Dziennik sztokholmski (4) c.d.

Po wyjściu z metra na stacji Medborgarplatsen przeszłam przez park Björns.
Chmary dzieci o różnym kolorze skóry ubranych w odblaskowe, wodoodporne kamizelki w kolorach neonowych mieszały się z ich opiekunami też w takich samych kamizelkach. Wspięłam się schodami w górę do bistra Babylon, skąd pomarańczowy piętrowy domek otwartego przedszkola nawoływał wesołym, kolorowym napisem: Årets tema pa VIA EMILIA Möjligheternas torg. To tam jest centrum zawiadywania taką masą dzieci. W nim są toalety, dziecięce szatnie, pokój zabaw w czasie brzydkiej pogody w nim gry planszowe, stół bilardowy, stół do ping ponga, obok kuchnia. Przed wejściem sznur rowerów z dziecięcymi siodełkami, obok wiata, pod którą zaparkowano kilkanaście dziecięcych wózków. Za budynkiem są betonowe trasy i labirynty dla deskorolek, huśtawki, piaskownice, boisko do koszykówki. Dzieci jeżdżą na rowerach, chodzą na szczudłach.
Jak obserwuję, do przedszkola przyprowadzają i odbierają dzieci głównie mężczyźni. Właśnie dwóch przysiadło przy rozstawionych przed Baylonem stolikach. Ich przygarbione sylwetki pochylające się nad głębokimi wózkami z młodszym rodzeństwem odbijają się w szybach i lustrach.
Patrzę na wyrosły nagle po prawej meczet i kojarzę złoty półksiężyc z tym zobaczonym na horyzoncie z okna mojego hotelu. Stockholms moské niedawno wbudowany, a już wielokrotnie palony i bezczeszczony stał się w krótkim czasie sławny ze swoich antysemickich kazań. Wszelkie oskarżenia o łamanie prawa w Szwecji były udaremniane, gdyż język, którym kazania były wygłaszane okazał się bardziej, według obrońców, wieloznaczny, niż mu zarzucano. Powstał przy gwałtownych protestach po dziewięciu latach starań wspólnoty muzułmańskiej, która zakupiła stuletnią elektrownię Katarina zbudowaną według projektów architekta inspirującego się wojażami po Maroku, gdzie zgodnie z ówczesną modą na eklektyzm, zafundował Sztokholmowi architekturę mauretańsko – islamską. Na dodatek okna z wysokimi łukami zorientowane nawet w Sztokholmie były w kierunku Mekki. Tak więc od otwarcia meczetu, czyli już od 2000 roku księgarnia, jak wszystkie księgarnie przykościelne (także polskie) wszelkich wyznań na całym świecie rozprowadza książki i broszury nazywające Żydów wszelkimi epitetami, z których „ świnia” było najdelikatniejszym.
Łuk portalu wygięty w ośli grzbiet mieścił parę dwuskrzydłowych drzwi, którymi co jakiś czas wchodzą kolorowi mężczyźni, głównie przystojni Murzyni. Widzę, że bocznym wejściem wchodzą też kolorowe kobiety, więc, by zobaczyć meczet od środka, może uda mi się pójść za nimi. Ale nim dobiegłam, drzwi się zatrzasnęły,  by je otworzyć trzeba znać szyfr. I dobrze, bo przecież nie mam chustki.
Schodami wspinam się dalej, z ulicy Klevgränd wchodzę na schody i przedostaję się na obszerny dziedziniec budynku ze złotym napisem „HÖGRE ALLMÄNT LÄROVERK”. Chmary przedszkolaków, o tej porze dnia i przy tej temperaturze (podobno Szwedzi rozpoznają temperaturę w mieście po ilości przechodniów na ulicach) są wszędzie. Tutaj jest kilka grup, których opiekunowie, co jakiś czas wołają swoich podopiecznych nakazując im biegać wokół skweru. Gonią się, obrzucają się liśćmi, a ja próbuję trochę odpocząć przy jednym z licznych drewnianych stołów, gdzie mogę rozłożyć mapę. Oglądam jeszcze stojące na kolumnie popiersie Carla von Friesena, zasłużonego dla Szwecji polityka i dyrektora tej szkoły i wracam do swojego stołu. Siedzę i patrzę na ten postawiony na granitowym urwisku budynek, na jego trzykondygnacyjną fasadę z czerwonej cegły, chyba to jakiś znowu florencki neogotyk, wygląda jak pałac idealnie symetryczny, w środku zegar zwieńczony tympanonem. Środek z jaśniejszej cegły, obłożonej jasnoczerwonymi kształtkami.
Kończy mi się kranówka, chce mi się też sikać, ale mimo, że od 1961 roku jest szkołą koedukacyjną, nie zdołam zmieszać się z wychodzącymi i wchodzącymi co chwilę do gmachu uczennicami. Jednak zdesperowana wstaję i ryzykuję. Wchodzę za dwiema dziewczynami. W dużym holu, skąd rozgałęziają się dwa potężne skrzydła, a na wprost jest wejście do auli na planie półkola – widać, że szkoła zaprojektowana jest od razu, jako szkoła bez żadnych adaptacji historycznego budynku – siedzi młodzież wyklejając dekoracje, po części poprzebierana dziwacznie. Widać nacisk na edukację estetyczną, czyli sztuki plastyczne, muzykę, taniec i teatr, ale trudno mi się zorientować, czy trafiłam na lekcję, czy na przerwę, gdyż twórczość artystyczna jest permanentna. Jednak gnana potrzebą intuicyjnie kieruję się w dół słusznie przewidując, że są tam szatnie. W szatniach dziewczyny i chłopcy też są poprzebierani, nie ma tu żadnych podziałów na płeć, wszyscy kręcą się koło pootwieranych szafek, między którymi są drzwiczki do toalet. Są jednak zamknięte. Wreszcie dopadam jakąś na końcu korytarza, z której wychodzi czarnoskóry chłopak. Okazuje się, że toalety mają nie więcej niż pół metra, stąd być może jest ich tak dużo i służą, jak wszystkie toalety we wszystkich krajach na całym świecie wszystkim uczniom do palenia papierosów i dlatego są ciągle zamknięte. Napełniam butelkę wodą i wracam, widzę, że nikogo tu nie interesuję, jednak nie mam już odwagi chodzić po cały gmachu.
Widok dużych, przestronnych korytarzy przecinających budynek jest wspaniały. Na początku dwudziestego wieku na dwóch piętrach było 21 sal lekcyjnych, na najwyższym piętrze pracownie chemiczne, fizyczne, bogato wyposażone laboratoria. Modele przestrzenne, silniki gazowe, prądnica elektryczna dla eksperymentów i laser do generowania obrazów, pomoce wizualne, koło barw. Na najwyższym piętrze muzeum historii naturalnej z wieloma eksponatami. Okrągła aula na 1000 słuchaczy. Szkoła ma do dzisiaj jedne z pierwszych w Szwecji późnoromantycznych organów pneumatycznych. Jest tu idealna akustyka, do tego okna kierują światło do wnętrza ze wszystkich stron. Wykorzystano najświeższe wynalazki względem ogrzewania, w piwnicy zainstalowano siedem gorących kotłów na dwa grzejniki. Ciepłe powietrze kaloryferów szło pionowymi rurami w górę budynku. Lampy gazowe dodatkowo ogrzewały pomieszczenia. W 1915 roku w szkole instalują pierwsze toalety wodne, co, jak odnotowują szkole kroniki, poprawiło nie tylko zapach szkoły, ale i ogólny nastój.
Znalazłam trzech noblistów absolwentów tej szkoły: Manne Siegbahn laureat Nagrody Nobla z fizyki w 1924, jego syn, Kai M. Siegbahn, też laureat nagrody Nobla z fizyki w 1981, który tu nie chodził, ale poprzez ojca wpływy szkoły pewnie były. I Gunnar Myrdal dostał nobla z ekonomii w 1974. Najwięcej wyszło z tej szkoły sławnych aktorów, piosenkarzy i muzyków.
Jest tu w pobliżu dom Lisbeth Salander, która kupiła po hakerskim włamaniu się do konta bankowego przeciwnika politycznego jej ukochanego dziennikarza Blomkvista. Pięknie wygląda na Google Maps, biały, odróżniający się od ceglanej zabudowy, na planie kwadratu, piękny pałacyk z turkusowym dachem i rozbudowaną, oszkloną mansardą. Właśnie to poddasze, 21 pokoi zabytkowego, dziewiętnastowiecznego budynku wypełniła milionerka Salander zakupionym w IKEI, wyposażeniem domu (obliczonego przecież na najbiedniejszą, studencką kieszeń):

„(…)Pojechała do Ikei w centrum handlowym Kungens Kurva i spędziła tam trzy godziny, przeglądając cały asortyment i notując numery towarów, których potrzebowała. Podejmowała szybkie decyzje. Kupiła dwie sofy model Karlanda z piaskowym obiciem, pięć foteli Poäng o sprężystej ramie, dwa okrągłe stoliki do kawy z lakierowanej brzozy, ławę Svansbo i kilka nietypowych stolików z serii Lack. W dziale z półkami na książki i systemami przechowywania zamówiła dwa komplety Ivar i dwa regały Bonde, stolik pod telewizor i regał z drzwiczkami, model Magiker. Do tego dołożyła trzydrzwiową garderobę Pax Nexus i dwie małe komody Malm.
Dłuższą chwilę poświęciła na wybór łóżka, wreszcie zdecydowała się na ramę Hemnes z materacem i dodatkami. Na wszelki wypadek kupiła też łóżko Lillehammer do pokoju gościnnego. Nie liczyła na to, że kiedykolwiek będzie miała gości, ponieważ jednak posiadała pokój gościnny, mogła go równie dobrze umeblować.
Łazienka w jej nowym mieszkaniu była już w pełni wyposażona w szafki, półki na ręczniki i pozostawioną przez poprzedniego właściciela pralkę. Lisbeth kupiła tylko tani kosz na brudną bieliznę.
Potrzebowała jednak mebli do kuchni. Po chwili wahania zdecydowała się na stół Rosfors z masywnego buku ze szklanym blatem oraz cztery kolorowe krzesła.
Musiała mieć też meble do gabinetu. Ze zdumieniem oglądała nieprawdopodobne „zestawy do pracy”, z przemyślnymi szafkami na komputery i klawiatury. Wreszcie potrząsnęła głową i zamówiła zwyczajne biurko Galant w okleinie bukowej z narożnym blatem i zaokrąglonymi krawędziami oraz dużą szafką. Nie spieszyła się z wyborem krzesła – na którym prawdopodobnie będzie przesiadywać godzinami – i zdecydowała się na jedno z najdroższych, model Verksam. Na końcu obeszła sklep i wybrała pokaźną liczbę kompletów-pościeli, ręczników, kołder, koców, poduszek, zestawów sztućców, porcelany kuchennej, patelni oraz deskę do krojenia, trzy duże dywany, wiele praktycznych lamp i sporą ilość wyposażenia biurowego w postaci segregatorów, kosza na śmieci, pudeł do przechowywania itp.(…)”.

Nie tracę czasu na szukanie po uliczkach domu, i tak nikt mnie tam nie wpuści bym mogła zobaczyć z okien wyspę Djurgrden, do której już nie pojadę, bo nie dociera tam metro i nie zobaczę skansenu i statku dynastii Wazów.
Zatem schodkami Kvarngatan wraz z bawiącymi się tutaj dziećmi schodzę na ulicę Högbergsgatan po przekroczeniu której wchodzę do malutkiego parku położonego na skarpie tak, że też trzeba schodzić schodami na poszczególne tarasy, gdzie w jednym siedzą czterej czarnoskórzy chłopcy w kapturach. Park ze swoim patronem Johanem Helmichem Romanem, barokowym kompozytorem i skrzypkiem ma niewiele wspólnego, stoi tu smętna instalacja muzyczna z końca dwudziestego wieku i być może w sezonie tętni tu życie. Teraz, będąc przestrzenią zagospodarowaną parkiem po likwidacji biegnącej tu w ubiegłym stuleciu linii kolejowej i terenów Dworca Południowego jest milcząco i pusto.
Nagle wyłania się przepiękny, w klasycystycznym stylu domek z cegły pionowo obramowany kremowymi listwami, z pięknym frontonem z „oczkiem”, czyli owalnym okienkiem na poddaszu, wybudowany jeszcze w połowie dziewiętnastego wieku. Był mieszkaniem pracowników kolei, miał trzy apartamenty po dwa pokoje z kuchnią, z oddzielnymi wejściami i przedpokojami. Szyld TEGELHUSET wycięty w blasze wskazuje na będącą tu teraz restaurację.
Tu już się kończy zabytkowa część miasta, wchodzę nagle do supernowoczesnej dzielnicy zupełnie zaskoczona i nieprzygotowana, przede mną sześciopiętrowy, na planie wycinka koła, tzw. mały łuk. Jest to zapowiedź wspaniałej architektury wyrosłej tu w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Powstał tu sztokholmski Południowy Manhattan w stylu postmodernistycznym, dzielnica mieszkaniowa nowych 3000 mieszkań i ponad 600 domów projektowana między innymi przez biuro architektoniczne marcowego uchodźcy z Polski, Michała Borowskiego.
Wszystkie o jednospadkowych dachach, niewysokie, 11- 14 kondygnacyjne, złożone zazwyczaj z pięciu pokoi, gdzie obszerne balkony stanowią dodatkowy pokój. Miałby być tu ściany zieleni, pionowe ogrody z wychodzących pnączy z balkonów, było to jednak zbyt kosztowne. Na razie będą się świecić bogato na Boże Narodzenie. Otynkowane fasady są w tonacji pastelowej, żółto-szaro-zielone.
Przechodzę między budynkami, gdzie różne poziomy łączą zawsze rozłożyste, jak z filmu „Pancernik Potiomkin”, schody, jednak mające szerokie, wygodne zjazdy na wózki dziecięce i inwalidzkie. Właściwie wszystko w tej zdominowanej jasną karnacją budynków tchnie neutralną, mimo to ciepłą, uspokajającą przestrzenią.
Wchodzę na czworokątny plac, skąd widać po bokach w całej okazałości różnorakie budowle wzniesione ostatnimi czasy. Tu się najczęściej demonstruje, tu została zamordowana 12 lat temu, minister spraw zagranicznych Anna Lindh przez serbskiego terrorystę. Była młodsza ode mnie.
Zjeżdżam schodami ruchomymi do podziemi zwabiona wesołym napisem COOP w kolorze ostrej, trawiastej zieleni. Okazuje się, że jest to podziemny hipermarket z zaciemnianym barem wabiącym kolorowymi lampkami. Wystrój w kolorze ostrej zieleni utrzymuje się aż do mojego wyjazdu schodami w inną część osiedla. Jestem nagle u stóg Wieży Południowej (Söder torn) i patrzę w górę. Zwęża się, by wydawała się jeszcze wyższa. Ma 86 metrów nad ziemią, na parterze jest basen, siłownia i spa. Jest na planie ośmiokąta, na każdym piętrze po pięć apartamentów. Elewacje pokryte są płytkami z czerwonego granitu. Na 23 i 24 piętrach są trzy dwupoziomowe apartamenty, na 25 piętrze sala bankietowa oszklona z widokiem na miasto. U stóp Wieży, do której można dostać się tylko znając szyfr do ogrodzenia rozpoznaję rzeźbę Niki de Saint Phalle. Jest to fontanna, trzy cycate boginie leżą na kobaltowym talerzyku, a z ich obfitych piersi tryska woda. Uświadomiłam sobie, że nie zobaczę jej wesołych rzeźb w Muzeum Moderna, bo już nie zdążę, gdyż metro na wyspę gdzie jest to muzeum, nie dochodzi. A czy jest tam teraz, specjalnie dla Muzeum w Sztokholmie instalacja z 1966 „Hon” wykonana wraz z jej mężem Jeanem Tinguely gigantyczna kobieta z papier-mâché, leżąca na plecach, do której wnętrza wchodzili zwiedzający miedzy nogami przez krocze, wewnątrz było kino, bar, akwarium, tego i tak nie wiem. Szczegółowo to, pamiętam, opisywał „Projekt” na czarno-białych fotografiach, jak byłam na studiach ciesząc się, że chociaż ten „Projekt” udało mi się kupić. I potem, po dyplomie, jak zobaczyłam rzeźbę Niki de Saint Phalle w Centrum Pompidou niemal się nie rozpłakałam ze szczęścia, a teraz tu, za darmo, na wyciągnięcie dłoni!
Obok Wieży stoi duży „Łuk”, Bofills båge. Postmodernistyczny „Łuk” jest w klasycystycznym stylu budowli reżimowych, przypominałby faszystowską Halę Ludową we Wrocławiu, gdyby nie lekkie materiały do budowy, bardziej ironiczne proporcje i rytm ślepych okien powodujących lekkość budynku. Dom posiada dziewięć pięter, piwnicę i strych
Przechodzę parkiem, mieszczącym się wewnątrz „Łuku”. Wokół, wzdłuż łuku rosną żółte drzewa jesienne, spoza których piaskowa fasada niewiele się od nich odróżnia. W lecie tu leżą mieszkańcy na trawnikach, tak widać na Google Map. Teraz przy nieczynnej fontannie para arabska smętnie siedzi na ławeczce.
Przecinam park ulicą Bangardsgangen, by dostać się na Swedenborgsgatan, gdzie jest zaprojektowana przez zespół Michała Borowskiego stacja kolejowa. Już front od ulicy jest okazały. Sklepiony szklaną kopułą i przeszklony też od frontu z okalającą przeźroczysty zegar brązową wstęga w kształcie podkowy. Oglądam jedynie stoiska sklepów na parterze patrząc w górę na wysokie sklepienie szklane o niebieskim zabarwieniu.
Kręcę się jeszcze po dzielnicy, oglądam szklane zadaszenie wjazdu do podziemnych parkingów i nie mam pojęcia, dlaczego Szwedzi narzekają na tę postmodernistyczną dzielnicę, której podobno nowoczesność gwałtownie się zestarzała i ceny domów poszły w dół.
W końcu wsiadam do metra i jadę, by zobaczyć słynną restaurację Kvarnen gdzie bohater trylogii Stiega Larssona przebywał, a co Wojciech Orliński w swojej książce „Sztokholm Stiega Larssona” poleca, jako rzecz najważniejszą do zobaczenia. Wysiadam na Mariatorget i szukam Tjarhovsgatan 4, knajpę, gdzie Salander przebywała bez ryzyka śledzenia jej przez opiekunów i kuratorów i gdzie poznaje Mimmi:

„(…)Dziewczyny spotykały się w każdy wtorek w Kvarnen(…)”

jak i Blomkvista.

„(…) przy drzwiach lokalu Kvarnen, gdzie Mikael wraz z Eriką, Christerem i resztą zatrudnionych w Millennium” zamierzał spędzić wieczór świętej Łucji i na koszt firmy upić się do nieprzytomności.(…)”

Budynek zbudowany na początku dwudziestego wieku na miejscu młyna, potem tawerny, w stylu secesji podobnych kamienic i piwiarni projektowanych przez tego samego sztokholmskiego architekta ma trzy kondygnacje i charakterystyczne trzy okna na parterze, gdzie mieści się legendarna restauracja.
Wysokie sufity i okna łukowe, które obecnie charakteryzują to miejsce, były tam od początku. Wnętrze hali takie, jakie oglądam teraz, z białymi kulami lamp w pęczkach po trzy lub więcej, z drewnianą politurowaną boazerią, w takim samym kolorze politury proste, klasyczne krzesła przy stołach, podłoga w czerwono białą kratkę z terakoty to elementy późniejsze, ale też stare. Tak wyglądała sto lat temu większość restauracji w Sztokholmie, ale tylko ta się zachowała nie zmieniona.
W latach dziewięćdziesiątych Kvarnen stał się znany jako miejsce dyskusji politycznych, przede wszystkim, jako miejsce spotkań lewicowych, ale w rzeczywistości ludzie ze wszystkich partii politycznych z wyjątkiem umiarkowanych pojawiali się tutaj. I być może dlatego Larsson tak ją umiłował.
Przechodzę na Götgatan, gdzie jest tłoczno i miedzy jadącymi rowerami i przechodzącymi na drugą stronę ulicy tasiemcowymi kolumnami przedszkolaków próbuję zobaczyć wnętrze tych nie kończących się sklepików. Odwiedzam pachnący, podobny do IKEI, który wewnątrz rozgałęzia się i na piwnicę sklep z wystrojem dla domu w korzenioplastykę, suszki i już bożonarodzeniowe drewniane gwiazdy. W sklepiku obok kupuję za pozostałe po zakupie biletu metra 10 koron paciorki do nanizania w kształcie moich ulubionych żelek z lukrecją.
Wychodząc zawsze patrzę w dół lub w górę ulicy. Jeśli na końcu majaczy biały bąbel Globe, to znaczy, że mam iść w przeciwną stronę, na północ.
Powoli niebo staje się coraz bardziej granatowe, kopuła Globe coraz wyraźniejsza, postanawiam więc znowu trochę pojechać metrem.
Wysiadam na stacji Mariatorget właściwie tylko po to, by zobaczyć, gdzie Salander kupowała narkotyki.

 „(…)Na niekorzyść Salander przemawiał również fakt, że pracownicy socjalni widzieli ją wielokrotnie w towarzystwie różnych mężczyzn w okolicy placu Mariatorget,(…)”

Chadzał tędy kilkakrotnie w książce Blomkvist:

„(…)Odstawił filiżankę, wziął torbę z komputerem i popędził w stronę Gótgatan. Przeciął Mariatorget i skręcał akurat w St Paulsgatan, kiedy zadzwoniła jego komórka. Odebrał w biegu.
– Blomkvist(…).”

O tym parku tak mówi inspektor Bublanski:

„(…)Jeśli na Mariatorget ktoś znajdzie zadźganego nożem siedemnastolatka, trzeba sprawdzić, jaki gang skinów albo młodocianych chuliganów rozrabiał godzinę wcześniej w okolicy dworca Sódra. Trzeba przesłuchać przyjaciół, znajomych, świadków, a wkrótce znajdą się podejrzani.(…)”

Idę więc cała w strachu, mijam stragany u wejścia parku pełne jesiennych wrzosów w kolorze purpury, lila i całkiem białych, suszonych hortensji, kolorowych ostów i żywych jesiennych róż.
Ale park, jest pusty, narkomanów jak na lekarstwo, przy nieczynnej fontannie z brązowymi secesyjnymi figurami boga Thora walczącego młotkiem z Jötunnem i na rogach fontanny jeszcze dwa węże morskie czekają na zabicie, siedzi jak zwykle smętnie dwójka Azjatów. Podchodzę do popiersia Emanuela Swedenborga właściwie tylko po to, by się jakoś przypomnieć Miłoszowi, że ja też tę metafizykę swego czasu próbowałam przeryć.
Zostaje mi jeszcze dom Mikaela Blomkvista, wspinam się na piechotę po uliczkach wybrukowanych na gigantycznej granitowej skarpie Sztokholmu.

 „(…)Pomyślał o ewentualnej sprzedaży swojej mansardy, co byłoby dość bolesnym rozwiązaniem. Pod koniec radosnych lat osiemdziesiątych, kiedy miał dobrą posadę i stosunkowo wysokie dochody, zaczął rozglądać się za porządnym mieszkaniem własnościowym. Odrzucał kolejne propozycje pośredników, aż w końcu natknął się na sześćdziesiąt pięć metrów kwadratowych poddasza przy Bellmansgatan. Poprzedni właściciel zaczął przerabiać je na mieszkanie, ale kiedy nagle otrzymał propozycję pracy w firmie internetowej za granicą, sprzedał je tanio jako lokal do renowacji.
Nowy właściciel dokończył dzieło, nie przejmując się szczególnie pierwotnymi szkicami architekta wnętrz. Wydał sporo pieniędzy na urządzenie kuchni i łazienki, nie przykładając wagi do reszty Nie położył parkietu i nie wzniósł ścian działowych, rezygnując z planowanych dwóch pokoi. Ale wycyklinował deski podłogowe, pobielił wapnem oryginalne, chropowate ściany i zasłonił największe niedoróbki kilkoma akwarelami Emanuela Bernstone’a. W ten sposób powstało przestronne, otwarte mieszkanie z sypialnią za regałem i z niewielką kuchnią oddzieloną barem od pokoju, który spełniał funkcję zarówno salonu, jak i jadalni. Poddasze miało dwa okna mansardowe i jedno w szczycie, z widokiem na dziesiątki kalenic biegnących ku Riddarholmen i Starówce. Przez wąską szczelinę między kamienicami Mikael widział wodę przy Slussen i Ratusz. Dzisiaj nie byłoby go stać na podobne mieszkanie i dlatego nie chciał się go pozbywać.(…)”

Obserwuje je policjantka, Monika Figuerola:

„(…) Tuż przed nią, na stromiźnie opadającej ku Pryssgrand, stał dom o adresie Bellmansgatan 1. Widziała jego fasadę z boku, więc nie mogła obserwować bramy wejściowej, ale gdy tylko ktoś wychodził na ulicę, musiała go zauważyć. Nie miała wątpliwości, że to właśnie ten adres przyciągnął w te strony Martenssona. Była to brama Mikaela Blomkvista.
 Monika Figuerola stwierdziła, że okolice Bellmansgatan są dla obserwatora koszmarem. Jedynym miejscem, z którego można było obserwować bramę w obniżeniu Bellmansgatan, była promenada i kładka w górnej części Bellmansgatan przy windzie Mariahissen i Domu Laurina. Nie było tu gdzie zaparkować samochodu, a obserwator stał odsłonięty jak jaskółka na drucie telefonicznym. Ten zakątek przy skrzyżowaniu Bellmansgatan i Tavastgatan, na którym parkowała, był w zasadzie jedynym miejscem, skąd mogła obserwować okolicę, siedząc w samochodzie. (…)”

Gdy docieram na Bellmansgatan 1 i dochodzę do wniosku, że było warto, ta neogotycka kamienica z kładkami do najwyższego piętra jest faktycznie bajeczna, dziwaczna i zaskakująca. Podobno jakaś zamieszała tu rodzina nosi nazwisko Blomkvist, ale nie miałam pojęcia o istnieniu trylogii Larssona, sam Larsson nigdy tu nie mieszkał. Jednak okolica odtworzona jest z fotograficzną dokładnością i na jej przykładzie można podpatrzeć warsztat pisarza.
Nazwa ulicy ze schyłku dziewiętnastego wieku pochodzi od nazwiska poety Carla Michaela Bellmana, który urodził się w nieistniejącej kamienicy na rogu Bellmansgatan i Hornsgatan. Jest tutaj mnóstwo kamieniczek, których architekci prześcigali się w projektowaniu wieżyczek, wykuszów i wszelkich ozdób. Zresztą, cała okolica ulicy Bastugatan gdzie stoją nadbrzeżne zamki widoczne z okna mojego hotelu to taki sztokholmski Montmartre umiłowany przez artystów. Domy uniknęły wyburzeń dzięki protestom mieszkańców, ale i tak wyburzono i rozebrano nieodwracalnie wiele cennych budowli, np. w 1944 zabytkową łaźnię, od której ulica Bastugatan wzięła nazwę.
Podniebny żeliwny chodnik kończy czarna wieża Mariahissen i czerwone, ceglane jak do jakiegoś warownego zamku wejście do niefunkcjonującej już windy. Pozostał jedynie złoty napis: MARIA HISSEN. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ta winda funkcjonowała, szczególnie, że drugi jej koniec był na wybrzeżu, przy pionowej, 28 metrowej ścianie skalnej z szarego granitu pod adresem Södermälarstrand 21, przy nadbrzeżu.
Winda Maria wykuta jest w litej skale, ale osadzona w budynku, w przeciwieństwie do wind Katarzyny i Zofii. Przy napędzie parowym korzystało z niej dziennie trzy tysiące ludzi.
Winda nie porusza się w szybie na zewnątrz, ale w domu z mieszkaniami, biurami i magazynami, kawiarniami. W górnej części domu była restauracja du Sud, gdzie przesiadywał August Strindberg z gronem równie sławnych artystów, których nazwiska nic mi nie mówią.
Schodzę w dół, na rogu Pryssgränd i Bellmansgatan oglądam jeszcze wejście do mieszkania Blomkvista i patrzę w górę, gdzie z żabiej perspektywy widać wieże pałacu Laurinska huset i elewację z czerwonej cegły w stylu holenderskiego renesansu z narożnymi wieżami, w których pomieszkują sztokholmscy artyści. Uliczki mają i 22% spadku, cały czas schodzę w dół, niejednokrotnie schodami z poręczami.
Jestem już na nadbrzeżu Södermälarstrand, gdzie dawniej były przycumowane statki handlowe. Dzisiaj to deptak i ścieżka rowerowa, miejsce kawiarnianych stolików i wejść do hoteli. Tu bardziej na zachód są fabryki Heleneborg gdzie Alfred Nobel robił eksperymenty z nitrogliceryną skutkiem czego zginął jego brat.
Skręcam na Most Centralny (Centralbron), którego budowa kosztowała tyle powojennych wyburzeń zabytkowych, historycznych domów. Na dodatek cały czas dudni, gdyż co dwie minuty przejeżdża tędy metro swój odcinek nadziemny. Patrzę jeszcze nostalgicznie za siebie, żegnam wspaniały cały zachodni brzeg wyspy Söderström, gdzie pałace, wystające wieżyczki dachu kamienicy z mieszkaniem Blomkvista przepięknie wypiętrzają się na brzegu zwieńczone renesansowymi kopułami i gotyckimi wieżyczkami.
Wchodzę do stacji metra Gamla Stan i mimo, że już poważnie się ściemnia, postanawiam jechać do Östermalm, by chociaż położyć stopę na nowym lądzie. Na pięknych stacjach metra zdobionych postmodernistycznymi obrazami – tu natrafiam na motywy muzyczne – ozdobione są też posadzki, stąpam w oczekiwaniu na mój pociąg po dużych pacyfach. c.d.n.[Stieg Larsson „Seria Millenium” fragmenty w przekładzie Pauliny Rosińskiej]

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2015, dziennik ciała i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *