na druk jeszcze za wcześnie…

na druk jeszcze za wcześnie… header image 1

Czesław Miłosz „Widzenia nad zatoką San Francisco”

November 19th, 2008 · No Comments

Amerykańskie przewodniki po San Francisco polecają tę książkę, jej angielską wersję na pierwszym miejscu. Nazwisko Czesława Miłosza związanego z tym miastem wymieniane jest wśród wielkich, ogólnoświatowych sław, które tu mieszkały, bywały, przejeżdżały i opisywały. Długa ich litania mieści się na kilku stronach każdego przewodnika jako chluba miasta.
Widzieć po czterdziestu latach San Francisco tak, jak widział je Czesław Miłosz to trud wielki i wielka różnica.

W tych esejach Europejczyka jest gombrowiczowska wyższość i niższość.
Zastrzega się, że światowcem nie jest:

„Jestem ciągle tym małym chłopcem, który za pierwszą swoją wizytą w większym mieście przestraszył się szumu wody w muszli klozetowej, bo myślał, że ciągnąc za łańcuszek, zepsuł nie znany sobie przyrząd. Prowadzony przeze mnie samochód jest dla mnie nadal zwierzęciem podejrzanie apokaliptycznym, oswojonym tylko przez jedynego posiadacza takiego wehikułu w naszym powiecie, hrabiego Zabiełłę.”

Jednak dalej pobrzmiewa wyższość. Miłoszowi nie podoba się, że w księgarniach kalifornijskich markiz de Sade jest tak łatwo dostępny, a szczególnie „ Filozofię w buduarze” ocenia noblista jako dzieło przynoszące szkodę młodzieży drastycznym opisem znieważania i mordowania matki.
Cały czas przypomina, że jego katolickie wychowanie nie pozwala na przyzwolenie rewolucji seksualnej, której jednakowoż z uwagą i zainteresowaniem się przygląda i decyduje się umieścić w tak poważnych esejach pikantne o niej anegdoty. Jego nie dość biegła znajomość języka nie pozwala zrozumieć slangu literackiego uniwersyteckich zinów. Słusznie oburza się na młodzieńcze rozwydrzenie studenta, który atmosferę jakiejś rodzinnej kalifornijskiej dziury, klimat nudnego miasteczka porównuje do obozu koncentracyjnego.
Ale to wszystko nie jest istotą „Widzeń”. Nie jest nią nawet nostalgia za czymś, czego nie doświadczyła jego młodosć w wojennej zawierusze w Europie, nie doświadczył i nie wie czego, gdyż ta wyższość nie pozwala mu na takie poniżenie. Jest w tych zapiskach jakaś ciągła pogoń za nakryciem sobą czegoś, co go przerasta i co, jeśli przyzna temu rację, go zniszczy, podetnie gałąź, na której siedzi. I tu tkwi najprawdopodobniej jego niemożność dotarcia do prawdy, o ktorą się tak usilnie stara i za którą optuje.

Być może problem leży w Religi, której odejście Miłosz czujnie i z trwogą obserwuje. To, że jest znawcą Emanuela Swedenborga i Williama Blake, na którym Allen Ginsberg oparł swój „Skowyt”, nie łączy, a dzieli. Miłosz nie rozumie przemian powodowanych pojawieniem się beat generation, nie rozumie ich muzyki, plastyki, efektów LSD. Patrzy jak na cyrk, jak na wyrodzoną fanaberię a nie jak na zwykłą konsekwencję dziejową - wrzód, który z powodu toksyn pęka i wybucha. A, że erupcja jest wyjątkowo piękna mimo ogromnych kosztów, tragedii, samobójstw i chorób, Miłosz patrzy zafascynowany.

Dzisiaj, gdy patrzę na Zatokę, nad którą kwitnie przepiękne miasto mimo blakeowskiego potępienia, gdzie w międzyczasie wyrósł przepiękny gmach muzeum sztuki nowoczesnej oddziału MoMA, w którym zamknięto rejestrację wolnościowych dokonań plastycznych, których z profesorskiego gabinetu uniwersyteckiego Miłosz nie był w stanie ogarnąć, grymas wieszcza jest jeszcze bardziej kuriozalny.
Gdy zabijano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego nastrój był podobny. Właśnie powołany demokratyczny prezydent, Barack Obama, o którego zagrożonym życiu mówi się coraz częściej jest jakimś kierkegaardowskim powtórzeniem, jakimś nietzscheańskim powrotem.

Widząc dzisiaj Zatokę San Francisco, po półwieczu europejskich przemian można wczuć się w widzenie polskiego intelektualisty, który się stara. Ma ponad pięćdziesiąt lat i jest w pejzażu podobnym temu, który wydał kulturę starożytnej Grecji, a któremu też nie pozostał dłużny. Pejzaż przepieknej Zatoki też wydał.
I polski pisarz średniego pokolenia stara się ogarnąć coś, co jest zupełnie inne od tego, od czego odszedł na czas emigracji.
I rozpaczliwie wmawia sobie, że odszedł od lepszego i że te wspaniałości, które ogląda, to tylko fatamorgana.

→ No CommentsTags: czytam więc jestem

PACYFIK I

November 17th, 2008 · No Comments

A to jest ważne, choć mgły tuman
spada leniwie wlokąc woal
na nieśmiertelne w skały bicie!
A to jest ważne, co widzicie,
co się wydaje dookoła,
choć nic nie mówi oprócz szumu!

Ważne, gdyż są to tylko piaski
wyrwane wodnym biciem skały.
Piana to może akt odwagi,
pióropusz, gdy archipelagi
wysp są odpryskiem niebywałym
erupcji jednej ich namiastki!

Nie bój się, że w powietrznej bramie
płomień oślepi chciwe oczy!
Majestat, to jeszcze nie werble,
to nie jest gwałt, to tylko srebrne
błyski muskają ogon smoczy,
a on śpi przecież w skalnej jamie.

Algom fal rytm wyrzuci na brzeg
sznury wiążące pętlę krzyku.
Nic już nie zniszczy wyzwolenia!
Wchłonie ocean cień i z cienia
wysnuje nowe. W Pacyfiku
tylko w odejściu jest początek.

I powiem ci - choć szum jest wielki,
a ptaki także wiedzą swoje –
że szarość skał, to kolor chwili,
że przypływ fal nam się pochyli!
W ukłonie będzie schylać głowę,
pokorne słać muszelki!

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ No CommentsTags: 2008 · Nie daję ci czytać moich wierszy

Kalifornia III (Chinatown)

November 15th, 2008 · No Comments

W każdym większym mieście w U.S.A. jest dzielnica chińska, a w San Francisco podobno jest najstarsza w Ameryce Północnej. Każda ma Bramę przez którą przechodzi się bezkarnie, która już niczego nie otwiera ani nie zamyka, tłum przechodniów krąży pod nią ledwo ją zauważając, gdyż wszystko wokół jest w tym samym wschodnim stylu Kantonu lat dwudziestych. Barwne, pełne chińskich znaków i witryn sklepowych z wyległymi na ulicę smokami przestrzenie są ciasne, zamknięte u góry czerwonymi lampionami. Piękne Chinki stoją na rogach wciskając grzecznie kartki z zaproszeniami do restauracji i mimo, że po wejściu do takiej płaci się czterokrotnie wyższą cenę niż w zaproszeniu, interes kwitnie, a cała dzielnica sprawia wrażenie permanentnego mrówczego i zapobiegliwego bogacenia się.
Ulica Malowanych Balkonów ze złoconymi dachami, z barwną barwną elewacją, różnokształtnymi oknami i  wykuszami mimo niejednokrotnie sprzedawanej w otwartych tam sklepach tandety jest szlachetna, solidna i dostojna. Chińczycy, Koreańczycy i Wietnamczycy oraz Japończycy stanowią w całym mieście ponad 30 % i ciągle ta liczba wzrasta. W Chinatown praktycznie nie widuje się w obsłudze turystycznego biznesu rasy innej, niż żółtej.
Na wystawach zdumiewają posążki Mao Tse-Tunga. A podobno marzeniem każdego Chińczyka jest otworzenie biznesu w San Francisco, w dzielnicy Chinatown.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ No CommentsTags: 2008 · dziennik ciała

Kalifornia II (Hippie)

November 13th, 2008 · 7 Comments

Do dzielnicy Haight-Ashbury, której nazwa wzięła się od sławnego rogu skrzyżowania dwóch ulic nazwanych nazwiskami dwóch postaci, którzy wpłynęli na kształt San Francisco – bankiera i gubernatora idzie się ulicami tak bogatymi, że trudno wiązać ruch hipisowski i jakąkolwiek ascezę. Domy, sprawiające wrażenie, zindywilizowanych pałacyków w stylu art deco lub rokokowych lekkich rezydencji prowadzą do dzielnicy hipisów. Po tanich drewnianych domach, gdzie mieściły się hipisowskie komuny ze względu na niezwykle tani czynsz śladu nie ma, natomiast po pół wieku w dalszym ciągu ściągają tu na ulicę młodzi ludzie, by na niej siedzieć, klęczeć i leżeć. Na widocznym w zachowaniu zamroczeniu zbierają pieniądze lub zataczają się idąc i stanowią część wszystkiego, co się dzieje na ulicy, po której przechodzą turyści, klienci sklepów i kawiarń, klubów i restauracji. Gdy pół wieku temu było tu centrum światowe nielegalnej marihuany, LSD i innych halucynogenów, kultury i rock-and-rolla, gdy działały tu Jefferson Airplane, The Grateful Dead i Janis Joplin równocześnie rozdawano bezpłatnie żywność i tworzono kliniki dla potrzebujących na gwałt pomocy medycznej.
Nie mam pojęcia, co dzisiaj zostało z “Summer of Love”. Czy zawsze nasuwające się z tym miastem pierwsze skojarzenie z piosenką “San Francisco (Be Sure do Wear Flowers In Your Hair)”ma rację bytu teraz? Wszystko stało się jakby zaplanowane i ujarzmione. Działają tu podobno swobodnie wszystkie partie anarchistyczne, partie zielonych, ekologów, propagatorów zdrowej żywności i baterii słonecznych oraz samochodów na prąd. Ale jest to wpisane w koloryt ulicy, po której się swobodnie chodzi mijając narkomanów, małe sklepiki z buchającą muzyką lub zwykłym handlem ciuchami i bibelotami.
Tuż obok na wzgórzach - a im wyżej tym drożej - sterczą najdroższe hotele świata, gdzie doba kosztuje dwa tysiące dolarów i ten hipisowski koloryt w tak piekielnie bogatym mieście jest jakąś w dalszym ciągu fanaberią dwubiegunowej depresji, o której się tu mówi jako o przypadłości, o której mówić warto.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ 7 CommentsTags: 2008 · czytam więc jestem · dziennik ciała

Kalifornia I (Jack London)

November 12th, 2008 · 2 Comments

Trzeba wyjechać z Glen Ellen, zjechać z głównej szosy zostawiając pola ryżowe, ciągnące się winnice i miasteczko, gdzie w ogrodach wiszą cytryny, grejpfruty i granaty, minąć gaje oliwne i wjechać w ogrodzony park w którym mieściła się farma i spalony dom Jacka Londona.
Jest zawsze coś w takich miejscach fałszywego i prawdziwego, coś, co odpycha i przyciąga.
Spolszczona w ubiegłym roku biografia Jacka Londona, inna niż wcześniej znana - ta napisana przez przyjaciela pisarza, Irvinga Stone’a - jest pełna tego domu, szczegółów intymnych, o których dawniej się z taką bezkompromisowością nie pisało.
Dom wybudowany dla kobiety, dla kobiety życia, która wymagała ofiar z żony wcześniejszej, córek, ze zdrowia i spokoju, która nie dała mu upragnionego dziecka i która po brzegi wypełniła ostanie lata życia pisarza. Sportretowana w “Maleńkiej Pani Wielkiego Domu” została jak wszystko u Jacka Londona zamieniona na literaturę. I, jeśli po wcześniejszym idealizmie zawartym w „Martinie Edenie”, gdzie porywająco przedstawia samorealizację artysty za sprawą własnych ambicji, marzeń i samozaparcia, to ten ślad spełnienia, ten finał w postaci domu, farmy, stabilizacji, staje się dla niego już tylko pracą zarobkową i ucieczką w alkohol.
Wtedy, gdy wydawał, szastał i rekompensował sobie lata nędzy, kiedy jego książki czytali wszyscy, a wydawcy ustawiali się w kolejce, a on je produkował jak towar, który się dobrze sprzeda zamieniając wszystko na literaturę, powstała wizja domu. Miała rozmach i pragnienie goszczenia mitycznych wędrowców, miała coś z pychy i coś z racjonalności.
Dom Wilka nie miał nic wspólnego z „Wilkiem stepowym”, z samotnością i alienacją społeczną. Był powołany dla rozrywki i przyjaciół.

Makieta stojąca w dzisiejszym muzeum przedstawia projekt architekta z San Francisco, Alberta Farra w miniaturze. Ale dom powstał naprawdę i składał się z czterech poziomów. Górne dwa piętra były przeznaczone dla Jacka i Charmian Londonów. Na czwartym była sypialnia.
Pracownia z biblioteką tej samej wielkości bezpośrednio pod nią na drugim piętrze podłączono kręconymi schodami. Obszar pracy pisarza był zupełnie odosobniony od reszty domu.
Na dole salon z balkonami rozszerzał się w trzech czwartych. Ogromny kamienny kominek otwarty na pułap krokwi stwarzał przytulny zakątek w ogromnym pokoju. Tu miano spalać w dużych ilościach bale sekwoi, sosen, dębów, buków i platanów. Alkierz, jako jedno duże pomieszczenie został zaprojektowany dla Charmian. Stąd roztaczał się widok na dziedziniec, gdzie basen zajmował środkową część pozostawiając otwarte patio. Wokół basenu był ogród. Rezerwuar zbiornika wody był w górnej części dachu. Dom miał mieć własne ogrzewanie, ciepłą wodę, oświetlenie elektryczne, lodówkę, pralnię z parą wodną, suszarkę obrotową, wyżymaczkę, spiżarnię i piwnicę z winem.
To, że dom spłonął natychmiast po ukończeniu w tajemniczych okolicznościach, pozwala na narastanie wokół tego faktu literatury domniemającej lub ściśle naukowej, gdzie zamiast ludzkiej destrukcji występują zwyczajne szmaty zabrudzone olejem, które samozapłonem wykonują ogniowy wyrok.
W tajemniczych okolicznościach zmarł również czterdziestoletni pisarz po trzech latach od nieszczęsnego wydarzenia, co również wzbudziło aktywność przyczynkarsko - plotkarską zmieszaną z licznymi pracami naukowymi, gdyż pisarz mimo, że pisał od szesnastego roku życia, a potem narzucił sobie reżim wyartykułowania tej samej ilości stron dziennie, miał w planie dom odbudować i literaturą na to zarobić.
Dzisiaj można zobaczyć meble, fortepian i bibeloty, czyli wszystko, co nie spłonęło, gdyż miało być dopiero tam ustawiane. Dom wybudowany po śmierci męża przez wdowę London jest podobny do Wolf House. Jest w hiszpańskim stylu z dwuspadowym dachem i ścianami z ogromnych płyt kamienia polnego, ale znacznie mniejszy.
Po śmierci Charmian London w 1955 roku w wieku lat 84 zamieniono go na muzeum. Odwiedzający park kupują książki, kasety video, oglądają fotografie, listy i inne materiały na monitorach. Znaczna część mebli w domu została zaprojektowana przez Londonów specjalnie dla domu Wolf.
W szafie wiszą ciuchy. Ciuchy kobiety życia Jacka Londona z którą tak lubił się kochać i która podobno nosiła się ekstrawagancko i krzykliwie. Tutaj napisała dwa biograficzne tomy o nim. Tak jakby przedłużała to życie o drugą jego połowę. Trudno o lepszy komfort pracy dla artysty, którego nie mógł już wykorzystać.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ 2 CommentsTags: 2008 · dziennik ciała

Próby

November 6th, 2008 · No Comments

Czwartego listopada 2008 roku świat rozpoczął próby.
Liście, których obfitość z roku na rok przybywa wskutek miejskich nasadzeń gatunków wybujałych i nie zwężonych klimatem który w Seattle roślinności sprzyja wyjątkowo, próbowały bezskutecznie oderwać się od gałęzi. Te, którym się to powiodło, otulały szczelnie niższe rejony miasta, tworząc niemal identyczne, lustrzane skołtunienie z jeszcze bujnymi koronami.
Próby wszelkich mechanicznych urządzeń do ich usuwania były jedynie pozorne. Traktory i dmuchawy przejeżdżając odsysaczami pozostawiały po sobie identyczną jak wcześniej sytuację, gdyż liście to nie śnieg i tak duża powierzchnia każdego liścia, pokrywająca miarowo wszystko wokół, nie znikała.
Wśród nich sterczały sylwetki wolontariuszy starających się stać w widocznych miejscach, by tablice z napisem” Obama” zobaczyli w przejeżdżający w samochodach ludzie.
Podobne tabliczki wbite w trawniki prywatnych domów obok poukładanych kilka dni temu ogromnych, pomarańczowych dyń zasypywały liście. Tylko krawat we wzór flagi Stanów Zjednoczonych u dentysty w swoim gabinecie dawał gwarancję, że w tym dniu chociaż ci, co przyszli tego dnia, będą wiedzieli, że trzeba głosować.
Nad wodą w studio baletowym miał próbę najnowszy spektakl baletowy, w którym Donald Byrd wróciwszy właśnie z Jerozolimy postanowił na płaszczyźnie sztuki, czyli tańca, rozwiązać problem bliskowschodni zapraszając do współpracy izraelickiego choreografa i palestyńskiego kompozytora. Spoceni tancerze, którym kazał maksymalizować ekspresję mającą symulować skutki konfliktu politycznego na przykładzie męskiej agresji i kobiecej rozpaczy, posłusznie próbowali sprostać jego każdej twórczej ekstrawagancji.

W przerwie spróbowaliśmy sushi z zielonym japońskim chrzanem wasali w ogromnej restauracji, gdzie po całej sali zamiast wagoników, na krętej taśmie, kursowały barwne talerzyki z ogromną ilością wariantów sushi. Jechały na talerzykach na poziomie ust i majestatycznie przesuwały się wolno nęcąc i zachęcając do ich spróbowania. Piękna Japonka dolewała co jakiś czas wrzątku do kubków z zieloną herbatą a na wysokich ścianach wyświetlano tańce na ulich Tokio Japończyków przebranych za Presleya. Tancerze w czarnych skórzanych kurtkach i włosach zaczesanych na kaczy kuper próbowali imitować ruchy Presleya i tym łączyć się z Ameryką.
Ponieważ jest to jedzenie tańsze od amerykańskich hamburgerów, warto było spróbować kilka gatunków sushi i równocześnie podjąć na zapas próby nauczenia się jedzenia pałeczkami.

Próbowałam w tym dniu z biblioteki przynieść niemal wszystkie książki dotyczące San Francisco, ale plecak tak wielkiej ilości książek nie wytrzymał. Wybrałam kilka z nich i próbowałam wklepywać angielskie hasła do Internetu, ale szybko zrezygnowałam, gdyż odnalazłam w zbiorach internetowych „Próby” Montagne i próbowałam po przeczytaniu poezji Darka Foksa przywrócić ich lekturą wewnętrzną równowagę.

Próba zwielokrotnienia ilości przepływanych basenów powiodła się, co zastąpiło codzienną dawkę ćwiczeń na przyrządach, które to ćwiczenia lepiej niż w greckim gimnazjonie aplikowali sobie wszyscy, bez względu na wiek, rasę i płeć. Na ekranach telewizorów próbowano śledzić przebieg wyborów, ale szybko rezygnowano pogrążając się w muzyce dostarczanej przez słuchawki, której rytm pozwalał na łatwiejsze pokonywanie wyznaczonego sobie dziennego limitu.
I kiedy ogłoszono bezsprzeczne zwycięstwo jednego kandydata nad drugim i to, że już nikt próbować kandydować na najbliższy czas nie będzie, wszystko w tym kończącym się dniu nagle przestało mieć już charakter próbny i przyjęło bezwzględną formę determinacji i jednoznaczności.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ No CommentsTags: 2008 · dziennik ciała

ARBORETUM II

November 3rd, 2008 · 3 Comments

Sztuczny ten las. Czas wzrasta w niebo;
ażur koronkę rozrywa krwawo.
Żyłki się prężą nad ściętą trawą
jakby kłamały drzewom.

Dach jest czerwony od soku trzewi
sen się rozlewa mgłą namacalną.
Zewnątrz jest tęczą, we wnętrzu czarno,
pozór się krzewi.

Tam gdzie na zawsze stopa konkwisty
wypali znamię -
ziemia jak barwny święty sakrament
szyfr kreśli z liści.

Pójdziesz, a przecież krokiem pożera
ogon wsobności, znikania drwina!
Czas się czaruje, czas miesza zdania
czas, czas jest teraz!

Brniesz w korytarze. Tylko zawiłość.
Nie ma Innego i nie ma Pana.
Entropia trupa zamieni za nas
Estetyzm w miłość.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ 3 CommentsTags: 2008 · Nie daję ci czytać moich wierszy

Pokochać Halloween

November 2nd, 2008 · No Comments

Mży i temperatura już jest jesienna, ale co jakiś czas od samego rana grupki skąpo ubranej młodzieży migają koło Seattle Center Community College na światłach obok boiska.
Przebiegają truchtem między pomnikiem Jimiego Hendrixa, wchodzą na ulicę Broadway i znikają. Czasami samotnie przejdzie w piórach zieleni Veronese chłopak w czarnym kapeluszu i okularach słonecznych.
Prawdziwy ich wysyp rozpocznie się w wychodzących w sklepie Value Village, gdzie sprzedawane są rzeczy używane, przyniesione przez ludzi bądź przywiezione przez inne sklepy za darmo. Tu na Halloween przygotowano kompletne stroje, ale i tak wszyscy, którzy tu przyszli dobierają je dokładnie z wielu różnych wieszaków i półek. Sprzedawca ubrany jest w krwistą, obcisłą lycrę i włosy ułożył w dwa rogi zlepione żelem, a oczy pomalował starannie tak, że brwi spotkały się ze sobą łącząc się z podbitymi oczyma i ten demoniczny wyraz dodaje mu pewności siebie. Sprzedawca bez cienia wahania fachowo i szybko wczytuje kody cenowe do kasy fiskalnej. Robi to lekko, inaczej. Jakby ta nowa dzisiejsza skóra, ta cały rok oczekiwana tożsamość uskrzydlała go. A kupujących jest dzisiaj wyjątkowo dużo.
Nastrój Halloween panuje w siłowni. Ubiory, oprócz postaci filmów fantasy, z przerzuconym przez ramię doszytym do kombinezonu futerkowym zwierzęciem chłopaka z obsługi, któremu pokazuje się kartę wstępu, są odzwierciedleniem męskich marzeń. Jest kilku Schwarzeneggerów. Batmani raczej trafiają się wśród Azjatów, chłopaków niskich i krępych. Supermani to zazwyczaj rośli mężczyźni w błękitnych kombinezonach z dodatkowo jeszcze uwypuklonymi gąbką bicepsami. Wszyscy tu dzisiaj trenują nie zwracając uwagi na swoje przebrania. Stroje są bowiem tak wygodne, jak codzienne dresy i każdy może w nich swobodnie wykonać swoje codzienne pensum.

Dopiero wieczorem na Broadwayu w pełnym makijażu będą w te i we twe przechadzać się, snuć i tworzyć tematyczne z sobą grupy pełne rafinacji doprowadzonego do końca nowego wizerunku. Bowiem w ten ostatni dzień października, gdy kończy się lato a zaczyna zima następuje w człowieczej wegetacji przejście, metamorfoza w osobowościach: każdy jest tym, kim chce być i kim na ten jeden dzień na pewno będzie, może tylko przez ten akt jednej nocy nim już do końca pozostanie, odrzucając widoczne zewnętrzne przebranie. Można jeszcze uzupełnić wizerunki, wyostrzyć przekaz poprzez szereg dodatków, które sklepy, przybrane w dynie, w sprzedawców w białych kitlach ociekających krwią, w takt muzyki heavy metalowej oferują absolutnie wszystko, co ludzka namiętność na ten czas jesiennego karnawału pragnie.
Jest w tym przebraniu radość zamiany i jeśli po ulicach krążą postacie z Felliniego z ich perwersją i przerysowaniem, to optymistycznie można przypuścić, że wszyscy w ten dzień, którzy wylegli na ulicę i którym się chciało, to przecież artyści. Turbany, szale, fantazje w dekoltach, nagość przy niemal minusowych temperaturach to też i ofiara, i wyrzeczenie.
Wysoki mężczyzna ubrany jedynie w pióropusz wodza Indian Seattle i zakrywający skąpą przepaską swoje przyrodzenie nie marznie w nocy październikowej górując nad tłumem licznych kurtyzan w strojach historycznych, gimnazjalistek i dziewcząt w mini spódniczkach w jaskrawych fosforyzujących kolorach. Pawie pióra w nagim, ubranym jedynie w biżuterię chłopcu kołyszą się w takt stawiania przez niego kroków nóg w brokatowych rajstopach to skrzyżowanie pawia i strusia. Ale wszystko proporcjonalnie ilościowo przetyka tradycja, czyli kościotrupy i wszyscy, którzy marzą, by wreszcie umrzeć, skryli się w pelerynach, szpiczastych czapkach i silikonowych maskach białych czaszek.
Obok na smyczy przebierańcom towarzyszą zwierzęta, równie zindywidualizowane charakterologicznie jak ich właściciele w nietoperze, insekty i fantastyczne stwory rozpoznawalne i trudne do rozszyfrowania. Maleńkie dzieci z koszyczkami ubrane w krynoliny lub duszki w ten późny wieczór towarzyszą rozbawionym rodzicom z otwartymi, zadziwionymi oczyma.
W dzielnicy portowej, gdzie zazwyczaj odbywają się uliczne parady rozpoczęcia lata i wzdłuż szeregów dawnych przetwórni ryb i magazynów teraz przerobionych na knajpki i liczne sklepy ludzie wychodzą z domów już odświętnie ubrani i jak na zew sabatowy zewsząd ściągają pod most.
Ta maleńka siedziba Piekła, w pobliżu rozświetlonej panoramy odbitego w wodzie miasta, rozżarzona żółtymi liśćmi klonów, którymi w nadmiarze porośnięte jest Seattle, widoczne jest najlepiej z górnego mostu.
I schodząc po krętych schodach w dół, mijając niklowane motocykle i tandemy rowerowe udekorowane sztucznymi kwiatami nagle zostaje się otoczonym gorącym rytmem jazzowej orkiestry. Muzycy ubrani w ostre kolory brokatowych marynarek i płaszczy z pomalowanymi ciemno szarą gliną twarzami miarowo dmą we flety, uderzają w klawisze i bębny perkusji.
Na wyścielanym dywanem podeście właśnie rozebrany do pasa wodzirej namawia zgromadzonych do występów na podium, co natychmiast jest wykonane. Kilka sylwetek w strojach wiedźm, wampirów i opasanych barwnie neonowymi przewodami czarnych robotów odtańczyło na podium taniec, by zwolnić miejsce kolejnym grupom tanecznym. Po oklaskach wszyscy - widownia i podest zaczynają tańczyć w takt rytmicznej muzyki i następuje, jak w mózgu po przeciążeniu telewizyjnego odbioru - przemieszanie serialowych bohaterów z tymi od filmów fabularnych i z tymi ściśle gatunkowymi. Ten kulturowy miszmasz jak najbardziej prawdziwy, realny, pełen żywotności i emocji jest też wiekowym, rasowym i płciowym zróżnicowaniem. Stojący w bocznej uliczce od mostu samochód, oklejony biżuterią i butami mającymi świecące ozdoby lub zrobionymi z błyszczących plastikowych powłok obsługiwany jest przez kobietę, która wyjmuje z worka coraz to dziwniejsze stroje i nakrycia głowy, a podchodzący szybko je ubierają. Grupka staruszek wybiera jedynie nakrycia głowy ze sztucznych kwiatów wszytych w ażur beretów, które po włożeniu dają efekt nie śmieszny, ale upiorny, co natychmiast dowodzi że drobne oszustwo w wizażu jest z wiekiem coraz mniej możliwe.
Na ten piekielny sabat nadciągają zewsząd wciąż nowe grupki monstrualnych żab, aniołów, lekko przebranych dziewcząt w frywolne króliczki bądź mające na głowach jedynie czułki zakończone małymi dyniami.
Ludzie odchodzą i przychodząi, falują swobodnie przemieszczając się do sąsiadujących klubów i kawiarni, gdzie barwnie zsiadają przy stolikach obsługiwani przez zakonnice w powłóczystych welonach, bądź pielęgniarki ubrane w obcisłe białe świecące gorsety ozdobione czerwonym krzyżykiem.

Noc staje się coraz intensywniejsza pełna zapachów mieszaniny pelargonii w ulicznych donicach, rozkładających się liści i smużki wód kolońskich przechodzących postaci. To jesienne snucie pod koronami żółtych i pomarańczowych klonów, których liście jeszcze nie opadły, a ich obfitość pokryła chodniki, dachy samochodów i trawniki, stanowi naturalną otulinę dla scenerii jarzących się dyń, wygiętych w kształt duchów neonów pnących się w szczelinach domów. Światło latarń tonizuje krzykliwe ubiory harmonizując je z frakcją bardziej tradycyjnych strojów żebraczych, łachmaniarskich, habitów mnisich i prowadzonych na smyczy psów. Wszystko scala się i harmonizuje coraz bardziej mieszając i tworząc jednolitą ludzką potrawę zasobną we wszystkie niezbędne składniki i ingrediencje.
Wchodząc w coraz intensywniejszą noc postacie rozpływają się jak duchy w mgle zalewającej niczym akwarelowy papier woda, by mocą przypadku powyginać plamy w zakrętasy i barwne zawirowania, stępić kontury i unicestwić formę.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open it in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

→ No CommentsTags: 2008 · dziennik ciała

komunikat

October 27th, 2008 · No Comments

trochę mnie nie będzie…

→ No CommentsTags: 2008 · dziennik ciała

Tekst piosenki zespołu The Eagles „Hotel California” - przetłumaczyła z angielskiego Ewa Bieńczycka

October 27th, 2008 · No Comments

Na ciemnej szosie pustynny, zimny powiew;
włosy plącze narkotyczna słodycz;
gdzieś w oddali świetlisty punkt - zapowiedź
sennej głowie ciążącej. Mgła weszła do powiek
nocleg tutaj. Moja opowieść:

W drzwiach stanęła ona. Dzwon słyszę kościoła
pytam się o anioła.
Nieba to jest? Może Piekła rola?
wtenczas powiodła mnie z płonącą świeczką
a głosy w dół, z korytarza, szeptały zdradziecko:

Witaj w Hotelu Kalifornia!
Ukochany punkt (Ukochany punkt) Ukochana twarz
Zarobią na tym w Hotelu Kalifornia!
O każdej porze, o każdej porze być tu możesz!

Jej biodra z Mercedesa a mózg jak Tiffany
rwała cudnych chłopaków dając przyjaźń w zamian
tańcząc latem. Pot był słodkim spełnieniem
do pamiętania, lub na zapomnienie.

Hej, Kapitanie, wina lej przedniego!
„nie było go od sześćdziesiątego dziewiątego”
i te głosy z daleka wołające -
obudź się w środku nocy, by wysłuchać w śpiączce!

Witaj w Hotelu Kalifornia!
Ukochany punkt (Ukochany punkt) Ukochana twarz
Witaj w Hotelu Kalifornia!
niespodziankę miłą masz (miłą masz).
Wymówki fałsz!

Na suficie lustra
w ustach róż szampana.
Więźniami jesteście swego umysłu - mówi nam ona.
A w holu zbierają się goście. A uczta
to nożem zarżnięcie, bo bestię tu przyszli
zabić. A to wyklucza

skutek. Więc jeszcze pamiętam moją bieganinę
do miejsca mego wejścia, drzwi otwarte, w przyjścia chwilę…
„Spokojnie” mówi nocny człowiek. Jesteśmy gościnni
i możesz wyjść na moment. Lecz nie opuścisz nas nigdy…

The Eagles - Hotel California

→ No CommentsTags: się tłumaczy