Czarny Śląsk szczególnie z powodu swojego koloru dotkliwie odczuwa letnie upały. Toteż wszyscy, dla których jest drogi czas lata, niesłychanie energetyzujący i twórczy – a resztki malarzy czułych na kolor doprowadza do niemal erotycznych ekstaz, – są tutaj nieobecni. Podobnie ja, opuszczając czarne tereny stałego rocznego przebywania nie jestem w stanie dać świadectwa prawdzie śląskich galerii. Ponieważ nie zobaczyłam tak wielkich śląskich mistrzów pędzla, jak Renata Bonczar w Muzeum Miasta Katowic, czy Olgierda Bierwiaczonka w Muzeum Śląskim, nic o nich nie napiszę. Wszystkich, którzy żyć nie mogą bez dowiedzenia się jaki jest stan sztuk plastycznych w naszym regionie, odsyłam do intensywnego czytania netowej Ultramaryny, która już niemal od miesiąca ruszyła pełną parą w nowym bogatym, pełnym tekstów wydaniu.
Natomiast ci, którym drogi jest globalny stan sztuki powinni, jeśli nie stać ich w czasie pielgrzymki do Watykanu wpaść na tegoroczne Biennale do Wenecji, polecam obszerne relacje na blogu „Sztuczna inteligencja” szefa jedynej awangardowej galerii na Śląsku, bytomskiej „Kroniki” – Sebastiana Cichockiego.
Cokolwiek myśmy o stanie sztuki dzisiejszej cywilizacji, jak nam jest ona droga i jak w postkomunistycznych krajach, jak nasz, przyjmuje formy, obowiązkowo trzeba ją śledzić i wiedzieć, że zawsze jest lustrem, barometrem i antycypacją czasów, które nadejdą. Czy nam się to podoba, czy nie, na ile zdołaliśmy zrozumieć meandry marketingu i hochsztaplerki rynku sztuki, fakt jest faktem. Polski tegoroczny pawilon z pewnością nie będzie inny od panujących ogólnoświatowych kierunków artystycznego przekazu. Toteż mieszkańcy śląskiego regionu powinni być dumni.
Sebastian Cichocki, młody i niesłychanie energiczny śląski kurator wygrał:
„Ponad trzy tygodnie zajęło ministrowi Kazimierzowi Ujazdowskiemu zatwierdzenie projektu pawilonu polskiego na Biennale w Wenecji w 2007 roku autorstwa Moniki Sosnowskiej wyłonionego przez obradujące w dniu 27.11.2006 roku jury. Szesnastoosobowe jury pod przewodnictwem Andy Rottenberg wybrało w dwóch tajnych głosowaniach zdecydowaną większością głosów spośród dziewiętnastu nadesłanych propozycji projekt zgłoszony przez kuratora Sebastiana Cichockiego. Projekt zwycięskiego duetu, o roboczym tytule „1: 1”, będzie zrealizowany w budynku wewnątrz budynku. (…)
Przypomnijmy, dwa lata temu ten sam duet – choć z zupełnie innym projektem wystawy – był o włos od wygranej w konkursie na pawilon wenecki. Wówczas Sosnowska uległa “Powtórzeniu” Artura Żmijewskiego. Cichocki i Sosnowska byli drudzy również w konkursie na Biennale Architektury w Wenecji przegrywając konkurencję z Jarosławem Kozakiewiczem. Trzecie podejście do pawilonu polskiego okazało się zwycięskie.”
Toteż wszystkim odbiorcom naszej witryny gorąco polecam wszystko, co z tegorocznym Biennale Weneckim jest związane, nie tylko polskie, śląskie akcenty, ale i światowe tematy artystycznych kreacji.
Powoli świat, opleciony sieciową siecią staje się przecież też dzięki temu przejrzysty.
Najpiękniejszy i wyjątkowo gorący tegoroczny maj obfitował wystawami zbiorowymi. Najgłośniejszych reprezentantów polskiej awangardy, którą dwie najważniejsze galerie Śląska ostatnio wyjątkowo faworyzują, można zobaczyć w oryginale po jednej przynajmniej sztuce.
Katowice
Górnośląskie Centrum Kultury Sektor I
prezentuje Kolekcję Galerii Arsenał w Białymstoku i podlaskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych – pozyskanych i zakupionych prac znanych współczesnych artystów. Zapowiada nawet w niedługim czasie uzupełnienie kolekcji kosztownymi pracami artystów Mirosława Bałki i Wilhelma Sasnala.
Na razie śląski odbiorca może zobaczyć ogromne białe płótno Karola Radziszewskiego przedstawiające portret Madonny, malowane charakterystyczną temu artyście czarną kreską. Obszerną analizę twórczości młodego artysty polecam na blogu Krytykanta z polemicznymi komentarzami.
Słynna Agata Bogacka, która, jak skarżyła się moja koleżanka prowadząca zajęcia malarstwa na wyższej uczelni, ma już stada epigonów w malującej identycznie, naśladującej ją młodzieży. Reprezentowana jest ogromnym figuratywnym, kwadratowym płótnem przedstawiającym leżącą w tle kobietę, oraz zasmuconą twarz planu pierwszego. Wszystko trzymają tajemnicze dłonie, mające rzecz odsłonić lub właśnie zasłonić. Charakterystyczne, właściwe wypowiedzi malarki, ascetyczne trzy kolory: czarny, biały i pistacjowy nawiązujące do estetyki wczesnych komiksów drukowanych tanio (stąd ta malarska oszczędność) położone są acylem nadzwyczaj precyzyjnie, grubo, niemal reliefowo.
Zbigniew Libera przedstawia jedynie fotograficzną dokumentację artystki Zofii Kulik, wynikłą najprawdopodobniej ze spotkania i użyczania siebie, jako modelu do jej twórczości. Ten artystyczny dialog, czy rewanż umieszczony jest w ciągu poziomym fotografii przetykanymi tekstami.
Podobne działanie ni to pamiętnika, ni to reportażu pokazuje Joanna Rajkowska, warszawska ogrodniczka słynna z wyhodowania plastikowej palmy na rondzie de Gaulle’a w cyklu fotografii „Droga na lotnisko”.
Kobas Laksa (Byłem na pielgrzymce z moją mamą), Artur Żmijewski (Nasz śpiewak), Paweł Althamer ( Teledysk), Kuba Bąkowski (Flaga), to wszystko filmy video, o których pisać tu nie będę, by ich nie spłycać.
Pracę Rafała Bujnowskiego Zug.St.Michael radzę oglądać w domu, gdyż trudno przy tak czasochłonnych pracach wszystko zdążyć w czasie jednego dnia, gdy galeria jest otwarta. A przecież czekają jeszcze na uwagę skomplikowane prace Marty Deskur, Julity Wójcik, Huberta Czerepoka, Janeka Simona, Annay Baumgart, Bogny Burskiej, Małgorzaty Markiewicz, Martina Zet, Kuby Dąbrowskiego… galeria pusta Japońska artystka – fotograf Reiko Imoto. Wystawa zatytułowana jest „Dreamscapes”. Są to nieduże fonografie sepiowe, wzbogacone też 30 przykładami prac artystki w monitorze. Prace z zawsze rozmytymi brzegami wprowadzające w nastrój oniryzmu i marzenia sennego, mają na celu, jak czytam w obszernym wynurzeniu literackim artystki, dokumentować właśnie tę sferę doświadczenia artystycznego, czyli śnienia. A jak wiadomo, ze snem nigdy nic nie wiadomo. galeria piętro wyżej „Noc i Dzień”. Wystawa Twórczości Pedagogów oraz Gości Instytutu Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, Wydziału Artystycznego w Cieszynie. Artyści są z całej Polski i wypowiadają się w różnych technikach, tradycyjnych i najnowszych. A więc wszystko, co młody student uzyskuje od mistrza prezentowane jest w formie wizytówki w obszernych salach galerii. A oferta jest ogromna, skala aktywności nauczycieli akademickich sztuk wizualnych nieprawdopodobnie szeroka. Demokracja środków wyrazu tak wielka, że trudno zrozumieć dzisiejsze trendy i kierunki, w których ewentualnie student powinien się posuwać i te światy twórczo drążyć. Pozostanę więc jedynie przy wymianie pedagogów, którzy posiadają swoje internetowe strony, gdzie ich twórczość jest dostatecznie wyeksponowana: Andrzeja Basaja, Eugeniusza Delekty, Leszeka Kiljańskiego, Józefa Knopka, Krzysztofa Kuli, Małgorzaty Łuszczak, Mirosława Pawłowskiego, Ryszarda Pielesza, Zbigniewa Purczyńskiego, Piotra Smolnickiego, Witolda Warzywody, Andrzeja Węcławskiego i Leszka Zbijowskiego, Anny Kowalczyk – Klus i Rafała Strenta, fotografii Witolda Jacyków i Jerzego Pustelnika oraz malarstwo Krzysztofa Dadaka, Mariusza Drzewińskiego, Józefa Hołarda, Ryszarda Hungera, Michała Klisia, Lilii Kulki, Romana Maciuszkiewicza, Marka Saka, Lecha Wolskiego i Jagody Adamus.
Galeria Radia Katowice „Na żywo” Pokazuje akwarele Mariana Bietkowskiego, plastyka i architekta, wieloletniego członka naszego gliwickiego ZPAP i dostatecznie scharakteryzowana przez prowadzącego Galerię na internetowej stronie Radia Katowice Macieja Szczawińskiego. (Cytujemy pod zdjęciami z wernisażu w dziale w AKTUALNOŚCI). Od siebie dodam, że Marian Bietkowski szczególnie podkreśla nastrój melancholii swych akwarel tytułami „Samotność”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Zamglony przednówek”, „Zamglona pora”.
ZPAP Katowice Warto zajrzeć do galerii “art nova 2, gdzie w wyremontowanej, nowo zaaranżowanej galerii (obszerne miękkie fotele), można zobaczyć duże płótna w technice klasycznej pracownika naukowego katowickiej ASP Weroniki Siupki. Galeria zdjęć z wystawy prezentowana jest na linkowanej przez nas stronie katowickiego ZPAP.
BWA Wielka wystawa Armando, holenderskiego artysty, którego osobiste przybycie poprzedziła mowa dr Anatola Gotfyda. Armando w katowickim BWA, to jedyna wystawa w Polsce. Mijam więc kabinę z video, skąd dolatują odgłosy karabinów maszynowych (artysta jest artystą multimedialnym, zabrakło jedynie jego gry na skrzypcach). A tak jest wszystko: Obok ogromnych, czarnobiałych płócien malowanych w szale i gniewie wypisane na ścianach złote myśli, (ślad kilkudziesięciu wydanych książek), co i rusz czarne rzeźby, niczym niedawne produkcje w węglu niepełnosprawnych górników. Armando w swoim opasłym katalogu ( 30 zł) barwnie opisuje sprzeciw holenderskiej krytyki i oburzenie. Armando nie pozostaje dłużny – pełno słów jego sprzeciwu wobec „karierowiczów”, czyli ogólnie funkcjonujących nazwisk ubiegłowiecznych geniuszy sztuk wizualnych. Hymny pochwalne na cześć artysty podkreślają przede wszystkim ogromną energię, która pastwiąc się na buncie i ekspresji, staje się jego kwintesencją. Cóż można mnie, nieważnemu widzowi w ziejącej pustką ogromnej sali wystawowej zakwestionować artyście, posiadaczowi za życia własnego państwowego muzeum (Museum Armando w Amersfood), prac zakupionych przez najbardziej prestiżowe muzea sztuki nowoczesnej w całej Europie? Tylko się mogę bać, że na czas mojego oglądania świat stworzony i powołany przez Armando w ramach celebry pięknego zła, uwolni się z tych ram i podestów, i jak manifesty futurystyczne, stanie się swoim zaprzeczeniem.
Ewa Bieńczycka
Gliwice
Restauracja „Trzy światy”
Rozpoczęła właśnie w swoich wyjątkowo gościnnych dla malarzy salach pokaz twórczości chorzowskiego artysty średniego pokolenia, Mariana Knoblocha. Absolwent Akademii sztuk pięknych w Krakowie poprzez wieloletnie uprawianie wyłącznie malarstwa olejnego doszedł w swoim warsztacie do perfekcji i wirtuozerii. Przy unikalnym w dzisiejszych czasach poczuciu koloru, zaniku umiejętności malarskiego patrzenia, nareszcie pokazuje prawdziwe malarstwo. A więc gest malarski, materię, harmonię barw i przede wszystkim indywidualne przeżycie i doświadczenie boskiego świata, zachwyt i afirmację, co w zimnym, urzędniczym świecie sztuki już się prawie nie zdarza.
Upalne dnie kwietniowe wczesnej wiosny warto spędzić na kontemplacji zimnej abstrakcji w salach katowickiego BWA.
Profesor poznańskiej ASP, jak zapewniła kurator wystawy – Bożena Kowalska na jej otwarciu – Jerzy Kałucki – jest jednym z najwybitniejszych malarzy polskich. Wystawa prezentuje ostatnią dekadę jego twórczości do 2007 roku. To duże płótna, konsekwentnie i jednolicie rozważające wątki wcześniejsze jego twórczości i w tej samej mondrianowskiej tonacji barw podstawowych uzupełnionych szarością, bielą i czernią. Pełniejszy odbiór zapewni perfekcyjnie wydana monografia artysty autorstwa Bożeny Kowalskiej, sprzedawana przy kasie biura za trzydzieści pięć złotych. W niej też można zobaczyć pełną dokumentację twórczości artysty, wzbogaconą przede wszystkim o przestrzenne instalacje liniowych wykresów, gdzie iluzja wejścia w pamiętane jeszcze w szkole na lekcji geometrii sytuacje przestrzenne jest dosłowna. Dla kronikarskiej dokładności należy uzupełnić, że artysta nigdy nie utrzymywał się ze sprzedaży prac, liczne plenery skupiające artystów badających abstrakcyjne przestrzenie umożliwiały posuwanie prac badawczych w trudnej materii absolutnej ascezy i rygorystycznej dyscyplinie tego gatunku malarstwa. Jest konsekwentnym kontynuatorem manifestów artystycznych grup przedwojennej awangardy, poprzez Strzemińskiego i Stażewskiego kontynuuje po dziś dzień to, co dla wielu artystów w czasie państwowego socrealizmu było jedynie krótkim epizodem wymknięcia się biurokracji narzucającej artyście. W monografii czytamy, jak i w krótkich notkach anonsujących wystawę, że prace Kałuckiego cechuje emocjonalny liryzm zaklęty w geometrycznych, podstawowych elementach geometrii euklidesowej, przekazanej jedynie językiem malarstwa. Do tych poszukiwań, które dla mnie skończyły się niepowodzeniem, zachęcam wszystkich, którzy jeszcze mają szansę wystawę w maju zobaczyć.
W Górnośląskim Centrum Kultury trzy piętra (poziomy, sektory), wypełnia tym razem jedna wystawa biennale sztuki współczesnej obiecującą tytułem dawno oczekiwany powrót obrazów, których to głód widz odczuwa już podobno od lat kilkudziesięciu.
I oto oczekiwane nadchodzi.
Po totalnej dekonstrukcji ma zakiełkować delikatnie nowe, czyli REkoNESANS MALARSTWA
Ten proces pochwaliło na wystawie wypowiedziami 50 x 14 kolumn = 700 ważnych nazwisk wykaligrafowanych na fasadzie Galerii Sektora I, których niestety niezrozumiałą treść można przyswoić na monitorku wiszącym opodal, ciągle ściszanym z powodu odbywających się prób orkiestry w sąsiadujących salach.
Cisza uszanowana jest też dzięki możności wysłuchania przez podaną oglądającemu słuchawkę, co przedstawia swoimi ramami malarz Kamil Kusowski „Pracami z cyklu Muzeum”.
Tego typu zabiegów na widzu jest mnóstwo. Malarstwo rozpięte między dowcipem, ironią, happeningiem i prowokacją z założenia odległą działaniami od konwencjonalnej sztuki filmu, (video Lecha Majewskiego), makiety architektonicznej (Anita Pasikowska), newsów TV w technice trwałej – mosiądz + fotografia na płótnie (Marek Glinkowski), po obrazy Grupy Ładnie, G R U P P Y czy wybijających się artystów malarstwa w latach osiemdziesiątych – Ryszarda Grzyba, Grzegorza Sztwiertni, Tomasza Ciecierskiego.
Wilhelm Sasnal, którego wielkości podobno widz polski nie ma sposobności doświadczyć – gdyż jest natychmiast rozchwytywany przez rynek galerii poza granicami naszego kraju – reprezentowany jest czarno zamalowanym, źle naciągniętym blejtramem z rozmazanym białym kształtem, sugerującym, jak tytuł obrazu wskazuje – „Ufo”.
Śląskie środowisko reprezentuje Jacek Rykała, śląskim podwórkiem w tonacji wściekłej żółci z komentarzem egzystencjalnych okien, zaklejonych z gotowych elementów.
Kto chciałby podążyć tropem pomysłodawców i aranżerów wystawy, Romana i Leszka Lewandowskich, powinien ulec zaleceniom pilnujących sal, którzy zaopatrują widzów w odpowiednie mapki, gdzie artyści tematycznie i intencjami są poukładani.
Można nawet iść tropem dalszym, np. Sylvii Plath, czy Antonina Artaud’a.
W Galerii Radia Katowice „Na żywo”, Georgij Safronow pokazuje malarstwo akwarelowe – na kilkudziesięciu małych formatach wariacje w podobnej kolorystyce błękitów i fioletów na tematy wielorakie i swobodne.
Obszerny komentarz, poetycki, szczegółowy, z użyciem nawet psychoanalizy, można przeczytać w internetowym wydaniu nowości kulturalnych Radia Katowice pióra prowadzącego Galerię, Macieja Szczawińskiego.
Bytom
W Galerii Kronika w połowie miesiąca odbyła sie dyskusja nad bardzo reklamowaną w sieci książką „Tekstylia bis”, Słownik młodej polskiej kultury, wydanej przez Korporację Ha!art. Poprzedni tom obszernego słownika sygnalizował jedynie bardzo rzetelnie sztukę mail artu i komiksu. Tegoroczne, niemal tysiąc stronicowe wydanie podobno preferuje sztukę wizualną kosztem literatury, wnikliwie wyszczególniając wszystkie dzisiejsze sposoby artystycznej aktywności, ograniczając się jednak do biologicznego, a nie intencyjnego podziału wchodzących właśnie najnowszych roczników na arenę dzisiejszej polskiej sztuki.
Gliwice
W Galerii BB klubu „Perełka” artystka Katarzyna Kurp ponownie prezentuje swoje prace. Tym razem wystawa „Pamiętamy” bardzo zwężonym tematycznie przekazie. Na uwagę zasługuje gwiazda Dawida w stylu art deco i kilka odbitek grafik w klasycznej technice akwaforty z elementami religijnego kultu.
Natomiast Restauracja „Trzy światy”, goszcząca członków gliwickiego ZPAP udostępnia obrazy nestorki gliwickiego środowiska, Janiny Walas.
Kończąc spacer kwietniowy po śląskich galeriach warto dłużej zatrzymać się na kontemplacji twórczości gliwickiej malarki. Jest odpowiednią klamrą tego oglądu, rozpoczętego od zimnej abstrakcji geometrycznej Jerzego Kałuckiego w Katowickim BWA. Janeczka konsekwentnie, bez żadnych artystycznych pokus uprawia wybrany i przylegający do jej osobowości gatunek artykulacji malarskiej. Przechodząc przez wszystkie działania dzisiejszej awangardy i rozpaczliwe próby scalania rozbitego obrazu, od kompromitacji naturalizmu, oderwania od renesansu, przejściach przez nieśmiałe próby rozbicia jej przez post impresjonizm i dalsze totalne rozdarcie kubizmem Picassa, eksperymenty polskiego formizmu aż po unizm Strzemińskiego, można na rzecz popatrzeć z innej strony. Janina Walas, po wojnie studiowała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi w pracowni Władysława Strzemińskiego i uczestniczyła w propagowaniu jego słynnej teorii unizmu. Jednak powrót do idei impresjonistycznych nie był ani brakiem podziwu dla profesora, ani przegraną. Dzisiejsze, zdawałoby się, banalne i skompromitowane motywy malarskie, klasyczne martwe natury i pejzaże, nie mają racji bytu po totalnej rozbiórce idei przez awangardę. A jednak pochyliwszy się nad nimi, odnajdujemy najcenniejsze ludzkie cechy i dowód na to, że jedynie człowiek jest istotą twórczą, konsekwentną i poprzez medytacje pędzlem dochodzi z czasem do mnisiej ascezy. Takie cechy niosą właśnie kilkanaście olejnych prac i akwareli wystawionych na ścianach ogromnej sali restauracji, gdzie odbijając się w szybach, pełnią też role żywego ludzkiego elementu w naszej coraz to bardziej przypominającego świat robotów ponowoczesności. Impresjonistyczne plamy, porozdzielane swobodnie wszystkim odrealnionym fragmentom rzeczywistego świata w jej obrazach nie kłócą się i nie walczą. Ta stworzona na płótnie iluzja wolności utopijnego świata, niech da nam pozór lustra, jakim jest dla nas sztuka wizualna. Niech będzie optymistycznym akcentem na nadchodzący, artystyczny maj.
W Galerii BB klubu „Perełka” można zobaczyć syntetyczne obrazy młodej malarki Katarzyny Kurp, przedstawiające pejzaże. Z krótkiego fragmentu pieśni barda Jacka Kaczmarskiego, cytowanego w folderze, można by wywnioskować, że autorkę trapią stany lękowe i nastroje “leśne”. Nic podobnego! Pejzaż, rzeczywiście najczęściej uchwycony w lesie, lub złożony z kwiatów leśnych, jest konstruowany z rytmów i form syntetyzujących przyrodnicze zjawiska i nowych, czystych barw, co można poczytać artystce jedynie jako zasługę wysiłku twórczego stwarzania świata na nowo, bardzo optymistycznego.
Bo jak wiemy, w tej materii łatwo już nie jest, gdy abstrakcja geometryczna wypowiedziała się do cna, a czekające odkrycia dla nowych pokoleń artystów -kody i symbole -nie zawsze są w ich zasięgu.
Związek Artystów Plastyków w Galerii “po schodach” pokazał prace Zygmunta Baranka, malarza dojrzałego, obdarzonego wielkim wyczuciem koloru, pielęgnującym wszystkie wysokie wartości malarstwa materii. Cykl obrazów sakralnych, odwołujących się tematycznie do problemu kultury żydowskiej jest bardzo pojemny i wieloznaczny w warstwie zarówno treściowej, jak i formalnej. Adekwatność tonów poważnych, szlachetnych barw czerwonego wina, szmaragdu i mahoniu do ledwo zaznaczonych fragmentów symboli religijnych powoduje, że powołane światy są opowieścią kosmiczną i niesłychanie symboliczną. Ten ton powagi, nie tylko w sugestiach do Holocaustu, ale i szacunku dla elementów obrzędowych, jak świece, zwoje Tory, tałesy, artysta dawkuje z wielkim wyczuciem, oszczędnie i dyskretnie. Toteż trudny, biblijny cykl zamknięty w podwójnych ramach – tych zewnętrznych i tych namalowanych na płótnie stanowiących symboliczne ograniczenia świata ducha w świecie urzędu i prawa – jest elegijny i egzystencjalny. Ważny nie tylko na czas naszych publicznych debat nad polskim antysemityzmem, ale też nad czasem Wielkiego Postu w świecie chrześcijańskim, którego symbole artysta łączy na płótnach z osobą zmarłego w ubiegłym roku papieża.
Galeria Klubu Politechniki Śląskiej prezentuje obrazy olejne jej pracownika naukowego i wykładowcy Wydziału Architektury, Adama Styrylskiego. Artysta od lat kontynuuje temat martwych natur dochodząc do coraz większej precyzji i syntezy w definiowaniu poszczególnych elementów, niezwykle oszczędnych w swej prostocie i wyborze. Nieodmiennie bohaterami płócien są prozaiczne przedmioty klasycznej martwej natury, jak owoce i naczynia. Malarz zestawia je w różnej konfiguracji powodując poetycką zwięzłość w najczystszej postaci. Każdy element ma znalezione swoje miejsce i barwę, więc geometria i harmonia kompozycji jest bezbłędna i perfekcyjna. Dla jej podkreślenia i umocnienia, czarny kontur stosowany jeszcze dwa wieki temu przez postimpresjonistów znajduje tu bardziej zastosowanie klasycznego wyrafinowania.
Korzystając z klimatu malarstwa sztuki wysokiej warto zobaczyć organizowaną przez trzy lata w wielkim trudzie przez pracowników muzealnych wystawę Rafała Malczewskiego w Katowicach.
Katowice.
Muzeum Śląskie wprawdzie nie posiada tak wyśmienitych warunków jak Muzeum Narodowe w Krakowie, skąd wystawa „Rafał Malczewski i mit Zakopanego” przyjechała, ale wysiłkiem kuratorów śląskich wypada bardzo okazale na wszystkich kondygnacjach budynku i jest podzielona tematycznie.
Komisarz wystawy, Andrzej Holeczko-Kiehl pragnie tą drogą zaapelować do wszystkich mieszkańców naszego regionu o udostępnianie najmniejszych nawet śladów po artyście, gdyż jest w toku przygotowywana wystawa śląskiej aktywności artysty.
Niestety, dzisiejszy pokaz reprezentowany jest jedynie trzema obrazami o tematyce industrialnej, z której jeden jest w stałej kolekcji Muzeum.
Nie wiem, czy powinnam pisać wiele o tej wystawie, by broń Boże nie dopuścić do rezygnacji z jej zobaczenia. Oglądałam ją wielokrotnie i za każdym razem z żalem opuszczałam sale wystawowe.
Rafał Malczewski w jednej z trzech wydanych książek – wspomnień i publicystyki artysty dotyczących Zakopanego lat międzywojennych opisuje spotkanie z Witkacym: „Ostatni raz widziałem go na szosie Morskie Oko – Zakopane, czekającego na autobus, tydzień może przed wojną. Szosa była pusta i zachód spłynął na lasy i góry. Wiesz – powiedział – wojna to koniec naszemu pokoleniu – żadnych złudzeń. Pamiętam – podjechał autobus i Witkacy wskoczył w jego wnętrze wielki i ponury, I już tak dla mnie odjechał w wieczność…”
I to chyba powinno być memento wystawy. Wystawy dokumentującej ostatnią fazę modernizmu zakopiańskich dandysów, gdzie sztuka była zajęciem arystokratycznym, szlachetnym ludzi wybranych. Z całej plejady geniuszy, którzy równocześnie z wielkim ojcem i synem są na wystawie obecni, odbieramy jeszcze ducha tamtych lat, ducha erudycji, niesłychanej pracowitości, ale także nietzscheańskiego, dionizyjskiego otwarcia na seksualizm (nagrodzony w Wenecji film prezentowany na wystawie), zabawę, sport, i fantastyczne, twórcze życie w rajskiej enklawie modnego uzdrowiska, przyciągającego elitę z całej Polski.
Obrazy zostały ściągnięte z niemałym trudem z prywatnych kolekcji i muzeów wielu kontynentów, gdyż jak wiemy, artysta od wybuchu wojny cały czas przebywał na emigracji. Oglądane na żywo, są rewelacyjne. Syntetyczne i odrębne od stylu ojca, zachowują wspaniałą, szlachetną kolorystykę świetlistych młodopolskich barw dobrze opanowanego klasycznego malarskiego warsztatu.
W BWA kolekcja zbiorów sztuki współczesnej Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku i chociaż po jednej sztuce możemy na żywo zobaczyć dzisiejsze sławy sztuki awangardowej, uczestników najważniejszych wystaw światowych. Na wystawie są prace Sylwestra Ambroziaka, Janusza Bałdygi, Mirosława Bałki, Krzysztofa Bednarskiego, Jana Berdyszaka, Jerzego Beresia, Bożeny Biskupskiej, Włodzimierza Borowskiego, Marka Chlandy, Mirosława Filonika, Kijowski&Kocur, Grzegorza Klamana, Leszka Knaflewskiego, Grzegorza Kowalskiego, Edwarda Krasińskiego, Piotra Kurki, Natalii LL, Marii Pinińskiej-Bereś, Adama Rzepeckiego, Mikołaja Smoczyńskiego, Antoniego Starczewskiego, Macieja Szańkowskiego, Andrzeja Szewczyka, Jana Stanisława Wojciechowskiego, Krzysztofa Zarębskiego.
Rozpocznę od rzeźb bardziej konwencjonalnych, gdyż Orońsko było zawsze najważniejszym ośrodkiem rzeźby polskiej, organizującej – od kiedy sięgam pamięcią – plenery o doskonałych dla artystów warunkach dla realizacji w technikach klasycznych.
Najbardziej rzucający się w oczy na wystawie jest chyba „Kain” Mirosława Bałki, zrobiony z worka jutowego. Paweł Althamer używał do stwarzania ludzkich postaci wysuszonych jelit zwierzęcych, co dodawało niesamowitego, dodatkowego smaku przerażenia. Tu zasmołowane grubo tkane płótno nie mniejszy daje efekt demoniczności pierwszego ludzkiego mordercy, biblijnego Kaina. Jest to męski czarny akt, o którym można pisać i pisać, bo wszystko jest wieloznaczne i symboliczne: i opisywać i członek, i brak dłoni, i tatuaż plemienny, a przede wszystkim szkarłatne usta na dodatek tworzą podtekst campowy. I tak cała wystawa jest ironiczno – drwiąca, łącznie ze ściennym video, gdzie rozpoczynająca film sekwencja nawijania sznurka na nic nie przypominający kształt może i celowo zirytować, ale nie musi. Warto zapamiętać kolekcję walizek tekturowych, które moje pokolenie jeszcze pewnie pamięta, uwięzionych w pracy wyjątkowo znanego Grzegorza Kowalskiego. Przypominam, to profesor słynnej pracowni, której absolwenci to Katarzyna Kozyra, Artur Żmijewski i niemal wszyscy teraz sławni awangardowi artyści. Grzegorz Kowalski kolekcjonuje od lat różne przedmioty zużyte, np. buty. Tym razem, jak widzimy – walizki. Natalia LL wykonała w technice bardzo trwałej banana, jako chyba utrwalenie pomnikowe w skali jeden do jeden bohatera swojej najsłynniejszej pracy konceptualnej „Sztuki konsumpcyjnej.” Jak pamiętamy, praca ta była protestem przeciwko nadmiernej konsumpcji lat siedemdziesiątych, i to za pomocą wyjątkowo unikatowego owocu w naszej komunistycznej dekadzie. Tak więc uwiecznienie go w technice trwałej było z pewnością autoironicznym gestem nie tylko wobec własnej sztuki, ale i ironii historii gospodarki.
Wszystkie prace z kolekcji zawierają wiele prześmiewczych i dyskretnych wartości sztuki najnowszej, efemerycznej, wywodzących się z ready made, podejmujący dialog lub flirt z dadaizmem, surrealizmem, sztuki biednej, a bogatej w podteksty, preteksty i konteksty. Można się nie zgadzać na jej naigrywanie się z dostojnych sal salonu i odbiorcy, no i jej nikły ładunek kontestacji i anarchii, ale nie sposób odmówić humoru, lekkości, postmodernistycznej przewrotności i wolności. A przede wszystkim odrębności postaw, gdzie każda z prezentowanych prac reprezentuje zupełnie odrębny język i spojrzenie. Toteż wielkim nieporozumieniem pedagogicznym zdają się pozostawione na podłodze prace uczniów katowickiego liceum Pałacu Młodzieży, instalacji naśladujących wątki artystów, co w tym przypadku świadczy o całkowitym niezrozumieniu zjawisk sztuki najnowszej.
GCK
Galeria Sektor I pokazuje wielkie fotogramy Agaty Zbylut „Poniekąd” o treści banalnej i do znudzenia powielającej ciężki los kobiety w otoczeniu rasowych piesków i luksusowych mieszkań. Jest też nawet autentyczna suknia ślubna i śmieszne fotografie, gdzie artystka bierze ślub kościelny z coraz to innym Panem Młodym. Ten galeryjny prezent na Dzień Kobiet byłby i może wspaniałym samym w sobie zjawiskiem, gdyby nie feministyczny tekst komentarza tej wystawy, niepotrzebnym, jak w źle zinterpretowanym dowcipie wszystko psuje. Jaka jest wystawa każdy widzi. Próbowałam wdać się w filozoficzną dyskusję na temat interpretacji katolickiej poligamii, którą zilustrowały zdjęcia z panem pilnującym salę, ale właśnie odkleił się jeden fotogram pod wpływem temperatury (prac) i upadł, co wprawiło go w tak nieproporcjonalnie wielki, histeryczny lęk o bezpieczeństwo dzieła sztuki, że już o samej sztuce mowy być nie mogło.
W Galerii Pusta zdążyłam na kończącą się wystawę fotografii Andrzeja P. Batora “Anamnesis”
Video, zawierające filmowe rozwinięcie dużych formatów czarno-białych fotografii z których wystawa jest złożona, dopowiada o co chodzi. A chodzi o czas, o pamięć, o przemijanie. Film zaczyna się bardzo obiecująco. Bohaterem jest kartka papieru, poddana różnym opresjom, moczona w kałuży, mięta i powielana jak śmiecie gnane wiatrem ulicy, krzyżowana gwoździem na drzewie, bądź w scenerii lasu i ćwierkających ptaszków w nim celebrowana. I ta oszczędna narracja, bardzo wieloznaczna, gdyż może to być i list miłosny, i nauka w szerokim pojęciu, i symbol egzystencji w dalszych częściach przenikania i nawarstwień twarzy ludzi, traci czystość przekazu i wykwint.
Ale, jak ktoś z krytyków powiedział: dzisiejsi artyści wykończą tych, którzy uczciwie starają się ich przesłanie odebrać i zrozumieć. Bo kto zdąży przeoglądać wszystkie filmy video, ukochany teraz środek artystycznego przekazu?
Galeria Kronika w Bytomiu jest w tej chwili jedyną awangardą awangardy na Śląsku, a współwydanie “Drżących ciał” Artura Żmijewskiego automatycznie gości całą elitę dzisiejszej sceny artystycznej w Polsce i jej głównych reprezentantów za granicą. Dlatego warto odwiedzić galerię właśnie teraz, gdy prezentacja filmów Artura Żmijewskiego na ogromny, białym ekranie ściany nowoczesnej, europejskiej galerii jest artystycznym doświadczeniem.
Co artysta zrobiłby bez odbiorcy? Nic. Wprawdzie Baudrillard zdiagnozował cały dzisiejszy humbug awangardowych galerii jako maszyny samonakręcającej się, wsobny obieg twórcy, krytyka i odbiorcy finansowanych przez państwo to Artur Żmijewski od razu lojalnie ten cios demaskuje. Warto więc, przed przystąpieniem do odbioru czterech filmów na dużym ekranie i 6 na monitorze, zapoznać się z darmową broszurką – 6 stronicową wypowiedzią autora. Przytacza w niej wydarzenie z życia Marcela Duchampa, jakoby ten głosował jedyny za kwalifikacją przyjęcia do udziału wystawy pisuaru, sprytnie ukrywał wystawiony przedmiot pod pseudonimem. Komisja pisuar odrzuciła, dopiero po ujawnieniu jego autorstwa, z entuzjazmem przyjęła.
Wracając do odbioru, na wygodnym, obszernym miejscu do siedzenia a nawet do leżenia, oglądamy spotkanie artysty z duchowością, a przede wszystkim dążenia do tego spotkania. Bohater filmów, Paweł Althamer próbuje zrobić to kuchennymi drzwiami wiedząc, że droga, którą podążali mistycy przez medytację i modlitwę, jest nieodwracalnie zniszczona. Kamera uświadamia nam to bardzo dosadnie najazdem na dowód osobisty i bloki osiedla, co symbolizuje zabicie wszelkiej drożności duchowej przez „urząd i beton” (“Magiczne grzyby”).
Artysta udaje się na łono przyrody ze swoim byłym profesorem ASP, Grzegorzem Kowalskim wspomagając percepcję listkiem LSD. Widz niestety nie ma takiej możliwości i odlot dwóch mężczyzn musi być dla niego przyjęty na wiarę, a inność percepcji robaczków, smaku kory drzew, odgłosów i ogólnej wesołości i przyjemnego nastroju, zaakceptować, jako chociażby cząstkowe, ale zawsze przeżycie duchowe.
Następny obraz filmowy “Hipnoza” jest już jest bardziej niepokojący, gdyż odmienne stany świadomości wywołane prywatną usługą domowego hipnotyzera w jego mieszkaniu cofają Pawła Althamera na 20 lat przed jego urodzinami i sugerują bardzo jednoznacznie reinkarnację.
Czwarty film “Pejotl” dzieje się w Meksyku, a piękna Ilian Gonzalez bez pudła wskazuje na właśnie te, a nie inne owoce kaktusa. Widzimy czwórkę młodych ludzi przybyłych na łono przyrody, spożywających rośliny na surowo by jak Indianie oddać się całodobowemu przeżyciu narkotycznemu dzięki rytuałowi ognia (palenie nocne głowni drewna). Nie wiadomo, jak to doświadczenie wpłynęło na bohaterów filmu, kwestie na temat boskiej tajemnicy, filozoficzne dywagacje odnośnie naszego „skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy”, pojawiają się także po bardziej dostępnych preparatach, a nawet i bez.
Filmy z monitora są bardzo sławne, dla kronikarskiej przyzwoitości przypomnę:
“Oko za oko” – rzecz o kalekach bez kończyn, których nagie ciała współtworzą z towarzyszącymi im zdrowymi nagimi ciałami współczującą symbiozę zlepku użyczeń i wsparcia Drugiego.
O wiele bardziej kontrowersyjny i moralnie dwuznaczny film kręcony w celi śmierci obozu koncentracyjnego “Berek”, gdzie artysta wynajętej, rozebranej grupie ludzi w różnym wieku i płci, każe biegać i się bawić.
“Lekcja śpiewu I”, to lekcja śpiewu urodziwych dzieci głuchoniemych z całą drastycznością brzydkich dźwięków i udręką ich starań.
“Szekspir”, czytany przez aktora, któremu pląsawica, uniemożliwia wykonywanie zawodu.
O co chodzi? Czy sztuka, jak sugerują wszyscy nasi dzisiejsi najważniejsi artyści wkroczyła naprawdę na drogę “dobra”.
Czy innej możliwości już nie ma?
Wystawa pozostawia bardzo dużo pytań, szczególnie to najważniejsze, o możliwość procesu twórczego, o nieczystość proweniencji, czyli pochodzenia rezultatów badań artystycznych nie z wyobraźni, ale z odgrywającego się na naszych oczach teatru. Gdy w renesansie odlew ciała ludzkiego był dla artysty wielką hańbą rzemieślniczą, artysta dzisiejszy bezceremonialnie używa człowieka jako surowca. Bardzo trudno obronić tezę humanitarnego posłannictwa, którą Artur Żmijewski udowadnia na wielu stronach książki “Drżące ciała. Rozmowy z artystami” i swoimi pracami. Wszystko, co pieczołowicie ma na uwadze jest w trosce i gestii nauki dzisiejszej i nie jest problemem, że nie jest zauważone. Choroby naszej cywilizacji są bardzo dobrze zdiagnozowane i w jakiś tam sposób też leczone i zaleczane. Artysta wykracza tutaj poza swoje kompetencje w moim pojęciu niepotrzebnie. Sztuka to nie tylko niespodzianka, jaką się uzyskuje z żywiołowości interakcji ludzkiej, co w filmach Żmijewskiego jest najcenniejsze i chyba jedyne godne miana sztuki. Ale sztuka była i będzie zawsze czymś nieskończenie większym. Słynne filmy Andy Warhola sprzed pół wieku mówiły może o tym samym, ale eskalacja w kierunku aranżu sytuacji, po których ludzie, w których artysta obronie przemawia, wychodzą z wykonanego na nich procesu twórczego skrzywdzeni, budzi w odbiorcy wewnętrzny sprzeciw. Transgresja to nie tylko przekraczanie etyki.
Gliwice
Ratusz wystawa poplenerowa: ” XVI IMPRESJE MIKOŁOWSKIE”. Niezorientowanym donoszę, że jest to plener niezwykle elitarny i zaproszenie nieznanego malarza do udziału jest niemożliwe. W tym roku udział wzięli: Roman Banaszewski, Kiejstut Bereźnicki, Renata Bonczar, Stanisław Chomiczewski, Marian Danielewicz, Franciszek Dziadek, Wacław Jagielski, Aneta Jadźwińska, Barbara Kasperczyk-Jankowska, Sylwia Kokot, Janusz Kokot, Tomasz Lubaszka, Franciszek Maśluszczak, Gabriela Novakowa, Stanisław Stach, Józef Stolorz, Janusz Trzebiatowski, Vratislav Varmuza, Barbara Warzeńska, Renata Wojnarowicz, Helena Zadrejko, Małgorzata Żak, Leszek Żegalski.
Zwróciłam uwagę na niezwykle piękny obraz Romana Banaszewskiego przypominający starożytny fresk, malowany delikatnie, pastelowo, niesłychanie wrażliwie jak na kolegów stosujących niezmiennie stałe, ograne gesty malarskie sprawiające wrażenie jedynie opanowanego dobrze sposobu na pejzaż. Pamiętam jeszcze z wystaw w Muzeum Śląskim w Katowicach ogromne płótna Jerzego Dudy – Gracza, nawiązujące do poety Rafała Wojaczka, którym Instytut Mikołowski się tak chlubi i pomyślałam o dużej skromności tych małych obrazków, gdy zabrakło uczniom ich mistrza. Franciszek Maśluszczak niezmiennie trzyma równy poziom swych aestetycznych postaci, a Renata Bonczar – komisarz i serce pleneru, posiada jeszcze nasze ukochane najwyższej jakości transparentne talensy, (a wiadomo: bez talens = beztalent) a które wielu kolegom się nieodwracalnie skończyły, a na nowe ich nie stać.
Z Ratusza najlepiej przejść do Galerii “Po schodach”, do Domu Plastyka, gdzie w nowo wyremontowanej siedzibie, na najwyższym piętrze w pięknej, słonecznej Sali Związek Artystów Plastyków Okręgu Gliwicko – Zabrzańskiego trwają pokazy jego członków.
Po udanej ekspozycji niedawno wybranego Zarządu (Anna Zawisza-Kubicka, Izabela Gąsiecka, Tadeusz Pfutzner Adam Styrylski, Czesław Fiołek), pisząca te słowa, Ewa Bieńczycka, pokazała swoje prace wykonane za pomocą komputera.
Obok starszych: “Cafe Silesia” (obrus), “Chusteczki mojej mamy”(chusteczki), “Mój maż” (ręcznik), drukowanych na bawełnie fragmentów – “plam” z własnego życia, pokazałam ubiegłoroczne i tegoroczne fascynacje nad poznawanym narzędziem, jakim jest tablet + Corel PhotoPaint. Prace mają w dalszym ciągu charakter autobiograficzny i jeśli ten niesłychany wynalazek czasów w którym żyję, pozwalający na całkowite uniezależnienie się od przemysłu chemicznego produkującego farby i szczotkarskiego – pędzle, daje nareszcie narkotyczny pozór nirwany, to w moim wypadku mozół stwarzania kilkudziesięciu prac sprawił mi najwyższą rozkosz.
Restauracja “Trzy światy” z całym oddaniem udostępniła sale i ściany pięknego lokalu artystom związkowym i tak już od dłuższego czasu wystawiają z powodzeniem swoje prace, dostępne dla zwiedzających o każdej porze. Lutowa wystawa to barwne, niekonwencjonalne formy Mirosława Wszołka, budującego swój indywidualny świat na podobraziu tektury, co umożliwia syntezę zewnętrznego kształtu tych mini światów z wewnętrznym przekazem. Artysta stara się symbolicznie zamanifestować nie tylko swój stosunek do polityki (biało czerwona flaga, mająca konsystencję dziwnie miękką), erotyki( niezidentyfikowane falliczne formy wieloznaczne i nieprecyzyjne), świętości (proletariacki anioł nie unikający środków znieczulających), ale i ekologii (katastroficzne pejzaże: skały, słońca, industrialne, zagrażające nam elementy stopione w jeden organiczny, straszny twór).
O czym mówi ta sztuka, pełna groteski, ironii, dojrzałego dystansu? Artysta stara się odbiorcy pozostawić największą wolność interpretacji. Co, akurat właśnie w ekskluzywnym lokalu, jakim są “Trzy Światy”, jest zasadne. Można medytować nad tymi szorstkimi, kolorystycznie niepokojącymi, syntetycznymi forami, jak i nad całą sztuką lutowego Górnego Śląska.
Najlepiej spacer po wystawach plastycznych w Katowicach rozpocząć od bardzo wygodnej Galerii Radia Katowice “Na żywo” profesjonalnie prowadzonej przez Macieja Szczawińskiego i mając szczęście, nawet go w korytarzu spotkać. Gdyż to nic innego, jak wykorzystany dla potrzeb przechodnia nigdy niemającego czasu, duży jasny hol dobrze pilnowany przez umundurowaną straż, więc i ani oglądającym, ani dziełom, nic stać się nie może.
Tym razem gości w niej sławny od lat siedemdziesiątych śląski emigrant do Szwecji, Jan Przybył. Nie chciałabym powielać obszernych sądów o artyście, które wyraził wyczerpująco odnośnie prezentowanych tu prac w internetowej witrynie Radia Katowice kurator wystawy, Maciej Szczawiński. Trudno mi wszakże po spotkaniu, jak autor donosi – i największego artysty Szwecji – pogodzić się z sugestią, jakoby artysta czerpał ze źródeł mitu tak głęboko, jak uczynił to cytowany geniusz epoki, Mircea Eliade. Poszerzając wiedzę o artyście przypomnieniem oglądanej przeze mnie jego obszernej wystawy w Muzeum Śląskim w 2005 roku, a także odwiedzając jego stronę internetową, nie sposób opędzić się od zgoła innych doznań. Artysta, projektując szwedzkie osiedle, mając na celu dobre samopoczucie mieszkańców, i całe szczęście – bo mozaika narodowościowa, osiadła tam właśnie, z pewnością nie jest w stanie wczuć się nagle w metafizykę wierzeń nordyckich wikingów – rozpoczyna chyba tym jedynie czysto estetyczny zabieg kompilacji różnorakich strzępów bohaterów każdej istniejącej w narodach, ludowej baśni. Te ilustracje, w moim odbiorze nie najlepiej radzące sobie z kolorem, pełnymi garściami czerpią przede wszystkim z malarstwa Chagalla, co jest wielkim plusem.
Artysta Jan Przybył, nie jest magiem, nie jest demiurgiem i nie jest antropologiem. Niepotrzebne dorabianie literackiej mitologii efektom poszukiwań źródeł, których już dawno nie ma i nie każdemu dane jest je reaktywować, bardzo osłabia wielki mozolny wysiłek twórczy stwarzania własnego, indywidualnego świata: szopek bożonarodzeniowych, jeleni, madonn, duchów i duszków leśnych w nieprawdopodobnie bogatej, pięknej ornamentyce.
Górnośląskie Centrum Kultury udostępnia swoje białe sale trzem wystawom. Na dole, w przestrzeni zarezerwowanej dla studentów Akademii i pedagogów, prace tych ostatnich, sześciu pracowników dydaktycznych fili uniwersytetu śląskiego: Jerzego Fobera, Katarzyny Handzik, Grzegorza Majchrowskiego, Krystyny Pasterczyk, Małgorzaty Skałuby – Krentowicz, Andrzeja Szarka nie będę odnotowywać szczegółowo, gdyż prezentacja po jednej ich pracy w małej salce nie daje jakiegokolwiek wyobrażenia o ich twórczości poza domniemaniem, że jest awangardowa, sądząc po użyciu najnowszych mediów ( fotografia, monitor). Notka Anny Markowskiej, próbująca wyjaśnić tytuł wystawy “Świeży / wyczerpany umysł”, rzecz jeszcze bardziej gmatwa, wprowadzając treść niemal całej “Końcówki” Becketta, sugerując, że nasz postmodernizm, zdiagnozowany przez Derridę, dorżnięty jeszcze grą w szachy przez lenia Duchampa, wyjaśnia to wystawowe wyczerpanie. Witkacy by po ludzku powiedział: artysta się wyprztykał.
Najprawdopodobniej już niedługo zobaczymy artystów związanych z uczelniami i studentów w nowej Sali wystawowej właśnie budowanej na miejsce katowickiego Ronda, zwieńczonego szklano-metalową kopułą. Będzie się w niej mieścić na najwyższym poziomie Galeria Akademii Sztuk Pięknych. I może młodzi artyści znowu zaczerpną ze swego twórczego źródła i wypełnią przeszklone salony.
Natomiast idąc wyżej GCK Galeria Sektor I (I piętro) oglądam ogromne, czarno białe twarze złożone z drobnych linii piórka i tuszu Pawła Warchoła. Pamiętam dobrze jego słynne, nagrodzone “Holzmachiny”, nierealne, upiorne budowle, kafkowsko nawiązujące do absurdu wypadniętego z duchowości zindustrializowanego świata. Tym razem człowiek stanowi źródło inspiracji artysty i, jak donosi w wprowadzającej notce Agata Smalcerz, wizerunki “wujów Warchołów” mają na celu tropienie tożsamości i szukanie własnych źródeł i genów artysty. Nie przekonuje mnie ta motywacja i wolałabym, by była uwolniona z komplikacji filozoficznej, tak jak dawna sztuka nie tłumaczyła się dlaczego jest, a odbiorca w zachwycie o to nie pytał.
Wystawę uzupełniają małe obrazki na blejtramach, powtarzający motyw człowieka, malowany na podstawie fotografii i zdaje się mający intencję migawkowego charakteru tego przekazu, a nie obrazu – utrzymać.
Galeria Piętro Wyżej Zbigniewa Blukacza “Rytmy i tonacje” zdominowana jest tematem tańca klasycznego na ogromnych płótnach.
Pamiętam jego piękne obrazy sprzed lat, jeszcze na wystawie okręgowej ZPAP w katowickim BWA, były bardziej w kierunku Pollocka, plątanina barwnych kresek wynikała nawet chyba z pointylizmu, dopiero w pewnej odległości od obrazu tworzyła malarskie zjawisko. Dzisiejszy pokaz jest nieporównanie biedniejszy od tych prac sprzed lat i chyba energia twórcy poszła właśnie w ten rytm, a nie w tonację. Rzeczywiście, zrytmizowane i multiplikowane “łabędzie”, dalekie są od realizmu, a staranie artysty uchwycenia niemal kilkoma kreskami i zasymulowanie ich lekkości nie daje efektu efemeryczności. Wręcz przeciwnie. Zimna, obca tonacja, balet czyni udręką i formalizacją.
Jeśli patrzeć na dzisiejszy brak przeżycia i wyparowanie przebrzmiałej już świetności tańca klasycznego, to chyba diagnoza artysty jest słuszna.
Machiavelli radzi księciu, którego dwór natychmiast obsiadają pochlebcy, by absolutnie ich nie słuchał ani nawet pozwał na wypowiadanie pochlebstw. Mówienie prawdy, która jest zazwyczaj pochlebstwa przeciwieństwem, jest również niedopuszczalne, gdyż książę traci szacunek.
Ale potrzeba pochlebiania, co wyraźnie widoczne jest w życiu blogowym, ma jeszcze inny aspekt. Internauci pochlebstwa dają jakby na drogę. Niszcząc blogera nieuzasadnienie nadmiarowo pozytywnym komentarzem, wierzą, że on już się z tego upadku nie podniesie. Czynią to jakby dokonywali odczyniania złych uroków w królestwie zmarłych, czyli tam gdzie, blog internauty, w co wierzą, niechybnie się znajdzie – czyli w niebycie, bojąc się, że wróci i że się zemści.
Intencją pochlebcy jest rozkład bloga. Nawet otamowany i broniony przez blogera, blog zaatakowany pochlebstwem jest zainfekowany, ponieważ pochlebstwo wnika często na mocy kilku pierwotnych, delikatnych dotknięć badających miejsca słabe, by w nie swoją destrukcyjną siłą, udającą niewinność i przychylność, razić.
Wnika i bada czułe miejsca często za pomocą pytań. Zazwyczaj są to pytania niewinne i dalekie od ukrytego celu atakującego, którego zadaniem jest osłabienie czujności blogera.
Jest do dyspozycji w takich wypadkach cała gama pytań, ale nie trzeba się o nich rozwodzić w wypadku tej choroby, bo nie jest to tak istotne. Bloger może uciec przed atakiem w milczenie, odmowę odpowiedzi bądź zaatakować pytaniem własnym. Przegranej można uniknąć też poprzez liczne metamorfozy, lecz przy blogu o dużym stażu nie jest to możliwe, bo ukrycie tożsamości dane jest jedynie komentatorowi, a nie właścicielowi.
Zazwyczaj więc zraniony pochlebstwem bloger, jak niewolnik osaczony i nim ukarany, ucieka sam w pochlebstwo, wikła się w kłamstwo i następuje jego duchowy upadek i śmierć.
“Can storied urn or animated bust
Back to its mansion call the fleeting breath?
Can Honour’s voice provoke the silent dust?
Or Flatt’ry sooth the dull cold ear of Death?”
(Czyż może urna zdobna lub biust, życiem tchnący,/ Dech ostatni z powrotem w ciało zimne wrócić,/ Czy może głos Honoru wskrzesić proch milczący/ Albo Pochlebstwo tępy słuch Śmierci ocucić?)