Lata sześćdziesiąte. Krystyna (2)

Krystyna po wyjeździe Wandy została sama z całym gospodarstwem i nikt jej nie pomagał. Ewa po Pierwszej Komunii, zamiast jak zwykle stać i wycierać talerze podawane przy zlewie przez matkę i wycierać kurze w całym mieszkaniu, spędzała czas po szkole w kościele. Kiedy skończył się Biały Tydzień kontynuowała dalej nabożeństwa majowe, ciągnące się w nieskończoność, gdyż po liturgii w kościele przy ołtarzu dzieci recytowały wiersze ku czci Matki Boskiej i każdy maleńki jej czciciel z osiedla chciał zaistnieć i być wysłuchanym. Ewa nigdy nie recytowała wierszy i Krystyna nie musiała pilnować czy się nauczyła i wysłuchiwać ich w domu. Natomiast codzienne przebieranie Ewy w sukienkę komunijną i jej prasowanie, bo mięła się za każdym razem, czyszczenie z błota białych butów i pilnowanie, czy nie zapomniała komunijnego woreczka z książeczką i różańcem w Białym Tygodniu absorbowało Krystynę.
Teraz, jak już Biały Tydzień minął, odrabiała zaległości w sprzątaniu. Ogromny dywan podarowany przez ciocię Lesię był z pomocą wszystkich domowników wyciągany spod mebli raz w roku i znoszony na podwórko na śnieg, gdzie trzepali go długo wszyscy, aż powtórnie zwinięty pozostawił na śniegu ogromny, czarny prostokąt, jednak już w maju był brudny.
Krystyna wyciągnęła z za szafy elektroluks kupiony jeszcze przez Rudka w NRD. Był ciężki, gdyż silnik umieszczony na niklowanym drągu zakończonym szczotką trzeba było trzymać pod kątem do podłogi tak, że cała energia szła na podtrzymywanie maszyny, by nie upadła. Warczał potwornie i Ewa, kiedy sprzątała dom, nie chciała nigdy go używać woląc ryżową szczotką na kolanach ściągać kawałek po kawałku włosy i brud wszystkich zamieszkałych tu czterech osób i sąsiadów przychodzących na telewizor.
– Dobrze, że już mija maj – westchnęła Krystyna i otworzyła drzwi balkonowe na oścież, skąd odgłosy ptaków i maszyn poszerzających ulicę Liebknechta nagle zostały zagłuszone rykiem elektroluksu.
Już od pierwszego maja było mnóstwo roboty z dziećmi, a na dodatek trzeba było samemu jakoś wyglądać. Od czasu, kiedy Irena Dziedzic zapytana w wywiadzie, czy codziennie u fryzjera czesze włosy skoro tak wspaniale wygląda w telewizji, odpowiedziała, że chodzi do fryzjera normalnie, jak każda kobieta bywać powinna: raz w tygodniu, na wszystkie polskie kobiety padł blady strach. Raz w tygodniu! Krystyna nie chodziła do fryzjera wcale, gdyż na fryzjera trzeba byłoby oddać cały dzień i niemałe pieniądze. Kobiety czekały już od rana w poczekalni na swoją kolej, potem pod kloszami, aż trwała ondulacja nabierze mocy i lokówki można będzie zdjąć i umyć powtórnie głowę. Samo uczesanie fryzury po zrobieniu trwałej było pracochłonne, gdyż natapirowane włosy fryzjerka układała w fale i utrwalała lakierem, by po przespaniu nocy twarda konstrukcja jeszcze jakoś wyglądała następnego dnia. Jednak rzadko wyglądała i czynność trzeba było u fryzjera powtarzać wpadając tam jedynie na uczesanie, co w gabinecie fryzjerskim się udawało, w domu nie. Lakier kleił się do grzebienia i po rozczesaniu. Włosy stawały dęba kierując się na różne strony nie dając się zlepić powtórnie w fale. Dlatego też Krystyna po domowemu, jak poradziła jej Aniela, córka Koniecznej z drugiego piętra, po umyciu płukała włosy piwem, a lakier w aerozolu pryskała tylko trzy sekundy. Robiła sobie trwałą w domu raz na kilka miesięcy. Włosy na drewniane kołeczki nakręcała sama podkładając pod gumki papierki i tak związane papilotami włosy ocieplała folią i ręcznikiem. Mogła w tym czasie swobodnie odkurzać dom i ugotować obiad, po godzinie wszystko spłukać pod prysznicem nad wanną i potem pół wilgotne włosy nawinąć na grube wałki. Teraz, jak było już po komunii Ewy, nie musiała tak się starać i dbać o wygląd, gdyż siedziała głównie w domu. Ale wychodzić z domu trzeba było często i to do Śródmieścia. Koszutka miała już 20 tysięcy mieszkańców, nie miała księgarni, kwiaciarni, kawiarni i baru mlecznego, a głównie sklepów spożywczych w wystarczającej liczbie. Dwa sklepy samoobsługowe przy Okrzei i Klary Zetkin miały ciągle przerwy pod pretekstem dostaw towaru. Na dodatek była dwugodzinna przerwa obiadowa w południe. Mieli po wakacjach przedłużyć godziny otwarcia do 21, ale na razie trzeba było się zmieścić z zakupami do 18. Był jeszcze sklep nabiałowy przy Marchlewskiego, gdzie wszystko znikało wcześnie rano, lub wcale artykułów nie dowieźli. Naprzeciwko Okrzei na Liebknechta miał powstać pawilon warzywniczo-owocowy, lecz utknął w planach. Pozostawało jedynie polować na dostawy. Najlepiej było, kiedy przyjeżdżała inspekcja. Wtedy w sklepie mięsnym było wszystko: tłusty karczek, wieprzowina, śląska, kminkowa, szynka, polędwica, sucha kiełbasa, wołowina. Ale też działy się dantejskie sceny i po kilku godzinach nic już nie było. Taka inspekcja na osiedlu Marchlewskiego była tylko raz. W nocy nawieźli ciężarówkami towaru i wyglądało, że tak jest codziennie.
Krystyna i tak musiała chodzić po zakupy do Śródmieścia. Nawet po głupie chorągiewki.
Nigdy nie była na pochodzie pierwszomajowym, jednak poszła na Rynek w przeddzień, by kupić dzieciom chorągiewki. Na Rynku postawiono specjalny kiosk MHD tylko z pierwszomajowymi emblematami, nalepkami i chorągiewkami. By kupić dzieciom dwie papierowe biało-czerwone chorągiewki na patyczku stała w kolejce pół godziny. Ewa, mimo, że chodziła dopiero do drugiej klasy też musiała pójść z Andrzejem na pochód. Oboje ubrani w białe koszule i białe podkolanówki stawić się mieli w szkole o 8 rano, by szkolnym pochodem dojść na 8:30 na róg Róży Luksemburg i Armii Czerwonej. Jak przeczytała w ogłoszeniu wiszącym na kiosku, jej dzieci pójdą o 8:40 z grupą III Śródmieście Wełnowiec. Czołówkę ustanowią zakłady „Wełnowiec” przy ulicy Armii Czerwonej, będą iść tutaj, na Rynek. Dojdą na plac Dzierżyńskiego lewą strona Rynku ulicami: Warszawską, Francuską, Ligonia, Kochanowskiego i Kościuszki. Aż strach wypuszczać dzieci w taki tłum, tych grup idących ze wszystkich części Katowic będzie kilkanaście!
Wtedy Krystyna przy tych chorągiewkach kupiła zaniepokojona Trybunę Robotniczą, by się dowiedzieć, co jeszcze planują zrobić z jej dziećmi. W domu, przy herbacie, przeczytała z przerażeniem artykuł będący przedrukiem lub wolną interpretacją czwartego tegorocznego numeru „Sowietskij Sojuz”. Młodemu inżynierowi Walentemu Czerenkowowi osiągnięcia radzieckiej techniki rakietowej nasunęły pomysł stworzenia wokół ziemi sztucznej obręczy z nieprzezroczystych białych cząsteczek. Obręcz ta, podobna do pierścienia Saturna szerokości 500 km i stworzona przy pomocy rakiet na wysokości 1000-1500 km mogłaby skierować na glob ziemski strumień ciepła o mocy 1300 miliardów kilowatów. Energia cieplna przesłana przez obręcz zmieniłaby klimat Ziemi wywierając duży wpływ na Arktykę i Antarktydę. Obręcz dostarczyłaby nie tylko ciepło, ale i światło, i zlikwidowałaby noc. Uczeni radzieccy mają podzielone poglądy względem projektu Czerenkowa. Autor artykułu proponuje rozważyć za i przeciw. Akademicy G. Pitrow i A. Sacharow i L. Arelmowicz są zdania, że Idee Czerenkowa można urzeczywistnić już w najbliższym dziesięcioleciu.
– Jezus Maria! – jęknęła Krystyna. Była tak wstrząśnięta artykułem, że by ochłonąć i zapalić „damskiego”, wyszła na balkon. Słońce grzało już mocno i na trzecim piętrze na najwyższym piętrze bloku było przeraźliwie jasno.
– Zawsze komuniści mają pogodę – pomyślała gorzko. – A na Boże Ciało pewnie będzie lało!
Na horyzoncie rozpościerały się góry ziemi ze zniszczonych przez buldożery ogródków działkowych i pozostałości z wyrwanych torów kolejowych. Krystyna wiedziała z opowiadań Ewy, która widziała plany bloków z niebieskimi balkonami na planszach w kanciapie budowlanej ojca Marzenki, że będą to budynki z mieszkaniami. Od skrzyżowania Armii Czerwonej i Dzierżyńskiego powstanie tu 6 bloków sześciokondygnacyjnych na 160 mieszkań, 1300 izb dla 2 tysięcy mieszkańców. Każdy pokój będzie mieć osobne wejście i wnękę na sypialnię, którą można zasłonić kotarą. W każdym budynku będą aż trzy garaże. A wzdłuż oszklone pawilony ze sklepami.
Stały żurawie i zwieziono już materiały pod budowę bloków. Równocześnie trwały prace zbrojeniowe pod budowę domów przy Armii Czerwonej. Jak zwiezie się tam materiały, nie będzie można jeździć samochodami. Dlatego buduje się równoległą arterię – przedłużenie Sokolskiej, która połączy plac Wolności z osiedlem Marchlewskiego. Ulica Liebknechta stanie się przedłużeniem Sokolskiej i poszerzona o 12 m. Dwupasmowa, będzie pierwszą wielkomiejską ulicą w Katowicach.
Myślała o tym nie bez dumy. Ulica pod jej balkonem właśnie była przebudowywana. I tak jednak ich budynek ma szczęście. Ludzie mieszkający przy Dzierżyńskiego, łączącej Chorzów z Katowicami zostali odcięci od przystanków tramwajowych, w nocy tonęli w kompletnych ciemnościach i nie mogą normalnie wracać, ani jechać do szkół i pracy. Ulica zamknięta została dla ruchu kołowego i cały plac budowy pokrył się błotem.
Krystyna skończyła odkurzać pokój i poszła do gabinetu Rudka, by tam też odkurzyć. Rudka nie było całymi dniami, uczył się tu tylko w nocy i nocami rozmawiał sam ze sobą, czyli podniesionym głosem trenował mowę, jaką wygłosi nazajutrz w gabinecie dyrektorskim. Krystyna robiła mu śniadanie kiedy było jeszcze zupełnie ciemno, o 17 wpadał na obiad i zaraz jechał na kursy. Wracał, kiedy Krystyna oglądała już telewizor. Wstawała i podawała mu szybko kolację. O żadnych wspólnych posiłkach rodzinnych nie mogło być mowy. Ostatni raz siedzieli razem za stołem na przyjęciu imieninowym Rudka w kwietniu. Zaprosili Józków, ponieważ oni zawsze chodzili na imieniny do Zosi i Józka. Nikt nikogo nie zapraszał, ale by któreś z nich nie przyszło na imieniny w ten właśnie dzień, było nie do pomyślenia. Krystyna zawsze piekła tort orzechowy z masą migdałową i robiła jarzynowe sałatki z wędliną. Nie mieli lodówki i upolować potrzebne wiktuały na określony dzień zawsze łączyło się z cudem. Jak z nieba spadła – polecona przez Witową – baba. Baba przyjeżdżała raz w tygodniu autobusem nie widomo skąd i nikt nie wiedział, jak się nazywa. Baba zawsze siadała w kuchni na małym stołeczku, nie gardziła poczęstunkiem kieliszka wódki na rozgrzewkę w zimne dni i też w ciepłe. Podkreślała, że przybyła z Zagłębia, ale nigdy nie wymieniła nazwy wsi.
– Poni Krysiu – mówiła baba w swoim wiejskim języku, który można było, w odróżnieniu od gwary śląskiej zrozumieć. – My som Poloki, a te wszystkie tutaj, to przecież Niemcy!
Baba była zawsze okutana w chusty i spódnice, miała na sobie waciak nigdy nie prany, ale w koszyku ser był zawinięty w czysta szmatkę. Krystyna brała od niej zawsze śmietanę i ser oraz kawałeczek bardzo drogiej cielęciny i dla Ewy nerkówkę. Ewa zazwyczaj nic nie jadła, więc Krystyna cieszyła się z każdej rzeczy, którą Ewa lubi. Dbała o babę w odróżnieniu od innych pań, do których baba pokornie pukała. Często była lżona i wyrzucana na schody, nazywana kołtunem i szachrajką. Mimo takiego traktowania i awantur na klatkach schodowych, baba jak gdyby nigdy nic zjawiała się w tych samych mieszkaniach u tych samych pań bojąc się milicji i zmiany pewnej, zdobywanej latami klienteli. Babę było trudno pozyskać i Krystyna, która prowadziła kuchnię wschodnią, gdzie nie dawało się nic zrobić bez śmietany i sera, była niezwykle wdzięczna babie i Witowej, która babę poleciła.
Swoje imieniny przeniosła na lipiec ogłaszając to Zosi, jednak Rudkowi imieniny musiała zrobić. Wypadało też kupić mu prezent, gdyż nie miał w czym już chodzić i nie miał czasu niczego sobie kupić.
Wiosną 1960 roku pojawiły się w sklepach kupony materiałów 100% wełny, 60% wełny, 40% wełny oraz tzw. „zerówki. Również elana gwarantująca kanty spodniom na 5 lat i wieczne plisy na spódnicy.
Ale Spółdzielnie krawieckie miały tyle roboty, że nie uszyłyby ubrania w tym sezonie, jedynie na przyszły rok, a Szczerbowa nie ryzykowała podejmowania się zleceń ciężkiego krawiectwa. Krystyna z dziećmi, oprócz fartuszków szkolnych ubierała się tylko na ciuchach w Przemyślu, jednak Rudkowi nie można było kupować używanych ubrań. Podobnie było z butami. Buty produkowane przez „Chełmek” i „Radoskór” w dalszym ciągu nie nadążały za modą produkując buty na grubych obcasach, podczas gdy cały świat nosił już na podeszwach lekkich, a damskie buty musiały mieć cienkie obcasy, im cieńsze, tym lepsze. Ogólnoświatowa estetyka przy inwazji nowych technologii zupełnie się zmieniła. Na 3–Maja w witrynach sklepików ukrytych w podwórzach zwanych prywaciarzami pojawiły się buty jakie trzeba, ale kosztowały majątek. Postanowiła jednak pójść do Rynku na zakupy. Gdy skończyła sprzątać, nie miała już czasu nic ugotować i postanowiła na przyjście Andrzeja i Ewy ze szkoły do wczorajszej zupy dokupić coś w barze mlecznym na wynos, a dla Rudka potem dogotuje mięso. Ale w barze na rogu Armii Czerwonej były ziemniaki, ale nie było już kwaśnego mleka, a bar przy Młyńskiej miał kwaśne mleko, ale nie było ziemniaków. Zrobiła więc zakupy w dwóch barach wlewając mleko do zabranej z domu bańki i skierowała się ku dworcowi, gdzie dyrekcja MHD „Włókno” urządza kiermasz, na którym sprzedaje się po zniżonych cenach odzież i bieliznę. I tak kupiła Rudkowi na imieniny kalesony i dwie pary skarpetek.
Jednak, po szczęśliwych zakupach wieczorem w aktualnościach telewizji Katowice akurat nawoływano do bojkotu straganów MHD „Włókno” przy dworcu.
– Dyrekcja chce się pozbyć remanentów zalegających magazyny – tłumaczyła wdzięcząc się spikerka ubrana w kostium przypominający krojem modele z wybiegów paryskiej mody drukowane w „Przekroju”. – Powinna jednak w tym celu postawić swoje stoiska gdzieś w obrębie Hali Targowej, a nie tuż obok nowego dworca przy Młyńskiej. Na perony zajeżdżają pociągi przywożące pasażerów z całej Polski. Po opuszczeniu dworca pierwsze zetknięcie się przejezdnych z miastem jest niezbyt korzystne. Oko, chcąc nie chcąc spoczywa na wymiętej i brzydkiej odzieży i bieliźnie rozwieszonej na stoiskach – głos spikerki stawał się coraz bardziej napastliwy.
Rudkowi jednak prezenty bardzo się podobały i miał jak znalazł, kiedy tramwajami w chłodne wiosenne wieczory wracał z wykładów.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *