Vancouver I (gender)

Łagodny klimat Vancouver, wbrew śnieżnym konotacjom ulicznych wlepek na chodnikach zapowiadających zimową olimpiadę w 2010 roku, powoduje płciowe przemieszanie. Na Maple Street pamiętającej demonstracje hipisów sprzed pół wieku młodzież pod koniec listopada obok zimowych botków nosi plażowe japonki, a trzymający się za ręce dwaj mężczyźni szkockie spódniczki do owłosionych gołych nóg.

Wystawa w Vancouver Art Gallery będzie trwała do połowy stycznia następnego roku i jest efektem jej triumfalnego pochodu przez miasta Ameryki. Od Los Angeles, gdzie została zorganizowana przez Museum of Contemporary przeszła przez National Museum of Women in the Arts w Waszyngtonie do Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku (w jej oddziale na Queensie, a nie na Manhattanie).

WACK! ART AND THE FEMINIST REVOLUTION jest tytułem wystawy powielonym na ulicznych plakatach i tytułem albumu ogromnego i grubego sprzedawanego w sklepiku galerii za pół setki dolarów kanadyjskich.
Podobno wystawa miała mimo entuzjastycznych polskich reperkusji (z uwagi na obecność polskich artystek) szereg negatywnych analiz recenzenckich, szczególnie przy okazji nowojorskiego pokazu, co być może wpłynęło jeszcze bardziej na jej popularność i pikanterię.
Podobno skutkiem rewolucji feministycznej sprzed pół wieku – a o tym jest głównie wystawa – nie było, paradoksalnie powiększenie liczby artystek na świecie. Ich nadprodukcja i przewaga studentek na wydziałach artystycznych uniwersytetów i na akademiach sztuk pięknych, co jeszcze dwa wieki wcześniej było heroicznym wyczynem – nie spowodowała ich wzrostu, ani jakości. Statystyki odnotowują zaledwie szesnaście procent obecności płci żeńskiej na dzisiejszych liczących się wystawach światowych i nie jest to, przy bardzo ekspansywnym i krzykliwym sposobie promowania sztuki feministycznej liczba zagrażająca męskiej dominacji.

Zobaczyć tę wystawę w vancouverskie przedpołudnie, gdy przepiękna zatoka zalana jest słońcem, a miasto kusi i wabi, i oddać jej czas, opłacając kosztowny wstęp i wdając się w kłótnię z pilnującym, który nie pozwala fotografować ani centymetra tej wystawy, to nie lada wyczyn przyporządkowany masochizmowi, o którym na wystawie aż huczy. Ale ponieważ wystawa dotyczy lat mojej licealnej i akademickiej edukacji artystycznej, gdy nie miałam pojęcia, co się równolegle w wielkim świecie wyrabia, musiałam ją obejrzeć.

Otwiera ją abakan Magdaleny Abakanowicz, jak sfinks strzegący wejścia do kilku ogromnych sal pięknego gmachu kanadyjskiej galerii. Jest szkarłatny, utkany z modnego za moich czasów, jedynego dostępnego tworzywa polskich artystek, mianowicie sznurka do snopowiązałek, o którego braku co jakiś czas donosiły gazety alarmując, że z tegorocznych dożynek będą nici, jeśli na czas chłopom tego sznurka przemysł konopiarski nie dostarczy. Widocznie artystki polskie zużywały go w ilościach zbyt dużych, powodując taką dysharmonię w resorcie rolnictwa, co jak widać zaowocowało sukcesem w innym. Bowiem szkarłatna wagina monstrualnych rozmiarów Magdaleny Abakanowicz jest też znakiem firmującym tę wystawę w licznych publikacjach papierowych i sieciowych.

I wchodząc dalej już trwa permanentna histeria odarta ze wszystkiego, o co męskość z powodzeniem artystycznymi środkami wyrazu próbowała przez wieki wyartykułować. Bardzo dobrze i klarownie skatalogowano wszystkie aspekty tej sztuki, co czyni ją niestety jakimś prawniczym donosem i spisem kobiecych krzywd, jednak tylko dzięki umieszczonym na ścianach krótkim wprowadzeniom w problem, można się w tym wszystkim połapać.
Charles Baudelaire, który sto lat wcześniej gloryfikował szminkę i sztuczność kobiecego wizerunku, jako kulturową sublimację wyższą jakościowo od siermiężnej naturalności, przewraca się w grobie oglądając dosłowność kobiecego ciała w obscenie, niesmaku i brzydocie.
Oj, czego tu nie ma! Video, które, jak w każdej charytatywnej akcji ustami wypielęgnowanych kobiet oskarża świat o zły los niewiast wschodu, o ich niewolenie, kastrowanie i bicie, jest w tak stuprocentowej socjologii może i nawet właściwe. Ale potem wszystko rozpada się i już chodzi o pokrwawione majtki, rajstopy wypchane żwirkiem, sfilcowane sweterki, filmowy onanizm tak odstręczający, że jego zakaz w tym wypadku aż się prosi. Sala pełna materacy, z których zrobiono kabinę, gdzie wygodnie leżąc można oglądać do woli wystąpienia sprzed pół wieku dzisiejszych osiemdziesięcioletnich Ew, o które tak usilnie pytał w wierszu „Staruszeczki” Baudelaire, a te w modzie końca lat sześćdziesiątych, w czarnych okularach są już trochę ze swym buńczucznym zacietrzewieniu śmieszne i patetyczne.
Wystawa w histerii, krzyku i skomasowaniu tak ogromnym 120 artystek z 23 państw jest rzeczywiście rewolucyjna w swoim sposobie przekazu. I skuteczna. W to niedzielne łagodnie przedpołudnie listopadowego wybrzeża, gdzie na kwietnikach chwieją się jeszcze ostatnie hortensje, a fiołki alpejskie amarantowe i białe mają się bardzo dobrze, zgromadziła tłumy oglądających.
W galeryjnym sklepiku otyłe kobiety w starszym wieku oglądały album z wystawy i przymierzały się nie tylko do jego zakupu, ale do setki równej wielkością albumów poszczególnych artystek, biorących udział w wystawie.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open this post in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2008, dziennik ciała. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Vancouver I (gender)

  1. Rysiek listonosz pisze:

    Warto udokumentować epokowe spolszczenie „Gender Trouble: Feminism and The Subversion of Identity” Judith Butler po osiemnastu latach od jej napisania. Z przedmową Olgi Tokarczuk.

  2. Ewa Bieńczycka pisze:

    Tak, też zauważyłam to niesamowite zaniedbanie w opóźnieniu tłumaczenia cennych pism Buttler, właściwie krytyczki feminizmu. Jeszcze nie ma w naszej bibliotece, jak tylko będzie, to o niej napiszę. Szczególnie intrygujący wstęp Olgi Tokarczuk, gdzie z tych fragmentów z sieci wnioskuję, że stawia tezę, że kobiety nie ma.
    W Kalifornii w restauracjach całe stoliki obsiadane są przez lesbijki, charakterystyczne kobiety bez makijażu, krzykliwe i bardzo swobodne w kawiarnianej gestykulacji, rozmowach i śmiechach, tak że wydaje sie, że one są wyłącznie.
    Też perfekcyjnie prowadzone są przez nie kawiarnie. Bardzo wysmakowane estetycznie, z podestem na fotele i półkami pełnymi książek i czasopism. I to są bardzo wyodrębnione płciowo wspólnoty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *