“CUBA” str. 58

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

WIERSZE WIĘZIENNE (1)

***
Miód jest w powietrzu. Każdy dzień kwietniowy
ogarnia przełom, tym się odcinając
od byłej martwoty. Będąc wiosną nowym
niełatwo sieć wysnuć, jak drapieżny pająk;
popatrz, jak inni słownym miodotryskiem
nie bacząc na to, ile miodu wokół,
mnożą wyobrażenia o tym, co jest niskie,
a przecież i tak mija! Minęło pół roku!
I minie, kiedy pszczoły wejdą w zakamarki,
nie uronią pieszczoty żadnej w obcowaniu,
zawsze produkt markowy, powstały z poczwarki
wcielonej w niewolnika, będzie służył Panu!
I tak trudno nie ulec, tak niewiele przecież
odchyleń, ciut, jak pęta niewidzialnej nici
będzie tylko dowodem kolejnych zaprzeczeń,
ale nie uwolnieniem! Jest kolejnych płycizn
brak mowy przyczyną, bo jest tylko brakiem,
a nie pożywnej pauzy jak śmierć zaznaczeniem
która rzuca w obszary inne, osobne, gdzie cienie
błąkają się oderwane ku naigrawaniu
bliższemu stanom sławy związanej z niesmakiem,
z pierwotnej może nawet intencji skandalu
lecz nie bezużytecznej, oderwanej smutno!
Tak się w tym niemówieniu nie wysilaj stale,
bo i tak zaniemówisz, jak ci głowę utną.
A każde odjęcie na zawsze pamięta,
każdy ubytek, każdy włos stracony,
i kiedy Bóg cię pokarze i spłodzisz bliźnięta
zimne jak dwie krople lodowatej wody,
to i tak co dwie głowy, nawet pochowane
w grobowcu niepamięci, by straciły pamięć,
będą wciąż opętane wołały o jeszcze,
nawet, jak topór kata tnie, co wciąż odrasta,
to i tak odrąbaniem kolejna namiastka!

Wyjdź na dwór, przejdź bulwarem wzdłuż rzeki,
zapach miodu zastąpił stęchły zapach miasta
i kiedy woli nawet odmówią powieki
skłamane mruganiem porozumiewawczym,
to tylko zapach miodny uwolni na zawsze,
a nie pamięć odjęcia każdej zimnej czaszki.

c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 57

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 56

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 6 komentarzy

Nominowani Nike 2009: Paweł Konjo Konnak ”Król festynów”

Zastanawiam się, czy przed pisaniem tej notki powinnam zobaczyć wszystkie filmiki na YouTube dokumentujące pracę zarobkową Konja, skoro wiersze są ubiegłorocznym zapisem twórczości ostatnich lat, a nie sprzed trzydziestu, gdy doświadczaliśmy jego zbawiennej obecności w polskiej telewizji.
Jednak by zrozumieć Pawła Konjo Konnaka dzisiaj jako poetę i trzeba zobaczyć jego stronę w Internecie i jego dzisiejszy taniec na lodzie.

Poeta Konnak napisze w swoim wierszu dzisiaj:

“poszedłem do szkoły policealnej
na spotkanie z ciekawym człowiekiem
czyli niby ze mną
profesor konnack ma wykład o sztuce jako terapii
czytam swoje najlepsze wiersze
pokazuję istotne dla mnie filmy
i zero kontaktu z kolektywem klasowym
rezolutne dziewczę z ławki pod oknem pociesza
pan się nie przejmuje że nic z tego nie rozumiemy
pan jest z pokolenia stanu wojennego
a my z pokolenia galerii bałtyckiej”

Zbiór około 100 wierszy pisanych bez znaków przystankowych, dużych liter i w poczuciu całkowitej wolności zapisu tego, co poeta ma dać światu, co jest ważne i nieprzemijalne, to przede wszystkim dokument pewnego pokolenia, pewnej formacji strategicznej, a nie czegoś na przekór. Konnak w odróżnieniu od swojej medialno-biznesowej aktywności komika i prezentera, człowieka do wynajęcia, z konieczności permanentnie śmiesznego i od ucha do ucha uśmiechniętego, w poezji jest bardziej wyciszony i miejscami gorzki. Jednak nie ustępuje pola zwątpieniu, nie gra mędrca, ani osoby wszystkowiedzącej, nie jest ani krytyczny, ani dydaktyczny. Konnak jest w dalszym ciągu królem festynu poetyckiego, Kermitem wychodzącym zza firanki swojego teatru, i jeżeli dzisiejsi licealiści go nie rozumieją to nie jest to wina poezji a licealistów.
Ciepło, emanujące z tych strof, które nawet nie powinny być nazwane poezją, ponieważ są jedynie strumieniem pewnych obrazów i zauważeń niewykraczających poza powierzchnię doświadczeń podmiotu lirycznego, nie jest uzyskane drogą poetyckiej spekulacji, trudu szukania slow odpowiednich do nazwania stanów uczuciowych czy diagnozowania otaczającego artystę świata. Nie są też te strofy reportażowym opisem – jak leci – tego co się wokół artysty dzieje, chociaż dzieje się bez opamiętania non stop: podmiot liryczny jak oszalały przemieszcza się samochodami, autobusami, tramwajami i samolotami po globie ziemskim. Jest to zapis pewnej ewentualności szansy ludzkiej znalezienia niszy dla swojego ja w tym, co mamy do dyspozycji, co dostaliśmy od rodziny, od historii, z czym obcujemy poprzez pracę zarobkową i co możemy z tym zrobić.
Rola króla festynów to bardzo witalna propozycja istnienia w rzeczywistości zdawałoby się niemożliwej do wolności i swobody, a ten tytułowy festyn wskazuje pewną drogę człowiekowi obdarzonemu talentem komika.
Język festynu, by mógł stać się językiem nieprzemijanym, nie doraźnym i kabaretowym musi mieć możliwość zobaczenia świata od podszewki nawet, jak używa się tylko dekoracji:

„(…) nie przekopię całego śmierdzicholstwa na tej kulce
nie wyszarpię swojej prawdy z cudzych bebechów(…)”

napisze poeta na ewentualny zarzut, że się nie stara.

„(…)dał głos za to na łamach żurnala śpiewak podziemny
wychwalając kulturę towarzysza jaruzela
wieszając bombki na choince pojąć nie mogę
gdzie on w stanie wojennym widział tę szlachetność
w tym zatęchłym baraku którym było nasze życie(…)”

Paweł Konnak jest stoicko pogodzony ze światem i jako estradowe zwierze żerujące na najgorszych przejawach kultury masowej mimo istotnego w niej udziału, nie jest jej stwórcą. Nie odgrywa też roli błazna stojąc obok. Konnak wrośnięty w cały system medialnych zależności, otwarcie podkreśla swoją prostytucyjną rolę w świecie, który się śmieje.
Być może Marta Podgórnik pisząc wstęp do tomiku Konja złożonego w Instytucie Mikołowskim i powołując się na Herberta, widziała w „Panu Cogito” pewne analogie:

„(…) z wakacyjnych pól bitewnych wrócili królowie festynów
herosi kampanii reklamowych admiralicja marketingowego
blitzkriegu (…)”

Królowie festynów mają podobnie, jak Pan Cogito, ambitne przesłanie:

„(…) on jeden do końca nie złoży broni
będzie nocnym koszmarem wielkiej piątki
nadzieją na zmycie hańby jałty i poczdamu
opoką nakładu życia na gorąco rekomendującego taniec ze
szmatami
bohaterem konspiracji gospodyń domowych
partyzantem czwartego zaboru ze snów kazimierza świtonia (…)”

Katalog polskich anomalii jest długi, dotyczy historii, obyczajowości teraźniejszej i wcześniejszej. Dotyczy życia rodzinnego, zwidów miłosnych. Podmiot liryczny, po ruinie życia osobistego, gdzie już śmierdzi tak, jak pozostawionymi długo w lodówce wiktuałami, postanawia ubiec los i już uciekać od partnerki przy pierwszej kontrowersji. Tanie obrazki popkultury potwierdzają tylko jednostkowe wybory:

„(…)słucham piosenek o miłości
ale takich że gdyby miała się spełnić
to zakochani budowaliby obozy koncentracyjne(…)”

Ruina życia osobistego jest jedynie konstatacją, a nie tragedią. Podmiot liryczny przekraczając ocean, nie grzebie w nim romantycznie „łez na pereł więcej” jak Norwid:

„(…)lecąc na kolejną trasę do stanów
zabrałem ze sobą cztery gumki
dokonałem trzeźwej oceny moich szans na erotyczny sukces
trzy to byłby defetyzm
ale wziąć pięć
doprawdy zbytni optymizm(…)”

I wchodzi w ten niezmierzony świat pełen możliwości i wyborów, w bogactwo życia i jego niewyczerpanych, energetyzujących inspiracji twórczych:

„(…)wolę lingwistyczne jasełka na lotnisku kennedyego
niż bełkotliwe żale generacji nic(…)”

I ja, jako czytelnik, też wolę. Wolę poezję zbudowaną ze znajomego mi surowca, bo bachanalie Konnaka są orszakiem przyziemnym i swojskim. To on prostactwo i ordynarność zamienia demiurgicznie w poezję i ten ciąg pokarmowy wiecznie odradzającej się, nieużywalnej inwencji poetyckiej przeradza się po pewnym czytelniczym oswojeniu w prawdziwy kunszt operowania słowem swobodnie i bez zahamowań. Dlatego balsamiczne działanie wszelkich prześmiewców jest zawsze ozdrowieńcze i zawsze noszące nadzieję nie na istnienie poezji, ale na istnienie poetów.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , | 15 komentarzy

Thomas Walter Laqueur „Samotny seks. Kulturowa historia masturbacji”(2006)

W czeskim filmie „Wycieczkowicze” na podstawie powieści Michała Viewegh’a jest taka scena, gdy grupa plażowiczów przyłapuje na podglądactwie płetwonurka i by uchronić go przed samosądem tłumu, ktoś na jego obronę rzuca pytanie o masturbację: kto się onanizuje, ma podnieść rękę. Z początku nieśmiało, potem już coraz więcej podnosi się las rąk do góry.
Scena podobna jest do chrystusowego: „Kto z was bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”(J 8, 1-11), jednak bez podtekstu winy. Jezus pozwala odejść jawnogrzesznicy z obietnicą nie grzeszenia więcej, współczesny czeski film nie tylko sceny nie potępia, ale chce jedynie demaskować obłudę i hipokryzję dzisiejszej obyczajowości.

Takiego tabu książka o masturbacji nie przełamuje. Nie dowiadujemy się, czy samotnemu seksowi, chociaż raz w życiu uległ sam autor, historyk z Berkeley, tłumacz Maciej Kaczyński, redaktorka naukowa polskiego wydania Agata Bielik-Robson czy autor obszernej przedmowy do niego, Michał Paweł Markowski.
Czytelnik nie ma możliwości, jak w opisanej scenie z czeskiego filmu, publicznie o to zapytać i oczekiwać odwagi cywilnej autorów książki w przyznaniu się. Natomiast ponad czterysta trzydzieści stron formatu A4 opowiada mu głównie o tym, jak traktowali tę erotyczną osobność nasi przodkowie, niejednokrotnie zwierzając się z uprawiania tego procederu, a o ich „bezwstydzie” mogą marzyć tylko nam współcześni.
Najciekawszy jest wobec tego rozdział ostatni, właściwie już opowiadający o współczesnym onaniście jednorękim, o internaucie i o konsekwencjach takiej, wspomaganej technologią, samorealizacji. Jednak w dalszym ciągu nie dostajemy jednoznacznej odpowiedzi na hamletowskie pytanie: walić? Nie walić?
Trzeba zaznaczyć, że wulgarnych określeń na tę czynność w książce jest mnóstwo i kto wie, jak polski tłumacz wybrnął z tej niewdzięcznej sytuacji, bo wiadomo, że polski język przegrywa z kretesem wobec bogactwa języka angielskiego.
„Tantryczne trzepanie penisa”, „walenie konia” to polskie odpowiedniki różnych nazwań zagranicznych stron internetowych, gdzie opowiada się „Historie na jedną rękę”.

„(…)Melbourne Wankers, na przykład, działający od 1990 roku, przedstawiają się jako ruch awangardowy: Ranking to australijskie słowo oznaczające masturbację (czyli walenie konia), a wanker to dziwak, ktoś, kto wierzy w to co robi, i się tym cieszy, mimo że wcale nie należy do większości”, czytamy na ich stronie internetowej. Dzięki pornografii gejowskiej, przeznaczonej, jak większość pornografii, do ułatwiania masturbacji, ale też pełnej scen solowego onanizmu, „geje stają się widoczni”, a ich „pamięć się zachowuje”.(…)”

Ale mimo całego spektrum ukazania onanizmu w dziełach sztuki, od bardzo kontrowersyjnych (według mnie, naciąganych) interpretacji „Leżącej Wenus” na obrazach Tycjana czy Giorgione (której dłoń spoczywa na nagim łonie, a palce ma podwinięte), od monstrualnych przyrodzeń satyrów na wazach greckich, po Egona Schiele i jego „Autoportretów”, autor pyta wciąż o przydatność onanizmu naturze ludzkiej, bądź jego szkodliwość. I właściwie nie jest w tych poszukiwaniach bezradny, bo przeczesuje konsekwentnie nie tylko historię kultury, ale i historię myśli ludzkiej. I jeśli od zarania dziejów na erotyce zarabiało się bardzo dobrze, bo broszurki ilustrujące okaleczonych permanentną onanią ofiar nałogu, jak i edukacyjne broszury opisów technik masturbacyjnych, zawsze sprzedawały się wyśmienicie przynosząc wydawcom fortunę, to jednak wciąż pytano o skutki. Medycyny nie interesował Tomaszowy zapis Kościoła katolickiego o grzechu pożądania, luxuri.
Zresztą, wbrew rozpropagowanej przez literaturę i film nagonce na księży za ten grzech ciężki, karany nawet i śmiercią, Laquer pisze, że to nie Kościół sprowokował kampanię przeciwko onanii, nie dostrzegając w niej żadnych zagrożeń i jako rzecz tajoną, osobistą, niegroźną dla wspólnoty wiernych, to Freud swymi badaniami dowiódł, że samogwałt powoduje trwałe zmiany w organizmie człowieka poprzez nadmierność przeżywania orgazmu i łatwą do niego dostępność. Zarzuty Freuda aktualne są do dzisiaj i Laqueur, mimo niejednoznacznego przesłania książki, ich nie kwestionuje. Podkreśla też za Freudem brak motywacji poszukiwań partnera, skoro satysfakcja może być niejednokrotnie o wiele przyjemniejsza, trafniejsza, ekonomiczniejsza i nie obfitująca w potomstwo. Zagrożeniem nie jest dla gatunku ludzkiego brak prokreacji, ale czyste ludzkie lenistwo. Dobrodziejstwo masturbacji w rozładowaniu seksualnym przynależne biologicznie naszemu gatunkowi w wypadku osób losowo samotnych niejednokrotnie satysfakcjonuje tak bardzo, że nie inicjują już żadnych potrzeb szukania partnerów.
Wiele stron autor poświęca też zjawisku samogwałtu kobiet, które swego czasu ruch feministyczny poprzez wydawanie instruktażowych broszur doprowadzał do całkowitego braku zainteresowania płcią przeciwną, oziębłości i oschłości w kontaktach, a zadowalająca satysfakcja orgazmu kobiecego zamykała je na wszelkie inne potrzeby przeżycia miłosnego aktu z partnerem.
Autor podaje wiele nazw stron internetowych powołanych głównie do propagowania przemysłu gadgetów erotycznych, filmów porno i czasopism, podkreślając ich alienację z pierwotnej chęci niesienia pomocy seksualnej w biznes niebywale rozwiniętej gałęzi przemysłu. Ponieważ intymnej funkcji onanizmu towarzyszy zawsze ludzka wyobraźnia, osobność zjawiska jest o tyle wspólnotowa, o ile weźmie się pod uwagę fantazje seksualne, towarzyszące wsobnemu aktowi płciowemu. Na ich temat niewiele jest w tej publikacji, mimo, że Markowski we wstępie powołuje np. Brunona Schulza („Sklepy cynamonowe”) a Laqueur między innymi Walta Whitmana („Pieśń o mnie samym”).
Książka Laqueura to dzieło naukowe, w każdym razie ma takie zacięcie, przeznaczone jednak dla średnio wyedukowanego czytelnika, który traktując je jako ewentualny instruktaż – co ma ze swoją seksualnością zrobić dzisiaj gdy mu wszystko już wolno – nie bardzo sobie z przesłaniem książki poradzi. Oczywiście, wbrew ogromnemu wstępowi Michała Pawła Markowskiego wytaczającego argumenty za, jakoby Marcel Proust nie napisałby najprawdopodobniej „W poszukiwaniu straconego czasu” gdyby swojego bohatera nie umieścił w wygódce z dala od zagrożeń dla dziecka permanentnie kontrolowanego, Laguer pyta o rzecz przeciwną. Wymienia przeciwników samogwałtu, którzy skutecznie, jak Kant rezygnowali z całą świadomością z życia seksualnego w każdej formie, dając też światu dzieła wysokiej próby.
Czy onanizm zagraża zdrowiu i czy problem masturbacji nie jest sztucznie wyolbrzymiany, by dawniej mieć kontrolę nad samotnym człowiekiem, a dzisiaj czerpać korzyści z erotycznego przemysłu, żerującego na tej samotniczej działalności?
Daleki jest od udzielenia odpowiedzi, natomiast poprzez swoje ogromne dzieło wystawia ten zdawałoby się, marginalny aspekt ludzkiego życia do jakby ponownego przerobienia, bo przecież dzieje grzechu świata to też niebywała ludzka inwencja:

„(…)W połowie wieku XIX na rynku antymasturbacyjnym do znanych nam już tabletek i syropów dołączyły najprzeróżniejsze produkty. Podsycana przez lęk i poczucie winy paląca potrzeba czegoś, czegokolwiek, co pomogłoby zahamować wybujałe życie nowej choroby, wciąż narastała. Kapitalizm i wynalazki technologiczne podjęły wyzwanie: konstruowane w dużych ilościach wymyślne urządzenia – alarmy erekcyjne, skrzynki na penisy, nocne rękawiczki, łóżka-kołyski zapobiegające drażnieniu genitaliów przez prześcieradło, zaciski uniemożliwiające dziewczętom rozszerzanie nóg – doczekały się w samych Stanach Zjednoczonych co najmniej dwudziestu patentów. Rodzice namawiani byli przez liczne poradniki, aby wzmogli swą czujność, nawet jeśli nie ufają technicznym nowinkom.(…)”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , | 20 komentarzy

MIEJSKIE DESZCZE

Miną wiosenne, smutne deszcze,
jak stos ofiarny znikniesz z placu
rozpełźnie w wilgoć ludzka tłuszcza,
po widowisku wśród hałasu
miniesz, jak wielość, jak no man,
znikniesz, zabrawszy płucom tlen,
odejdziesz w noc, gdzie się porusza
cień z reflektorów drażniąc przestrzeń.

A kiedy będziesz znikać trwale,
wypłucze deszcz ostatnie słowa,
świat pozostanie trybem nagłym
zmuszony, by się znów podobać,
rozpleni imperatyw zieleń
rozigram się radością wcieleń,
bym się obżarła nie tych pragnień
w zastępczym darów karnawale.

Zawsze kochałam to co wzrasta
rakiem, spłodzeniem czy infekcją,
gdy we mnie się rozsiałeś znakiem,
co pospadało gwiezdną lekcją
latania, kiedy nieważkości
obiekt łapali inni prościej
niż me zgodności wielorakie
zauważałeś: gwiazda gasła.

Jesteś odnową w zwyciężeniu
rytmu biologii i przyrody
symbolem zwyczajności deszczu,
ot, ablucyjny aspekt wody,
ciurka, by werblem walić w rynny
głosić, że nikt z nas nie jest inny,
ze mnie osobnej zwykły mieszczuch,
rymy układam w twoim cieniu.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | 21 komentarzy

Radosław Kobierski „Lacrimosa”(2008)

Żeby nie powtarzać pewnych spraw niepotrzebnie, nawiążę do wypowiedzi Jacka Dehnela o tomiku Kobierskiego, bardzo swego czasu głośnego i nagradzanego. Dehnel w sieciowym „Trzecim felietonie nocnym: Noc, która czeka na każdego z nas” z 20 lutego 2009 silnie podkreśla jedność przedstawionego tam doświadczenia śmierci z ludzką wspólnotą, powołuje się na Donne’a, na Larkina, którzy podobnie próbowali jednostkowe cierpienie przekuć na uniwersum ludzkiego losu. Przytacza małość znaczeń słów wersów, okruchy pamięci, zapachy, z których buduje tę większą całość.
Tak, zgadzam się,  jesteśmy na tym globie jednością, ani jedna kropla wody jeszcze nie umknęła z jej powierzchni, nic nie zniknęło, nie zginęło i ulegamy cały czas procesowi przetwarzania i metamorfozom materii. Jak natomiast jest z tym Duchem, jak on w nas krąży nie wiadomo wciąż, bo poeci zamiast dążyć do wyjaśnienia i zbliżać się do jakichś wspólnych konkluzji, rzeczy w nowym milenium nie tylko nie przybliżają nam, czytelnikom, ale jest przeciwne, o wiele lepiej czujemy się w dalszym ciągu w akordach Mozarta, Berlioza, Verdiego, natomiast wersy pisane przez Kobierskiego zaledwie na jednej nucie, nie wstrząsają.
Przede wszystkim błędem tych, którzy tylko nazwą nawiązują do tematów wielkich i ostatecznych, jest opisowość i buchalteria. Słowo słowu nie równe. Nie zawsze znaczy tyle samo, co poszukane przez osobę o większej duchowości.

Tomik Kobierskiego przypomina stypę, gdzie zbierają się żałobnicy, osoby różnorakie przecież, i te, które zmarłego za życia nie znosiły z całego serca, nie rozumiały go, ale przyszły oddać mu ostanie pożegnalne spojrzenie, bo tak wypada. Na tej stypie jest też syn, który w odróżnieniu od nich to przeżywa, ale przeżywa inaczej. Cierpi, bo to był jego ojciec, bo każdy ma prawo do swojego ojca, bo ojciec to poniekąd własność każdego z nas i kimkolwiek byłby ojciec, bandytą czy świętym, to jednak syn nie wartościuje, kim był ten człowiek osobny.
Bo śmierć to osobność, to największa osobność ze wszystkich konfiguracji współistnień ludzkich, nie ma większej. I człowiek umiera kompletnie sam, umiera tak jak umierał Chrystus na krzyżu opuszczony przez Ojca. I pozostaje syn z tą osobnością, z tym złudzeniem powinowactwa i dopiero w momencie śmierci zdaje sobie sprawę z tej totalnej osobności. Nikt z żałobników nie może wcielić się w jego rolę, ponieważ to rola szczególna i niepowtarzalna. I tak właśnie napisał Kobierski swój tomik: napisał o poszukiwaniu ojca w sobie, o podróży chybionej, bo przecież Śmierć jest granicą i śmierć nazywa rzeczy dotyczące zmarłego, pozostawione tu na ziemi, już inaczej. Syn nigdy już nie spotka ojca, bo ta jakość, którą tu zostawia, jest zupełnie czymś innym, niż to, co było przed tą graniczną linią oddzielającą martwego od żywego. I teraz czytelnik, który jednak nie odnajduje w wierszach tego, co odnalazł w nim poeta Jacek Dehnel, zastanawia się, na ile śmieć bohatera tych wierszy, ojca, jest nam wspólna. Na ile doświadczenie, z którym się zetknęli, bądź ich czeka, w nich rezonuje.

Radosław Kobierski napisał 35 wierszy harmonijnie, płynnie i melodyjnie, tak, jak się opisuje pewne stany medytacji. Ta “terapeutyczność” wierszy dla Jacka Dehnela jest niepoetyczna. Myślę, że gdyby były terapeutyczne, gdyby Kobierski spotkał się w tych wierszach z ojcem tak, jak polecają psychoterapeuci,  że jak nie wygarnąłeś swojemu ojcu za życia, to napisz to wszystko na karteczce, pójdź na cmentarz i mu to wszystko przeczytaj nad grobem, wiersze spełniłyby tę  rolę terapeutyczną, co przecież nie jest bez wartości, jak to Jacek Dehnel lekceważąco ocenia. Kobierski nie potraktował śmierci terapeutycznie. Jako poeta, śmierć polukrował i wstawił ojca do trumny w poetyckim makijażu po odpowiednich zabiegach kosmetycznych, by zwłoki żałobników nie przestraszyły. Wybrał z katalogu modnych form przedstawiania śmierci styl soft.

Nikt nie chce, jak to mówi ludowe przysłowie, „by go koza wysrała na kamieniu”. Chcemy mieć zacnych antenatów, nie chcemy być znajdami i podciepami. Śmierci nie należy bezcześcić, nie należy pastwić się barbarzyńsko nad zmarłymi i obowiązek Antygony nas w dalszym ciągu po wiekach obowiązuje.
Ale poezja to nazywanie nienazywalnego. To wielki kosmiczny wysiłek odszukania zgubionego klucza do sensu. I jeśli hermetyzm poezji nie ma sensu, to nie jest to hermetyzm. Jeśli poezja nie jest hermetyczna, nie jest poezją. Język poetycki, który nie ma sensu w nawrotach do koturnowości wieków, w których powstawały wszelkie requiem i lacrimosy – ten patetyczny tytuł jest jedynie szczątkową ironią – jednak nie można tematu przegadać dzisiejszym startym przez media językiem. Letniość, zrównoważenie i bezpośredniość wierszy „Lacrimosy” Kobierskiego nie świadczy o tym, że czytelnik jest za słaby, by ich wielkość odebrał, lub zbyt mało wrażliwy, by się przejął. Nieprawda. To głos Kobierskiego jest za słaby na to poetyckie wyzwanie, ponieważ używa słów, których albo jeszcze nie odnalazł, albo jego pokoleniu ich odnalezienie nie jest dane.
Może zrobią to dopiero następcy, jeśli krytyka polskiej poezji współczesnej będzie na tyle odważna, by nie kłamać.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 26 komentarzy