Anthony Burgess „Mechaniczna pomarańcza” (1962) Stanley Kubrick (1971)

Już w latach mojej młodości film Kubricka był legendą. Ludzie oglądający go w kinach zachodnich, po powrocie opowiadali o nim cuda. W kinach polskich ten krytyczny wobec zgniłego kapitalizmu film – paradoksalnie, kiedy dopuszczano filmy o o wiele ostrzejszej wymowie – był zakazany. Dwa rozdziały książki spolszczone przez Roberta Stillera przygotowane dla miesięcznika „Literatura na świecie” w 1974 zostały odrzucone. Dopiero odtwarzacze wideo nie pohamowały już wtargnięcia „Mechanicznej pomarańczy” do Polski w latach osiemdziesiątych. Robert Stiller uważa, że filmem „A Clockwork Orange” Stanley Kubrick spłycił powieść nie ekranizując ostatniego rozdziału, w którym Alex ma już 18 lat i wraca do swojego początkowego bandyckiego procederu, co przeczy idei przewodniej utworu Burgessa. Tak nie jest, Kubrick wieloma sygnałami dawał do zrozumienia widzowi że świadomy jest nieuleczalności Zła i to dopełnienie w postaci końcowego rozdziału nie było już potrzebne.
Dzisiaj czyta się i ogląda „Mechaniczną pomarańczę” jak wzajemne dopełnienie wzbogacone jeszcze oszałamiającą w dalszym ciągu supernowoczesną scenografią Johna Barry’ego wspartą wpływami najwybitniejszych rzeźbiarzy epoki popartu.
Kubrick wspomina w wywiadach o nikłym wpływie samego Burgessa na jego pracę na planie filmowym. Kontakt obu twórców ograniczył się jedynie do telefonicznej rozmowy, Kubrick potraktował powieść jak doskonały, klarowny scenariusz i niewiele go zmienił. Zgadzał się za Burgessem też z wykładnią Zła, której odtwarzający Alexa Malcolm McDowell jest nośnikiem. Kubrick nie wierzył ani w zły wpływ kultury na człowieka, ani tym bardziej wpływ filmów o przemocy, o co oskarżano go, gdy film po wejściu na ekrany wzmógł falę młodzieńczej przestępczości band poprzebieranych w stroje z jego filmu. Wymienia natomiast w punkach przyczyny przemocy:
1. Grzech pierworodny — perspektywa religijna;
2. Niesprawiedliwość wyzysku ekonomicznego – perspektywa marksistowska;
3. Emocjonalne i psychologiczne frustracje — perspektywa psychologiczna;
4. Czynniki genetyczne w oparciu o teorię chromosomu Y – perspektywa biologiczna;
5. Człowiek: mordercza małpa — perspektywa ewolucyjna.

O tym, że piętnastoletni Alex poddany nowoczesnej terapii psychiatrycznej wywodzącej się z odkryć Iwana Pawłowa poczynionych na psach w początku XX wieku staje się bardziej mechaniczną maszyną niż człowiekiem pozbawionych pomarańczowych, witalnych barw sygnalizuje w rozmowie z nim kapłan, głos Religii w ośrodku wychowawczym dla nieletnich przestępców jak i minister, reprezentant Państwa. Alex, pozbawiony możliwości mordowania i regularnej ekspresji swoich naturalnych instynktów po terapii Lodovica nie może się nawet bronić, gdyż skutkiem zaprogramowania jego organizmu, reaguje osłabieniem i wymiotami. Dopiero po próbie samobójczej następuje skutkiem szoku i urazu błogosławione przywrócenie sił witalnych w postaci przekroczenia narzuconych mu siłą nieludzkich blokad. Człowiek to też bestia – mówią autorzy „Mechanicznej pomarańczy”. Jeśli przestaje być bestią, przestaje być i człowiekiem.
Całe szczęście, jak donoszą liczne przekazy biografów Anthony Burgessa, pisarz nie znosił stwarzanych na kartach swoich powieści postaci i pisał powołując je do literackiego życia z odrazą. I to może jedyna satysfakcja dla ofiar osobników noszących geny zła, że przynajmniej autorzy ich nie lubią. Bo z odbiorcami zazwyczaj jest odwrotnie, romantyzm mrocznych osobowości poprzez ich postawę buntu i nietuzinkowość, budzi podziw i zachwyt. A i by się nie zmarnowało w przyrodzie, jako łakome kąski chętnie przysposobią ich partie polityczne i portale sieciowe, skrupulatnie eksploatując ich potencjał.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

62 odpowiedzi na „Anthony Burgess „Mechaniczna pomarańcza” (1962) Stanley Kubrick (1971)

  1. Małgorzata Köhler pisze:

    Nie czytałam książki a intencji filmu swego czasu nie zrozumiałam, zresztą był wtedy dla mnie zbyt szokujący, a tzw. czyste zło, co odebrałam błędnie jako temat przewodni, mało atrakcyjne. Z kina wyszłam z niesmakiem, chociaż pod wrażeniem genialnej kompozycji. Dziś więcej rozumiem. Zacznijmy jednak od filmu i jego wciągnięcia na indeks zakazanych w komunie. To nie chodzi o krytykę „zgniłego kapitalizmu”, gdyby to było takie proste, na pewno by do blokady nie doszło. Cenzor – nożyce musiał usłyszeć ostrzeżenie przed tworzeniem obywateli na miarę, odbieraniem indywidualności i ingerencji państwa, słowem ujrzał w obrazie totalitaryzm w pełni kwitnienia. Rzecz ma jednak wymiar jeszcze szerszy, ponadczasowy, i dlatego Mechaniczna pomarańcza działa do dzisiaj.

    Wówczas byłam za leniwa, aby sprawdzić przedziwny tytuł i awaryjnie pokojarzyłam go sobie z pozytywką, bo dom nasz pełen był magicznych kul, puzderek i karuzelek grających kołysanki dla dzieci, walce Straussa, Mozarta, czemuż by więc nie 9-tą Bethovena. I tak przesłanie tytułu nagrało mi się i zwizualizowało w głowie jako nakręcany owoc w ulubionym kolorze lat 70-tych, z nakręconym bohaterem w środku. Jednak u Burgessa tkwił początkowo w idei czysty surrealizm. Tak wyjaśnił tytuł: (tlumaczę z niemieckiej wikipedii):
    „W 1945, gdy wróciłem z wojska, słyszałem w londyńskim pubie osiemdziesięcioletniego cocney’a, mówiącego o kimś: jest dziwaczny jak nakręcona pomarańcza (as queer as a clockwork orange). Ten zwrot zafascynował mnie jako wyraz ludowego surrealizmu; okazja użycia go jako tytułu nadeszła w 1961, gdy zacząłem pisać powieść na temat prania mozgu. Człowiek jest mikrokosmosem, jest rosliną, organiczną jak owoc, ma kolor, delikatność i słodycz. Manipulować nim, kondycjonować go, oznacza przemieniać go w obiekt mechaniczny – Mechanizm-Pomarańczę. ”

    „A Clockwork Orange” to jeden z tych filmów, jakie zaniepokoiły, miały zaniepokoić świat, podobnie jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Kabaret”, który oglądałam niedawno i ze zgrozą stwierdziłam, że jego uniwersalne przesłanie nie straciło nic na aktualności. Pozornie beztroskie lata siedemdziesiąte, z ich rewolucją hippiesowską i seksualną, nie były wcale takie niewinne, niby wyrugowany nie tak dawno przecież faszyzm miał sto odrastających łbów, rządy hulały sobie w najlepsze dławiąc ruchy wolnościowe, odpowiadano brutalnością i anarchią, ot, normalka, i nie bez przyczyny marsze bandy Alexa stylizowane są na marsz bojówek faszystowskich, niewinnie wyglądający zbrodniczy chłopcy noszą szelki a la bawarczycy a scenach z lekarką czy starym pisarzem podżwiękuje stylistyka mów Hitlera. Nie, to nie był film do wprowadzenia na ekrany Ostblocku.

    A jednak to, co czyni go ponadczasowym, jest proste i niewinne, jak nowonarodzone dziecię: ta właśnie wyżej zacytowana myśl pisarza: „Człowiek jest mikrokosmosem, jest rosliną, organiczną jak owoc, ma kolor, delikatność i słodycz.” Wychodzi się z filmu z nurtującym pytaniem, dlaczego, jak do tego dochodzi, że w tym delikatnym organizmie rozprzestrzenia się zło. Wiemy już, że nie pomaga na to żadna chemia czy lobotomie, a resocjalizacja rzadko konczy się sukcesem. Jednak nie pozostawiałabym tematu zamkniętego Twoją konkluzją, Ewo, cyt.:
    „Dopiero po próbie samobójczej następuje skutkiem szoku i urazu błogosławione przywrócenie sił witalnych w postaci przekroczenia narzuconych mu siłą nieludzkich blokad. Człowiek to też bestia – mówią autorzy „Mechanicznej pomarańczy”. Jeśli przestaje być bestią, przestaje być i człowiekiem.”
    Niebezpieczna to teza.

    I to nie tylko dlatego, że nie sama próba samobójcza Alexa, a dokonana na nim w ramach ‚poprawki’ operacja, o której przypomina sobie niejasno po odzyskaniu przytomności, uwalnia go od skutków ubocznych resocjalizacji i przywraca mu zdolność „słyszenia”, słuchania Bethovena bez mdłości, czyniąc go tym samym pełnowartosciowym pionkiem w rękach polityków. W tym przesłaniu kryje się gorzka ironia. Alex wypadając z okna zabija się więc naprawdę.

    Zło jest równie delikatnym tematem, jak dobro. Człowiek rodzi się jako cudowna istota wg boskiej proporcji. Narzucone dobro, jak narzucone zło, może zaowocować niepożądanym rakotwórczym rozrostem, a przede wszystkim pozbawia możliwości wyboru, a tylko świadomy wybór gwarantuje prawdziwośc wyborów etycznych, i tutaj całkiem wyjątkowo muszę zgodzić się z kanonem religijnym. Dobro można podsuwać, jak atrakcyjny towar, ale nie wolno go wymuszać, tymczasem nieświadomi motywów i efektów, odruchowo „wychowujący” zarówno rodzice, jak wyszkoleni pedagodzy używając takiej czy innej, nieraz wysublimowanej presji, zaszczepiają zło na tej delikatnej, bezbronnej jeszcze roślince. Agresja przychodzi ze strony otoczenia, wysysamy ją „z mlekiem matki”. Trzeba się strasznie pilnować, żeby udało się przerwać ten łańcuszek, bo przecież jesteśmy wszyscy nakręceni.

  2. Ewa pisze:

    Robert Stiller pisze, że to z Biura Politycznego Zenon Kliszko zakazał definitywnie dystrybucji w Polsce tego filmu po obejrzeniu go na zamkniętym pokazie. Podobno wzdrygnął się z obrzydzenia i zrobił to tylko dla społecznego dobra.
    Rzecz napisana w latach sześćdziesiątych, nie Małgosiu jak piszesz, w siedemdziesiątych, z których pochodzi film, ale obie dekady były burzliwe (zimna wojna, Wietnam).
    Film jak i książka to sf, czyli przyszłość, ale czas jest nieistotny. Impulsem do napisania tego postu była teza, że pewni ludzie rodzą się z dużym poziomem agresji, tak jak pewne gatunki zwierząt jak np. tygrys rozszarpie, mimo, że podobno tego nie robi jak nie jest głodny. Jednak robi. Nawet kot, co obserwowałam, sadystycznie dręczy mysz, zanim ją zje, albo i nie zje, bo jadł już whiskas, ale zabije.
    Utalentowany, inteligentny Alex wrażliwy na cudowne dźwięki Beethovena, jeśli chce być człowiekiem, to musi być i mordercą. Takie jest przesłanie „Mechanicznej pomarańczy”. Tak to czuję i się zgadzam. Można się tylko izolować od takich ludzi jak Alex, albo ich izolować. Ponieważ w tym rozdziale, o który upominają się widzowie filmu, a którego pewnie z powodu jego niemoralności nie wszedł do scenariusza, minister daje Alexowi lukratywną posadę z całą świadomością, kim on jest i wprowadza go do społeczeństwa w majestacie prawa. Kumpli z bandy Alexa społeczeństwo zagospodarowało wcześniej dając im pracę w policji.
    Nie zgadzam się z teorią złego wpływu otoczenia na człowieka. Nie da się zmusić człowieka do złych czynów, jeśli tego w nim nie ma, nie mówię o jakiś sytuacjach granicznych.
    Takim poletkiem doświadczalnym jest np. portal Liternet, portal ludzi działających tam niczym nie przymuszonych. Tutaj np. ktoś o nicku Emu Emo użył mojego imienia i nazwiska jako swojego:
    http://elm-incrudo.liternet.pl/tekst/na-pniu-z-cyklu-pien
    mimo, że nie byłam tam nigdy zarejestrowana. Potem to zostało zmienione, ale przez jakiś czas ktoś działał pod moimi danymi, co jest w komentarzu Arkadiusza Wierzby w tym wątku. Co o tym myśleć? Czy to nie jest dowód na krystaliczne zło pierwotne, wewnętrzne, nie podlegające resocjalizacji?
    Nigdy bym nie wpadła na pomysł krzywdzenia zupełnie obcej mi osoby, jak można coś podobnego wymyślić, jednak, czarno na białym, jest!
    Już nie mówię o innych ekscesach użytkowników Liternetu, gdzie ku zadowoleniu zapewne Leszka Onaka jeździ się po moim nazwisku, jak chce tak samo, jak Alex chodził po Londynie i bił laską kogo popadnie. A czasy są cały czas takie same. Kubrick porównuje Alexa do szekspirowskiego Ryszarda III!
    Gdzie tu Małgosiu jakieś biblijne Zło. Zwyczajne, banalne zło, jak pisała Hanna Arendt.

  3. Małgorzata Köhler pisze:

    O latach 70-tych pisałam w kontekście filmu, bo książki jak wspomniałam, nie znam.

    A tutaj to już w ogóle się z Tobą nie zgadzam! „Utalentowany, inteligentny Alex wrażliwy na cudowne dźwięki Beethovena, jeśli chce być człowiekiem, to musi być i mordercą.” nie sądzę, żeby Kubrick, tym bardziej autor ksiązki, stworzyli po prostu pleading w obronie zła. Sądzę, że rozprawiali się tylko z metodami, jak to nazwał sam Burgess w cytowanym fragmencie wywiadu, prania mózgu.

    Być może coś w tym jest, że są ludzie urodzeni z predyspozycjami do czynienia zła, genetycznie uwarunkowane wydzielanie hormonów np. itp., ale są to zdaje się absolutne wyjątki. Jak wskazują choćby wielokrotnie potwierdzone serie badań na wyrastających osobno bliźniakach, rozwija sie u nich w zależności od otoczenia, a więc od przypadków losowych, z tego samego materiału genetycznego nieraz zupełnie różna osobowość, i tak cechy np. psychopatyczne bywają w szczęsliwej konstelacji spożytkowane i obrócone w talenty przywódcze lub rozładowane twórczo, w ekstremalnie złych – prowadzą do czynów kryminalnych.
    Moim zdaniem problem leży w tym, że ta niezmiernie delikatna sprawa, jaką jest proces wychowania, najczęściej jest po prostu spartaczona przez dyletantów, jakimi są młodzi rodzice, przed podpowiedzi starszego pokolenia, któremu też się nienajlepiej udało oraz przez tragicznie przestarzały system szkolnictwa, w efekcie rzadko jest oparta na dykretnym wspieraniu naturalnych talentów i skłonności dziecka, bo przeważnie próbuje się je wpasować w wymarzoną foremkę, a niepożądane odrosty usuwa się z użyciem broni ostrej. Młody, silny organizm na każdą szkodliwą dla niego ingerencję z zewnątrz zareaguje jeszcze silniejszymi odrostami, i tak to się powiela.

    Taka scenka: ledwie co chodząca dziewczynka, maleństwo, jest zaniepokojona długą rozmową telefoniczną matki i próbuje wszelkimi metodami ściągnąć na siebie uwagę, wreszcie wpada na inteligentny pomysł i zrzuca telefon stojący na niskiej półce (taki jeszcze z kablem). Matka odrywa się, podnosi go i mówi wyraźne „nie”, dziecko robi to powtórnie, i znowu, i znowu, wreszcie zniecierpliwiona matka daje małej klapsa po palcach i dziecko przestaje. Ale teraz uważaj, bo będzie zaskakująco: mała nie przeszkadza już w rozmowie telefonicznej, jednak, gdy czuje się nieobserwowana, podchodzi do telefonu i bije go. Nie zrzuca go – daje mu klapsa.
    To co się tu zdarzylo, jest bezpośrednim przeniesieniem zła. Matka pojęła to w lot, i na szczęście ten pierwszy klaps był ostatnim. Ale życie przeciętnego dziecka pełne jest takich klapsów, również metaforycznych.
    Dziecko nie rodzi się złe, rodzi się z niesamowitą umiejętnością naśladowania otoczenia, lecz to nie mały kotek, mający jako odruch zakodowane gonienie myszy. Odruchem jest krzyk, aby zwrócić na siebie uwagę, odruch ssania, odruch Moro (małpie zaciskanie palców, w domyśle na sierści matki, przy wprawieniu w ruch błędnika) i zapewnie kilka innych odruchów, ale nie natrafiono jeszcze na urodzonego mordercę. Nie żartujmy sobie więc z tej zupełnie poważnej sprawy, jaką jest Zło, idea, nad którą łamie sobie głowy filozofia, religia i sztuka od zarania ludzkości.

    Przyglądając mu się bliżej, zawsze znajdziemy w nim cząstkę siebie, tak. Ale to nie nasze geny, a nasze powielane od pokoleń błędy odbijają się w przepastnej otchłani oczu Belzebuba 🙂 Nawiasem mówiąc, nazwa pochodzi od „böse Bub” – zły chłopiec.

  4. Ewa pisze:

    Ależ Alex jest wyjątkowy! Pospolici bandyci idą do policji, natomiast nieprzeciętny Alex – książka zaczyna się jak ma 15 lat, aktor Malcolm McDowell w filmie jest starszy – będzie piąć się po ministerialnych szczeblach kariery. Właśnie cała „Mechaniczna pomarańcza” powstała, by obalić Twoją tezę.
    „(…) Krótko po premierze Mechanicznej pomarańczy część krytyków zaatakowała film, kwestionując jego moralny wydźwięk. Kubrick obstawał przy tym, że film prezentuje głęboko moralną wizję i w tym tonie wypowiedział się w wywiadzie udzielonym Houston i Strickowi. Część tych komentarzy powraca również w jego refleksjach na temat filmu w wywiadzie, który z nim przeprowadziłem. Kubrick – wrażliwy na krytykę – czuł, że w pewnych kręgach odbiorców Mechaniczna pomarańcza nie została zrozumiana. Ponieważ wkładał serce w tworzone przez siebie filmy, wrogie reakcje krytyki były dla niego bolesne. Starał się zatem za wszelką cenę bronić swojego dzieła w wywiadach. Film został potępiony w Wielkiej Brytanii, szczególnie przez religijną prawicę, za rzekome inspirowanie młodzieżowych gangów do przestępstw wzorowanych na wyczynach Alexa i jego bandy młodocianych przestępców. Głęboko wstrząśnięty tymi oskarżeniami Kubrick wycofał film z brytyjskiej dystrybucji w roku 1974. (Obraz powrócił na ekrany w Wielkiej Brytanii dopiero w 2000 – rok po śmierci reżysera).(…)”
    [Stanley Kubrick. „Rozmowy” Tłumaczenie: Mariusz Berowski]

  5. Małgorzata Köhler pisze:

    Ho ho! „Właśnie cała „Mechaniczna pomarańcza” powstała, by obalić Twoją tezę.” 🙂

    Ale ani słowa wyjaśnienia, Ewo, obalającego moją tezę. Tezę, że dobro jest w zasięgu ręki, jak i zło? Że zależy od kierunku, w jakim zostanie wprawiony w ruch mechanizm? No nie, przecież. Kubrick miał najwyraźniej żal, że robią z niego apologeotę zła, podczas gdy on walczył z diabelskimi metodami prania mózgu. Tak, zarówno ksiżąka, jak i film to dzieła moralne, broniące nienaruszalności najcenniejszej części człowieka, mózgu oraz najcenniejszego prawa – wyboru.

    A wracając do poruszonych przez Ciebie jeszcze w poprzednim poście problemów: zachowań Emu Emo – to nawet niekoniecznie świadome zło. Z dystansu portale wydają mi się mniej wylęgarnią zła, a bardziej miejscami zaplątanymi w nieustający, zwyrodniały karnawał. Wydaje mi się, że ludzie nie nauczyli się jeszcze używać internetu, że to ciągle faza surowa projektu, przejściowa. Możliwość założenia maski i gromadne hurra dla brzydkich zabaw – coś, co dawne społeczeństwo dopuszczało przez kilka dni, raz w roku, a zaraz potem przychodził post i żal za grzechy, trwa na portalach na okrągło, demoralizuje i przeszkadza w dojrzewaniu; przyznaj, że może być wciągające wyhasanie się od czasu do czasu, ale im się coś nawyraźniej pomyliło – jak pisała do mnie już przed laty z oburzeniem któraś z masek, „pani Małgorzato, przecież chodzi tylko o zabawę!” i bawi się brzydko dotąd. I tak ich trochę widzę, jako starych dzidziusów w przebraniu Hrabiego Monte Christo, naparzających się już od dziesięciu czy więcej lat łopatkami po głowie.

    • ElminCrudo pisze:

      Zwyczajni ludzie, którzy tłumnie przybyli do wirtualnej przestrzeni, nigdy nie mieli okazji „mówić” do innych – czyt.: pisać tak dużo mając świadomość tego, że wolno im przypuszczać, iż ktoś przeczyta ich słowa, potraktuje poważnie, postara się na nie odpowiedzieć.
      Przecież doskonale znasz czasy sprzed Internetu. Pamiętasz coś takiego, by wcześniej tłumom ludzi każdej doby, o każdej porze dnia i nocy zdarzała się okazja rozmawiania z tłumami ludzi, odezwania się do innych ludzi?
      Korzystają z tego spontanicznie. Są tak zafascynowani możliwością, że nie zawracają sobie głów poprawnym używaniem języka, budowaniem poprawnych zdań, ortografią, interpunkcją. Szczerze mówiąc wielu uczy się budowania zdań w biegu, często korzystają z wybiegów, ze skrótów, znaków zastępujących wyrazy, całe wyrażenia. Przy okazji tworzą wirtualny język potoczny, żywą mowę pisaną, a może ” żywą mowę znaczoną”, bo z szeregami znaków dla wtajemniczonych też już spotkałam się na czatach w grach online. 🙂

  6. Ewa pisze:

    Tak, Kubrick był przeciwko praniu mózgu, jednak nie miał złudzeń, co do kondycji człowieka i do możliwości jego naprawy. Świadczą o tym inne jego filmy, np. „Ścieżki chwały”, czy „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę”, czy „Barry Lyndon”. Nawet w „Lśnieniu” nie ma cienia nadziei. Jedynie „Odyseja kosmiczna” jest wolna od wartościowania, ale te małpy na samym początku są też złowróżbne…
    A jeżeli chodzi o Liternet, to zawsze barbarzyńcy bawili się kosztem innych. U nas w Katowicach jak weszła wyzwoleńcza Armia Czerwona, to zaraz podpaliła hotel w Rynku. Taki powiedzmy, poeta Neron…Też lubił sobie kogoś podpalić…
    Każdy się bawi na skalę swoich możliwości, nędzarscy bandyci bawią się na Liternecie, niewielu może wydać na zabawę tyle co Cesarz. Może tak lepiej, przynajmniej zastępczo robią to wirtualnie i nie potrzeba wozić nikogo do szpitala.

  7. Ewa pisze:

    Ależ to nieprawda Emilio, że narzędzie powoduje zmiany u ludzi, że Internet jakoby spowodował jakieś inne formy komunikacji. Łatwość komunikowania się, jej bezpłatność, to, że nie trzeba kupować znaczków, niejednokrotnie książek, gazet, encyklopedii, nie może pogarszać sposobu porozumienia, wręcz przeciwnie. Teraz na blogu odtwarzam moje życie i korzystam z forum Naszej Klasy, z gazet tych lat, z listów moich szkolnych koleżanek. Wszystko jest na rzeczy, jest celowe, a nieważna jest forma (jedna koleżanka mieszka w Afryce i pisze do mnie po angielsku, którego nie znam zbyt dobrze). To wszystko tak wzbogaca te czasy, w których żyłam! Nie mam pojęcia dlaczego fora literackie nie stają na wysokości zadania i nie pomagają pisarzom, poetom, tylko przeszkadzają, wprowadzają celowo zamęt, dezintegrują, mącą, a przede wszystkim niszczą nieodwracalnie, zabijają użytkowników portali.
    W „Lśnieniu” Kubricka pisarz próbuje napisać książkę. Kubrick i King pokazali, że nie jest to łatwe zadanie, że łatwiej zabijać. Liternet idzie na łatwiznę.

    • ElminCrudo pisze:

      Mój Boże, ale Pani nie miała problemu z budowaniem zdań na długo przed Internetem. Widzi Pani w ludziach samych twórców, na dodatek wyjątkowo utalentowanych. Tymczasem witryny udostępniające miejsce do wklejenia wiersza czy prozy, uznanych przez autora takiej pracy za wiersz lub prozę, zasilają wszyscy bez ograniczenia – warunkiem stania się użytkownikiem jest chęć wypełnienia poprawnie kilku pól przy rejestracji, a nie wysłanie samodzielnie napisanego tekstu, który musi spełniać się, jako tekst literacki.
      W rezultacie czasem wklejane są tam prace na poziomie, ale głównie masa, wprost ogrom niby wierszy, prawie prozy. Ciężko takie wklejki przeczytać, jeszcze trudniej skomentować, bo nie wiadomo co to jest.
      To Pani umie skorzystać, to przed Panią otworzyło się bogactwo, przed podobnymi do Pani też. I dobrze.
      Ale przed ludźmi, dla których wyraz „stróżka” ma zapis:”struszka”, i żadne zadanie nie zaczyna się wielką literą, a postawienie przecinków oraz kropek pozostało czarną magią – nie wszystko jest łatwe natychmiast po wejściu w wirtualną przestrzeń. Mają potrzebę bywać tam, gdzie bywają „wszyscy” i kontaktować się z innymi, więc czatując czatują na jakieś skróty, które zastąpią zdania, korzystają ze znaków, „emotki” wyrażają ich stany, a gify opisują sytuacje.
      Inny przykład. Z wielu powodów, z czego jednym jest oszczędność czasu – pisanie zdań zabiera czas – gracze tworzą własne języki. W trakcie gry lola się, czasem ripnie, tepnie siebie, czy kogoś, lub szybko zaszlocha pisząc po prostu: T_T.

      • Ewa pisze:

        Coś podobnego! To na trudne portale literackie przychodzą wszyscy i to nie z potrzeb literackich? Nie miałam o tym pojęcia! Przeszłam do Literatury, bo nie miałam pieniędzy na farby, a miałam jeszcze silne potrzeby twórcze i wydawało mi się, że literatura ze wszystkich sztuk pięknych jest najtańszą formą wypowiedzi. Nie posiadałam i nie posiadam warsztatu, o jakim Pani pisze, Pani Emilio. W malarstwie trzeba znać historię sztuki, zobaczyć coś w oryginale po muzeach, znać przełomy i kierunki, co z czego się wychodziło. Myślałam, że podobnie jest w Literaturze. Nadrabiam zaległości, czytam jedną książkę dziennie. A problem ortów, to chyba nie problem w czasach programów poprawiających, słowników sieciowych.
        Trudno mi uwierzyć, że na portale literackie nie przychodzą miłośnicy literatury. Przecież są w Internecie różne fora, miłośników kanarków, miłośników zabijania (tam podobno edukowała się Maria Goniewicz), latania szybowcami, gotowania i pieczenia, szycia i robienia maskotek, wróżenia z kart. Użytkowników tam jest mnóstwo, można tam bywać i żyć społecznie towarzysko po pracy wśród sobie podobnym.

        • ElminCrudo pisze:

          Z moich obserwacji wynika, że można być przyjacielem kanarków lub dżdżownic, co wcale nie oznacza, że będąc przyjacielem kanarków i dżdżownic posiada się doświadczenia związane z hodowlą ptaków śpiewających, czy zwierząt segmentowych. Nie oznacza także, że kiedykolwiek widziało się kanarka, albo dżdżownicę. By było jeszcze jaśniej: nie trzeba widzieć ani żywych, ani na obrazku.
          Bo w oświadczeniu, że jest się przyjacielem kanarków czy dżdżownic chodzi tylko o oświadczenie składane przez osobę, a nie o zwierzęta. Oświadczający musi w zgodzie ze swoim sumieniem stoczyć bój i dowiedzieć się tylko i wyłącznie od siebie: czy szczerze czuje, że jest przyjacielem ptaszka lub robaczka? stokrotki lub bratka, wierszyka lub nowelki…
          Jak tak – rejestruje się tam, gdzie mogą, nie muszą, ale nacisk kładzie się zawsze na: mogą! zarejestrować się przyjaciele kanarków, dżdżownic.
          O ile nawiedział się od siebie, że nie – nie musi się zarejestrować, ale na miły Bóg – może, też może. Czy zwyczajowo wyklucza się wariant, że ewentualnie kiedyś będzie przyjacielem ptaszka lub robaczka? Nie! – twórca witryny przyjaciół kanarków lub dżdżownic powita z radością każdego, kto pragnie być w gronie użytkowników jego portalu.
          To nic, że potem osoba myli karmę dla kanarka z karmą dla perszerona, że rozpisuje się o potrzebie sprawowania wzmożonej opieki nad dżdżownicami stawowymi, gdy dają coroczne popisy w jeździe figurowej na łyżwach w okresie od piętnastego lutego do pierwszego kwietnia każdego roku kalendarzowego w pasie polodowcowych jezior rynnowych i okolicach wszystkich starorzeczy na terenie całej Europy. Nic to, że dana osoba ma zaledwie aż swoją wizję o życiu ptaszyny i robaczka, zwyczajnie nic, że sprzedaje innym bajkę, fikcję, brednię. Dla twórcy miejsca w Sieci to nie jest żaden problem. Danego ludzia coś pcha na wybrany portal, i o czymś pragnie rozmawiać z innymi człowiekami, którzy użytkują to polubione miejsce. Ludź przywiąże się do strony internetowej, będzie się logował, będzie otwierał to i tamto, śmigł od postu do postu, skomentuje to i owo, zepsuje krew jedynemu hodowcy kanarków, który do tej pory tyranizował tam wszystkich popisujac się znajomością rzeczy i wrzucaniem zdjęć ptasich odchodów, wreszcie zmusi milczkowatego znawcę do pisania odpowiedzi, prostowania infromacji, czynnego i burzliwego udziału w życiu witryny, a to znowu przekłada się na codzienną porcję klików wszystkich przyjaciół ptaszków uwięzionych w klatkach, i trzymanych na wolnych wybiegach, łącznie ze zwolennikami coraz rzadszej w naszym kraju zielononóżki kuropatwianej.
          Tak fikuśnie działa na ludzi możliwość wrzucania dowolnych ilości malutkich sfiksowań w wielce pomiestny, wirtualny, fikcyjny świat.
          🙂

  8. Marcin pisze:

    „Lśnienie” w adaptacji Kubricka pod każdym względem przewyższa książkę Kinga. Lecz King pokazał coś, co Kubrick pominął. A mianowicie destrukcyjny wpływ środowiska na osobowość. Jack Torrance niszczy swój talent, bo wcześniej jego samego zniszczył ojciec alkoholik i domowy tyran. Później Jack odtwarza ten sam scenariusz we własnym życiu aż do bolesnego końca. Mimo prób okazuje się za słaby, żeby zerwać z tym dziedzictwem. Być może z dzisiejszymi użytkownikami sieci jest podobnie, a jej powszechność jedynie pokazuje dramat, który wcześniej, z racji ograniczeń komunikacyjnych, nie był aż tak widoczny.

    • Ewa pisze:

      Wiem Marcinie, że lubisz Kinga, ja niestety nie potrafię przez niego przebrnąć, a ma bardzo dobry warsztat i byłoby pożądane.
      Film też niestety zobaczyłam z trudem, chociaż sceny z labiryntem zachwycające. Może dobrze, że Kubrick zrezygnował z taniej dydaktyki amputując w postaci pisarza jego złe korzenie, korzenie Zła. Tezą filmu chyba nie było, że okazja czyni złodzieja – w tym wypadku mordercy – bo przecież ani żona pisarza, ani synek, takich potrzeb z siebie nie wykrzesali przebywając w identycznym klimacie sprzyjającym zbrodni. A mieli omamy podobne – żona na końcu zobaczyła np. świnię. Więc, mówisz, winne złe dzieciństwo? Człowieka można popsuć na trwale na samym wstępie, wiem, ale przecież właśnie sztuka ma działanie błogosławione, oczyszczające, niepojęte, że forumowicze mając tak sprzyjające możliwości (chęć szczera) z tego rezygnują na rzecz czynienia z portali literackich poletko uprawiania krystalicznego Zła.

      • Marcin pisze:

        Zapomniałem, że u Kubricka jednak jest niewielka sugestia co do ojca Jacka. Chodzi mi o scenę z radiem, przez które przemawia do Jacka jego duch. Pisałem na starym blogu o filmowym „Lśnieniu” i postawiłem tam tezę, że Jack chciał zabić Danny’ego, bo on był obdarzonym nieprzeciętną wrażliwością i wyobraźnią artystą in spe, przed którym stoi otworem cała przyszłość, podczas gdy przed Jackiem rozpościera się już tylko mrok i śmierć. Może właśnie podobnie jest na portalach. Może nie mając samemu sił, by sięgnąć gwiazd, pragnie się zniszczyć tych, którzy taki potencjał okazują.

        • Ewa pisze:

          Mechanizm jest pewnie złożony i takiego, jak piszesz, syndromu „psa ogrodnika” nie można wykluczyć. Teraz formuje się na Liternecie TWA negatywne, to jest złożone z ludzi, którzy są przekonani, że tych gwiazd dosięgli.
          Bo jak wiesz, jednak wielu wybitnych artystów przystąpiło do służby i wsparcia reżimów totalitarnych, było sługami i adwokatami Diabła.
          I tam teraz jest takie państewko, gdzie rządzi bezprawie właśnie, gdzie niebawem jak gdyby nigdy nic zaczną wracać ci, co milcząco czekają. Zobaczymy, jak to się dalej potoczy. Bo to, że artyści to prostytutki to już zaśpiewał nam Kazik.
          Po ataku Trolli na mój blog widać wyraźnie, że nie chcą, by im przeszkadzano. Dlatego tym bardziej przeszkadzać należy, bo to też nasz Świat i nasza Sieć.

  9. ElminCrudo pisze:

    Czasem drażni mnie sposób odtwarzania postaci, który nazwałam: manekinada, wówczas nie męczę się i nie poświęcam. Lubię, i nie lubię film, odpycha mnie i przyciąga.
    Zawsze zatrzymuje (plus, minus) czwarta minuta projekcji, zdanie, które pada z ust „starości” przedstawionej niepięknie, utarcie, skostniale, wreszcie demonicznie, jak sępy szarpiące padlinę, w scenie napaści na głównego bohatera po jego wyjściu z więzienia. Ale na wstępie jeszcze nie straszy mściwym zagryzaniem, rzucaniem się na trudnego młodzieńca, więc starzec w łachmanach prezentuje się znośnie, a kiedy słucham śpiewu bezdomnego, czekam na taniec, na uniesienie rąk i taneczne kroki.
    W czwartej minucie filmu z ust starca pada zdanie:
    – „Ech, to nie jest już świat dla starego człowieka.”
    W ekranowej historii świat jest bezduszny dla starych ludzi, wypluł ich na ulicę, wrzucił pod most, odział w zużyte byle co, zmusza do żebrania. Są w niełasce społeczeństwa, w najgorszym położeniu.

    Czy któryś z „ludzkich światów” był dobrym światem dla starych ludzi?
    Czytałam o poszanowaniu seniorów. Widywałam w filmach sceny, gdzie ludzie w różny sposób oddawali cześć starszym. W domu rodzinnym wpojono mi szacunek, dobre odnoszenie się do ludzi starszych, docenianie. Przyjmowałam to naturalnie.
    Jednak nie wychowałam się tylko w domu rodzinnym, a każdy rok spędzony poza domem narzucał mi weryfikowanie podejścia do dorosłych. Część była w takim wieku, jaki zwyczajowo uznajemy za wczesną starość. W tych drugich realiach nie zawsze sprawdzały się wartości wyniesione z domu, bywało, że odbierano je jak moje słabości, na które dziecko nie może sobie pozwalać, jeśli chce przetrwać, gdy zdarza się, że żyje z dala od rodziny i jest zdane na to, iż o jego losie decydują wychowawcy, gdy od obcych ludzi zależą serie kar i nieliczne pochwały, a o cieple trzeba zapomnieć.

    Przeszłość, podobnie jak teraźniejszość, stawiała na „młodość”. Nie pamiętam ekstra przyjaznej aury dla ludzi starych, dla ludzi słabszych. Wobec seniorów zachowywano poprawność odnoszeń. Upadał właśnie model rodziny wielopokoleniowej, z czym starsi nie czuli się dobrze, urażeni sami schodzili z oczu. Nieobecność lub skromny udział w życiu – robiły swoje, poświęcano coraz mniej uwagi ludziom schodzącym z oczu.
    Dzieci i chorzy znajdowali się w dużo gorszym położeniu, niż zdrowi seniorzy.
    Kwitła aprobata dla tężyzny, dla ludzi silnych lub rokujących, że będą silni, dla zdrowych, gładkich, w domyśle: wydajnych, pożytecznych, wnoszących najwięcej.
    Pamiętam nadzieje pokładane w ludziach z twarzami w trądziku, którym ogół dobrodusznie wybaczał naiwności, z jakich wkrótce wyrosną.
    Słyszałam, że w nich drzemie wartość, że są gwarancją lepszej przyszłości, że inwestowanie w młodzież zwraca się z nawiązkami, bo musi zaprocentować, bo ma wielki sens.
    W ten deseń mówiło się dużo, przy każdej okazji. O starych pamiętano, gdy senior z medalami na piersiach miał uświetnić rocznicę. Słabi i chorzy nigdy nie byli chlubą społeczeństw, więc jeśli ktoś miał nieszczęście niedomagać, to sam musiał sobie wydumać jak nie dać się przykryć czapką.
    Coś wymuszano?
    Tak i nie.
    Nie, bowiem pokładanie nadziei w młodych i silnych nie jest niczym dziwnym, niczym sztucznym.
    A tak dlatego, że rozwój duchowy człowieka trwa dużo dłużej, niż rozwój fizyczny.
    Naturalnym dla ludzi jest długotrwały proces uczenia się, to, że ludzkie wnętrza dojrzewają powoli, że zdrowy rozsądek, że mądrość są zwykle kwestią dziesiątek lat pracy nad sobą, podejmowania wysiłku, sumowania się wszystkiego, z czego potem można korzystać, bo jest wypadkową wyuczonego i doświadczonego, przemyśleniem. Tego bogactwa nie miewają, bo jeszcze nie mogą mieć osoby młode.
    Społeczeństwo gubiące starych ludzi samo ograbia się z istotnych wartości.
    Czego można spodziewać się po społeczeństwie, gdy film zapowiadają sceny z okrutnym biciem starego człowieka?

    W tym filmie starość dogorywa w poniżeniu, rozsypuje się niczym próchno, praktycznie nie istnieje. Wcale nie ma dzieci. Wszystko rozgrywa się między ludźmi silnymi, którzy są już dorośli, lub za chwilę będą dorośli, są już lub wkrótce staną się trybikami machiny. Dwie grupy, które mogą ze sobą rywalizować. Osoby poruszają się jak manekiny. Jakby wypełniały obowiązek życia. Nie znalazłam przykładu białego charakteru. Białym charakterem mógłby być ksiądz, jednak sposób wygłaszania kazania pozostawia wiele do życzenia. Młodych tworzących grupy, a potem zajmujących swoje miejsca w dorosłym bycie – obciąża bandycka przeszłość. Alex i rodzice – ludzie, których łączy chyba tylko adres zamieszkania, bo między członkami rodziny nie ma więzi, nie iskrzy tak, jak powinno iskrzyć między rodzicami i dzieckiem. Zamordowana gimnastyczka klnie jak szewc. Pisarz przestaje być postacią pozytywną, gdy realizuje zemstę. Funkcjonariusze są podejrzanie gorliwi w wykonywaniu służbowych obowiązków, szczególnie w karaniu, zadawaniu razów. Lekarze eksperymentują na ludziach. Politycy manipulują. Z wszystkich postaci tylko jedna ma być jednostką, u której po eksperymencie fizyczny ból zablokuje możliwość wyrządzenia krzywdy innym. Ale w świecie czarnych charakterów, ludzi skłonnych w każdej chwili do popełnienia zła – taka osoba nie przetrwa. Nie dlatego, że zaczęła być dobra, że potrafi okazywać dobro, że popełnia dobre uczynki. Nie. Po zabiegu wykonanym w więzieniu Alex nie staje się dobry, nie miał i nadal nie ma doświadczeń związanych z dobrem. Zaledwie muzyka, i to dopiero w czasie eksperymentu, zaznaczyła się jak neutralny towarzysz. Alex chce ją ocalić, bo sądzi, że jest dobrem.
    Nie zmieniło się zbyt wiele w bohaterze, jedynie tyle, że po zabiegu nie może nikogo skrzywdzić. Skrzywdziłby, zgwałcił, odpowiedział ciosem na uderzenie pałką – czuje to, musi to czuć, bo właśnie tak zapala się w jego mózgu lampka i powala go silny ból, który zapobiega dokonaniu się rzeczy strasznych.
    Makabryczność eksperymentu medycznego polega na tym, że w bohaterze nie ubywa złych emocji, rozdrażnienia, agresji, że nie pojawiają dobre emocje, spokój, dobre czyny. Stan wnętrza pozostaje prawie bez zmian, nadal jest to człowiek zdolny do złych zamiarów. Od czasu specyficznej „operacji” zło zgromadzone w człowieku daje pierwszy sygnał do zadania bólu właścicielowi paskudnego charakteru. Nie opuszcza bohatera, nie jest przeniesione, nie jest wyładowane na innych, więc krzywdzi okrutnie nosiciela zła, doprowadza go do samobójstwa. Pod koniec organizm i wnętrze bohatera wracają do stanu równowagi właściwego dla świata, w którym Alex żył od urodzenia. W tym ekranowym świecie „mechanicznych pomarańczy”, gdzie człowiek z człowieka cynicznie wyciska wszystkie soki, nie ma miejsca na dobro i dobrych ludzi. Na szczęście nie zauważyłam tam małych dzieci.

    • Ewa pisze:

      Według mnie, film pokazał starość, jako coś słabego. Banda Alexsa bije staruszków, bo to łatwy kąsek do wyżycia się, pozbycia nadmiaru agresji, a oni nie potrafią się bronić. Dopiero napaść staruszków (w książce wychodzących z biblioteki) na bezbronnego Alexa jest aktem odwrotnym, napadają, bo Alex jest słaby i bezbronny, jeszcze bardziej niż oni, spadł poniżej nich w kolejce do bicia. Nikt nie napadał na uzbrojonych hitlerowców, atak z pewnością by się udał przy większej ilości napastników, jaką stanowili więźniowie. To kwestia siły, Pani Emilio, a nie narzuconej dziecku, płytkiej moralności. W Hawanie, o czym pisze Beata Pawlikowska w niedawno wydanej książce, każdy staruszek ma obowiązek ustąpić w autobusie miejsce dziecku i młodzieży, i to robi. A Kubańczycy to naprawdę skutkiem piękna wyspy i klimatu, łagodni i dobrzy ludzie.

  10. ElminCrudo pisze:

    Smutne jest to, że umiejętność bicia innych ludzi tworzy człowiekowi miejsce wśród ludzi. W ten sposób, robiąc tak smutne założenie, można kolejny raz oglądać „Mechaniczną pomarańczę” i sprawdzać smutne założenie jest realizowane przez twórcę. Znajduje Pani w tym filmie dobro, które bez żadnych ale jest obrazem dobra, jest czystym dobrem, takim, które nie posłużyło do niczego złego, któremu człowiek nie dołożył żadnej złej intencji?

  11. ElminCrudo pisze:

    Powinno brzmieć:
    * „… i sprawdzać jak smutne założenie jest realizowane przez twórcę. ”
    Przepraszam, zgubiłam ważne słowo.

  12. Ewa pisze:

    Dobrem w „Mechanicznej pomarańczy” jest sam akt jej powstania, zarówno książki, jak i filmu. Utwór artystyczny nie może mówić równocześnie o wszystkim. „Mechaniczna pomarańcza” mówi o Złu. Od Dobra są inne utwory. Chociażby wspomniały tutaj w wątku przez Małgosię „Lot nad kukułczym gniazdem”. Tam nośnikiem krystalicznego Dobra jest milczący Wódz. Morduje dlatego, że jest dobry.
    Biblia przeczy wpływowi środowiska na człowieka, jak i neguje wpływ pokrewieństwa. W opowieści o Józefie który został królem Egiptu, synu Jakuba i Racheli, główną rolę odgrywają jego bracia, najgorsze skurwysyny. Tylko Józef i najmłodszy Benjamin to ludzie dobrzy, a przecież wpływy środowiska, geny, były takie same dla wszystkich braci. Czy modelowy Kain i Abel.
    Podobnie jest w „Królu Lirze”, siostry wredne w kontraście do dobrej Kordelii. Czy u Balzaca w „Ojcu Goriot”.
    Nie trzeba przywoływać Dobra tam gdzie go nie ma i nigdy nie będzie, np. na portalu Liternet. Jedynym dobrem dla mnie byłoby, gdybym miała pewność, kim jest Emo, Mary Lou, czy Karioka Lando. Bo Dobrem jest Prawda.

    • ElminCrudo pisze:

      W zasadzie zgadzam się z Panią, ale wolę myśleć, że film „Mechaniczna pomarańcza” mówi o braku Dobra.
      Jestem asekuracyjna, bo unikam wyrazu: Zło?
      Możliwe.

      Cyt.:
      „Biblia przeczy wpływowi środowiska na człowieka, jak i neguje wpływ pokrewieństwa.
      W opowieści o Józefie który został królem Egiptu, synu Jakuba i Racheli, główną rolę odgrywają jego bracia, najgorsze skurwysyny. Tylko Józef i najmłodszy Benjamin to ludzie dobrzy, a przecież wpływy środowiska, geny, były takie same dla wszystkich braci.”
      Z przekazów o Jakubie – ojcu Józefa, nie wynika, że dla wszystkich dzieci Józefa: wpływy środowiska i geny były takie same.

      *
      Geny.
      Dzieci Jakuba
      synowie:
      – z pierwszą żoną Leą: Ruben, Symeon, Lewi, Juda, Issachar, Zebulon;
      – z drugą, ukochaną żoną Rachelą: Józef, Beniamin;

      – z niewolnicą Bilhą: Dan, Naftali;
      – z niewolnicą Zilpą: Gad, Aser.

      jedyna córka:
      – z pierwszą żoną Leą: Diana.

      *
      Środowisko – dom rodzinny.
      Obie żony Jakuba: Leę i Rachelę – łączyły więzy siostrzane.
      Ich ojcem był wuj Jakuba, a brat matki Jakuba.
      Wybranką serca Jakuba była tylko Rachela, młodsza córka wuja.
      Jakub poślubił Leę przymuszony do tego podstępnie przez wuja.

      Siostry podzieliła zazdrość o uczucia – między starszą Leę, a młodszą Rachelę padł cień rywalizacji o męża.
      Oliwy do ognia dolewała łatwość zachodzenia w ciążę starszej siostry i początkowa bezpłodność Racheli.

      Jakub – nie traktował jednakowo obu sióstr – wobec Lei zachowywał się jak mąż, który spełnia swoje obowiązki wynikające z transakcji małżeńskiej, przejawy prawdziwie wielkiego uczucia kierował cały czas w stronę ukochanej i z takim trudem zdobytej żony Racheli, oraz dzieci, które późno zrodziły się ze związku z jedyną kobietą, którą pokochał całym sercem.

      Zachowanie głowy rodziny miało duży wpływ na wszystkich, gdy jedni doświadczali pełni pozytywnych uczuć, innych męczyło poczucie dyskomfortu.
      Leą – wciśniętą do łoża Jakuba przez fortel – od początku powodowała zazdrość o Rachelę. Od chwili narodzin Józefa u dzieci Lei i dzieci obu niewolnic zaczęło narastać poczucie krzywdy z powodu nierówności miłości ojcowskiej kierowanej przez Jakuba do swoich synów i córki.

      *
      Ruben sprzeciwia się zamordowaniu Józefa, Juda sprawia, że bracia zamieniają zamiar dokonania mordu na sprzedaż Józefa w niewolę. Na rodzinę nie spada dokonanie zbrodni – bratobójstwa.

      *
      Dla mnie istotną kwestią jest tutaj uczucie. Mawiamy: serce nie sługa. Człowiek obdarza innych ludzi miłością, obdarza tak, jak człowiek umie obdarzyć miłością. Otwiera swoje serce, hołubi kochaną osobę, wybacza jej drobne przewinienia, stale podkreśla zalety. Odczuwa potrzebę przebywania blisko osoby, którą kocha, a tęskni, gdy los oddziela ją od niej, gdy śmierć zabiera.
      Patrzenie z miłością. Takiego spojrzenia nie można ukryć, zapanować nad nim. Uzupełniają je przejawy miłości, które widać w gestach, słychać w głosie, jakie poznajemy po czynach człowieka, a wyczuwamy wszystkimi zmysłami.
      Ale miłość rodzica to bardzo specjalny rodzaj, bo jest uczuciem wyczekiwanym przez wszystkie dzieci jednakowo, każdemu dziecku potrzebnym przez całe życie jak tlen, i to od momentu narodzin. Dziecko nie przechodzi obojętnie nad doznaniem odrobiny niesprawiedliwości w obdarowaniu miłością przez rodzica. Dręczy się tym, próbuje dokonać czegoś, co zwróci mu serce ojca czy matki. Dziecko czyni wiele, by odnowić lub po raz pierwszy sprowokować pełnię niezbędnych spojrzeń, gestów, tonów, wszystkiego co składa się na aurę miłości rodzicielskiej, w której ono potrzebuje przebywać, bez której czuje się źle.
      Długotrwałe deficyty miłości, stałe zajmowanie gorszej pozycji, niż brat czy siostra, ma wielki wpływ na to, co dzieje się najpierw we wnętrzu dziecka, a potem we wnętrzu dorosłego człowieka.


      Czy oglądała Pani „Synalka” J.Rubena?


      Cyt.:
      „Nie trzeba przywoływać Dobra tam gdzie go nie ma i nigdy nie będzie, np. na portalu Liternet. Jedynym dobrem dla mnie byłoby, gdybym miała pewność, kim jest Emo, Mary Lou, czy Karioka Lando. Bo Dobrem jest Prawda.”

      Przystałam patrzeć na dostępne mi portale – które nadal odwiedzam, bo co jakiś czas czytam tam różne wątki – jak na platformy, które staną się kawiarenką literacką, herbaciarnią przy miejskim teatrze, salką przy galerii, czyli spełnią w roli miejsca, w którym z pewnością spotkam ludzi zainteresowanych kulturą. Spojrzałam na nie jak na markety, jak na sklepy, które zasilają różni dostawcy różnymi towarami, gdzie są półki, na jakie wrzuca się towar, a ja jestem jednym z klientów przemieszczających się między działami, czasem znajduję się przy ofercie z makaronami, innym razem sięgam po sprzęt gospodarstwa domowego i sprawdzam czym różni się mop parowy od mopa obrotowego, w wyjątkowe dni trafiam na wyjątkowe okazje w sektorze z książkami. Nie wiem kim są Emo, Mary Lou, Karioka Lando. Do niczego nie potrzebuję wiedzy o innych klientach marketów. Wszystko. Zmieni się myślenie twórców portali o witrynach, które stworzyli i zaproszonych użytkownikach, wtedy ja też zmienię swoje podejście.

      Wiem kim jest Marek Radecki, Małgorzata Kohler, Marek Jastrząb, Jarek Trześniewski, Irenka, Jarek Stefanowicz, i jeszcze kilka innych, pięknych postaci, wiem kim byli ś.p. Romek Knap, Jerzy Reuter, Marek Dunat, Bogdan Lichy…
      Żal mi starej wersji Poezji-Polskiej, była Dobra, tego, że już nie porozmawiam z Bogdanem Lichym, bo takie rozmowy też były Dobrem.

      Pozdrawiam serdecznie
      Emilia

      • Ewa pisze:

        Dziękuję za wyjaśnienie wątku biblijnego, chyba wybrałam zły przykład.
        Co do portalu Liternet to ma Pani rację.
        Portalu Poezja Polska nie czytałam, jakoś nie miałam szczęścia ani do blogów, ani do portali. Niemniej w dalszym ciągu uważam, że są potrzebne i mogłyby być wielką pomocą dla ludzi piszących.
        „Synalka” też nie widziałam, ani jednego Kevina też nie, jest dużo filmów o sadystycznych dzieciach i widziałam inne np. powstałych na autentycznych faktach, jak uczeń wymordował całą klasę.
        Dzięki wielkie za odwiedziny, tak sobie tu siedzę i piszę, miło wiedzieć, że ktoś to czyta. Również serdecznie pozdrawiam.

  13. Karioka Lando pisze:

    komentarz usunięty przez admnina

  14. ElminCrudo pisze:

    Polecam Pani ten film, bowiem „Synalek” mógłby być uzupełnieniem o brakujący element, gdy rozmowa toczy się o zachowaniu równowagi między Dobrem, a Złem. Przekaz filmowy nie ma nic wspólnego z przygodami dziecka stale zawieruszającego się rodzicom w czasie szykowania się rodziny na lotnisko. Akurat takich aktorów wybrano do roli.

    „Synalek” nie jest łagodną opowieścią o rodzinie, nie jest także demonicznym straszydłem na widza.
    To próba dotykania braku dobra w małej osobie, zła płynącego od dziecka, którego nie mogło nabyć od innych. Zła trudnego do rozpoznania, do definiowania, do poradzenia sobie w porę z problemem narastającym, przynoszącym tragiczne skutki. Otoczenie chłopca – synek manipuluje wszystkimi ludźmi, stwarza sytuacje wygodne dla siebie, nie odczuwa jak zła jako zło, nie cierpi, gdy krzywdzi – skazane jest na porażkę.
    Snucie podejrzeń kierowanych do pociech jest dla dorosłych czymś nie przyjęcia, niewykonalnym. W tym miejscu mamy naturalną blokadę – maluchy kocha się, są niewinnymi istotami, którym trzeba zapewnić możliwie największy komfort psychiczny, materialny, optymalne warunki do rozwoju fizycznego i duchowego. Żyjemy ze świadomością, że za czyny dziecka odpowiadają w pierwszej kolejności rodzice, a drugiej wszyscy inni dorośli. Na tym opiera się prawo, które rozstrzyga, gdy dopuszczono się uchybień. Jesteśmy święcie przekonani, że dziecko nie może chcieć i czynić zła, zadać cierpienie bez emocji, bez współczucia. Owszem, zauważamy egoizm, ale natychmiast tłumaczymy czym może być podyktowany i wtykamy go na listę spraw, a których dzieci wyrastają, jak ze śpioszków, a potem z rajtuz. Wierzymy, że agresja u dzieci zawsze jest wynikiem błędów wychowawczych, bo we wnętrzu milusińskich są, muszą być pokłady dobra. Jeśli kochany „aniołek” z lubością dokucza koleżance – nie bierzemy kłucia cyrklem w plecy za coś, co już jest pierwszym, poważnym sygnałem trwałego zamiłowania do dokuczania. Gdy ośmioletnia „księżniczka” boleśnie szczypie trzyletniego braciszka przy byle okazji, gdy pod każdą nieobecność matki straszy malca czarownicami – też reagujemy niedostatecznie poważnie, bo jesteśmy przekonani, że to przejściowe, że dziewczynce minie po upomnieniu, nie przerodzi się w paskudną skłonność.
    Film „Synalek” zmusza do zastanowienia się nad tym: jak patrzymy na dzieci, co i ile widzimy patrząc na własne i cudze dzieci, ile w tej obserwacji jest zdawania się na wyobrażenia o niewinności brzdąców, a ile zauważania w porę faktów, wyciągania z nich wniosków i elastycznego, w pełni poważnego podejścia, z wyobrażeniem różnych skutków?
    „Synalek” może udzielić części odpowiedzi, których Pani szuka, gdy rozważa problemy narastania agresji w witrynach internetowych.
    W ogólnie dostępnych grach online już przyjęło się, że awatar, który wyżywa się na czacie na innych graczach, sypie straszliwie wulgarnymi wyzwiskami, pomawia przy okazji kreując niemiłe sytuacje na bieżąco, i toczy pianę, i rozlicza się z różnymi osobami za ich czyny wyssane z palca, którym właśnie stuka w klawiaturę, a przypisywane komuś tak, jakby faktycznie brzydkie zajścia miały miejsce, i organizuje się namawiając innych do dokuczania wskazanej ofierze, a co szczególnie istotne: nie jest w stanie opanować się, przestać – to awatar dziecka, to w realnym świecie: „małolat”, „gimbus”, „szczeniak”.
    Z agresywnymi dzieciaczkami błąkającymi się po Internecie nie radzą sobie moderatorzy witryn, nie pomaga upomnienie, banowanie, założenie w grze stałej blokady na konkretny adres IP. Są kreatywne w dobrym i złym, ale wyraźnie widać skłonności do uprzykrzania, kompletne nie przygotowanie na porażkę, niemożność przyjęcia do wiadomości własnego błędu, oraz niemożność wycofania się z sytuacji złej, której są inicjatorami. Jeśli awatar, jeśli nick, nie umie przestać: straszliwie kląć, obrażać, obiecywać zemst, na różne sposoby roznosić stronę, z której korzysta, miejsce, gdzie gra – to zachodzi podejrzenie, że po drugiej stronie ekranu siedzi sfrustrowane dziecko. Możliwe, że jest wrzucone do Internetu przez nauczyciela, który nie miał pomysłu na lekcję informatyki, że korzysta z komputera w świetlicy lub bibliotece szkolnej, bo tak spędza jałowe godziny, „okienka” między lekcjami, albo grasuje w Sieci, by w domu nie zawracać głowy matce, ojcu czy starszemu rodzeństwu. W realnym świecie jest wówczas postrzegane jako grzeczne, spokojne, zajęte czymś dobrym.
    Gracze postawili znak równości między niemożnością przerwania sytuacji złej, a dzieckiem po drugiej stronie ekranu. Skojarzenie potwierdza się w praktyce. Nie wiem czy w stu procentach, bo nie mam pojęcia, czy już badano to zjawisko i dociekano: w jakim wieku są najbardziej agresywni użytkownicy wirtualnej przestrzeni? Sądzę jednak, że warto mieć na uwadze zbieżność, którą zauważono w witrynach z grami, która w końcu pomaga w przyjęciu postawy wobec wybuchowych awatarów, tych w transie „wściekłości nie do opanowania”.

  15. Ewa pisze:

    Zobaczyłam zgodnie z poleceniem Pani, Pani Emilio „Synalka” i nie jest to utwór mający jakiś głębszy cel, niż rozrywka. Czasami komercyjna sztuka jest na rzeczy i się jej nie wyrzekam, tutaj jednak niewiele wniósł – proszę się nie gniewać, że mam inne zdanie – do problemu „Mechanicznej pomarańczy”.
    Uczyłam rok w podstawówce i takich bydlaków miałam na co dzień w każdej klasie, po jednym lub kilka egzemplarzy, a uczyłam od pierwszej osiem klas Wychowania Plastycznego i miałam ich w każdym wieku, do wyboru, do koloru. Oczywiście, nikt tam nie odważył się wtedy na mord, ale w gazetach np. sąsiadujących Gliwicach donoszono, że jak najbardziej jest to realne.
    Na dodatek w „Synalku” chodziło o gumową kaczkę, którą niefortunnie matka podarowała młodszemu bratu i miała za swoje. Tezą tego wątku jest jednak Zło bez przyczyn.
    O takim Złu jest ten film, według mnie bardzo dobry, był swego czasu w telewizji:
    „Musimy porozmawiać o Kevinie”(2011)
    http://www.filmweb.pl/film/Musimy+porozmawiać+o+Kevinie-2011-485802

    To też nie ten Kevin, być może celowo wybrano to imię. Tam pokazany jest cały proces, od momentu zapłodnienia, ciąży i porodu, aż po dorosłość w więzieniu.
    Polecam, czas nie będzie stracony!

  16. ElminCrud0 pisze:

    Widziałam, ale zaraz odszukam u siebie i przypomnę sobie obrazy, odświeżę.

    • ElminCrud0 pisze:

      Sprawdzam recenzje o filmie, i o książce „Musimy porozmawiać o Kevinie” – w dużej mierze pokrywają się z moimi odczuciami.

      Jeśli zada się kilka pytań:
      – czy ktoś chciałby być pierwszym, niechcianym i niekochanym dzieckiem filmowej Ewy?
      – czy ktoś chciałby płakać przy niej jako niemowlę, irytować ją wszystkim, co zrobi?
      – czy chciałby wciąż wyczuwać wiele drobiazgów w jej matczynych nastrojach, których nie wyczuwają dzieci chciane i kochane przez matki?
      – wreszcie: czy ktokolwiek chciałby od matki usłyszeć, że jest przyczyną jej nieszczęśliwego życia od chwili porodu?
      to film staje się bardziej dramatyczny, inaczej rozkładają się w nim ciężary.

      Nie chciałabym być pierwszym dzieckiem Ewy, bo nie umiałabym odstać się, nie urodzić się, bo nadal będąc małym dzieckiem potrzebowałabym dosłownie wszystkiego, co od matek potrzebują dzieci, ale już miałabym – jeszcze dziecinną, ale rozwijającą się, rosnącą wraz ze mną, dobierającą różnych odcieni, bardzo przykrą – świadomość swojej winny, o jakiej powiedziała mi matka, najbliższa osoba. Nie ma żadnego sensownego sposobu na to, by matce niechcianego dziecka bezkolizyjnie zwrócić „jej świat” sprzed urodzenia przez nią „balastu”, wobec którego stara się spełnić swój obowiązek bycia matką.

  17. Małgorzata Köhler pisze:

    W artyle wyborczej „Każdy może stać się mordercą”, o mteriałach z podsłuchu niemieckich jeńców wojennych, jest bardzo ciekawy zapis rozmowy dwóch jeńców, rzcający pewne światło na to, jak, dlaczego i jak szybko dochodzi do zniesienia bariery wpojonych zasad etycznych, cyt.:

    „(…) w rozmowie, którą 30 kwietnia 1940 r. przeprowadziło dwóch jeńców, ppor. Pohl, pilot, oraz ppor. Meyer, zwiadowca

    Pohl: Drugiego dnia wojny w Polsce musiałem zrzucić bomby na dworzec w Poznaniu. Osiem z szesnastu bomb spadło na miasto, prosto na domy. Nie podobało mi się to. Trzeciego dnia było mi wszystko jedno, a czwartego miałem już z tego przyjemność. To była nasza zabawa przed śniadaniem, kiedy ganialiśmy pojedynczych żołnierzy po polach seriami z karabinu maszynowego i zostawialiśmy ich tam z kilkoma kulkami w plecach.

    Meyer: Ale zawsze tylko żołnierzy…?

    P.: Ludzi też. Atakowaliśmy kolumny na drogach. Latałem w kluczu. Maszyna dowódcy rzucała bomby na drogę, dwóch pozostałych z klucza do rowów, bo tam zawsze były takie rowy. Maszynę podrzucało za każdym razem, a potem wchodziło się w lewy zakręt i grzało się równo ze wszystkich karabinów maszynowych. Widzieliśmy, jak konie fruwały na wszystkie strony. (…) Koni to mi było żal, ale ludzi w ogóle. ”

    Z opisu „polowania” widać, że zabawa była dobrze zorganizowana przez dowódcę. Oczywiście musiały w grę wchodzic takie elementy, jak poczucie bezkarności w grupie, działanie na korzyść grupy, pochwały w razie wykazania się, zwolnienie z samodzielnej oceny moralnej dzięki rozkazowi, poniżanie przeciwnika, zredukowanie go do obietu przez propagandę, element gry, przemawiajcy do cech dziecięcych itd. Wyrzuty sumienia z pierwszego dnia nalotu na cywili są dla ppor. Pohla niewygodne, ale już następne naloty sankcjonują czyn, działanie rutynowe, ‚normalka’, wydaje się wymazywać wątpliwości. Jakby powtórka sankcjonowała nieusprawiedliwialne.

    Opowiadający lotnik był tylko żołnierzem i najwyraźniej dysponował wyposażeniem moralnym, które po kilku zaledwie dniach odrzucił, bo nie pasowało mu w sytuacji, w jakiej się znalazł. Wystarczy zatem, że ktoś przetrze szlak, wystarczy uwikłanie w niemoralną sytuację, aby z normalnego człowieka uczynić bestię. Nacisk grupy jest na osobniki dorosłe, a szczególnie dorastające, o wiele silniejszy niż nacisk wychowania domowego, gdyż podminowany jest strachem – jeżeli nei będziesz krakał z wronami, to cię rozdziobią. Odwaga sprzeciwienia się grupie jest niezmiernie rzadka i może to jest nawet największy rodzaj bohaterstwa.

    Wracając do portali – puszczone na żywioł, bez moderacji i autorytetów literackich, stały się idealnymi modelami kurnika czy sfory, co było do przewidzenia, więc w zasadzie nie powinno dziwić, że bagno wciąga. A że „chodzenie po bagnach wciąga”? (cytat ale nie wiem, z kogo) – wiadomo przecież, definiuje się samo.

    Zalinkuję cały artykuł poniżej, bo pewnie poczeka na moderację.

    • Robert Mrówczyński pisze:

      To widzę, Pani Małgorzato, że ma Pani obcykany problem zła, i zdaje się nie ma on już przed Panią tajemnic. No, ale „wybuchowe” materiały dydaktyczne z GW nie pozostawiają żadnych wątpliwości czym jest człowiek, więc zagadka nie była taka trudna. Szkoda, że dopiero teraz ma Pani właściwy pogląd na sprawy zła, przynajmniej hitlerowskiego.
      Pod Pani konstatacją: „Odwaga sprzeciwienia się grupie jest niezmiernie rzadka i może to jest nawet największy rodzaj bohaterstwa.” – także podpisuję się obiema rękami, zresztą zawsze to mówiłem, zwłaszcza przy okazji donosiciela Włodka i Szymborskiej, tej od „prawa do testamentu”. Oni oboje, w odróżnieniu od owych pilotów nie byli żołnierzami, którzy za odmowę dostawali czapę, oni jak tysiące innych literatów z przekonania i własnej nieprzymuszonej woli wybierali zło, bo zło było wówczas dobrem, taka podmiana wartości. Także później, kiedy mogła dokonać jakiejś nad sobą refleksji rozliczeniowej, nie zdobyła się „na ten rodzaj bohaterstwa”, który tak wysoko Pani ceni.
      Niestety, mimo zdemaskowania zła w człowieku Pani diagnoza dot. portali błędna. Postulat, że odpowiedzialny za dzikie chamstwo na nich, w stylu karioki lando jest brak moderacji, autorytetów literackich i puszczenie na żywioł, jest jedynie resentymentem bolszewickim – moralność niewolnicza, z całym jej aparatem autorytetów literackich trzymających całe dekady za mordę motłoch.
      Te autorytety ani na chwilę nie przestały funkcjonować w życiu publicznym, to one uniemożliwiły i uniemożliwiają osądzenie zła, które zniszczyło kilka pokoleń Polaków. Portale to tylko ilustracja tego procesu zamazywania i relatywizowania zła. I robi to już drugie pokolenia owych autorytetów – ich dzieci. Walka z prawdą przeniosła się do internetu. Przynajmniej taniej.

  18. Ewa pisze:

    Tak, z pewnością deprawacja, moda, popadanie w złe towarzystwo, jest stałym elementem grupy, masy.
    Ktoś pamiętam opowiadał mi, że był na jednej wsi przejazdem, gdzie cała wieś jadła słonecznik i z zasłane słonecznikowymi łuskami były ulice, drogi, ścieżki, miejsca przed sklepami, pokoje w domach mieszkańców przed telewizorami. Wnioskować można było o ciężkim nałogu mieszkańców tej wsi, z którego nie sposób się wyzwolić.
    Jednak w moim pojęciu Zło to nie nałóg, bo, jak mówi Kubrick w „Rozmowach”
    (…) Sztuka czerpie materię z życia i ją przekształca, ale nie stwarza życia ani nie dokonuje zmian w materii życia. Co więcej, przypisywanie filmowi potężnej mocy sugestii jest sprzeczne z naukowo akceptowanym poglądem, że nawet pod wpływem głębokiej hipnozy, po przebudzeniu z hipnotycznego transu, nie można ludzi zmusić, by zrobili coś, co jest sprzeczne z ich naturą.(…)”.
    Tak, że nie można przypuszczać, że Karioka Lando/ Naćpana światem robi coś sprzecznego ze swą naturą i że kibicujący jej i wspierający komentarzami użytkownicy portalu Liternet zostali do tego jakoś przymuszeni, zahipnotyzowani lub skłonieni łagodnością i demokracją rządów Administratora.
    W szkole, o której tutaj wspomniałam, klasy prowadzone były pod różnymi rządami wychowawców. Jedni trzymali uczniów „za mordę” i te dzieci były najbardziej rozwydrzone, jak nie czuły nad sobą silnej ręki, czyli na mojej lekcji. Ale nawet tam byli uczniowie stawiający opór ogólnemu bezhołowiu i to wcale nie musi być tak, że tylko reżim. Słabość demokracji polega na jakości obywateli jedynie, na braku stawiania oporu, a nie na eliminacji osobników nieprzystających. Społeczności Liternetu widać, w jej bezgranicznej nudzie, podoba się. Zresztą filmiki z Nicholsonem dla mnie też rewelacyjne, nie powiem.

  19. Karioka Lando pisze:

    Komentarz usunięty przez admina. Jest to ostatni komentarz, który się pojawił. Resztę wycinam bez śladu.

  20. Małgorzata Köhler pisze:

    A, dzień dobry, Panie Robercie! Znowu się Pan tego i tamtego dopatrzył, niestety z wyciąganiem wniosków nie wyszło, nieco pospiesznie, pozwolę sobie zauważyć. Gdybym „problem zła miała obcykany”, nie wypowiadałabym się tutaj ani chyba nie czytała z zainteresowaniem wątku, bo przecież wszystko bym wiedziała. Nie wiem jak Pan, ale ja dyskutuje zwykle z nadzieją, że w toku ciekawej rozmowy dowiem się czegoś, czego jeszcze nie wiedziałam.
    I tak artykuł w Wyborczej przeczytałam dziś i skojarzył mi się z aktualną dyskusją u Ewy, wkleiłam więc link bo ilustruje nabywanie zła (w przeciwieństwie do Ewy teorii zła wcielonego).

    Pozwolę sobie też Pana odesłać do początku dyskusji o portalach, czyli do wpisu Ewy „Liternet – hodowla przyjemniaczków” – to ona, nie ja, postawiła diagnozę, z którą ja się (z grubsza) zgodziłam, a Pan raczy się nie zgadzać, o odpowiedzialności za tamtejsze zło.

    Pan jako tropiciel resentymentów bolszewickich kwituje jako taki moje określenie stanu faktycznego, czyli porównanie portali do układu modelowego kurnika czy sfory. Zabawne, że zapomina Pan o potężnym czynniku, jakim jest czas – od bolszewii minęło ponad ćwierćwiecze, a fora literackie w tamtym czasie nie istniały. W moim odbiorze rzeczywistości nie sięgam tak daleko, jak Pan, nie porównuję wszystkiego z czasem, z którego najwyraźniej nie może Pan się otrząsnąć, bo do każdej dyskusji wrzuca Pan PRL czy to pasuje, czy jest w pełni absurdalne. Wyznam, że nieco to nużące.

    Jeżeli ja za czymś tęsknię, proszę Pana, to za czymś o wiele mniej skomplikowanym – rozmowami na temat, wierszami dobrej jakości i ludźmi z klasą. Nie rozumie Pan, że za autorytet literacki nie mam Leszka Onaka czy nawet kilku poetów i poetek „po tomikach”, w końcu tak łatwo można dziś wydać książkę, ale że chodzi mi ludzi naprawdę dobrze piszących, gdzie wystarczy rzucić okiem na ich wiersze, aby uznać ich ewentualne uwagi krytyczne i cieszyć się z nich. Z którymi dyskutując ma się wrażenie dostąpienia przywileju. Za mistrzami raczej, niż strażnikami.

    I tacy ludzie dzisiaj na portalach już się prawie nie pojawiają. Jeszcze 10, 8 lat temu bywali, ale dziś już nie. Dlaczego? Bo wszystko się spsiło, prosze Pana, a portale zamieniły się z miejsc poświęconych literaturze w modelowe kurniki. Jak już Pan chce koniecznie ulubionym tropem, to analogię widziałabym raczej w tym, że podobnie jak w tworzącym się PRL-u za władzę wzięło się zaraz najgorsze prostactwo. Kto mógł, wyemigrował, a reszta się „aranżuje”. I tyle.

    • Robert Mrówczyński pisze:

      Naród który nie chce znać swojej historii, który dla lepszego samopoczucia ją zakłamuje, karleje, prowincjonalnieje, produkując bezwartościowe, marginalne dla świata artefakty, ludzie którzy wyparli się historii własnej swoich rodzin czy historii pokoleniowej nie są w stanie zrozumieć samych siebie, uniemożliwiają sobie dotarcie do ludzkich prawd jak miłość, przyjaźń dobro, które głęboko drzemią w każdym i mają moc przemienienia tego padołu łez w raj, bo to jedyne i prawdziwe motywy i faktory życia, rozwoju. Do rozwoju potrzebna jest przede wszystkim prawda o własnych korzeniach
      Dlatego takie zełgane kultury nie są zdolne do żadnego twórczego wkładu w kulturę świata. Budowanie tożsamości osobistej, zdrowych relacji społecznych to kwestia fundamentalna. A Pani sobie ironizuje żem tropiciel resentymentów. Ale to i tak delikatnie, tu takie próby i takich ludzi traktuje się o wiele brutalniej.
      Ja z kolei mam opory aby uwierzyć w zapewnienie, że chce się Pani czegoś dowiedzieć o ZŁU czego by Pani wcześniej nie wiedziała i to nie tylko z próżnej ciekawości. Trudno mi w to uwierzyć, bo ta cecha, ta wielka wartość ludzka – bezinteresowna ciekawość drugiego człowieka to też rzecz już dawno zabrana i zniszczona tu prawie w 100%, a to co zostało to tylko imitacja „ciekawości” ukrywająca zgorzknienie i niechęć i wybujałe neurotyczne ego.
      Pani także, już wcześniej była o tym mowa, nie chce się przyznać do własnego zła, bo to tabu i nielza się przyznawać, choć mnie bardziej chodzi raczej o własny koszt udziału w totalitaryzmie, (zło bierne – zło ofiar, niewolników).
      Po latach na nk spotkałem kumpla z podstawówki i mimo, że obaj przeżyliśmy to samo, to jak się okazało, nie tak samo, w jego „wspomnieniach” to były „piękne czasy”, mimo bicia linijką po „łapach” tych 7 letnich kruszynek, deprawacji jawną korupcją wychowawczyni (za masło mięso i cytryny można było dostać wzorowego ucznia), żeby się nie wdawać w szczegóły te piękne czasy to pogarda, donos, pomiatanie dziećmi i nie przestrzeganie żadnych praw człowieka. Szybka utrata niewinności i kilka lat przymuszania do zachowań przestępczych, mafijnych i wychodziło się z takiej edukacji martwym cynikiem z wiedzą, że są równi i równiejsi, żeby nie podskakiwać, bo wyżej dziury nie podskoczysz, nie wychylać się, być sprytnym i nie cofnąć się przed niczym. O żadnej innej wiedzy mowy nie było, a w każdym razie nikt w nią nie wierzył.
      A przecież na podstawówce się nie skończyło, potem było tylko gorzej, choć człowiek był już zahartowany i nie miał tylu rozterek duchowych co na początku. Więc w dorosłe zarobkowe życie wchodziło się sformatowanym i przygotowanym i uodpornionym na ewentualne rozterki moralne. I wchodziło się z mety w złodziejską krainę gdzie wszyscy wszystko okradali, co się tylko dało. Od ciecia do dyrektora kradł każdy. Niechby nie chciał! A nawet jakby jakimś cudem, pojawił by się niewinny, był z mety odpalantowany, jeśli szybko nie przyswoił nauk i nie przystał do złodziejskiej szajki. Cała Polska wtedy stała takim małymi szajkami. Szybko się zorientowałem, że normę można było wykonać w pół miesiąca, a przez drugą połowę można było projektować elektronikę dla sektora prywatnego. Wszystko wszystkim było wiadome i do tego właśnie celu skonstruowane. Im wyższe stanowisko tym mniej wysiłku, a więcej kasy. Firma produkowała całe dekady na skalę Polski bubel, ale to był bubel autorstwa szefa i nikt mu nie tylko nie podskoczył, ale też i nie chciał, bo mimo potwornych strat jakie ten bubel przynosił nikogo to nie obchodziło. Elita (banda czworga – kierownicy 4 pracowni) miały nienormowany czas pracy i ich w niej zazwyczaj nigdy nie było – wiedzione słusznymi przeczuciami i niepokojem, zamieniały te swoje złodziejskie złotówki w trwałe domy w atrakcyjnych rejonach Polski, którymi się cieszą do dzisiaj i w których dożyją swych dni w poczuciu uczciwości i dobrze spełnionego życia z medalami chlebowymi. Portier na spółkę z kotłowym handlowali kradzionym w kotłowni mazutem, sprzedawali go swoim szefom, aby mogli ogrzać swoje ukradzione domy i tak się zamykało to złodziejskie koło. Ale jeszcze żyją, żyją w tych domach, wydali na świat progeniturę, która ani myśli pisać prawdziwą historię swojego życia, dezawuować starych, demaskować rodzicielskie machlojki. Oni są obecni także w życiu Internetu, wszędzie są bardzo aktywni, także na literackich portalach. Jest nota bene b. prawdopodobne, że karioka lando vel naćpana, która tak nienawidzi babuli Bieńczyckiej sam jest także dziadkiem, albo potomstwem takiego dziadka, którego pamięci zaciekle broni, bo Bieńczycka właśnie demaskuje historię takich lando i ich antenatów.
      Czy to wszystko minęło po zmianie ustrojowej? Liczba emigrantów wskazuje, że nie. Z pewnością nie chodzi tylko o pieniądze.
      Pisze Pani o czynniku czasu, który niby to zasadniczo zmienił oblicze życia literackiego w Polsce, że się niby to życie spsiło. Jak to kiedyś byli jacyś mistrzowie, jakieś ciekawe rozmowy się odbywały? Pani rzeczywiście wierzy, że przed Internetem nie było forów literackich? Ależ były, nawet całe sfory literackie. W każdym mieście, od Warszawy do zadupia jak Kalisz czy Katowice były kawiarnie ze swoimi stolikami, gdzie odbywały się codzienne rytuały lizania się po fiutach, zmuszania do słuchania najnowszych wierszy miejscowego szefa tych nadętych literatów grafomanów i malarzy, z kolejnością dziobania, honorowania i rozdawnictwem chałtur. To były rzeczy trudne do zniesienia, bo trzeba było fizycznej obecności. I to była struktura pionowa. Bardzo trudno było się z prowincji przebić na prawdziwe salony Warszawy. Duże poczucie frustracji, zepchnięcie na margines, neurotyczne osobowości, ale wszystko równie brutalne, chamskie i bezwzględne jak dzisiaj na portalach. Myślę, że ten liternet też myślał, że coś zwojuje. A tu minęły lata i nic, nikt nic z tego nie ma, nikt nic nie dostał za wierne darmową służbę, kilka nieważnych tomików sfinansowanych własnym sumptem. Dlatego się radykalizuje, to chamstwo także, ale i przyzwolenie na nie z tego się bierze, z frustracji.

      Czy warto zajmować się wykreowanym przyszłościowym złem Kubricka, skoro ten zwyczajny, a kompletnie nierozpoznany jest w obfitości w naszym życiu, a o wiele dotkliwszy? Czy można serio roztrząsać Zło u Kubricka, takie artystyczne, spektakularne nie zacząwszy od zła mniejszego, własnego?
      Zastanawiać się czy zło genetyczne jest czy z wyboru? Trzeba być nie lada cynikiem, żeby widzieć w kruszynce kilku białek i aminokwasów, która widać jak na dłoni garnie się do ciepła i miłości – przyszłego potwora, choć i tacy się rodzą, ewolucja wpisuje w swój mechanizm tworzenie także „złych” mutacji, bo bez walki gatunki przestają się rozwijać. To świat przemienia te kruszynki w potwory, choć ta potworna potworowatość w wersji najbardziej spektakularnej to niewielki procent. Ale jeżeli nie należymy do tych kilku procent, wcale nie znaczy jeszcze że jesteśmy dobrzy. Dobrzy możemy się stać, kiedy będziemy wiedzieli jak źli jesteśmy. A Pani proponuje tylko się otrząsnąć z historii i będzie git, bo to ciągłe przywoływanie prlu nuży Panią. Nie mogę, niestety żadnej innej historii przywołać, bo jej nie mam. Jeśli Pani zna inną „swoją” historię bardzo chętnie posłuchałbym Pani wersji.

  21. Małgorzata Köhler pisze:

    Ewo, filmiki z Nicholsonem są zabawnym wyrazem bezsilności trolla oraz pragnienia „wejścia” za wszelką cenę – wycinasz jego posty więc grozi wywaleniem drzwi. Swoją drogą co za upór i namiętność! 🙂

    • Ewa pisze:

      Małgosiu, przykro mi, że się z Robertem nie zgadzacie, bo wolałabym byśmy wszyscy się jednak zmobilizowali i zjednoczyli.
      Dzisiaj był w telewizji film dokumentalny o Elzie Cayat, która miesiąc przez zamordowaniem w redakcji „Carlie Hebdo” dostawała telefony z identycznymi pogróżkami („ty stara szmato jak nie przestaniesz to itd.”) jakie teraz kasuję od Karioki Lando.
      Jeśli zostanę zabita, to na wszelki wypadek podaję IP Naćpanej światem, który czasami jest słany z Londynu:
      146.185.30.93 Karioka Lando kariokalando@yahoo.com
      146.185.30.93 Crazy Duck pizdowataewka@gmail.com
      146.185.30.93 Paris Dakota Jones paris@besaba.com

  22. ElminCrud0 pisze:

    Czytam dyskusję pod wątkiem, bo mnie interesuje, tym bardziej, że zostałam postawiona przed nie lada wyzwaniem ( mam na uwadze film, do którego z własnej woli nie chciałam już wracać, ale poproszona odświeżyłam sobie całość ), a tu takie kwiatki z oświadczeniem i porównaniem do zajść w redakcji „Charlie Hebdo”. Nie dziwię się, że namolne i bardzo nieprzyjemne wpisy wkurzają. Jak dla mnie szkoda tej rozmowy poświęcać sprawom jednej witryny, bo to, co tutaj już powiedziano dotyczy: – wielu, wielu witryn niegdyś starających się o uzyskanie przyzwoitego poziomu i miana portali natychmiast kojarzonych z tekstami literackimi oraz dyskusjami o literaturze, o sztukach,
    – ogromu użytkowników, zgromadzonych w kiedyś dobrze zapowiadających się miejscach, które w tej chwili chyba zmieniają profil i cele, więc nie ma pewności czy literatura i sztuka nadal będą tam tematem. Oby były wciąż tematami, ale jak nie, to nie.

    • Ewa pisze:

      Życie jest tematem literackim Pani Emilio i wpisy Naćpanej Światem są też życiem, ale życiem plugawym. Literatura też to żadna, dlatego usuwam.
      Przykro mi, że Pani się film nie podobał, ja byłam nim zachwycona. Trudno oskarżyć bohaterkę filmu o sadyzm, natomiast syna, owszem. Gdyby sadyzm brał się z oziębłych rodziców, może wszystko wiedzielibyśmy już dawno o ludziach. Ale skoro inaczej go odbieramy, to nie będę o nim pisać.
      Jutro napiszę osobny post o Elsie Cayat, już teraz nie zdążę, to może bardziej rozwinę, o co mi chodzi.

  23. Małgorzata Köhler pisze:

    Ewo, mnie też jest przykro, ale nie mogę wstąpić z Panem Robertem do jednej drużyny tropicieli postpeerelowskich skażeń u bywalców liternetu 🙂
    Ale jest mi o wiele bardziej przykro, że otrzymujesz pogróżki i spam, i że od jakiegoś czasu każda rozmowa tutaj jest przerwywana napastliwymi postami, co widać. Mogę tylko próbować racjonalizować i pocieszać Cię, że mnie straszono w ten sposób już kilka lat temu, a mam się nadal świetnie, więc nie traktuj tego bardziej poważnie, niż jako to, czym jest – walenie głową w mur trolla, który nie potrafi inaczej Cię dosięgnąć.

    Nad Złem zaś łamią sobie głowy filozofowie i artyści od wiek wieków, teorii jest multum i ciągle powstają na ten temat filmy i książki. Nie myślę, żebyśmy ten problem załatwili w trakcie jednej dyskusji, niemądre byłoby też chyba upieranie się przy jednej, własnej teorii. Bo zło ma indywidualne rysy, podobnie jak nieszczęście.

    Jak to już Jahwe zróżnicował, wydając swój przedziwny wyrok banicji na Kaina:
    „15 Ale Pan mu powiedział: «O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!» Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka5.”

    Można by dojść do wniosku, że Pan pojął własne błędy (preferowanie krwawej ofiary jednego z braci, mimo, że drugi, wegetarianin, też się starał) i przeraził się czując się pośrednio winnym drugiego grzechu w historii ludzkości, morderstwa; sprawcę musiał wygnać ale nie pozwolił go zabić, aby nie powielano grzechu.

    To byloby jednak chya zbyt piękne. Tak nowoczesny przecież Jahwe nie byl, aby wziąć pod uwagę okoliczności łagodzące afektu oraz potępić karę śmierci. Niezbadane są ścieżki Pana, ale ta historyjka wydaje mi się wyjątkowo perfidna i znacząca. Wartościuje ona bowiem niezrozumiale: za bratobójstwo – jedna pomsta, za zabójstwo mordercy – pomsta siedmiokrotna. Coś innego musi się kryć za tą pomstą siedmiokrotną. Jahwe był Bogiem okrutnym przecież, kara życia banity, z dala od plemienie, miała być dotkliwą a ów dziwaczny zakaz zabicia go pod groźbą pomsty siedmiokrotnej miał japewniej służyć dokonaniu się cierpienia.
    Może śmierć zadana na zimno i z zemsty jest siedmiokrotnie obłożona winą? Może jest proste Zło i Zło siedmiokrotne?

    • Ewa pisze:

      Małgosiu, miałam na celu tutaj tylko nazwać zło Złem, ponieważ w pierwszej fazie nikt tego na portalu Liternet nie zrobił i pozwolono na bezkarność i rozlewanie się jadu i bezpodstawnych oskarżeń. Skoro portale są otwarte dla czytelników nie uczestniczących w ich życiu, są w przestrzeni publicznej, to uważałam, że trzeba zareagować. Bardzo chętnie nie kasowałabym komentarzy Karioki Lando/Naćpanej Światem, na dowód, jaki to jest poziom, ale też nie chcę, by na blogu były osoby, którymi się brzydzę i z którymi przebywać nie chcę. Tę zaletę bloga trzeba wykorzystać.

  24. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    Widzę Robercie, że jesteś po przeciwnej stronie co ja i też kwestionujesz moją wiarę w pochodzenie Zła genetycznego. Z jednej strony taka teoria zwalnia od odpowiedzialności otoczenie, z drugiej taki psychopata uważa, że nie jest winien, bo to nie jego wina, że ma takie geny.
    Trafiłeś na właściwy blog, ja tu mam nadzieję po nieplanowanych burdach z Trollami wracać do analizy PRL-u, może jeszcze dzisiaj wstawię następny odcinek, by zbliżać się do lat siedemdziesiątych, gdzie te klimaty kawiarniane, do których piszesz i za którymi moje pokolenie tak tęskni, opiszę w najczarniejszych barwach i postawię tezę, że dzisiejsze portale literackie powinny ten spadek wspólnymi siłami przezwyciężać, a nie tworzyć kolejne TWA pod sztandarami Karioki Lando, czyli powtórzenie PRL-u.

  25. Robert Mrówczyński pisze:

    Ależ nie jestem przeciwnego zdania. Tak jak Ty wierzę, że dobrego człowieka na otoczenie i sytuacja nie zmusi by stał się kanalią. Ale to są tak rzadkie przypadki jak potwory w ludzkiej skórze, nie mający żadnego wpływu na losy świata. Jednak zasadniczy wpływ na postawy i zachowania człowieka masowego, bez tych „skaz” genetycznych, ze zwykłym genotypem ma cała zewnętrzność czyli środowisko jak rodzina, szkoła, praca i kultura. To typ zasadniczo ani dobry, ani zły. Jest podatny na sprofilowanie i zasadniczo chętnie się temu poddaje. W czasach stagnacji pokojowej dobry ojciec dzieciom, „muchy by nie skrzywdził”, w czas puszczania krwi staje się patriotą i oddaje się namiętnie mordowaniu.

    • Małgorzata Köhler pisze:

      A tutaj jak na zamówienie wspaniale dopowiada Panu dzisiaj błyskotliwy Slawomir Majewski, w swoich rozważaniach o „duperschwanzach”: http://minotauryda.blogspot.de/2015/02/oscar-sprawa-polska.html?spref=fb

      • Ewa pisze:

        Widziałam „Idę”, to film o zakorzenionym Złu, którego skutki promieniują w dalszym ciągu. Nikt z bohaterów nie jest wygrany, są wobec niego bezradni i żadna droga wyboru nie jest właściwa. Zło zniszczyło chłopską rodzinę przechowującą Żydów, samych Żydów ukrywających się u nich, ich najbliższych, którzy uciekli do złego stalinowskiego społeczeństwa (Wandę), nieodwracalnie życie Idy, nie mogącej już kochać i żyć bez klasztoru.
        I na końcu Zło wzbudza, tak jak „Sąsiedzi” Grossa, polski antysemityzm. Film jest tak przesmutny i przygnębiający, że nie przeczytałam nic o tym filmie w Sieci, oprócz oczywiście radosnej wieści o przyznanym mu Oskarze. Podziwiam Sławka, że przerył Internet i wie co się tak naprawdę na świecie dzieje, ja na to siły nie mam.
        Tu jest link do całego filmu:
        https://www.youtube.com/watch?v=EqCs9Hc4ukI

  26. Małgorzata Köhler pisze:

    Panie Robercie, przeczytałam tym razem z zainteresowaniem i wewnętrzną zgodą Pana wywód, bo jest jasny i smutny. Sprawy dobrze mi znane z doświadczenia lub relacji; reaguję tylko inaczej.
    Zaczepia mnie Pan na ten temat już któryś raz z rzędu i chyba wiem, co nam przeszkadzało w porozumieniu, otóż żyliśmy przez połowę życia na antypodach – Pan w PRL-u, ja z niego uciekłam, a mój sposób myślenia zmienił się i przestał być polskocentryczny, i nigdy już nie będzie. Mam oczywiście świadomość tego wszystkiego, i nawet sama o tych sprawach pisałam, ale nie są one dzisiaj dla mnie kluczowe w pojmowaniu świata.

    Od wczesnego dzieciństwa byłam autsajderką i wciąż popadałam w konflikty, mając odmienne zdanie od grupy, zadawałam za dużo pytań, protestowałam, gdy trzeba było milczeć i nie znosiłam grupowych zabaw, żyłam sobie przeważnie na wyspach szczęśliwych – tak wyglądało moje marzenie: wyspa; taką rolę przyjęłam już w szkole, bo była to jedyna rola umożliwiająca uchronienie się od najazdu. Żyłam w świecie po części wyimaginowanym – pisałam od dziecka, czytałam tysiące książek i na szczęście one mialy na mnie większy wpływ, niż otoczenie. Ignorowanie otoczenia było jedyną bronią. W kontaktach z nim zachowywałam się zwykle opozycyjnie, bo wszędzie niezbyt pasuję. Szkoła brzydziła mnie od najwcześniejszych lat, chociaż sama nie dostałam nigdy linijką, , mdliło mnie od zapachu ze stołówki, koloru farby olejnej i głupoty nauczycieli, nudziłam się też koszmarnie. Na lekcjach przeważnie czytałam książki pod ławką albo z nudów rozwiązywałam zadania matematyczne do końca podręcznika. Szkoła była dla mnie niewolnictwem, kolonie, na które wysyłano mnie obowiązkowo – horrorem. Pierwsze prace w biurze – nudnym, bezproduktywnym koszmarem, bo struktury biurowe były wyjątkowo straszne, (zgadzam się w pełni z Pańską analizą tych układów) robiłam swoją robotę w o połowę, jak nie w o 3/4 krótszym czasie, niż przewidziany, a potem pytałam, co dalej, nie lubiano mnie, bo zaburzałam ustalony porządek. Z ciekawością śledzę Ewy peerelowski cykl, bardzo dobrze i oszczędną metodą łapie istotę tego czasu (zdaję sobie oczywiście sprawę, co za ogrom pracy za tym stoi) .

    Pyta Pan – żąda – nalega – na zrobienie rachunku sumienia czy pamięci – ale przy najlepszej wierze trafiam tylko na fakty świadczące o czymś przeciwnym, niż zgoda i dopasowanie się, nie chcę tu zdawać relacji, chwalić się, zresztą moja odwaga wynikała nieraz bardziej z temperametnu i prostolijności niż ze świadomych przemyśleń. Gdy np. składałam skargę u komendanta milicji przeciwko katowaniu przez stójkowych na ulicy dwóch pijanych wyrostów, byłam tylko wściekła; gdy spoliczkowałam w Klubie Dziennikarza znanego wszystkim esbeka, to nie za to, że był esbekiem, ale że był bezczelny, a kiedy odmówilam znanemu, bywającemu u nas krytykowi wydania mi książki po znajomości, twierdząc, że jak jest dobra to i tak się wyda, a protekcji nie potrzebuję, to zapewne nie powodowała mną wyższa racja, a ambicja. Ale szukajmy dalej: co popsuło się we mnie, wyspie na morzach peerelu? Pewnie zaufanie, wiara w samodzielne myślenie innych – na pewno; pewnie też poczucie przynależności. Więc ma Pan rację, jestem też skaleczona, zdemoralizowana, bo moralność społeczna dotyczy stada, jego dobra, jego celu i tak jest postrzegana.

    Realna emigracja była dla mnie uwolnieniem, czułam się, jakbym wypłynęła nagle z kanału na szerokie wody. Jednak więzi zostały zerwane, a nowe nie zaciągnięte, nie z Niemcami, których lubię i znam od innej strony niż obiegowe o nich sądy, lecz odczuwam mocno różnice mentalności. Boleśnie doświadczyły tego moje dorastające dzieci, nie miały korzeni, co swoimi słowami wypomniał mi ledwie 7 letni syn. Czułam się raczej bezpaństwowcem, człowiekiem bez przynaleźności. Poznałam sporo ze świata i przejęłam, zapewne trochę z wyśmiewanej tu okazjonalnie europejskiej prasy liberalnej, z demokratycznych utopii, które akurat w Niemczech nadawały trend, gdy wychowywałam swoje dzieci i musiałam im przekazać coś więcej, coś innego, niż tylko nieufność i zasadę wyspy: wyspa jest chętna odwiedzającym, gościnna, ale zachowuje swoją strukturę, brzegi, nie wtapia się i nie zbliża, urlopowicz zachowuje ezgoztyczne wspomnienia i fotkę z wulkanem, zajrzy ewentualnie raz jeszcze w przyszłym roku, ale wyspa do niego w rewanżu nigdy nie przyjedzie.

    Mam przyjaciół, żyjących od dziesiątków lat na dalekiej emigracji, którzy do tej pory czytają tylko polską prasę i żyją polskimi sprawami. Ale ja nie, Panie Robercie. Naturalnie interesują mnie one, ale nie bardziej, niż to, co się dzieje w Niemczech, Ameryce, na świecie. Na polskie fora literackie weszłam kilka lat temu, gdyż piszę głównie po polsku, oraz bo poezja wyrażona w tym języku przemawia do mnie bardziej, niż po angielsku czy po niemiecku. Odzywam się, gdy widzę jakieś nonsensy czy niesprawiedliwości, anagżuję się, gdy sprawa jest dramatyczna, ale plonem tego kilkuletniego pobytu w polskiej sieci jest tylko ‚umocnienie brzegów’ – poczułam się mniej niż kiedykolwiek przynależąca do świata, z którym wprawdzie mam jeszcze wspólny język, ale zakresy semantyczne nam się trochę rozjechały 🙂

    Proszę zrozumieć, że nie zawsze chce mi się gadać o tym, co Pana najbardziej dręczy. Mnie to już nie dręczy, po prostu. A PRL znudził mnie doszczętnie i na zawsze – to nuda, a nie groza, i to poczucie beznadziei, że nic się nigdy nie zmieni, były głównym motorem mojej emigracji. Chociaż czasami – jak Pana wypowiedź dzisiaj, jak lata 60-te Ewy – czytam o nim z uwagą szukając analogii doświadczeń czy rozjaśnień, błysków fabularnych – no ale zwykle znajduję to, co już wiemy: ogórki kiszone w beczce – ustrój jak szary kożuch, aparatczycy – pleśń i sfermentowane, skisłe społeczeństwo. Przez straszliwe blisko pół wieku. Tylko że proszę Pana, to już dzisiaj rzecz raczej dla badaczy historii niż obserwatorów życia.
    Nie podzielam bowiem zdania, że „wszyscy źli” są tacy jacy są, bo skaleczyl ich peerel, jak nie bezpośrednio, to przez dziadków i ojców. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje życie sam. Nie ma tu żadnej sprzeczności z tym, co pisałam wczesniej – że zło rozwija się pod wpływem. Tak jest, ale najpóźniej w wieku dojrzałym czlowiek jest w stanie dokonywać samodzielnych wyborów. A jakiś zły wpływ przodków jest zawsze, bo każda epoka i pokolenie ma swoje grzechy. Dlatego co za sens ma szukanie, kto – dziadkowie aparatczycy czy tatusiowie debiutanci kapitalizmu, czy może twórcy smarfonów – jest odpowiedzialny za zalew dominacji grafomanów i trollerstwa na portalach.

    Przyznam, że polska obyczajowość życia publicznego jest dla mnie do tej pory szokująca, łącznie z językiem i sądzę, że przykład idzie z góry, z zapisu debat sejmowych, slangu mediów, z jadu i prostactwa komentatorów. A to przecież niby dorobek zwany wolnością wypowiedzi, więc może faktycznie rekordy świata w pluciu polskim to tylko histeryczne odreagowywania kilkudziesięciu lat trzymania języka za zębami? No ale wtedy – co? Usprawiedliwione?

    • Robert Mrówczyński pisze:

      Znowu źle, nietrafnie mnie Pani odczytuje, a już myślałem, że…
      Bynajmniej nie jestem monotematycznym oszołomem, ogarniętym socjopatyczną manią tropienia śladów bolszewizmu w nowym, miłym przetransformowanym świecie.
      Mój osobisty przykład nie miał Panią wzruszyć, ilustrował jedynie systemowy mechanizm degradowania moralnego, który, wbrew Pani wersji, był NIEUCHRONNY i dotyczył całego, bez wyjątku społeczeństwa. Odmowa uczestnictwa na ICH warunkach równała się śmierci cywilnej, wilczemu biletowi na rynku pracy, końcowi kariery, dlatego aby żyć ludzie dopuszczali się takich gwałtów na sobie i nie chodziło bynajmniej o zapisywanie się do partii. Jest Pani niewiarygodna przywołując te swoje opowieści, które mają świadczyć, że można było oszukać bolszewię, zagrać jej na nosie, zachować uczciwość, nie popaść w konflikt sumienia, a jednocześnie nie zostać za to boleśnie ukaranym. Kim Pani była, że pozwolono Pani bezkarnie, już jako dziecku, tak ostentacyjnie kontestować życie społeczne? Jak się skończyło spoliczkowanie esbeka? A jak donos u komendanta na stójkowych? I jakim cudem doszło do sytuacji, że to Pani odmówiła znanemu krytykowi wydania (rozumiem, że swojej) książki po znajomości. Już to samo w sobie jest kuriozalne i groteskowe, że to ów znany krytyk nastawał na wydanie Pani książki i to po znajomości, a nie wg wartości. Zazwyczaj to autorzy molestują znanego krytyka, aby to się stało w jakikolwiek możliwy sposób. Targowanie się w tej odwróconej pozycji jest jakby wzięte z teatru absurdu, a nie z życia prawdziwego. Pani opowieści nie mają zakończenia, puetny, która jest najważniejsza. A przecież być może te „kary” właśnie są powodami, dla których Pani i tysiące ludzi stąd wyemigrowało. Nie wiemy też jak długo trwała ta swawolna i krotochwilna Pani kontestacja. W Pani historii brak związku przyczynowo skutkowego.

      Historia to nie temat do miłej i nie nudzącej nazbyt konwersacji, to podstawa naszej tożsamości, coś co nas określa i determinuje na planie o wiele głębszym i istotniejszym niż sądzimy. Dlatego tak ważne, aby ją dobrze rozpoznać i nazwać, bo leży to w żywotnym interesie każdej jednostki. Nawet jeśli ta jednostka przeniosła „swój interes” do obcej historii, historii innego społeczeństwa, właściwe rozpoznanie „co się dzieje” decyduje o jej losie. Wypięcie się na przeszłość, pozostawienie jej badaczom historii jest rodzajem lobotomii na własnym mózgu. Doprawdy dziwne, jak na osobę piszącą, jest Pani stanowisko w tej kwestii.

      • Małgorzata Köhler pisze:

        Dla mnie dość zabawne jest za to stwierdzenie: „W Pani historii brak związku przyczynowo skutkowego.” oraz” Kim Pani była, że pozwolono Pani bezkarnie, już jako dziecku, tak ostentacyjnie kontestować życie społeczne? ”

        Otóż nikim, proszę Pana. Nie miałam wpływowego tatusia ani wujka w komitecie. Byłam zdolnym dzieckiem, które program szkolny znało na początku roku szkolnego i wolno mu było czytać na lekcjach inne książki, przynajmniej na lekcjach co mądrzejszych nauczycieli, bo ci przymykali oko. Więc jak Pan widzi, sama wywalczyłam sobie indywidualny tok nauczania 🙂 Byłam też nikim – młodą, przejętą, naiwną i oburzoną osobą, gdy wraz z koleżanką z biblioteki, również obserwatorką tej brutalnej sceny, złożyłam protest na komendzie MO i wysłuchano mnie uprzejmie, sprawę jednak wyciszono i nie stwierdzono nadużycia władzy, co było niestety do przewidzenia. Spoliczkowanego, pijanego esbeka (nawiasem mówiąc, też poetę) uspokoili znajomi a ja nigdy go już nie spotkałam, był z Krakowa. Mogło się inaczej skończyć? Mogło, ale nie musiało. A ja się po prostu nie bałam tak straszliwie, jak z Pańskiej analizy systemu wynika, że należało. Takich historyjek mam jeszcze kilka, wszystkie ze świadkami. Wiem, że mój telefon był na podsłuchu i wiem, że ktoś bywający u nas w Kielcach na sławetnej Słonecznej, donosił, co się u nas mówiło, bo mnie z trzeciej ręki o tym ostrzeżono. I co? Nic, nic mi się nigdy nie stało, to nie te czasy, kiedy ludzi zsyłano do gułagu. Zabrakłoby obozów, gdyby za takie rzeczy zsyłano. Mój ojciec miał w zwyczaju śpiewać w głos na rauszu akowskie piosenki na ulicy, też go nie zesłano ani nawet nie zamknięto. W krakowskich Jaszczurach – nie pamiętam, który był to rok, w każdym razie na pewno przed 81 -szym, cała sala śpiewała Mury. I co? Nic, nie wpadło ZOMO, nie spałowało nas. Żyliśmy w innych peerelach, Panie Robercie?
        W stanie wojennym, zaraz w pierwszych dniach i tygodniach, roznosiłam ulotki, malowałam i rozklejałam plakaty, razem z kilkoma innymi, równie oburzonymi ludźmi, chociaż nikt z nas nie był w Solidarności, to była akcja spotaniczna. Jak widać, nie wszyscy się bali. Co jest ciekawe, to że po latach, gdy już nic nie grozi, najbardziej krzyczą ci, którzy wtedy ani pisnęli. Kilku z moich znajomych bylo internowanych, niektórzy wypędzeni z kraju, ale to nie oni dzisiaj mają status bohaterów. Wystarczy przeczytać biografię Sławomira Majewskiego czy Janusza Andermana – to są tylko fakty, nagie fakty, które mówią za nich, a oni sami nie opisywali, jak straszliwie dławił ich PRL, jakich cierpień doznali w więzieniu i nie skarżyli się, że nic się nie dało zrobić. Ale po 89-tym nagle zaroiło się od gości, mocno krzyczących, jak to wtedy cierpieli, jak ich nie wydawano a cenzura dławiła geniusz. Przypadkiem niektórych z nich znam i zaręczam, że byli to tchórze, którzy nigdy wcześniej nie otworzyli ust narażając się w jakikolwiek sposób.

        A historia? Ależ ja uwielbiam historię, w jej milionowych, niepowtarzalnych wydaniach. Pewne jej wersje jednak już mi się opatrzyły. No, chyba że są nieźle napisane, wtedy mnie wciągają.
        A wersja o trollach i ich wspónikach – nosicielach postpeerelowskiego zła jest moim zdaniem mocno naciągana. Raczej wydaje mi się, że to zwyczajna klasyka, wręcz Szekspir – zawiść i podłość + bezkarność. Ponadczasowe, Panie Robercie.

        • Małgorzata Köhler pisze:

          I jeszcze jedno, skor Pan tak drąży, chce wiedzieć, jaki byl epilog, dlaczego wyjechałam. Powiem Panu, chociaż nie sądzę, żeby Pan mnie zrozumiał. „A przecież być może te „kary” właśnie są powodami, dla których Pani i tysiące ludzi stąd wyemigrowało” – nie, proszę Pana. Nie poniosłam żadnej kary. Wyjechałam z obrzydzenia.
          Z obrzydzenia do zadowolonej z siebie, cynicznej twarzy rzecznika prasowego rządu, Jerzego Urbana, kłamiącego w żywe oczy narodowi regularnie w tv, zafałszowującego fakty, który ani okiem przy tym nie mrugnął. Któregoś wieczoru tak mnie zbrzydził, że powiedzialam do męża – krzyknęłam raczej – że wyjeżdżamy stąd, natychmiast, zaraz, dokądkolwiek. To prawdziwa historia, Panie Robercie, ale proszę się nie martwić, że Pan w nią nie wierzy. Jest istotnie mało wiarygodna, pewnie tylko dla tych, którzy mieli podobne mdłości.

          • Robert Mrówczyński pisze:

            Chyba rzeczywiście żyliśmy w innych PRL-ach, i właściwie to wielka szkoda i zmarnowanie, że to Pani swawolenie, pokrzywianie się bolszewii, ciężko wywalczony indywidualny tok nauczania (nie słyszałem o czymś podobnym, również dzisiaj zarezerwowane wyłącznie dla geniuszy, bo szkoła to urawniłowka, obligatoryjne profilowanie ideologiczne i system „za chiny” nie zrezygnuje, a geniuszom może odpuścić, bo i tak ich wykorzysta jako tzw. „ambasadorów kultury”), bicie krytyków po mordach, strofowanie milicjantów poszło na marne, bo właściwie już Pani była na prostej już życie wygrane, przeciwnik pokonany i można na całego oddać się rozpuście wolności, a wystarczył jeden Urban i wszystko diabli wzięli, dupę w troki i na banicję. To jakiś pech! Wygląda, że Urban był gwoździem do trumny systemu, że gdyby nie on, nie uciekła by Pani i może ktoś jeszcze, kto z podobnych powodów opuścił Polskę, a system mógłby trwać do dzisiaj. Bo tak do dzisiaj wielu uważa, mniej więcej połowa. To ta połowa usiłuje pisać swoją historię PRL, choć dla Pani to teza naciągana i woli tłumaczyć wszystko zawiścią, podłością i bezkarnością. Jak na osobę która tak kocha historię w jej nieskończonych odsłonach i odmianach, to ta skromna metodologia poznawcza może mocno dziwić. Niemcy też próbują pisać swoją wstydliwą i ciążącą historię na nowo, stawiając się tym razem w roli ofiar. Pani, jako miłośniczka historii sprawę tę śledzi z pewnością, ja tylko aby przypomnieć, że takie rzeczy się robi nieustannie. Putin zakłamuje historię na bieżąco, że tak powiem.

  27. Małgorzata Köhler pisze:

    Chciał Pan ironicznie, a wyszło jakoś dziwnie prawdopodobnie, mimo kilku błędów. Gdy wyjeżdżałam, system trwał w najlepsze. Urban i jemu podobni nie byli gwożdziami do trumny systemu, a dobrze naoliwionymi kółeczkami. Proszę sobie samemu odpowiedzieć na pytanie, jakie tępe gwoździe trzymały to pudło tak długo.

  28. Ewa pisze:

    Myślę, że nie wszystkich w PRL-u bolało to samo, dlatego nie potraficie się porozumieć.

  29. Robert Mrówczyński pisze:

    Gwoździem był w sensie, że zraził do siebie nawet tych, którzy jak Pani, przeszli suchą nogą przez życie i właściwie wyjechali z obrzydzenia. Inni w internatach, reszta wyjechała, więc nie ma się co dziwić, że systemu nie było komu obalać. Dopiero zlitował się Gorbaczow i dał sygnał do rozmontowania bolszewii. Chyba, że Pani ma kogoś konkretnego na myśli pisząc o tępych gwoździach? Ja?

  30. Małgorzata Köhler pisze:

    Nie, nie miałam Pana na myśli, osobiste zagrywki nie są w moim stylu.
    Po prostu nie widzę większego sensu przekonywać już Pana, że to nie jakieś mityczne zło, diabelska Machina, a zwykłe, ludzkie, codzienne zło i tchórzostwo było tym, co trzymało ten system tak długo. Tak, jak nie udaje mi się przekonać Ewy, że to nie wrodzone Zło, przekleństwo genów, a zwykłe ludzkie zło i małostki, każą trollom tłuc z nienawiścią w klawiaturę, gdy tylko czują się bezkarni.

    Zagadnął Pan o fałszowaniu niemieckiej historii – a przecież wspomniałam już raz tutaj w dyskusji z Panem, a i na liternecie pisałam o tym sporo, że właśnie następuje odełganie bajecznych wersji historii, tak długo obowiązujących, 1) o urodzonych potworach nazistowskich, jedynych odpowiedzialnych, podczas gdy reszta była tylko zastraszona – lub wersja 2) Każdy ma w sobie bestię.
    Następuje dzięki ich dzieciom czy wnukom właśnie, którzy żyjąc z tym strasznym brzemieniem postanowili zbadać, co to byli właściwie za ludzie. Zacytuję się, skoro Pan nie pamięta:
    „Katrin Himmler w istocie okazała się bardzo niewygodna dla poprzedniego kanonu w powojennych Niemczech, wg którego (za niektórymi dziećmi hitlerowskich aparatczyków, próbujących się w swoich książkach i wywiadach uporać z niesławnym dziedzictwem) przez długi czas obowiązywała teoria rozdwojenia jaźni: oto potwory Hitlera były ludźmi, jak każdy z nas, dobrzy ojcowie i wujkowie, albo ludzie, którzy uwierzyli i dotrzymali wiary [„przecież przysięgałem”, odpowiedział Baldur von Schirach synowi na pytanie, dlaczego on i podobnie wierzący nie zrobili niczego, aby przerwać ludobójstwo; czy wspomniana Marga Himmler, (Siegroth z domu Boden) trwająca w zaciętym uporze ofiary, a nie katowej] a tylko czas i propaganda (która przyszła znikąd?) postawiły ich w roli katów.
    Do swego rodzaju mody należało twierdzenie, że każdy z nas ma w sobie taką bestię i należy się z tym liczyć.
    Katrin Himmler rozprawia się z tym mitem, obnaża ‚dobrych wujków’.
    Ona i Niklas Frank, syn Hansa Franka, psują wygodną dla potomków nazistów wersję przeproszenia, wybaczenia i pogodzenia: „Nie ma pogodzenia”, „Keine Versöhnung, niemals”, pisze Frank, nie idąc w tej sprawie na żaden kompromis.
    (…) To nie byli mili wujkowie, mówi Katrin Himmler, to była ta część ludzi, która nosi w sobie bestię i nie waha się jej wypuścić w sprzyjających okolicznościach.
    ludzkich jak pogarda i ekspansja aż do rezultującego z nich ludobójstwa.
    Część – na szczęście tylko część. ”

    Krócej tylko ujął to Gałczyński, w bardzo celnej puencie „Ballady o trzęsących się portkach.”

    • Małgorzata Köhler pisze:

      korekta: wers 4 od dołu zaplątał się bez sensu po skróceniu cytowanego tekstu.

    • Robert Mrówczyński pisze:

      Dla ścisłości muszę przypomnieć, że to ja pierwszy, a nie Pani, przywołałem postać Niklasa Franka. Już w 2013 przy w komentarzu do tekstu o Monice Jaruzelskiej, ale także przy okazji tekstu Ewy o Szamanie Bondego to ja ponownie pierwszy go przywołałem, a Pani w odpowiedzi wkleiła dokładnie to co teraz. Wszystko dobrze pamiętam. Tylko teraz akurat nie miałem ich demaskatorskiej roli na myśli, pisząc o pisaniu na nowo historii przez Niemców. Teraz w Europie zjednoczonej, bez granic bardzo ciąży, zwłaszcza Niemcom, wyczuwa się jakąś nieadekwatność tych wszystkich wojennych potworności, jest jakaś nieprzystawalność wizerunku Niemca uwijającego się przy piecach krematoryjnych z Niemcem współczesnym, otwartym i przyjaznym, hekatombą nie tak dawnej nienawiści rasowej z obecną zadekretowaną, ale i faktyczną miłością między narodami Europy. Więc chyba za przyzwoleniem unijnym odbywa się takie delikatne sączenie do świadomości europejskiej w dyskursie codziennym obrazu Niemców jako takich samych ofiar wojny jak wszyscy inni. Ale tak to już niestety jest, że historię piszą zwycięzcy. Nie mają łatwo jak komuchy w Polsce, bo mieli Norymbergę, ale świadkowie wymierają i nowe pokolenia Europejczyków przełkną gładko i chętnie nową opowieść. Bo kto lubi słuchać tak potworne historie, jakie my znamy?

      • Małgorzata Köhler pisze:

        Tak, powołałam się na naszą rozmowę, a kto pierwszy, gdzie i kiedy użył nazwiska Franka, to już chyba niezbyt istotne. Ja o tym bradzo dużo czytałam w niemieckiej prasie, to się w kółko wałkuje.

        Zapewne jeszcze dzisiaj straszą w niemieckich domach stare duchy. Tyle historii zamiotło się pod dywan, że tylko tam piszczy i wyje po nocach, chyba szczególnie tu, w dawnym DDRze, gdzie obecnie mieszkam, bo oni to już doprawdy mieli pozamiatane – czego nie dokończyli naziści, za to się wzięli od innej strony komuniści.
        Ale dzisiaj jest bardzo krótkie i odchodzi na naszych oczach. Ja znam przeważnie Niemców młodych, w wieku moich dzieci, to są już zupełnie inni ludzie. Ich dzielą ponad 3 pokolenia od wojny i nie czują się za nią odpowiedzialni. Zresztą nie są. To nawet nie ich dziadkowie doprowadzili do niej, a pradziadkowie, dziadkowie co najwyżej na niej ginęli, gdy brano już wszystkie roczniki, nawet młodzież. Młodzi Niemcy są już z innego świata. To są dzieci wychowane w tolerancji, miłości i afirmacji pokoju. Lubią wychodzić na ulice, bo tak ich nauczono, że należy demonstrować i protestować. Wychodzą w różnych sprawach, zobaczymy, co z tego będzie. Jednak jest to naród, który wojną się prawdziwie brzydzi, co odbieram jako bardzo pocieszające, i tu nie ma się co dziwić – oczywiście, że oni też są jej ofiarami, jak można w to wątpić? Co najmniej 2 pokolenia niemieckie były stracone, milczały, wstydziły się, musiały się uporać z winą, niekoniecznie swoją, z winą narodu i z winą najbliższych. Ale mówić dzisiaj o Niemcach jako o „tamtych Niemcach” nie ma chyba większego sensu, bo to nie „tamci Niemcy” współdecydują teraz razem z resztą Europy o tym, co z nią będzie.

  31. Małgorzata Köhler pisze:

    A wie Pan, co jeszcze mi wpadło do głowy, w związku z „tępymi gwoździami”? Że zastanawiająca jest polska „skarbnica mądrosci ludowej”, czyli przysłowia i porzekadła.
    Proszę bardzo, pierwsze, jakie się nasuwają w związku z tematem:

    – Jak się nie obrócisz, zawsze dupa z tyłu.
    – Nie pchaj palców między drzwi.
    – Biednemu wiatr w oczy wieje.
    – Mowa jest srebrem, milczenie jest złotem.
    – Gdyby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała.
    – Wyżej dupy nie podskoczysz.
    – Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
    – Lepsze jest wrogiem dobrego.
    Itd., itd.
    Czyż to nie jest przenoszenie z pokolenia na pokolenie dziejowego pesymizmu, nawoływania do siedzenie cicho i niewychylania się? Czy nie jest zastanawiające, jaką popularność osiągnęły w narodzie te chłopskie w większości swojej przysłowia?
    Od dziecka nie znosiłam przysłów, tak jak dzisiaj nie lubię uproszczeń. Za jednymi i drugimi stoi ta sama postać: Kmiot Polski.

    • Wiśniewski pisze:

      Konformizm, lenistwo, antyintelektualizm – podprogowy przekaz tej kultury, i tego społeczeństwa. Cocaigne – Wierzboland, gdzie nic się nie dzieje, i nie wydarzy; gdzie zmysły są rozkosznie wytłumione, a rozumu nie trzeba.

      • Robert Mrówczyński pisze:

        Nie wiem jak było ze zmysłami, ale rozum z pewnością nie został użyty.

        • Wiśniewski pisze:

          Tak to zwykle u mnie bywa. Uwielbiam Pana religijny ton, pełen troski o swe zmarnowane życie. Konformista stojący na krawędzi życia, niewiastom i młodziankom prawi kazania, pełne morału i wnikliwych spostrzeżeń. Właśnie kogoś takiego mi teraz trzeba.

          • Robert Mrówczyński pisze:

            Uderz w stół, a nożyce się odezwą… Po naćpanych kariokach tym razem objawiła się tu wersja salonowo-galanteryjna. Czymże tak dojadłem, że zechciał Pan z wyżyn swojego królestwa pogardy i protekcjonalności przybyć tu z podobnymi duserami?
            Ja tu próbuję od lat bezskutecznie przeciągnąć na swoją stronę Panią Małgorzatę, a Panu udało się to jednym słowem…

      • Małgorzata Köhler pisze:

        Szlarafia, Kukania albo za wiki Krzczelów czy Kraj jęczmienny (!) – ale Wierzbolandu nie znałam, ładne.
        Ciekawe, że niemiecka nazwa Schlaraffenland oznacza Kraj leniwych małp i tak też wyklada się jej niemiecka definicja; polska wikipedia jednak zajmuje się głównie jej mitycznym bogactwem.

        „większość dnia spędzają na beztroskim śnie. Im kto więcej śpi, tym bardziej jest bogaty.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *