Basen

Teraz, jak przechodzę przez dziedziniec Pałacu Młodzieży wszystko wydaje się małe i ciasne. Kąty proste murków, wypustek i fasad marmuropodobnych socrealistycznych ozdóbek są już nie tak ostre.
Drzwi są jak dawniej, solidne. Art déco było i przed wojną jeszcze synonimem wypasu i pieniędzy. I tak jest tutaj, duch szczodrości, nawet, jeśli socrealistycznej, jeszcze nie wywietrzał.

Kupuję bilet za 6 zł, chłopak w okienku chętnie sprzeda cały karnet, na cały rok szkolny, mimo że jak internetowa informacja głosi, przeznaczony jest dla młodzieży uczącej się.
Wchodzę więc jak czterdzieści lat temu, w te same wnętrza ciasnej szatni dla dziewcząt, gdzie białe, nowe kafle podłogowe wesoło rozświetlają pomieszczenie.
Dziewczyny wyjmują z plecaków kosztowne kosmetyki i idą pod prysznic, a tam spadająca z góry woda przechodzi fazy pożądanych temperatur.
Z drżeniem wchodzę na niewielką salę, nie większą niż 30 metrów dłuższego boku i doznaję dziwnego efektu miniaturyzacji wszystkiego, co oglądałam wtedy.

**
Szliśmy bezładnymi parami, samo dojście do Pałacu Młodzieży z naszego liceum, gdzie teraz mieści się Seminarium Duchowne, było wielkim szkolnym urozmaiceniem.
Szliśmy, rozmawiając między sobą, ale tak mimochodem, tak trochę bez słów, tak, by nas niosło do tego basenu, który przecież był i naszą młodzieńczą wygraną. Niewiele szkół zapewniło swoim uczniom basen, tak niewiele liceów kierunków humanistycznych mogło poszczycić się dyrektorem o tytule magistra WF– u. Paradoksalnie, naszemu liceum właśnie nieartystyczny dyrektor posłużył.

Posłużył chociażby tym, że raz w tygodniu przemierzaliśmy w środku dnia ulice naszego miasta, by na kwadratowym dziedzińcu w stylu art déco, w stylu pijanego socrealistycznego cukiernika bezładnie nagle się rozproszyć i gęsiego wniknąć w dwóch trzecich w maleńką damską szatnię i w jednej trzeciej w męską.
Nie interesowało nas, dziewczyny, męska część garderoby obowiązująca na basenie, gdzie regulamin przestrzegany był ściśle, gdzie bez czepka i majtek o kolorze białym żadnego chłopca by nie wpuszczono. Najprawdopodobniej chłopcy mieli też problemy z czymś, co na etykietce nazywane było trójkątem męskim, a co mino wzmacniającego pasa w środku powodowało nieustanne wypadanie całego wnętrza majtek bokami. Ale to nie były nasze, dziewczyńskie sprawy, nam zależało tylko na tym, by prezentować się jak najlepiej. Nie było przecież dziewczyny niezakochanej śmiertelnie w tej jednej trzeciej materiału męskiego, na jednego chłopaka przypadały dwie dziewczyny i konkurencja była ogromna.
Łojotok skóry, którego nie dawało się zamaskować na pływalni pudrem, podkreślały zawsze monstrualne czepki z gumy, których kolor w czasie przemysłowej produkcji zawsze wynikał z pozamiatanych na fabrycznej sali różnobarwnych skrawków, powtórnie na cenny gumowy surowiec przerabianych.
Ale nie głowa była najważniejsza. Reszta miała być jak w obozie koncentracyjnym zuniformizowana, bo w czasach w których żyliśmy wykorzystywano każdy moment, by sprawić, byśmy stanowili kolektyw. Trudno było jednak nawet ten kolektywizm zrealizować. Danka, osoba bardziej życiowo przystosowana, kupiła mi w Sosnowcu numer trykotowego stroju mniejszy niż ten dostępny, ten w Katowicach. Oczywiście po nieudanej premierze stroju kąpielowego, który przypominał nic innego, jak zszyty w kroku robociarski podkoszulek w kolorze białym, skracało się szelki o kilkanaście centymetrów, po każdej bytności na basenie kostium przecież nowy i specjalnie kupiony, tajemniczo i niezmiennie wydłużał się.
Ale wyszłyśmy wszystkie mokre, gdyż nakaz umycia się pod prysznicem obowiązywał i stłoczone po prawej stronie wejścia, jak zmokłe kury wzniosłyśmy nieśmiało wzrok na chłopaków. Oni już jak struny, od dłuższego czasu stali po drugiej stronie w swoich trójkątach męskich, wzdłuż basenu, nie patrząc na nas, zainteresowani wyłącznie czekającym ich skokiem do wody.

***
Nie wszyscy potrafili pływać. Ale grupa skazana na brodzik zmotywowana doszlusowaniem do grupy pływających, szybko opanowała sztukę pływania.
Przykładem był Jurek, który chyba pierwszy opuścił bezpowrotnie brodzik. Natomiast Krystian jako osoba kontestująca własną kontestację, znajdowała zawsze ukojenie w przestrzeniach małych i zamkniętych. Krystian w czasie WF-u w sali gimnastycznej zawsze siedział w skrzyni, mimo, że gra np. w siatkówkę niejednokrotnie była jedyną okazją do męsko-damskich spotkań, do których często przecież dążył przy pomocy techniki dzisiaj zwanej stalkingiem. Dlatego najpewniej właśnie tę formę pływania uprawiał do końca.

Dyrektor trenował naszego kraula konsekwentnie i skutecznie. Bicie nogami piany na powierzchni wody zamazywało przezierający z wody smętny obraz damskiego ciała, który przecież na powierzchni zawsze dawał się jednak zamaskować biżuterią i czerwonymi rajstopami. Tu byłyśmy bezbronne, niejednokrotnie pozbawione nie tylko grubości białego trykotu, poprzez który wszystko przezierało. Ja pozbawiona byłam piersi, toteż przepływanie na wznak na stopień kraulem wzdłuż basenu było torturą, a bicie nogami piany, by zamaskowała mój wygląd, niewystarczające.
Dlatego – jak swój pokazowy, piątkowy przepływ odbywała Druga Danka – wszyscy zbieraliśmy się wzdłuż basenu, smętnie patrząc jak jej ogromne, samoistnie, wielkie piersi odbywają nadwodny, okazały taniec.
Wszyscy – dziewczyny i chłopaki, ci z brodzika i ci umiejący pływać, prowadzący zajęcia dyrektor – jak urzeczeni staliśmy na krawędzi basenu z wbitym wzrokiem w te drgające, żyjące już swoim osobnym życiem kule.

Myśmy nie miały nic, nasze więzienne stroje pozbawiały nas resztki powabu, jedyne przecież szanse na sfinalizowanie naszych miłości, nasz jedyny kapitał. A tu te dwie wspaniałe, pływające piersi uświadamiały nam, że nie mamy nic. Dosłownie nic.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2008, donosy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Basen

  1. Ania pisze:

    Wiesz, im więcej czytam artykułów w sieci o N-K, tym bardziej zdumiewa mnie jej przeznaczenie, użytkowanie i wypatrzenie chyba lepszego jednak amerykańskiego pierwowzoru. W mojej podstawówce są zupełne pustki a na studiach jest tylko jedno zamazane zdjęcie na całą uczelnię. Na średniej coś się rusza i ludzie nawet się zapisują, ale wszystko przeradza się w jakieś sztuczne popisy, pogaduszki, tak naprawdę, to nikt nie wie, po co spotyka się z ludźmi, z którymi przez pół wieku nie chciał mieć nic wspólnego, jakby chciał, to przecież już dawno by miał kontakt listowny, telefoniczny itp. Przeraża właśnie ten podział na tych, którzy nie chcą chcieć, a jednak chcą. Jeśli nie chcą, to czemu się zapisują do Naszej- Klasy. Nie ma jak kiedyś obowiązku chodzenia do szkoły, nikt nie egzekwuje, a jednak dobrowolnie tam są łamiąc reguły gry, wprowadzają nowe zasady, wykorzystując demencję starczą chcą stworzyć płaszczyznę dla swego sentymentu, ale na własnych, niemożliwych przecież zasadach.

  2. Ewa pisze:

    Tak, w necie są jakieś absurdalne badania socjologiczne lub tylko takie wypełnianie przez Naszą- Klasę starczej nudy (artykuł w „Wysokich Obcasach”). A ja na N-K nie mam zupełnie czasu, ale jest tam niewątpliwy materiał literacki, nawet zdjęcia, których nie posiadałam są ogromną wartością. Szkoda, że tak ludzie strasznie kłamią, ale właściwie w kłamstwie też jest zawsze jakaś prawda. Chociażby prawda o kłamaniu, sposobie, jakości. W realu ludzie się jednak tak nie wysypują. Jestem zafascynowana. Oczywiście nic mnie nie obchodzi, co ci ludzie robią teraz, zresztą, wszystko o nich można w necie znaleźć i tak, to brudzenie Czasu przez autoprezentację i reklamę jest skandaliczne i niszczące. Interesuje mnie tylko czas miniony.
    Jak u Prousta, który posiadał wszystkie zdjęcia prototypów swojej powieści.

  3. Przechodzień pisze:

    Widocznie twórcy Naszej klasy uwierzyli w kłamstwa socjologicznych badań, gdzie ludzie „zatracają” się w miłości do swoich szkół. I rzeczywiście nie spotkałem nikogo, kto by napluł na swoją edukację z całym bogactwem inwentarza. Jednak znacząca absencja byłych uczniów na tym portalu dowodzi czegoś wręcz przeciwnego. Natomiast nieliczny „aktyw” (zazwyczaj jedna, do trzech osób) nie jest tam bynajmniej w celach poznawczych. To nadaktywne osobniki zaprogramowane przez system do wazeliniarstwa, zakłamywania wszystkiego i rozmazywania. Tyle, że robią to teraz całkowicie za darmo.

  4. Mobber pisze:

    Z pewnością portale Naszej Klasy zmieniłby oblicze, gdyby społecznie przetrwali wszelcy prowodyrzy i przywódcy grup szkolnej przemocy. Ta kasta ludzi z charakterem jednak jak widzę, nie udźwignęła ciężaru swojej piekielnej misji, wykruszyła się, skończyła w kryminałach i na psychiatrycznych oddziałach odwykowych została wykończona pomocą medyczną.
    Jak nikłe są teraz pomysły wszelkich dresiarzy, wystarczy wejść na portal „szkoła bez przemocy” .
    My, którzy przetrwaliśmy cudem, nie będziemy tam przebywać z taką nijakością.

  5. Bolek Kalafior pisze:

    Nic nowego. Ja – Ofiara Mobbingu – też przetrwałem, mimo, że restrykcje społeczne są odwiecznie te same dla obu stron, o których Michel Foucault pisał w „Nadzorować i karać. Narodziny więzienia”.
    Być może, że cywilizacyjnie łagodniejsze, ale czy na pewno? Przykuwanie do ścian, łańcuchy, mokre prześcieradła – to przecież pestka wobec elektrowstrząsów lat sześćdziesiątych.
    Moje klasy na całe szczęście zmiotło z powierzchni świata. Jeśli żyją w jakiejś literaturze, to tylko już są częścią autora i jego ofiary mobbingu intelektualnego, czyli czytelnika.
    Ale słowa Przechodnia o rzekomym tam wolontariacie szkolnym, wystawiającym gronu nauczycielskiemu dozgonnie najlepsze stopnie, zastanawiające.

    Nie jestem zarejestrowany, nie mam klasy, ale dobrze wiedzieć.

  6. Ania pisze:

    Nie uważacie, że portale literackie wzorowane są na Naszej – Klasie, mimo, że jak głosi wikipedia, powstały grubo po niej, ale wygląda, jakby były pierwotne. Na przykład taka Nasza Nieszuflada, to przecież wykapana struktura z naczelną grupą mobbingową, rekrutująca się właśnie z klasowych mobberów. Bo przecież jak tam kogoś dręczą, to wszyscy siedzą cicho, a przecież widzą, że dręczenie ma miejsce. Nikt nie stanie w obronie, ewentualnie wysyłają mail prywatny na skrzynkę, ale tak, to sza…
    I te Pan, Pani. Identycznie, jak w Naszej – Klasie, żywcem przeniesione. U nas zwracamy się na forum naszej szkoły na Pan, Pani.

  7. Rysiek listonosz pisze:

    Poważnie? W Naszej – Klasie na Pan, Pani?
    Ha, ha, ha! To koniecznie do Pani Klimowicz trzeba napisać, podobno N-K to wielkie socjologiczne eldorado, ale może przeoczyć…
    To takie polskie!

  8. Ewa pisze:

    Nie wszystkie portale przypominają N-K.
    Np. taki Rynsztok, który zafascynowana czytam codziennie, przypomina często stare małżeństwo posługujące się sobie znanym kodem, nieczytelnym dla podglądacza, czyli czytelnika bloga.
    Tam są różne warianty małżeństw, też np. relacja, gdzie jedno jest chore na alzheimera, a drugie zmienia mu pampersa i to wszystko w tekście tam jest.
    Też niezły mobbing, to podobno automatycznie wytwarza furię z obu stron.

  9. Przechodzień pisze:

    ADMIN – Antypatyczny Dręczyciel Masowo Indoktrynowanych Niewiniątek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *