Lata sześćdziesiąte. Krystyna (5)

Jak co roku, śnieżna zima i ślizgawka na Diablinie przypominała Krystynie łyżwy w Przemyślu. Miała aksamitną, czarną sukienkę wykończoną białym puszkiem i czarne, sznurowane buty robione u szewca na miarę za każdym razem, jak z poprzednich wyrastała. Dzisiaj nie miała jeszcze czterdziestu lat, a przyszło jej interesować się tylko kuchnią i domem. W telewizji podano sensacyjną wiadomość, że oddział Chorzowskiego Przedsiębiorstwa Obrotu Spożywczego Towarami Importowymi paczkuje „Yunan” w pergamin z nadrukiem „Ulung”. I tak herbaty Yunan, ani Ulung nie można było nigdzie kupić, jedynie podłe herbaty o egzotycznych nazwach nie nadające się do picia. Krystyna parzyła dostępne w sklepach herbaty w porcelanowym czajniczku na cały dzień, ale i tak Rudek po przyjściu z pracy wlewał do garnuszka całą esencję. Całe szczęście, że pił w tym pękatym, półlitrowym przedwojennym garnuszku bez ucha. O braku szklanek w sklepach pisały gazety. Po wysypie zwyczajnych i tych brzydkich z drukowanymi wzorami, w sklepach z artykułami gospodarstwa domowego od dłuższego czasu już nie było ani szklanek, ani spodków, ani kieliszków. Krystyna po wytłuczeniu ostatniej szklanki nie wiedziała, jak poda herbatę Zosi, czy Kwiecie, kiedy do niej przyjdą na herbatę. Przecież nie poda w musztardówce.

Kiedy w połowie stycznia otwarto kawiarnię Santos w Galeriowcu, Andrzej znikał na całe dni, wstępując do domu tylko na obiad. Ewa pogrążona była w wycinaniu z końcówek ołówków postaci z serialu „Bonanza”, a Rudek uczył się zawzięcie hiszpańskiego. Krystynie, oprócz chodzenia z Zosią na kursy kroju i szycia do Ligi Kobiet pozostawało jedynie zdobywanie w sklepach niezbędnych rzeczy do domu. Marzyła o większej lodówce, takiej, jak ma Zosia. Mała „Śnieżka” nie mroziła już wcale nawet wody w maleńkim zamrażalniku. A jak tylko coś rzucili na rynek, trzeba było kupować i gromadzić. W zimie Krystyna wszystko trzymała na balkonie, ale potem zaczynały się problemy. Można podobno kupić, jak przeczytała w gazecie lodówki w przedpłacie, ale to była nieprawda. Z Zakrzowa po 2800 zł, „Nysy” po 4450 zł a z nowej produkcji „Mielec” po 6500 zł oraz „Foki” z Zakrzowa po 7000 zł wyposażone w agregaty czechosłowackie – przeczytała w gazecie. Największą lodówką, o jakiej marzyła Krystyna – by przebić lodówkę Zosi – była rybnicka „Silesia” aż za 10000 zł, ale też nie do dostania. Nigdzie żadnych lodówek nie było. Dopiero mają je sprzedawać wydzielone sklepy na przedpłaty. Ale jak się na te „przedpłaty” dostać? Gazeta donosiła też, że wiele towarów uzyskało znak jakości „Jedynkę”. Przecież i tak tego nie było w sklepach. „Wyróżniono męskie płaszcze popelinowe z „Astry”, męskie spodnie z tkaniny teksas ze „Sprawności”, i spodnie z elany ze Zgierza. Grudziądzką fabrykę „Unia” wyróżniono za kultywatory.” Krystyna zdumiała się, czytając gazetę, że obok ciuchów dla Rudka dowiaduje się równocześnie o maszynach rolniczych. Marzyła też o własnym radiu, by mogła w niedzielę słuchać „Podwieczorku przy mikrofonie”. Poszła do nowo otwartego sklepu „Radio-Amator” przy ul. 27 Stycznia. Ekspedientka podała jej z astronomiczną ceną za jedyny dostępny radioaparat „Mazury”. Na wystawie stały dwa rzędy telewizorów. Krystyna popatrzyła łakomie na „Neptun”, który może nie psuł się tak jak ich telewizor i nie trzeba by wzywać ciągle pana Floriana. Ale ani ekspedientka, ani nikt w sklepie nie znał cen tych telewizorów. Wyszła pospiesznie ze sklepu potrącając wiszącą na drzwiach tabliczkę informującą, że kupionego towaru nie wymienia się i nie przyjmuje się do zwrotu.
Każde wyjście do miasta łączyło się u Krystyny z poszukiwaniem niezbędnych artykułów spożywczych. Przy okazji przeszła rozkopany, pełen błota rynek. Ludzie w szarych, cajgowych płaszczach przemykali ulicami z głowami pochylonymi i wzrokiem wbitym w chodnik, kobiety w chustkach ubrane były bardziej po wiejsku niż po miejsku, mężczyźni w beretach z antenką lub kaszkietach lub czapach z daszkiem nieokreślonego koloru. Kapelusze zdarzały się bardzo rzadko i przy szarym, mokrym dniu, gdzie leżały jeszcze pryzmy brudnego śniegu na chodnikach, robiły przygnębiające wrażenie. Przy Armii Czerwonej wzniesiono już niebieskawo-piaskowy wieżowiec, ale na na parterze obiecane „Delikatesy” nie były jeszcze otwarte, otoczone w dalszym ciągu drewnianym płotem. Koło tego wieżowca plac budowy też nie był uprzątnięty, nie było jeszcze chodników i budowlany gruz mieszał się z mazią śniegową.
Wzdłuż „Zenitu” na Rynku też wszystko było rozkopane. Ulicę 15 Grudnia przedłużano do Rynku. Na środku Rynku Krystyna minęła schodki wiodące do podziemnego szaletu publicznego, w którym nigdy nie była. Odór moczu wydobywał się spod ziemi na powierzchnię.
Krystyna zaglądnęła do Baru Mlecznego przy ulicy Młyńskiej, by się upewnić, czy i tam, jak i u nich pod drzwiami, nie ma mleka. Nie było. Kasjerka powiedziała, że nie dowieziono.
Wracając na Koszutkę, Krystyna patrzyła z przyjemnością na ukończony wreszcie jeden z sześciu bloków wznoszonych przy ulicy Dzierżyńskiego. Natomiast budowa kina Kosmos ciągnęła się w nieskończoność. Miało być otwarte na 22 lipca 1961 roku, teraz za ogrodzonym płotem terenie nic się nie działo i nikogo tam nie było.

W styczniu 1963 roku wyszła ustawa o wymianie turystycznej między Polską a NRD. Krystyna wyczytała, że można w weekendy przekraczać granicę w Zgorzelcu w każdy piątek od godz. 24, z tym, że musi się wracać w poniedziałek do godz. 13 w południe. Pozwolenie w postaci wkładek paszportowych wydawało MO. Krystyna nie marzyła o wycieczce do NRD, ale też nie wierzyła, że Rudek gdziekolwiek wyjedzie z kraju i że nawet i do tego NRD go nie puszczą. Kilkakrotnie mówiła mu, by zapisał się do partii, by mogli żyć jak ludzie, a on powtarzał, że przecież jego teść by się w grobie przewrócił. W końcu Krystyna dała spokój. Józek też się nie zapisał, a Zosia miała dużą radziecką lodówkę i jeździła z Józkiem pomidorowym Wartburgiem, a nawet miała obiecaną od Józka wycieczkę z Orbisem do Włoch.
Jednak nic nie dawało się zrobić, by polepszyć chociaż trochę komfort życia. Rudek na całe szczęście wstrzymał robienie mebli, a Krystyna łakomie oglądała w telewizji na Targach Poznańskich najnowsze meble segmentowe produkowane przez Bytomską Fabrykę Mebli według projektu Bogusławy i Czesława Kowalskich. Skręcane z niewielkich elementów, które można w ręce przynieść ze sklepu, były przeznaczone dla 4 osobowej rodziny. Umożliwiały różne kombinacje zależnie od potrzeb. Szafo-półki z wysuwanymi tapczanami składanymi na dzień, rozkładane stoły, szafy ubraniowe ukryte w regałach z lustrami wewnątrz, sekretarzyki z półeczkami. Te wspaniałości idealnie pasowały do ich dwupokojowego mieszkania, choć bez łapówki trudne do dostania, mimo, że – jak donosiły telewizyjne wiadomości – wszelkie malwersacje i korupcja były natychmiast wykrywane i karane. Krystyna nie miała jako gospodyni domowa żadnej okazji do bycia wrogiem Polski Ludowej na niwie gospodarczej, to z podziwem wczytywała się w metody pracy aferzystów gospodarczych, jak i organów ścigania. Na tej niwie i przestępcy i państwo zdawało się odnosić sukces za sukcesem. Prasa szczegółowo relacjonowała aferę spekulantów wełną ze Zjednoczenia Przemysłu Wełnianego, prezesa z „Tkanina Artystyczna” CPLiA oraz kierownika przędzalni Zakładów Przemysłu Wełnianego, którzy w ciągu dwóch lat zagarnęli 4280 kg wełny. Kradzieży dokonali dzięki magazynierowi Zakładów Przemysłu Wełnianego. W aferę wmieszani byli przędzalnik ze Spółdzielni Pracy Dziewiarsko-Tkackiej, kierownik techniczny spółdzielni CPLiA i kierownik przędzalni spółdzielni CPLiA. Fikcyjnie rejestrowano przyjęcie wełny do magazynu, a do spółdzielni wożono przędzę wykonaną ze skradzionego surowca. W Katowickim sądzie toczył się proces jedynie przeciwko jednej grupie przestępczej, ale byli oni jedynie drobną częścią ogólnokrajowej mafii wełnianej. Oskarżonych było ponad sto osób, przesłuchano 1000 świadków, kradzieże wyceniano na pół miliona złotych.
Krystyna, która lubiła kryminały i czwartkową „Kobrę” nie miała pojęcia, że takie rzeczy mogą się dziać naprawdę. A jednak nie było dnia żeby prasa nie donosiła o kolejnych złapanych i ukaranych malwersantach. Teraz znowu czytała, o lekarzu i pielęgniarce, którzy od lat pobierali opłaty od pacjentów za leczenie. Sąd skazał lekarza na 2, 5 roku więzienia, grzywnę w wysokości 20 tysięcy złotych, pielęgniarkę na 8 miesięcy więzienia i 10 tysięcy złotych. Krystyna nie mogła za bardzo zrozumieć dlaczego zostali ukarani, skoro sam Gomułka uważał, że lekarzom nie trzeba płacić wielkich pensji, gdyż zawsze od pacjentów dostają podziękowanie do kieszeni. Nawet sam wojewoda katowicki Ziętek nie ukrywał, że daje na prawo i lewo koperty z pieniędzmi, bo inaczej nie dało się niczego załatwić, a mimo to uchodził wtedy jak i teraz za wzór uczciwego i szczodrego gospodarza.

Kwiecień był zimny i nieprzyjemny, ale Krystynie udało się kupić wszystko na święta, a nawet upiec gęś.
Natomiast jak zwykle w czasie święta komunistycznego pogoda dopisała, zakwitły magnolie i zrobiło się optymistycznie. Wszystko w mieście pod karą zwolnienia z pracy z wilczym biletem musiało zamienić się nagle w biało czerwony festyn. Najcichsze nawet zakamarki osiedla ubierano w czerwień, biel i czerwień.
Pochód pierwszomajowy wieloma odnogami maszerował od godziny 11 rano ulicą Armii Czerwonej i Warszawską i skupił się w ogromny kłąb na 120 tysięcznym wiecu. Krystyna nigdy nie wiedziała, czy zbierają się na Rynku, gdzie wiszą portrety Tiereszkowej i Bykowskiego, czy idą w górę miasta na plac Dzierżyńskiego i gdzie na trybunie stoi Gierek z Biurem i radzieckimi gośćmi.

W połowie czerwca pokazał się w kioskach pierwszy numer tygodnika „Kultura” i kosztował 3 złote. Krystyna kupiła go dla Andrzeja, który właśnie został przyjęty do ogólniaka.
Wprawdzie dziennik telewizyjny podał, że na nowy rok szkolny Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Odzieżą w Katowicach przygotowało 27 tysięcy mundurków granatowych dla dziewcząt i 8 tysięcy dla chłopców, 52600 fartuszków w kolorze granatowym, 5 tysięcy białych bluzek, 31 tysięcy płaszczy dla dziewcząt, to i tak Andrzej w tym by nie chodził, a Ewie fartuszek Krystyna szyła sama. I z Andrzejem był kłopot, bo nawet w Przemyślu na ciuchach nie można było kupić dżinsów. A Krystyna tak chciała, by się w szkole nie wyróżniał strojem.

Po wakacjach w Międzyzdrojach Krystyna zaszczepiła dzieci w punkcie szczepień Miejskiej Stacji Sanitarno-epidemiologicznej przy Klary Zetkin. Epidemia ospy we Wrocławiu była już zażegnana.
Ukończono pawilony od strony Armii Czerwonej i w jednym z nich otwarto sklep samoobsługowy przy Centrali Rybnej. Sklep niewielki, w podziemiu umieszczono dużą zamrażarkę sprowadzoną z NRD i Danii. Całe szczęście, bo zamknięto halę rybną na katowickim targowisku, a nic nie było słychać o ukończeniu Supersamu. Wiele sklepów po wakacjach było zamkniętych, w niektórych urządzano wystawy towarów, których nie sprzedawano. Na 3 Maja obok kina „Młoda gwardia” trwała w najlepsze wystawa wachlarzy i parasolek.
Krystyna interesowała się od pół roku zapowiadanym powstaniem uniwersytetu w Katowicach. Krystyna byłaby zadowolona, gdyby Andrzej nie musiał dojeżdżać na Politechnikę do Gliwic, miałby tak blisko. Na Bankowej wykańczali już nowo wybudowany gmach uniwersytetu z amfiteatralną salą wykładową i mozaikami w korytarzach.
Otwarcie fili Uniwersytetu Jagiellońskiego w Katowicach, o nazwie „Studium w Katowicach Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego” było niezwykle uroczyste, transmitowane przez telewizję, a lokalne gazety poświęciły mu kilka szpalt. Pochód w tradycyjnych togach przeszedł od Bankowej Warszawską do teatru Wyspiańskiego, gdzie była główna uroczystość. Witano przybyłych na uroczystość członków Egzekutywy KW PZPR w Katowicach z członkiem Biura Politycznego KC PZPR, I sekretarzem KW tow. Edwardem Gierkiem, członków Prezydium Woj. RN z przewodniczącym tow. Ryszardem Nieszporkiem, I sekretarza KW PZPR w Krakowie tow. Lucjana Motykę, członka Rady Państwa tow. Jerzego Ziętka, przewodniczącego Prezydium Rady Narodowej miasta Krakowa tow. Zbigniewa Skolickiego, I sekretarza KM PZPR w Katowicach tow. Jana Lesia, przewodniczącego Prezydium MRN tow. Antoniego Wojdę oraz przewodniczącego Woj. Komitetu FJN tow. Benona Stranza.

„Stańcie się zaczątkiem nowej kadry naukowej i specjalistycznej, która pomoże w zadaniach budownictwa socjalistycznego, jakich za żąda od nich Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i ojczyzna matka — Polska Ludowa”.- padło ze sceny teatru.

Przemawiał też przodownik pracy, górnik kopalni „Wujek” dziękując imieniu śląskiej klasy robotniczej za powołanie do życia Studium Matematyki i Fizyki dla potrzeb ludzi pracy na Śląsku.
Krystyna chłonęła te wszystkie informacje z wielkim przejęciem, mając na uwadze to, że przecież sam Uniwersytet jagielloński przyszedł do Katowic i nie może to być tak czerwona uczelnia, jaką tu próbują zaprezentować.

Krystynę zaabsorbowały inne wydarzenia. 26 października dzieci musiały pójść na witanie Tierieszkowej i Bykowskiego. Ich szkoły ustawiły się wzdłuż ulicy Dzierżyńskiego na moment, jak kosmonauci mieli jechać do Parku Kultury sadzić tam drzewka. Akurat był październikowy ziąb i Krystyna bała się, że to wielogodzinne oczekiwanie na dworze zaziębi jej wątłe dzieci. Kolumna limuzyn i odkryty samochód zasypany kwiatami ze stojącą Tierieszkową w mundurze wojskowym i siedzącym identycznie ubranym Bykowskim przyjechała jednak o czasie, czyli o 9:15. Dźwięki orkiestr dętych i okrzyki hurra, nich żyją 100 lat! Krystyna słyszała stojąc na balkonie i odetchnęła z ulgą, że nie trzeba było na to długo czekać.

W listopadzie Rudek znowu żegnał się z rodziną na wsi, ale Krystyna nie wierzyła już, że wyleci. Kupiła dwa metry ziemniaków na zimę z furmanki od chłopa. Co rok objeżdżał swoją furmanką katowickie osiedla śpiewnie zawodząc kartofle, kar – tofle na zimę!, a ludzie wychodzili z bloków i kupowali. Krystynie gratis zniósł je i wysypał w piwnicy. Od strony Armii Czerwonej otwarto dalsze pawilony handlowe. Oprócz dotychczasowej Centrali ryb otwarto Arged z artykułami zmechanizowanymi i punkt usługowy naprawy tych urządzeń. Obiecano otworzyć sklep zakładów przemysłu wełnianego „Merino” i sklep mięsny MHD.
W połowie listopada Rudek jednak wyjechał i 19 listopada 1963 przysłał pocztówkę z wodospadem Niagara napisaną w trakcie śródlądowania samolotu na lotnisku w Gander, co upewniło Krystynę, że jednak wyleciał i zaraz przystąpiła do wynoszenia zrobionych przez niego mebli na śmietnik.
Kiedy przyjechała Wanda z Przemyśla, zajęła łóżko polowe Andrzeja w dużym pokoju, a Andrzej przeniósł się do pokoju Rudka.
Andrzej bardzo chciał pojechać do Parku Kościuszki na koncert Paula Anki, ale nie było szans na dostanie biletów. Przedwojenną Halę Parkową przypominającą świątynię grecką oblegały takie tłumy, że przybyła do ochrony cała śląska milicja. Na dwóch koncertach sala była szczelnie wypełniona. 22 letni Kanadyjczyk zaśpiewał swój wielki przebój „Dianę”, którą śpiewano potem na wszystkich prywatkach i szkolnych zabawach. Kiedy 22 listopada 1963 Krystyna w telewizji zobaczyła Paula Ankę w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki zakochała się w nim natychmiast. Był tak przystojnym mężczyzną, że pobił urodą nawet Gregory’ego Pecka, którego Krystyna uwielbiała. Nagle na scenę wyszedł Kydryński i powiedział, że Paul Anka już nie zaśpiewa, bo na znak żałoby nie może więcej śpiewać. Tak Krystyna dowiedziała się o śmierci Kennedy’ego.

W grudniu otwarto w końcu „Supersam”. Największy – jak trąbiono po wszystkich gazetach – jednopoziomowy sklep w kraju i w Europie. 6 tysięcy metrów kwadratowych dla klientów, reszta na magazyny. Sam spożywczy mieścił się na 630 metrach. Dalej były punkty usługowe: kosmetyczny, krawiecki i napełnianie długopisów. Krystyna nawet nie próbowała tam iść na otwarcie. Tłumy ludzi nie wiadomo skąd przybyłych, chyba pociągami i autobusami, bo ubranych w wiejskie i proletariackie płaszcze i nakrycia głowy zebrały się na długo przed godziną 10, godziną otwarcia. Stratowały wszystko, co stanęło im na przeszkodzie, zniszczono drzwi, wybito szyby. Do siedmiu kas ludzie obładowani deficytowymi towarami stojącymi na wystawnych regałach ustawili się natychmiast w tasiemcowej kolejce. Krystyna poszła tam, jak regały były już puste, towar wykupiony, ale i tak w dalszym ciągu zbierały się tłumy. Zbliżające się święta Bożego Narodzenia wzmogły jeszcze ten gigantyczny ruch. Krystyna oglądała półkoliste przęsła pozostawione ze starej przedwojennej konstrukcji stalowej Stefana Bryły o czym uczyła się w gimnazjum, jako o arcydziele myśli technicznej. Przed wojną hala też miała neon z napisem „Supersam”.

Tuż przed wigilią przyszło z Warszawy pismo z Polservice – Przedsiębiorstwa handlu zagranicznego dla eksportu usług i realizacji współpracy naukowo-technicznej gdzie instruowano, że aby wyjechać z dziećmi na Kubę, należy złożyć w n/Przedsiębiorstwie 3 ankiety paszportowe poświadczone przez Zakład pracy i Szkołę oraz MO. Jednocześnie należy załączyć wyciąg aktu małżeństwa, odpisy metryki urodzenia dzieci oraz po 3 zdjęcia każdej osoby.

 

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii lata sześćdziesiąte i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *