Przedświąteczny list z grudnia 2014 roku

Drogi Witku!
Piszesz, że nawet parę mebli przywiozłeś sobie do pracowni, jakiś stół i krzesła. Jeszcze strzelbę ojca w depozycie masz na policji, bo nie wiesz, co z nią zrobić….sprzedać, unieszkodliwić i zostawić… Piszesz, że pogrzeb miał wojskowy, bo był żołnierzem września i 3 salwy honorowe oddano… Piszesz, że w tym roku utraciłeś i ojca, i przyjaciela licealnego, Romka. Przedmioty po bliskich najlepiej sfotografować, w mieszkaniach nie ma miejsca, by wszystko trzymać. Fotografie też otwierają w mózgu „czakry”, czy jak to nazwać. Mam na dysku foldery, gdzie przyporządkowuję przedmioty i fotografie osobom w folderach. Wczoraj cały przysłany przez Ciebie pogrzeb Romka przypisałam do Ani, bo z Romanem nic mnie nie wiązało, oprócz tego jednego pleneru w Łańcucie, gdzie Ania była z nim drugi rok w związku i tam pokazywali mi na zdjęciach tę klaustrofobiczną chałupę, którą Romek sam wybudował po rozpadzie jego małżeństwa. Mnie się nie podobała i kłóciłam się z nimi o ten ich regres cywilizacyjny, Ania całe życie mieszkała w dużych wojewódzkich miastach. Byłam już po odwiedzinach syna w Filadelfii i widziałam domy dla ludzi, po zaznajomieniu się z manifestami europejskich modernistycznych architektów, którzy uciekli do USA przed II wojną światową, gdzie twierdzili, że okna muszą być od sufitu do ziemi, że człowiek traci duchowo na takim zwężeniu habitatu do budy dla psa i odcięciu od życiodajnego słońca. Ania, dostawszy przy podziale majątkowym od „Starego” auto, próbowała nauczyć Romka jeździć. Szło mu to opornie, właśnie zrobił prawo jazdy z nakazu Ani, ale serca nie miał do samochodu. Właściwie, jak odwiedzał mnie w pokoju (mieszkałam z Halinką, a Ani Jasiu dał pokój z Romkiem, wcześniej dwa lata temu mieszkałam na tym samym plenerze z Anią). I wiesz, on, siadłszy w pokoju przy stole – ja robiłam mu herbatę, bo ludzie wschodu piją tylko herbatę – opowiadał mi właściwie tylko o Tobie jako o swoim największym przyjacielu licealnym bardzo dużo i obszernie. Mówiliśmy o Twoim malarstwie, które jest samorodne i o tym, że masz dar od Boga taki sam, jak absolutny słuch u muzyka, że zestawiasz spontanicznie barwy bez pudła i plamy zawsze są na swoim miejscu. Romek podzielał te wszystkie zachwyty ze mną i właściwie prześcigaliśmy się w zachwytach. Mówił jednak to samo, co Ty pisałeś mi w listach, tylko odwrotnie. Romek opisywał Twoje wielomiesięczne jazdy alkoholowe, z których wyciągała Cię Twoja żona. Mówiłam, mu, że miałeś do mnie pretensję, że ja nie wyciągnęłam Cię z tego dwutygodniowego samotniczego picia z gwinta w pokoju na plenerze w Julinie, że pozwoliłam Ci na tę autodestrukcję i nawet nie zaglądałam do Twojego pokoju, szanując Twoją absolutną wolność wyboru, albo, jak potem z pretensją oceniłeś, olałam Cię zupełnie. Wtedy, pamiętasz, to był chyba ostatni rok, kiedy Twój licealny dyrektor Edek jeszcze żył i leczył na tym plenerze nerki piwem, w jego pokoju stały dziesiątki butelek po piwie pod ścianą i pod wpływem tego piwa chyba namalował rewelacyjny, niewielki obrazek zatytułowany „Ksiądz Jankowski na tle gdańskiej szafy”, czy coś podobnie zatytułowane, nie pamiętam, ale to był bardzo trafiony obyczajowy motyw malowany grubymi impastami. Bardzo lubiłam do Was schodzić, bo mieliście pokoje na parterze wzniesionego chyba za Gierka dwukondygnacyjnego baraku wybudowanego tuż obok myśliwskiego pałacyku Potockiego. Edek zawsze mówił nam, że te tereny zamieszkałe są przez uszlachetnioną przez Hrabiego ludność jego nasieniem i posiadają charakterystyczne nosy Potockiego. Opowiadał dowcipnie jak Zagłoba, jak Falstaff, był już trochę otyły jak ksiądz Jankowski. I dlatego, że tak lubiłam do was schodzić i rozmawiać z ludźmi do rzeczy w odróżnieniu od reszty pleneru, który, jak każdy niemal malarski plener jest z założenia betonowy, martwy i nijaki, uważałeś, że mam Ci jeszcze matkować i wkraczać w światy mi nieznane. Bo ja już dawno zrezygnowałam z kosztownej nikotyny czy kosztownego alkoholu, mnie to nigdy nic oprócz zatrucia i utraty pieniędzy nie dawało. Po wypiciu byłam zawsze bardziej trzeźwa, niż bez i od zarania moich świadomych dziejów, czyli od liceum, kiedy wszystko się przecież w człowieku rozgrywa, kiedy Bronek błagał mnie, bym wreszcie zapaliła jak wszyscy normalni ludzie na całym świecie, ja nie mogłam sięgać po takie wspaniałe ułatwienia życiowe. Ciekawe, że Ty w listach napisałeś o Romku podobnie, to, że rok, a może więcej pił non stop, o czym Romek wtedy ani pisnął, może bojąc się Ani. Teraz, kiedy wczoraj zobaczyłam Romka w tej bardzo chyba kosztownej, rzemieślniczo wykonanej drewnianej urnie i popatrzyłam na twarz Ani jak na twarz Matki Boskiej Boleściwej siedzącej w pierwszej ławce bazyliki jako jego najbliższa rodzina, a z tyłu kłębił się tłum wielbicieli malarstwa Romka, to pomyślałam, że fajnie się ma, że nie musi już w tej „kuczy”, jak mawiała moja babcia, ślipić nad tymi obrazkami wielkości znaczka pocztowego, bo tylko takie się już ewentualnie sprzedawały, albo i nie, bo ambitnie ciągnął pewnie biznesowo ten los w tej chacie bez słońca i wiedzy o istnieniu jakiegokolwiek prądu sztuki dzisiejszej, gdzie żaden izm, żaden hiperrealizm ani bardziej kosztowny gatunek nie miał wstępu w tę polską nędzę Polski B, w ten zatrzymany cywilizacyjnie świat bud dla psów, gdzie skryli się artyści pędzla smarując nawet ich już nie umywszy przed położeniem następnej plamy, przy całkowitej już abnegacji, amnezji i kultywowania bezmyślności i bezmózgowia. I ten profesor ASP, który tak piękny nekrolog napisał, zdawał mi się zwykłym obłudnikiem, który mając kilkutysięczną pensję uniwersytecką, bo pewnie zarobkuje jeszcze na kilku polskich lokalnych uniwersytetach w Pcimiach Dolnych – zachwyca się tymi obrazkami Romka jak ciekawostką etnograficzną i pewnie uwielbia jeździć jeszcze na plenery malarskie, bo ma tam widownię do wygłaszania swoich bredni, które cały okrągły rok muszą chłonąc jego studenci, a on jest uzależniony od swoich występów publicznych. I musi wyżerać te plenerowe posiłki, które są lepsze od najlepszych, bo przecież nie dadzą profesorom uczelni byle czego. A i wyspać się w osobnym pokoju musi, bo przecież komisarz pleneru nie da pokoju profesorowi wyższej uczelni z jakimś poślednim malarzyną, którego też musiał zaprosić na plener, bo jest młody, a młodych potrzeba na plenerze każdej płci jak lekarstwo. I tak to Witku mamy już z głowy Romka, który w tym Zakopcu niepotrzebnie dwa lata leczył raka, by wyglądać jak śmierć i zniszczyć jeszcze psychicznie biedną Anię, którą, cwaną zdawałoby się i kutą na cztery nogi kobietę wykończył nierozważny romantyzm u schyłku życia.

I tak tym niezbyt przyjemnym podsumowaniem kończę rok 2014, bo przecież i tak umrzeć trzeba i ważne by wymknąć się, jak tylko nadarzy się okazja.  Mam nadzieję, że Twoi trzej synowie, Trzej Budrysi, jak mówiłeś o nich w Julinie, których ojcowsko los zdeterminowałeś już wtedy, jak byli jeszcze przedszkolakami przeznaczając ich wszystkich na malarzy nie przeklinają Cię dzisiaj ukończywszy Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie.

Pa, ucałowania ze Śląska, Ewa

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2014, dziennik ciała i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *