodnie oraz obszar wokół Poznania, nazywany przez nich Warthegau. Dodatkowo naziści zamykali polskich Żydów w gettach, a także tropili przedstawicieli polskiej inteligencji i wysyłali ich do obozów koncentracyjnych. Nowe badania sugerują, iż niektóre akcje – jak np. aresztowanie przez nazistów polskich uczonych w Krakowie w listopadzie 1939 r. i aresztowania przeprowadzone w tym samym czasie przez NKWD na Uniwersytecie Lwowskim – były omawiane i koordynowane przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa III Rzeszy i Związku Radzieckiego. Wszystko to czyni bardziej prawdopodobną tezę, że Stalin i Beria obserwowali radykalny sposób, w jaki naziści przekształcali zachodnią Polskę, i w konsekwencji sami zdecydowali się na bardziej stanowcze działania.
Dokładny wpływ zachowania nazistów na poczynania Sowietów pozostaje nieznany, jednak na podstawie dostępnych dowodów uprawnione jest przypuszczenie, iż byli oni świadomi korzyści płynących z wyeliminowania polskiej klasy przywódczej. Takie działanie musiało też wydawać się im pozbawione ryzyka, w jaki bowiem sposób zbrodnia mogła zostać kiedykolwiek odkryta? I gdyby Beria zamiast lasu katyńskiego wybrał inne miejsce dokonania tej zbrodni, położone bardziej na wschód, mord ten nie zostałby upubliczniony w czasie wojny. Być może wiedza na jego temat nawet dzisiaj pozostałaby tajna.
Wiedząc, że działają bezkarnie, Stalin i jego towarzysze podpisali rozkaz z 5 marca. Mówił on o tym, iż Polacy mają zostać pobieżnie „wybadani w ramach specjalnej procedury”, a jeśli w wyniku śledztwa uzna się ich za niepotrzebnych – rozstrzelani. Rozkaz ten dotyczył niemal 15 tys. Polaków przebywających w trzech obozach oraz około 11 tys. obywateli polskich, pośród których wielu było pochodzenia ukraińskiego lub białoruskiego, aresztowanych za „działalność kontrrewolucyjną” i przetrzymywanych w więzieniach. „Badanie [Polaków przebywających w obozach jenieckich] w ramach specjalnej procedury” było oczywistą blagą. Niemal wszyscy zostali skazani na śmierć po przejrzeniu ich akt przez komitet trzech: Mierkułowa, Basztakowa i Kobułowa. Mniej niż 400 Polaków uniknęło egzekucji – niemal wszyscy z nich przesłuchiwani wcześniej przez NKWD powiedzieli, że są gotowi zostać w Związku Radzieckim.
Spośród 11 tys. osób przetrzymywanych w więzieniach zabitych miało zostać nieco ponad 7 tys. Zatem według sowieckich danych – tajnych aż do upadku komunizmu – w wyniku rozkazu z 5 marca stracono 21857 osób.
Wydać rozkaz zabicia wielu tysięcy ludzi to jedno, co innego go wykonać. Przez to, że Stalin i przywódcy sowieccy, wydając lekką ręką rozkaz wymordowania takiej liczby obcokrajowców, zdecydowali się wkroczyć na nowy obszar działania, na NKWD spadło zadanie wprowadzenia go w życie.
W jaki sposób NKWD zabrało się do wykonania tego makabrycznego zadania, dowiedzieliśmy się w 1991 r., kiedy rosyjski prokurator wojskowy przesłuchiwał generała Dimitrija Tokariewa, byłego szefa NKWD na okręg kaliniński. Ujawnił on, iż wspólnie z dwoma innymi oficerami NKWD został w marcu 1940 r. wezwany na spotkanie w Moskwie, na którym został poinformowany przez Bogdana Kobułowa, zastępcę szefa NKWD, że na „najwyższym szczeblu” zapadła decyzja o rozstrzelaniu Polaków. Tokariew zapytał, czy może zostać po spotkaniu i porozmawiać z Kobułowem na osobności. Według Tokariewa, kiedy zostali już sami, miał on powiedzieć: „W życiu nie brałem udziału w takiej operacji!”, na co Kobułow miał gniewnie odpowiedzieć: „Liczymy na was!”
Tokariew wrócił do domu i zarządził w kalinińskim więzieniu przygotowania do egzekucji – dwa pokoje wyściełano zamszem w celu wytłumienia huku wystrzałów. Każdy więzień musiał najpierw stanąć przed przedstawicielem NKWD, który sprawdzał jego nazwisko na liście, żeby upewnić się, że zabijają właściwą osobę. Potem zakuwano więźnia w kajdanki i zabierano do sąsiedniego pokoju, w którym strzelano mu w tył głowy. Ciało usuwano, a cały proces powtarzał się z następną osobą.
Pierwszy transport Polaków z obozu w Ostaszkowie dotarł do kalinińskiego więzienia w kwietniu. „Pierwszej nocy przywieziono trzystu ludzi”, ujawnił Tokariew. „To było zbyt wiele. Noc była za krótka, a mogliśmy pracować wyłącznie w nocy. Później przywozili 250 ludzi każdej nocy”. Wielu niższej rangi funkcjonariuszom NKWD, w tym kierowcom i strażnikom, kazano wziąć udział w zabijaniu. Jeden z nich, Błochin, ubrany był w specjalny strój – fartuch z brązowej skóry, skórzane rękawice i czapkę. „Robił na mnie okropne wrażenie”, mówił Tokariew. Jak na ironię sowieccy zabójcy użyli niemieckich pistoletów Walther, były one bowiem mniej zawodne niż te będące na wyposażeniu Armii Czerwonej. Jednak nawet lepsza niemiecka broń zużywała się od tak intensywnego użycia i Tokariew pamięta, że mordercy musieli wziąć ze sobą „walizkę” zapasowych pistoletów. Ujawnił też, że egzekucje trwały około miesiąca – odbywały się zawsze nocą. Kiedy już zamordowano Polaków w kalinińskim więzieniu, wydano bankiet, aby uczcić to „osiągnięcie”. Tokariew twierdzi, że w nim nie uczestniczył.
Mord na polskich więźniach ze Starobielska, drugiego z trzech obozów jenieckich, który odbył się w więzieniu NKWD w Charkowie, przebiegał w bardzo podobny sposób. Tu także egzekucje urządzano nocą, a każdy więzień ginął od strzału w tył głowy. Ich ciała wywożono ciężarówkami i grzebano – jak te z więzienia kalinińskiego – w masowych grobach w pobliskich lasach.
Zabójstwa więźniów z obozu w Kozielsku różniły się od tych z dwóch poprzednich. Odosobniony las katyński, który miał stać się miejscem ich spoczynku, był także miejscem zbrodni. Nina Wojewodzkaja, która w 1940 r. była 11-letnią dziewczynką, widziała Polaków przetrzymywanych w wagonach na bocznicy niedaleko stacji Gniezdowo, kilka mil od lasu katyńskiego. Weszła na ten chroniony teren, ponieważ jej wujek, oficer NKWD, powiedział do niej i jej młodszej siostry: „Jeśli chcecie, pokażę wam Polaków”. Przeprowadził je przez posterunki strażników NKWD na bocznicę, na której stało kilka wagonów „z zakratowanymi oknami”.
– Polacy machali nam na powitanie – mówi Nina. – Byli młodzi, mieli na sobie wojskowe mundury. Nawet teraz pamiętam, jacy byli przystojni.
Wcześniejsze raporty sugerowały, że wszystkich Polaków w ciągu jednej nocy zabrano ze stajni do lasu. Tymczasem jeden z prokuratorów oddelegowanych w 1990 r. przez władze rosyjskie do zbadania sprawy katyńskiej potwierdził prawdziwość opowieści Niny Wojewódzkiej. Obecnie wygląda na to, iż od czasu do czasu zabójcy w lesie nie radzili sobie ze zbyt dużą liczbą ludzi do zabicia, dlatego część jeńców czekała w wagonach stojących na bocznicach stacji Gniezdowo przez dzień lub dłużej, pilnowana przez NKWD. Chociaż to, że na Ninie Wojewódzkiej Polacy zrobili wrażenie radosnych, może wydawać się absurdalne, to jest jednak zgodne z historią, jaką znamy. Wśród Polaków panowało bowiem przekonanie, że jadą do obozów pracy. Pojawiły się też pewne oznaki lepszego traktowania, dodające im otuchy: każdy z więźniów otrzymał jedzenie na drogę i został zaszczepiony przeciwko różnym chorobom. Kto by robił zastrzyki ludziom, którzy zaraz mieli zostać zamordowani?
Ze stacji Gniezdowo podzielonych na grupy Polaków ciężarówki NKWD wywoziły do lasu. Dla miejscowych wkrótce stało się oczywiste, co w nim się działo. Rosyjski rolnik O. Kisseljew powiedział Niemcom w 1943 r.: „Wiosną 1940 r. przez okres od 4 do 5 tygodni codziennie wjeżdżało do lasu od 3 do 4 ciężarówek wyładowanych ludźmi (…). Słyszałem strzały i krzyki mężczyzn (…). W mojej okolicy nie było tajemnicą, że NKWD rozstrzeliwuje Polaków”.
Nikt nie wie na pewno, dlaczego polskich jeńców zabito w lesie katyńskim, a nie w więzieniu NKWD w pobliskim Smoleńsku, by dopiero potem pochować ich w Katyniu. Stało się tak być może dlatego, że las był otoczony ogrodzeniem – przez lata był to obszar chroniony – oraz dlatego, że w znajdował się tam mały domek, którego NKWD mogło użyć jako bazy. Być może okoliczności te sprawiły, że w tym jednym wypadku, wyjątkowo, pomyślano, iż łatwiej będzie mordować Polaków nad ich grobami.(…)”


Laurence Rees „Za zamkniętymi drzwiami. Kulisy II wojny światowej”
fragment w przekładzie Miłosza Habury

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *