Kalifornia III (beat generation)

Dzisiaj wchodząc w sąsiadującą z Chinatown włoską dzielnicę North Beach trzeba minąć szereg wylewających się na ulicę smakowitych restauracji i dotrzeć do księgarni City Lights Bookstore. Księgarnia po pół wieku działalności nie utraciła swojej niezależności, prowadzi sprzedaż literatury alternatywnej i zachowuje anarchistyczny klimat. Trzy kondygnacje prezentują wszystkich awanturników, wichrzycieli i anarchistów od starożytności po dziś dzień pochodzących z każdego punktu na świecie, gdzie wypływają zbuntowane słowa.
Naprzeciw jest Vesuvio’s Bar, gdzie można zamówić napój o nazwie Jack Kerouac.
Te legendarne miejsca są mekką wszystkich, którzy przeczytali „W drodze”, którzy chcą zobaczyć gdzie powstał „Skowyt”, gdzie pito, dyskutowano i palono marihuanę.
Dzisiaj amerykańscy artyści przenieśli się do Yerba Buena Centre for the Arts wokół ekskluzywnego, otwartego trzynaście lat temu pięknego budynku który zaprojektował Mario Botta dla SF MOMA w którym umieszczono dokumentację plastyczną tych wydarzeń. Ale pielgrzymki z Europy Wschodniej ściągają właśnie tutaj.

Pięknie sformułowała Hannah Arendt problem rewolucji amerykańskiej w cyklu wykładów „Stany Zjednoczone a duch rewolucji”, prowadzonych na Uniwersytecie Princeton w latach sześćdziesiątych. I może tam jest właśnie klucz do tej bezcelowości wszelkich wycieczek turystów krajów zniewolonych do tego miejsca, do San Francisco, do sakralizacji ludzi i ich twórczości.
Poszukując odpowiednika polskiego beat generation na polskim portalu internetowym, które przecież znam jedynie z czasów radia Luksemburg i Wolnej Europy, a radiostacje te z trudem przekazywały nam jakieś zniekształcone odpryski, czytam na polskiej wikipedii, że odpowiednikiem tego fermentu była postać serialu o Tolku Bananie. Jest to wyjątkowo trafna uwaga autora tej notki jak i przykłady piosenek (Kwiaty we włosach) i piosenkarzy tych lat.

Hanna Arendt porównując rewolucję francuską do amerykańskiej, jako główną różnicę podaje uzyskanie wolności w Stanach Zjednoczonych, nie do nakarmienia głodnych, ale do pozyskania przestrzeni publicznej. „Bądź takim, za jakiego chciałbyś uchodzić w oczach innych ludzi”– nauczał Sokrates.
I może amerykańska beat generation tak naprawdę nie jest tylko przeciwko wojnie w Wietnamie, nie jest rewolucją seksualną, nie jest ani huxleyowską gloryfikacją narkotyków. Nie jest nawet, jak się teraz pisze, wyciekiem z laboratoriów CIA, która potem robiła eksperymenty medyczne na narkomanach ulic San Francisco.
Amerykańska wolność zapisana w Konstytucji jest według Arendt realizacją marzenia o pozyskaniu przestrzeni publicznej. Bowiem jedynie w kraju wolnym jest możliwość realizacji pierwotnej greckiej polis gdzie, jak mówił Sokrates nie marzy się o niczym innym tylko o spotkaniu z innymi, podobnymi sobie duchami. Daimonion Sokratesa to sumienie, które blokuje możliwość wyradzania się, wychodzenie poza jednostkę, poza własną, a nie zbiorową odpowiedzialność. Wolność więc nie polega na zaspokajaniu podstawowych potrzeb człowieka, którymi zwodniczo posługiwali się przywódcy rewolucyjni, zarówno francuscy, jak i sowieccy. Wolność jest pragnieniem zaistnienia jednostki we wspólnocie, nie na planie indywidualnym, ale zbiorowym przy zachowaniu swojej odrębności. Dlatego rządy totalitarne z powodzeniem hodują bardzo zadowolonych obywateli zaspokojonych materialnie i nie głodnych.
Polska stabilizacja gomułkowska a potem gierkowska zabezpieczała te podstawowe potrzeby produkując nawet polskich hipisów.
Arendt przytacza słowa Johna Adamsa:

„Człowiek ubogi ma czyste sumienie, a jednak się wstydzi (…) Czuje się niewidoczny dla innych i sam błądzi po omacku. Ludzie go nie dostrzegają. Tuła się i błąka niezauważony. W tłumie, w kościele, na rynku (…) otacza go tak głęboka ciemność, jakby się znalazł na strychu albo w piwnicy. Nie żeby spotykał się z dezaprobatą, osądem czy naganą; jest tylko niedostrzegany (…) Być całkowicie ignorowanym i wiedzieć o tym — to stan nie do zniesienia. Gdyby Robinson Crusoe miał na swej wyspie Bibliotekę Aleksandryjską, a zarazem pewność, że nigdy już nie ujrzy ludzkiej twarzy, to czy kiedykolwiek otworzyłby jakąś książkę?”

W Polsce pozbawionej wolności w wyborze przestrzeni publicznej, w kontrolowaniu i manipulowaniu jednostkami i przyzwoleniem, kto ma ją zajmować, prawdziwa wolność jednostki nawet w emigracji wewnętrznej nigdy nie była możliwa.

„Albowiem przemoc, pojawiająca się wśród ludzi, którzy nie cierpią już nędzy, jest inna, nie tak straszna — choć często nie mniej okrutna — niż pierwotna przemoc, z jaką człowiek musi podjąć walkę przeciwko konieczności.”

Pisze Arendt. I przytacza inne zjawisko skuteczności:

„Otóż nawet tam, gdzie utrata autorytetu jest całkiem jawna, rewolucja może wybuchnąć i odnieść powodzenie tylko wtedy, gdy istnieje odpowiednia liczba ludzi, przygotowanych na upadek władzy i jednocześnie dążących do jej objęcia, pragnących zorganizować się i działać razem we wspólnym celu. Liczba ta nie musi być wielka; jak powiedział kiedyś Mirabeau, dziesięciu ludzi działających razem może rozproszyć stutysięczny tłum”.

Ale nawet i takiej liczby nie można skrzyknąć, jeśli społeczeństwo nigdy nie zaznało prawdziwej wolności. Wyraźnie to widać w polskiej wolnej i demokratycznej strefie internetowej dotyczącej spraw kultury.
Przykładem są chociażby blogi i portale literackie.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open this post in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2008, dziennik ciała. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *