Lidia Amejko „Żywoty świętych osiedlowych” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

 

Mieszkamy na podobnym do opisanego przez Lidię Amejko osiedlu 27 lat i nie wierzę, by bloki z wielkiej płyty budowane u schyłku PRL- u potrzebowały aż takiej, jak w książce, nobilitacji. Wiadomo już, że są socjologiczną pomyłką, że budowanie takich siedzib ludzkich degeneruje i szkodzi.

Książka jest pisana z pozycji osiedlowego menela, on jest narratorem i taki wybór determinuje język i sposób narracji. I byłoby to bardzo twórcze i oryginalne, gdyż można tylko podziwiać inwencję autorki i dowcip, gdyby nie zupełne rozminięcie się z rzeczywistością kreowanego świata z tym źródłowym. Pozostają jedynie hasła, skorupy, pod którymi nie odnajdujemy dosłownie nic.
Utwór robi wrażenie przekazu poetyckiego, nazwania (Kubły Gniewu) są dobrane pięknie i inteligentnie, ale nie wiem, co się dzieje – alienują się natychmiast po ich pięknym przeczytaniu i nie spełniają roli przekazu artystycznego, jedynie kabaretowej rozrywki. Jeśli kabaret w epoce stanu wojennego w Polsce pełnił rolę bardzo konkretną, tutaj nie walcząc z niczym, nie kamuflując niczego, staje się jedynie literackim ornamentem.

Czytając legendy osiedlowe przyszły mi na myśl wspomnienia z lektury Gustawa Morcinka o utopcach i kopalnianych diabłach i pamiętam nawet w dzieciństwie to na mnie nie robiło żadnego wrażenia. Teraz czytając „Legendy” Lidii Amejko próbowałam wczuć się w moją dorosłość i się trochę rubaszną perwersją rozerwać, ale też nie potrafiłam.
Nie chciałabym krzywdzić takiej literatury, takiego w końcu wielkiego twórczego wysiłku, bo przecież cały panteon świętych stworzyć pewnie łatwo nie jest, a tym bardziej tak zgrabnie go literacko podać.
Mimo wszystko nie jest on tak wielki, by mógł stanowić jakąś odpowiedź na wyzwania sztuki współczesnej, która nie może sobie niestety pozwolić na tak płytkie i relatywne traktowanie świata.

„Legendy”, pisane powierzchownie i żartobliwie, próbujące prawdziwe problemy zbagatelizować, nie posiadają głębi ludowej baśni, ani filozoficznej powiastki. Podejrzewam, że można w nieskończoność snuć bezkarnie podobne dywagacje i jakościowo będą zawsze na tym samym poziomie inteligenta, który z łaskawością pozwala mnożyć się robactwu ludzkiemu tylko dlatego, że wspólne przebywanie z nim by umniejszało i jego egzystencję. Wybiera się wtedy poklepywanie po ramieniu parobka i zaprzyjaźnianie się ze służącą w przedwojennej Polsce. Ta protekcjonalność pozwalająca na ryczenie ze śmiechu wtedy, gdy inni zachodzą w ciąże, piją, prostytuują się i demolują osiedle, nie mają nic wspólnego ze śmiechem Rabelais’a czy Villona.

Jest coś mimo wszystko upokarzającego w akcie podawania w taki sposób ludzkiego nieszczęścia, coś barbarzyńskiego i nieetycznego, nawet, jak narrator jest jednym z nich. Dlatego może komiczny zabieg filozoficznych dialogów u „Monty Pythona” w ustach sprzątaczek i ich wysoki poziom intelektualny umożliwił uniknięcie takiego pomniejszenia. U Amejko jest dokładnie odwrotnie – jak w szkole, najgłupsi otrzymują przezwiska wielkich filozofów (Szopenchałer, Chajdeger).

Wybór literacki jest może szczęśliwszy niż reporterski realizm, ale już polskie kino udowodniło, że temat jest niesłychanie, wbrew pozorom, trudny. Podstawowym błędem twórców jest nie tylko artystyczne kłamstwo, ale wbrew anonsowanej indywidualizacji, (u Amejko są to imiona świętych) bohater jest zawsze zbiorowy, nie posiadający żadnych dosłownie cech własnych. Ubrany jedynie w skąpe przymiotniki, jest ciągle, bez względu, czy to jest Pan Bóg, Andżelika czy Szopenchałer, tym samym wyssanym z palca bytem odrywającym swoją kukiełkową kwestię. Mimo życiorysów i płci, byty owe rozmazują się w odbiorze czytelnika świadomego, że nie posiadały nigdy swoich realnych pierwowzorów.

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na Lidia Amejko „Żywoty świętych osiedlowych” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

  1. święty pisze:

    u mnie na osiedlu cały czas wiercą dziury w betonie, szczególnie latem.

  2. Jacek pisze:

    Święty nie jestem, a też na moim osiedlu najbardziej przeszkadza mi dźwięk wydobywający się z wierceń ścian betonowych, permanentny, gdyż każdy w naszej klatce schodowej chce sobie coś zawiesić na ścianie i zmienić koncepcję umeblowania co jakiś czas. Równolegle, jak echo, dochodzą dźwięki z innych domów i obiektów użyteczności wspólnej. Czytając Amejko, gdzie beton zasiedlają byty bardziej wyrafinowane, zacząłem zazdrościć autorce wspaniałego osiedlowego samopoczucia.

  3. Ewa pisze:

    Mnie też dokucza ten towarzyszący od 27 lat dźwięk, na który zwrócił uwagę święty. Widocznie święci też tracą cierpliwość. A jeszcze łączy się ogromne wiertło z przeżyciami z dzieciństwa, zazwyczaj nie świętego. W podstawówce leczono zęby ławkami, po prostu wysłano nas do dentystki na lekcjach, która za każdym razem mówiła nam, że w czasie wojny leczyła zęby żołnierzom i nie będzie się z nami patyczkować. Takie wiertło urastało wtedy do wielkości osiedlowej wiertarki, było też permanentne, gdyż myślało się o nim non stop. Więc mieszkańcy osiedli mieszkaniowych mają chyba zupełnie inne problemy niż opisane w powieści obszczymurki, które tylko plecami naciskają wszystkie guziki domofonu. To przecież jak uszna pieszczota.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *