Kalifornia II (Hippie)

Do dzielnicy Haight-Ashbury, której nazwa wzięła się od sławnego rogu skrzyżowania dwóch ulic nazwanych nazwiskami dwóch postaci, którzy wpłynęli na kształt San Francisco – bankiera i gubernatora idzie się ulicami tak bogatymi, że trudno wiązać ruch hipisowski i jakąkolwiek ascezę. Domy, sprawiające wrażenie, zindywilizowanych pałacyków w stylu art deco lub rokokowych lekkich rezydencji prowadzą do dzielnicy hipisów. Po tanich drewnianych domach, gdzie mieściły się hipisowskie komuny ze względu na niezwykle tani czynsz śladu nie ma, natomiast po pół wieku w dalszym ciągu ściągają tu na ulicę młodzi ludzie, by na niej siedzieć, klęczeć i leżeć. Na widocznym w zachowaniu zamroczeniu zbierają pieniądze lub zataczają się idąc i stanowią część wszystkiego, co się dzieje na ulicy, po której przechodzą turyści, klienci sklepów i kawiarń, klubów i restauracji. Gdy pół wieku temu było tu centrum światowe nielegalnej marihuany, LSD i innych halucynogenów, kultury i rock-and-rolla, gdy działały tu Jefferson Airplane, The Grateful Dead i Janis Joplin równocześnie rozdawano bezpłatnie żywność i tworzono kliniki dla potrzebujących na gwałt pomocy medycznej.
Nie mam pojęcia, co dzisiaj zostało z „Summer of Love”. Czy zawsze nasuwające się z tym miastem pierwsze skojarzenie z piosenką „San Francisco (Be Sure do Wear Flowers In Your Hair)”ma rację bytu teraz? Wszystko stało się jakby zaplanowane i ujarzmione. Działają tu podobno swobodnie wszystkie partie anarchistyczne, partie zielonych, ekologów, propagatorów zdrowej żywności i baterii słonecznych oraz samochodów na prąd. Ale jest to wpisane w koloryt ulicy, po której się swobodnie chodzi mijając narkomanów, małe sklepiki z buchającą muzyką lub zwykłym handlem ciuchami i bibelotami.
Tuż obok na wzgórzach – a im wyżej tym drożej – sterczą najdroższe hotele świata, gdzie doba kosztuje dwa tysiące dolarów i ten hipisowski koloryt w tak piekielnie bogatym mieście jest jakąś w dalszym ciągu fanaberią dwubiegunowej depresji, o której się tu mówi jako o przypadłości, o której mówić warto.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open this post in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2008, czytam więc jestem, dziennik ciała. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Kalifornia II (Hippie)

  1. aya pisze:

    Ujarzmiono wcześniejszy chaos, barwność, przez niektórych uważaną zapewne za sól w oku.
    Ta depresja tam jest po prostu popularna, nie wiem czy czasem nie można powiedziec, że modna. Dla nich depresja to dołek 2 dniowy, z którym należy iść do psychiatry, albo przychoterapeutycznego jogologa, lub innej nazwy guru- guru to tez modne, nie tak jak wcześniej ale u nas zaczyna byc to widoczne, tylko, żeby nie zastapiło nam na wigilię sernika lub uszek….

  2. Ewa pisze:

    To są chyba stereotypy. Tu depresję dwubiegunową leczy się za duże pieniądze, państwo daje pomoc w ostateczności jak nie ma dochodów. A to, o czym Pani pisze to chyba serialowe informacje o klasie średniej i jej fanaberii. Zastanawiało mnie to, że ci młodzi ludzie na ewidentnym haju się tak marnują na tej ulicy najpiękniejszego miasta świata do którego dotrzeć jest przecież już jakimś finansowym sukcesem, a mieszkać na stałe też, bo wyjątkowo wszystko drogie. A w depresji człowiek jest bardzo słaby i biedny. Ale nie wiem, może Pani ma rację. Piszę tu takie sobie notki, by to wszystko trochę ogarnąć i uporządkować.
    I jeszcze o blogach, które są wspaniałe jeśli chodzi o wzbogacenie tego, co się ogląda. Nie ma takich spostrzeżeń ani w przewodnikach, ani w wikipedii, ani u Miłosza. A blogi piszą, co się działo w China Town w San Francisco tydzień temu. I to jest cudowne.

  3. aya pisze:

    Pani Ewo, pomijając fakt, że chyba pochodzi Pani z mojego rodzinnego (od str. matki)miasta. Nie mogę się nie zgodzić.
    Może przesadziłam z tą depresja, bo Pani bardziej przeciez chodizło o ogólny charakter miejsca. Jasne, nie ma takich miejsc jak blogi- które to świetnie zdają relację na temat, jak własnie jest, jak ktos spostrzega krajobraz tu czy tam. Ja zazdroszę Pani tej światowości, bo teraz najczęsciej bywam tlyko na południu Niemiec. Ale kiedy wracam, to wie Pani ile dysproporcji zauważam, najczęsciej, to w zarysie właśnie mentalności ludzi, tam nie wszyscy traktuja mnie jak człowieka , często jak Polkę, ale niektórzy sie łapią, bo dobrze mówię po niemeicku. Cóż.
    Młodzi niektórzy, możemaja taki wiek, może to klimat, może to echo miasta, daje im możliwość marnowania sie na haju. Ja cieszę się, ze jakoś tak nisko strasznie nie wylądowałam.
    Szkoda tylko, że Pan Marek kasuje wszyskto, co chciałabym do Pani napisac, na tym swoim blogu, takze, chyba zacznę odwiedzać, ten należacy tlyko do Pani.
    Pozdrawiam (przyznam, że chciałabym kiedyś zobaczyć np. New York, albo kraj z Ameryki Płd.)

  4. Ewa pisze:

    Byłam tylko w Norymberdze i mówiłam po angielsku, nigdzie nie spotkałam się z żadnym afrontem takim jak na ulicy w Polsce lub sieciowym zachowaniem nabzdyczonych niegrzecznych pisarzy. Nikt mi tak protekcjonalnie i z pogardą nie powiedział „kochana pani” jak panicz do babiny. I wiedzieli, że jestem Polką i byli bardzo grzeczni. A co sobie myślą? W innych krajach jednak nie ma takiego nastawienia na siebie, na histeryczną obronę własnego terytorium. Widać to w basenie: wchodzi gruba, żółta kobieta bez tej kokieterii i wstydu, że jest gruba, bez tych proszalnych spojrzeń, by wszyscy potwierdzili, że przecież znowu taka gruba nie jest.
    Chłopakowi głośno odbija się i na cały basen mówi „sorry” i nie popełnia z tego powodu samobójstwa.

    Zna Pani Przemyśl? Ja tam spędzałam wszystkie wakacje. To najbardziej zapyziałe miasteczko, wzorzec głupoty i kołtuństwa. Tam się za moich czasów mówiło „pani profesorowa”, „pani doktorowa”. Tam się kultywowało przedwojenną brednię. Znam doskonale korzenie naszych polskich pisarzy, ponieważ Przemyśl jest wzorcem, kolebką polskiego klimatu mentalnego.

    Proszę się nie gniewać, jeśli na blogu Marka Trojanowskiego zniknęły Pani komentarze, ale tam był wczoraj taki najazd spamu (kilkadziesiąt), że widocznie Marek usunął wszystkie przypadkowo. Wie Pani, blogi to pisze się tylko w lukach czasowych i jak się tam pisze, to robi się wszystko szybko i na gorąco. Stąd literówki i różne nie zawsze przemyślane zdania, ale to jest żywioł i potęga blogów.
    Proszę mnie odwiedzać, serdecznie zapraszam, zawsze odpiszę!

  5. aya pisze:

    Tak, tak, Mnie natomiast cieszy to, że Pani własnie chce sie odpisać, a obraz jaki pani przedstawia także obiektywem, czlowiek leżący i ta dziewczyna z dwoma psami, jest świetny ot co. Przmyśl znam ale nie za dobrze. Lepiej Katowice, Sosnowiec, tam miałam iść na studia tylko jakoś tak wyszło, ze calkiem inny kieunek i miasto. Ale nie ubolewam nad tym. Czasem nawet się cieszę. Co od blogów ma również Pani rację, pośpiech , który jest teraz nieodłącznym elementem życia zmusza nas do trzymania kurczowo się swoich założeń. Ale chyba trzeb amieć czas na chwile bezsensu, na siedzenie i patrzenie w dal.
    Z największą alienacją można sie chyba naprawde w swoim kraju spotkac, zwłaszcza, że stereotypy tworzą przecież sami ludzie, a ci wiadomo -pokolenia wnoszą innowacje.
    Ostatnio kuzynka pisała do mnie że czasem wsydzi sie tego Śląska, bo ludzi epochodzący z tamtąd są specyficzni, ale myślę ze sęk w tym, zeby było dobrze nam ze soba samym i w gronie, a ludźmi chyba nie warto się przejmowac zanadto- poza tym czasami widzi się co chce się w danym momencie zobaczyć.
    Ponadto, w innych krajach jest inny sposob postrzegania, ciała ogólu, etc. tam nie ma takiego strachu co sąsiad powie, gdy zobaczy mnie w staniku, albo jak wyrzucam butelki. Lub wchodzę na plażę, i to wydaje się lepsze, swoboda i akceptacja drugiego czlowieka takim jakim jest, a nie takim jakim chciałby być.
    Co do Pana Marka to nie powinna się zanadto wypowiadać, ale mogę nadmienić, że może nie chce lub sobie nie życzy po prostu. Dlaczego, to tylko, nie chce analizować bo to jego strona i on decyduje kto może a kto nie pisać. Ad hock ciekawe- z jakiego powodu taki nalot spamu.
    Pozdrawiam

  6. Ewa pisze:

    Tak, może lepiej tutaj, niż na blogu Marka Trojanowskiego, tutaj pasują tematy bardziej swobodne. Tam i tak ślą poeci ukrywający się pod różnymi nickami z pretensjami że się ich traktuje niesprawiedliwie – a wie Pani co to są poeci uznani i drukowani. To już całkiem inna kategoria ludzi. Ja żyję już długo i doskonale wiem, jakie są losy tomików poetów, które w moich czasach też wychodziły chyba w takich samych ilościach jak dzisiaj, ale oni tego jeszcze nie wiedzą. Być może to właśnie był ten spam: poeci. Nie patrzyłam co, widziałam tylko liczbę komentarzy w poczekalni i zaraz uciekłam bo to przecież nie mój blog.
    Mnie się pod koniec życia udało pojechać do syna i świat zobaczyć i to w wieku, kiedy każdy szanujący się artysta już nie żyje – albo zużyty niehigienicznym trybem życia potrzebnym do powstania dzieła, albo samobójstwem. Więc tak sobie tu popisuję walcząc z alzheimerem.
    I żeby zakończyć filozoficznie, to urodziliśmy się w fatalnych czasach i miejscach i jak czytam na GW wypowiedź jakiegoś polskiego posła o Obamie, to chyba nic dobrego w mojej ojczyźnie się nie szykuje. Szkoda, bo w reinkarnację nie wierzę.

  7. Angelika stec pisze:

    Co do fatalnych czasów, zależy jak na to spojrzec, ucieczka i wymówka, trzeba szukac swojej drogi nawet przeciw wsystkiemu:) reinkarnacja to może chwyt moze nie dzisiejszego zapotrzebowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *