Beksiński

Bohater powieści Snerga – Wiśniewskiego „Według łotra” budzi się podobnie jak w ”Przemianie” Kafki do nowej rzeczywistości: Twarze ich miały uproszczone rysy, często w nosach brakowało dziurek, a w ustach – przerwy między wargami, te zaś wargi, które rozchylał uśmiech lub wypowiadane słowo, zamiast szeregu zębów odsłaniały poziome paski wycięte z białego tworzywa. Skutki oszczędności zauważyłem też w strojach swoich sąsiadów. Manekiny zgromadzone w wagonie nie nosiły garderoby nowej – to znaczy prosto spod igły i żelazka, jak modele ustawione na wystawach odzieżowych domów towarowych: prawie wszystkie miały na sobie ubrania używane, w różnym stopniu zniszczone, czasem wygniecione, ze śladami plam i innych defektów.

Podobnie artystyczna młodzież lat siedemdziesiątych, która po kilkuletnich zazwyczaj próbach pokonania trudnych egzaminów wstępnych do Państwowej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, gdzie wymagano w dalszym ciągu studium prawdziwej nagiej kobiety, nagle obudziła się w obcym sobie świecie. Dla zrozumienia toczących uczelnię zjawisk, otwartej niespodziewanie na Zachód dzięki polityce Gierka, uczelnia zaprosiła gościnnie charyzmatycznego krytyka sztuki, prowadzącego, cieszącą się wielkim zaufaniem awangardowych artystów, galerię pod Mona Lisą, Jerzego Ludwińskiego. Zdezorientowani studenci, którym po roku radosnego i dziecięcego taplania się w farbach, profesorowie podsuwali jedynie zimne media: maszynę do pisania, aparat fotograficzny i astronomicznie wtedy kosztowne video, na wykłady przyszli tłumnie. Nie było miejsc w sali, słuchacze ciasno pokrywali korytarze, schody i sąsiadujące pomieszczenia. Ludwiński, jak na autentycznego guru przystało, płonącym głosem zapewniał nas, że przyszłość malarstwa polskiego to Zdzisław Beksiński. Ale z wykładu na wykład, publiczność nadobowiązkowych prelekcji o sztuce topniała. Wtedy, na tę ostatnią, po którym umowy z Ludwińskim uczelnia nie wznowiła, a i on nie był w stanie pewnie już ich prowadzić, przyszły tylko trzy osoby. Prelegent stał bezradny. Jurek Kiernicki pobiegł do meliny po wódkę. Szymkowi, synowi znanego warszawskiego pisarza i wybitnego niemieckojęzycznego tłumacza Jana Koprowskiego udało się zdobyć klucz do jakiegoś pomieszczenia. Ludwiński zaproszenie przyjął. W tym, zdaje się najprawdziwszym w świecie służbowym pokoju dla sprzątaczek, pełnym przedmiotów wyjętych z obrazów Beksińskiego, brudnych szmat i szczotek, przy gołej, 15 watowej żarówce, usiłowaliśmy dojść do psychicznej równowagi prelegenta. Rozmowa się nie kleiła. Wódki nikt nie tknął. Ludwiński miał wszyty esperal.

W latach osiemdziesiątych historyczne zmiany i nadmiar wydrukowanych przez państwo pieniędzy powodował, że po galeriach chodzili, próbujący je sensownie ulokować, klienci z kartkami nazwisk malarzy, rokujących przetrwanie. Ale Piotr Dmochowski, polski emigrant we Francji, młody prawnik, wraz z żoną, doskonale prosperującą na światowych wybiegach modelką, malarstwo Beksińskiego autentycznie kochał. W swojej opasłej książce o doświadczeniach z malarstwem Zdzisława Beksińskiego, a przede wszystkim człowiekiem, spisał żale i pretensje, wynikłe z wcielenia swojej pasji mecenasa sztuki w prawdziwe życie. Może właśnie w tym tekście, pisanym piórem prawnika, piórem klienta, a nie prawdziwego znawcy sztuki, można znaleźć klucz do fenomenu przystawalności poetyki ikonograficznej twórczości Zdzisława Beksińskiego, do jakby powiedział Markowski, polskiego inteligenta.

Wydany zaraz po śmierci Beksińskiego zbiór dwuletniej korespondencji mailowej potwierdza wizerunek artysty, nakreślony wcześniej przez Dmochowskiego. Dwadzieścia lat temu zwierza się w telefonicznej rozmowie Paryż – Warszawa, „że już mu nie staje”. Impotencja, rozbudowana w listach do młodej dziennikarki w barwnych opisach odrazy, jaką budzi w malarzu akt płciowy, analogicznie ilustruje stosunek do magii. Dmochowski odnotowuje z zacięciem dokumentalisty kontakty z katowicką grupą malarzy ONEIRON, czyli „Ligą spostrzeżeń duchowych,” gdzie jej założyciel Andrzej Urbanowicz, wraz z Henrykiem Wańkiem i wieloma postaciami artystycznymi lat siedemdziesiątych, aż do wyjazdu Urbanowicza do Stanów, zgłębiało wiedzę tajemną i ruchy ezoteryczne. W korespondencji ostatnich lat śladu o tym niewiele, a tarot i znaki zodiaku, dyskretnie wyśmiane swojej korespondentce, odbijają się echem i szacunkiem minionej wagi i wielkości. Dmochowski odnotowuje:Zwierza mi się, (ale dyskretnie, bo jego poczucie śmieszności nie pozwala mu o tym mówić na głosi publicznie), że zamierza kazać zakonserwować po swojej śmierci jeden, jedyny palec. Ma nadzieję, że z tego palca całego go przywrócą do życia, za trzysta lat, gdy już mechanizm powstania życia zostanie wyjaśniony, zmartwychwstania będą możliwe, a śmierć nie będzie już istnieć.

W korespondencji ze Lilianą Śnieg strach przed śmiercią siedemdziesięcioletniego malarza jest już ujarzmiony. Niechęć do narzuconego rytuału stwarza wewnętrzny świat równie bezwzględny i okrutny. Laboratoryjna, betonowa pracownia artysty, z której w dalszym ciągu płyną perfekcyjne obrazy znajdujące zawsze bogatego klienta, jest szczelna. Uciążliwy pozór zewnętrznych kontaktów międzyludzkich, ciągła walka o tych, którzy w tym mikrokosmosie anarchizują się i wychodzą z wyznaczonych, najczęściej opłaconych ról, to codzienność, oprócz produkcji obrazów, artysty.

Mecenas Dmochowski, którego mecenat pozwolił Beksińskiemu na królewskie życie w stanie wojennym w Polsce, w obronie swojego faworyta, przeciwstawia najświetniejsze dokonania malarstwa europejskiego, pomstując bezlitośnie na wszelkich dekoratorów i estetów. Ma za nic Centrum Pompidou, Muzeum Picassa, Jeu de Paume. Z pasją neofity tępi wszelkie „malowidełka a la Chagall,” uznając jedynie sztukę tragiczną za jedyną. Sztuki wspaniale zdefiniowanej w esejach Malraux odwołującej się do tradycji Baudelaire’a, sztuki, jako pomostu łączącego epoki, ciągłości osiągnięć zachodnioeuropejskiej duchowości i sztuki chrześcijańskiej, nazwanej Światowym Muzeum Imaginacyjnym.

Przechodząc zimny prysznic odbioru obrazów Beksińskiego, gdzie ani próba ofiarowania Watykanowi, ani kosztowna promocja w luksusowych pismach aukcyjnych nie dała żadnych rezultatów, a jedynie żona irańskiego bankiera i grupa tajemniczych Japończyków zachwyciła się i kupiła, Dmochowski dochodzi do filozoficznej, bardzo polskiej konstatacji: Na dodatek moje własne doświadczenie dotychczas zdaje się wskazywać na to, że Beks jest malarzem na wskroś polskim. Świadczy o tym choćby sukces, jaki odniósł w Polsce, i okropne trudności, jakie ja odczuwam w popularyzowaniu go na Zachodzie (nie tylko we Francji). Jest tak, jakby on natychmiast, spontanicznie pasował do polskiej mentalności, którą wytworzyła w Polakach kultura i historia. Tak jak wytworzyły one również w i jego własną mentalność. Toteż w Polsce Beks ma od wielu lat wyrobioną pozycję. A na zachodzie ani rusz. A przecież z punktu widzenia zawodowego, malarskiego, technicznego, bije dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu malarzy zachodnich. Kontynuując ten wywód, kończy pewnością, że sztuka Beksińskiego jest w nurcie sztuki światowej i jak najbardziej jest kontynuatorką jej największych tradycji. Tylko ogłupiały przez politykę świat Zachodu, świat hedonistów z braku odwagi na cierpienie, sztuki Beksińskiego nie jest wstanie przyjąć. Gdyby miał do wyboru Rembrandta, bez wahania wybrałby Beksińskiego.

Może już nie warto analizować tutaj typowego odbiorcy w postaci Dmochowskiego, entuzjasty dzieł skromnego malarza, unikającego fanów, publiczności, splendoru świata, wiodącego swój mnisi żywot w formie blokowego insekta. Światowiec Dmochowski, próbuje establishmentowi kulturalnemu zaimponować bogactwem polskiego wnętrza, pełnym brudnych szmat, krwi podejrzanego pochodzenia i komiksowych strachów, okłamać go, że Polaka boli świat więcej, a Trzeci Świat cierpi przez to mniej.

Cynizm świata, który przeszedł przez prawdziwy sadyzm, gdzie rzeki krwi biblijnych miast wiązały się w brunatne błoto ulic, gdzie stawiano po horyzont krzyże, rzezie gwałtów i mordu wzbijały w niebo wielki beznadziejny krzyk, a dym Oświęcimia przenikał włosy i ubrania mieszkańcom, ten niewinny model do składania, ten podręczny egzorcysta – obraz Beksińskiego jest idealnie przykrojony do niedojrzałości przeciętnego Polaka. I można tu pisać o manipulacji sacrum, o wszystkich zjawiskach głodu duchowego, w którym Polska, jak wiemy z historii, jako kraj najmniej duchowy ze wszystkich narodów świata, wpada co chwila w sidła swoich szarlatanów (Towiański, Rydzyk), nie jest podłączona nawet do tych demonicznych ruchów New Age, o którego nikłym zasięgu u nas, z dumą katolicyzm polski głosi.

Nie zachodzi tu nawet zjawisko o którym mówi Wittgenstein: Palić czyjąś podobiznę, całować zdjęcie ukochanej. Wszystko to oczywiście nie opiera się na przekonaniu, że działanie będzie mieć określony efekt na osobie, którą przedstawia obraz. Jego celem jest pewna satysfakcja i jej osiągnięcie. Albo też możemy powiedzieć że nie ma żadnego celu; po prostu zachowujemy się w ten sposób i jesteśmy dlatego zadowoleni.

Polski niedouczony koneser sztuki zachowuje się inaczej. Łaknie masochistycznie wytworów, które tajemniczo łaskoczą jego wnętrze, ale już mechanizmu tego nie jest w stanie ogarnąć. Woli więc awansem skazywać się na rzeczy nieludzkie, brzydkie, mętne i fałszywe, bojąc się być posądzonym właśnie o tę satysfakcję.

Ostatnia Wieczerza

Piotr Dmochowski
Zmagania o Beksińskiego
z francuskiego przełożył autor
Książka wydana nakładem autora 1996

Liliana Śnieg-Czaplewska
BEX@ Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim
PIW 2005

Massimo Introvigne
Powrót magii
z włoskiego przełożył Andrzej Wałęcki
Wydawnictwo WAM 2005

pogrzeb.jpg

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „Beksiński

  1. Wanda Niechciała pisze:

    Niestety, mogę się oprzeć tylko na tekście korespondencji malarza z dziennikarką i internetowej rozmowie w TP z artystą na „Nowy wiek” Janowskiej i Mucharskiego. Na malarstwie się nie znam. W obu tych źródłach jednak Beksiński zawsze wygrywa nadwyżką indywidualności i osobności, co budzi respekt wobec prowadzących wywiady, „macających” go dziennikarzy. A ateizm Beksiński podkreśla za każdym razem i zdecydowanie odcina się od tego, jak jego sztuka jest odbierana. Wierzę mu, że maluje dla siebie i że maluje to, co mu w duszy gra.
    ~Wanda Niechciała, 2005-12-27 16:38

  2. Ewa pisze:

    Mój tekst nie jest przeciwko malarzowi, a odbiorowi, to portal literacki i mam tu badać rożne zjawiska i powiązania z literaturą. Myślę, że warto badać ocierając się o inne kulturowe problemy, by zrozumieć np. realizm magiczny czy fenomen popularności Olgi Tokarczuk. Trzecia książka, z której korzystałam, to punkt widzenia socjologa, który raczej odkłamuje mity krążące wokół dzisiejszego okultyzmu i magii. Np. panika wynikła wobec ruchów satanistycznych spowodowała gwałtowny wzrost powstania ruchów anty-satanistycznych, gdzie ich liderzy podawali astronomiczną liczbę mordów rytualnych i zjadania ofiar (50 tysięcy rocznie w Stanach Zjednoczonych!), podczas gdy ten kryminalny proceder udowodniony jest jedynie w liczbie 10 ofiar rocznie.
    Podobnie było w lutym ubiegłego roku, gdy koleżanka z płaczem telefonem oznajmiła mi tragedię śmierci malarza. Byłam pewna, że jej wieloletni partner, bardzo dobry malarz, którego lubię i podziwiam zapił się jednak na śmierć i się bardzo przestraszyłam. Ale chodziło Beksińskiego którego ona nigdy osobiście nie znała i o pożegnanie go przez warszawskie Duszpasterstwo Środowisk Twórczych i zdaje się księdza Twardowskiego. Dalszy ciąg rozmowy to była troska, jak dotrze kondukt pogrzebowy do wielkiego mauzoleum rodziny Beksińskich na cmentarzu w Sanoku, bo zima zasypała wszystko i krzyży grobów nawet nie widać. Koleżanka pojechała też do Sanoka. Opowiadam o tym, bo jest zastanawiające, jak wola artysty zostaje po jego śmierci potraktowana. Jak te wszystkie pojęcia: życie, twórczość, śmierć, religia, fani, są osobne i nieprzystawalne. I jak doskonale współistnieją.
    ~EwaBien, 2005-12-27 17:16

  3. Inżynier Jacek pisze:

    Odnośnie przedstawianej brzydoty w obrazach, czy scen okrucieństw (Goya, Bosch), to Hegel uważa, że zapoczątkowało to u schyłku ery starożytnej, chrześcijaństwo. Opisał to w „Wykładach o estetyce”:”Niemniej odpowiedni temat stanowi historia męki, naigrywanie się, cierniowa korona, Ecce Homo, dźwiganie krzyża, ukrzyżowanie, zdjęcie z krzyża, złożenie do grobu itd”. Na potrzeby takich tematów ludzkość musiała zmienić podejście do odbioru piękna w sztuce. Może dlatego katolicyzm polski zaanektował twórczość ateisty Beksińskiego. Ze względu na tematykę.
    ~Inżynier Jacek, 2005-12-27 21:48

  4. Ewa pisze:

    Niemiec Hegel bardzo dobrze uchwycił odejście wizerunków greckich bogów, którzy, jak pisał Malraux, byli podobni do bogów, a nie do ludzi. Szczególnie duch germański jest obcy duchowi antycznemu. Brak tam subtelności. Słowiański Nietzsche, wychowany na kulturze francuskiej, powtarzał, że w Niemczech nie ma kultury, że jest tylko we Francji. Nam też zawsze były bliższe powiązania z duchem romańskim i Bizancjum, niż z barbarzyństwem germańskim. Bezradnemu marszandowi Beksińskiemu we Francji radzono, by obrazy Beksińskiego proponował Niemcom. Ale widocznie to też nie są takie proste wnioski.
    Beksiński w tych rozmowach z Dmochowskim i dziennikarką Lilianą Śnieg jest bardzo uczciwy. Cały czas podkreśla, że jego sztuka nie ma ani aspektu agresywnej misyjności niemieckiej filozofii, ani słowiańskiej miękkości i mistyki. Odcina się kategorycznie od wszelkiej filozofii, jaką mu krytycy próbują narzucić. Wizerunek człowieka dziecka, zafascynowanego najnowszymi gadżetami elektroniki, dla których pozyskania maluje obrazy, zdaje się, jest najprawdziwszy. Dmochowski podkreśla brak lektur (jedynie codzienna gazeta), filmy jedynie kryminalne, brak znajomości obcych języków, wyjazdów za granicę, oglądania obrazów, nie interesowanie się sztuką kolegów. Odmawia uczestniczenia w życiu publicznym, cierpi, że już na osiedlu jest rozpoznawalny, przechodzi tortury nadchodzących wywiadów i spotkań.
    Maluje jak chirurg utrzymując aseptykę pracowni, bezwzględny porządek, wykluczając przypadek, tzw. gest malarski, gdzie plama w procesie twórczym jest niewiadomą. Muzyka poważna, która zawsze towarzyszy malowaniu, jest jedyną pożywką. Tu można pytać o jakość aktu twórczego. Tworzenie następuje wtedy, gdy stwarza nowy byt, wychodzi z bytu, w którym tkwi. Twórczość to zawsze stwarzanie, a nie odtwarzanie. Bez wyjścia z własnego świata nie może się odbyć proces obiektywizacji nowego bytu, który ma być stworzony. Artysta tkwi w przedmiocie, tworzy jedynie wartości logiczne, estetyczne i etyczne. To nie jest sztuka.
    ~EwaBien, 2005-12-28 11:35

  5. Przechodzień pisze:

    Jest sprzeczność między nauką a sztuką. Może osobowość analityczna i perfekcyjna Beksińskiego jest w zawodzie architekta. Jego zachowanie wskazuje też na zagubienie. Nauka zawsze wprowadza uśmierzenie lęku przed niewiadomym. Według Comte’a, który duchowość świata podzielił na trzy okresy: magiczny, religijny i naukowy, powinniśmy być w tym trzecim, naukowym. A jednak jest podobno jakiś nieprawdopodobny powrót magii i jak widać, w obrazach Beksińskiego odbiorca szuka nie nauki, ale magii.
    ~Przechodzień, 2005-12-28 12:42

  6. Ewa pisze:

    Trochę się rozczarowałam książką „Powrót magii”. Chyba lepiej, jak piszą o tym inne profesje (Eliade, Malinowski) a nie socjolog. Nawet myślałam, by dla zwiększenia atrakcyjności komentarzy przepisać fragmenty. Np. o znaczeniu kopulacji z diabłem, co podobno w domyśle zawsze przekłada się na każdy kontakt ze zjawiskami ezoterycznymi. Jest też bardzo skomplikowany przepis na odrodzenie maga poprzez wstrzymanie wytrysku nasienia, czyli powrotu sił witalnych dzięki stosunkowi przerywanemu. Jest jakiś sposób żeński, dotyczący menstruacji. Wtedy, gdy mag ma się w odosobnieniu odrodzić do młodości (około miesiąca, trudno uwierzyć, że po tych zabiegach, którym ma się oddać, przeżyje w jakiejkolwiek postaci):”W czwartym tygodniu zaczną ci wypadać stare włosy, zęby i paznokcie.(…) następnie pozostaw to miejsce udaj się tam, gdzie nikt cię nie zna. W ten sposób zmieniali się nasi drodzy Starożytni, odnawiając swą naturę i wszystkie siły”.
    ~EwaBien, 2005-12-28 13:13

  7. Wanda Niechciała pisze:

    Z listów i jak pamiętam filmu telewizyjnego po śmierci Tomasza Beksińskiego, syn wybrał magię, a nie naukę. Pamiętam jakiś wcześniejszy z nim wywiad, gdzie nie chciał pokazać twarzy i w pelerynie siedział tyłem do kamery. A mimo tych dziwactw był wybitnie uzdolniony i wbrew mrocznemu wizerunkowi, niesłychanie witalny i dowcipny. Nie cierpiał tych wszystkich nowych urządzeń technicznych, którymi zachwycał się ojciec. Nie znosił komputera.
    ~Wanda Niechciała, 2005-12-28 13:24

  8. Ewa pisze:

    Chyba nie magię, ale zdrowy rozsadek. Bardzo trudno było wzrastać w tak rygorystycznie zdefinowanym domu, gdzie, jak się zaufa spostrzeżeniom Dmochowskiego, panowała uczuciowa oschłość. Beksiński pragnął mieć kumpla, ale nie syna. Zwierząt, jak napisał i dzieci nie cierpiał, z tym, że tych ostatnich nawet na fotografii. Dmochowski w czasie comiesięcznych wizyt w domu Beksińskich po obraz często portretuje małego Tomka, którego widok w ojcu budzi psie przerażenie. Sam dochodzi do wnosku, że nie będzie miał w takim razie z modelką Anią dzieci: „Albo taki Tomek Beksiński: otwiera kurek od gazu i czeka. Iskra wywala całe piętro w powietrze, a on, oblany krwią, przychodzi o trzeciej nad ranem do mieszkania swoich rodziców, żeby im zaanonsować, iż następna próba samobójstwa nie powiodła się. Resztę czasu żyje na ich rachunek jak wesz łonowa i odzywa się do nich jak esesman w obozie koncentracyjnym do świeżo przybyłych więźniów”.
    ~EwaBien, 2005-12-28 13:45

  9. MadkumeSZ pisze:

    Przypomina mnie się pierwszy kontakt z reprodukcją obrazka Be, co to wisiała w kiosyku w Przemyślu. Ten człowiek pająk w bandażach. Wówczas za mały byłem, żeby wiedzieć jak się z nim obejść. Teraz wiem, dzięki dowcipowi MajewskiegoShow, czym zabić Człowieka Pająka. Człowiekiem Kapciem.

    Przede wszystkim doskonały warsztat. Ale rzeczywiście w obrazach Be plama nie dziwujesię plamie. Nie jest to malarstwo poszukujące dzieła, jako innej przestrzeni. Ono wbrew pozorom nie odkrywa żadnej przestrzeni, ponieważ jest tylko ilustracją, chwytem estetycznym. Świetnie spreparowanym konceptem. W całości opiera się na technice, a co za tym idzie w pewnym momencie staje się produkcją. Malarstwo Be jest wynalazkiem, który jednak prowadzi donikąd.
    Oczywiście, że Be musi się odciąć od wszelkiej narzucanej mu filozofii. Jest ilustratorem lęku, który nie podlega żadnej filozofii. Logika braku sacrum, etyka próżni, estetyka piękna a rebous. Ten lęk w perspektywie obrazu staje się powabem. Świętość istnieje jak rupieć albo martwy strzęp, ciepło jest w bliskości mięsa, rozkładającego się, dosłownie i w przenośni, ciała. Świat przedstawiony przez Be jest piękny. Wspaniały, ale zamknięty. Uwaga skupia się w całości na obrazie. To sztuka dekoracyjna, sic, nie metafizyczna, fantastyczna nie magiczna. Wreszcie, idąc tropem pewnego cytatu, klasycystyczna, jeśli za klasycyzm uznać dążność do zrygoryzowania osobowości w świecie chaosu przeżyć. Doskonała harmonia i wizja. W końcu sztuka popularna, ponieważ oparta na grze psychiki i wyobraźni, budząca w odbiorcy pozór emocji, które po czasie się rozwiewają. I pod pozorem irracjonalności, rezygnująca w rzeczywistości z irracjonalnego wyjścia na zewnątrz. Wizja i malarstwo nie jako transgresja, ale totalność, przez brak dystansu. Brak człowieka kapcia.

    To odnośnie twórczości. Natomiast osobie Be należy się szacunek. Że stawia się przed sztuką jakieś zadanie, co nazwałem inną przestrzenią, nie ma nic do rzeczy. Każdy artysta idzie na swój sposób, a gdzie dojdzie, nie zależy już od niego. Be szedł konsekwentnie, radził sobie bardzo dobrze. Błąkał się po ludzku.
    „Mój tekst nie jest przeciwko malarzowi, a odbiorowi, to portal literacki i mam tu badać różne zjawiska i powiązania z literaturą.”
    Problem jest jak zwykle interpretacyjny, kulturowy. Cała Polska czyta dzieciom, cała Polska woła też o dzieło. Geniusza, wieszcza albo chociaż debiut na miarę dziesięciolecia, i jakąś rzetelność krytyczną. Dzieło odkładamy na bok. Chodzi o krytykę, która nie odczytuje i nie interpretuje, ale wykonuje swój zawód, rozgłasza i dostarcza społeczeństwu artystów. Każdy pracuje na takich obrotach na jakie go stać. Byle jaki obraz literatury tworzy byle jaka krytyka literacka. I to bynajmniej nie jest kwestia gaży, ale mentalności i charakteru. Podejścia ach i och, a jak nie ma nad czym ach i och to nad czymkolwiek, w końcu mamy tylu młodych wspaniałych. A w ostateczności można pokładać nadzieje w Wiadomym Internetowym Skarbcu Narodowym.

    Zastanawiałem się, co robić. Nad tym tupaniem się zastanawiałem w kinie jak mi się film nie podoba, że to nie na dzisiejsze czasy. Kino niewinne. Ani sprzedawczyni biletów. Ani autor, bo chce przecież, żebym patrzał. Ktoś oszukuje, ale nie wiadomo kto, bo odpowiedzialność przechodzi z jednego na drugiego. Przecież nie wybiorę sobie takiego a takiego redaktora, żeby mu potupać przy biurku, bo zepchnie mnie do naczelnego, naczelny do wydawcy, a wydawca do sejmików, sejmiki do ministra, minister do innego ministra, ten do kolegi, a kolega do innego. Inny kolega zmieści wszystko w haśle polityka kulturalna i rynek, i wszystko zatoczy koło. Koniec końców winny jest ten ostatni szary człowieczek, co swój zawód wykonuje, co to spod jego pióra wychodzi zachęta. Ale ja go muszę zrozumieć, taką ma robotę. Wszyscy mają taką robotę. A ja poza robotą chciałbym film obejrzeć prawdziwy albo prawdziwą książkę przeczytać o współczesności. I wychodzi na to, że jestem ostatnim ogniwem, najsłabszym ogniwem, i odpadam. Ta wszystko przeze mnie. Chcesz pan książkę to sam se ją napisz, a jak nie to na Madagaskar.
    ~MadkumeSZ, 2005-12-28 17:53

  10. Ewa pisze:

    Zgadzam się z analizą malarską MadkumeSza, szczególnie, że prace widziałam nie tylko w kiosku w Przemyślu (spędzałam tam każde wakacje), ale i wielką wystawę w katowickim BWA, którą Dmochowski zorganizował w 1995. Było tam 92 olei i arylów, i 50 rysunków. Obrazy te najlepsze z lat siedemdziesiątych, jak i „Ławeczki”, na które Dmochowski się w swojej książce krzywi, bo musi płacić, jak za tamte, bardziej skomplikowane, po 5 tysięcy dolarów od sztuki. I, jak piszesz, robi to wrażenie iluzyjnością i świetną robotą techniczną, ale nie ma nic wspólnego z tradycją polskiego koloryzmu i tym, co prawdziwy malarz z wrodzonego talentu dysponuje. Malarz powie: to nie jest dobre w kolorze. Analogiczne malarstwo Durera czy Boscha zawiera ten wielki ładunek koloru, o którym Beksiński pojęcia nie ma. A w sztuce wielkiej, w sztuce prawdziwej, do której został Beksiński jeszcze za życia przypisany, właściwie nic innego się nie liczy: ani anegdota, ani filozofia, ani przesłanie. W malarstwie liczy się tylko kolor. To kolor zadecyduje o duchowości dzieła, on załatwia resztę. Podobnie jest w literaturze, ktoś kto nie pisze samoistnie, nie nauczy się pisać nigdy.
    Może nie dość w moim tekście to uwydatniłam, ale oczywiście każdy „orze jak może” i nie można od człowieka, szczególnie tak naznaczonego rodzinną tragedią wymagać, by sprostał wizerunkowi, który mu został nadmiarowo przylepiony. Myślę tylko, że odbiór sztuki bez jej rewizji, skłamany, jest bardzo szkodliwy, szczególnie na uczelniach. Na katowickiej uczelni całe pracownie, jak prowadził Duda – Gracz, malowały jak on, śmierć malarza powoduje wzrost cen i bezkrytyczne powielanie.
    Ja tu tak sobie piszę i ani mi w głowie świat naprawić, ani szukać właściwej polityki kulturalnej państwa. Miło jest jednak tak internetowo powiedzieć „nie”, gdy się nie daje tego nikomu powiedzieć, bo nikt nie słucha i nikogo to nie obchodzi. I mieć jeszcze bielskich sprzymierzeńców.
    ~EwaBien, 2005-12-28 18:58

  11. Za Dużo pisze:

    Nawet z perspektywy Marsa widać, że linijką proporcji niewiele da się zmierzyć, jeśli chodzi o artystyczny wyraz. Mimo dokładnych pomiarów dzieła idealnego, słusznego, takiego, które dotyka absolutu, ponad przeciętność wyrastają nie predystynowani do wielkości geniusze, lecz przypadkowi bohaterowie. Tacy jak Beksiński. Próbuje się go pomierzyć, nadać mu rozmiar odpowiedni, a tu go umniejszając do komiksowej tandety, a tu znowu powiększając za pomocą zaszczytnych porównań do mistrzów z zaszłości estetycznych. Inni jeszcze węszą w jego życiu osobistym, starając się znaleźć odpowiednią miarę dla osobowości, zdolnej płodzić te obrazki z koszmaru sennego rodem. Beksa taki malutki wobec Boscha (nie pralki), a tu wielkutki w stosunku do dajmy na to Siudmaka. Technicznie miałki zapewne, efekciarski, każdy byle studziencina by takie koszmarki namalował, z drugiej strony – rycerz podepresyjności jasnej, jakiś psychomur wizjoner. Książka Śnieg na szczęście pokazuje też nieco tego, co w Beksie nie chce się widzieć. Sarkastycznego, czarnego poczucia humoru i dystansu do siebie. Tego, co później tak urodzajnie zakiełkowało w Tomaszu Beksińskim. Beksa junior nie był na żadnych usługach czarnej magii, był tylko krzewicielem Monty Pythona i czarnego romantyzmu, który wychował co najmniej dwa pokolenia słuchaczy radiowych. Komuś, kto nie słuchał radiowej Trójki w latach 80. i 90. ciężko wytłumaczyć, jak dojmujący jest brak Beksińskiego na falach eteru. Ten samorodny talent to także spadek po ojcu. Jakieś tam pokłosie wyjątkowości, nie roszczącej sobie prawa do bycia sztukmistrzem. Dziwne, że obrazy Beksy nie robią furory na zachodzie, są przecież jak najbliższe tamtej tradycji wizualizacji na modłę nadrealistyczną i ekspresjonistyczną. W Polsce, gdzie mecenat sztuki zatrzymał się na gustach stanisławowskich, niemożliwością jest przekonanie, iż sztuka pokazująca fantasmagorię może być artystyczna. Bo przecież nie maluje się figuratywnie, nie pokazuje się wielkich tematów, a jątrzy się osobiste psychozy. Tylko dlatego i Beksiński i wybitniejszy od niego Linke pozostają ekstrawagancją, ale ekstrawagancją kochaną przez tłumy.
    ~Za Dużo, 2005-12-28 22:06

  12. Przechodzień pisze:

    Gdyby Beksińskiemi przyszło żyć w USA, zostałby zagospodarowany przez jakąś stajnię filmową produkującą Matrixy. Jest tam sporo anonimowych malarzy tej rangi. W polskim pustynnym i przaśno- bolszewickim rynku został wykreowany, jak wielu innych, na gwiazdę pierwszej wielkości.
    Gorsza sprawa z synem. Widziałem film o Tomku gdzie ojciec mówił iż bardzo jest zadowolony, że wreszcie się to stało, bo już nie mógł wytrzymać gróźb samobójczych syna. Nie był ważny Tomek, tylko samopoczucie starego. To wielki egocentryk nieczuły, niekochający. W żadnym razie nie można ojcu przypisywać zasług, talentu syna. Jeśli coś osiągnął to absolutnie mimo ojca, a nie dzięki niemu. Wystarczy porównać obie ta działalności. Z jednej strony marwota i posępna nuda, z drugiej gejzery humoru, finezja, etc.
    Ale miał ciężki syndrom dziecka niekochanego, braku ojca. To, jak niektórzy chcą, żę się taki urodził, to wierutna bzdura!. Nikt się nie rodzi z predylekcjami samobójczymi. Tylko, że zbrodnie przeciw dzieciom są niewykrywalne (poza skrajnymi wypadkami kiszenia w beczkach). Skutki są odległe od przyczyn, spowite mgłą niepamięci, ślady zbrodniczej działalności zacierane skwapliwie przez rodziców. Większość dzieci w martwej postaci dożywa naturalnego zgonu, ale dla wrażliwej natury jak Tomek uporać się z problemem nie sposób. Bo z niekochaniem uporać się nie można. Człowiek niekochany w dzieciństwie i tak jest martwy. Złe życia kończą się śmiercią.
    ~Przechodzień, 2005-12-29 09:56

  13. Ewa pisze:

    Z pewnością kosmiczna perspektywa jest inna niż moja, co, jak słusznie we wstępie do „Listów”, Śnieg zauważa: zawistni malarze, nie udało się im tak jak Beksowi, który dostawał za obraz tyle, ile zażądał.
    Blog na szczęście rządzi się utopijną zasadą wielości perspektyw jak gdyby nigdy nic sąsiadujących obok, a jego elastyczna struktura umożliwia uskok w wypadku zasztyletowania. Te dwa obszary, te dwa światy, ten rodzinny mikrokosmos, który zawsze może być potraktowany jako metafora narodu, państw, wreszcie tajemniczych sił rządzącym światem, ten ojciec i syn, archetyp i grecka tragedia, to nie tylko pożywka dla plotkarskiego wkraczania w prywatność. Wielu moich znajomych malarzy kończyło śmiercią samobójczą i mój wielki żal zawsze był skierowany przeciwko ich bliskim, przeciwko tym, którzy się nie wywiązali, nie sprostali, a skutki tego międzyludzkiego zaniedbania były ogromne. Zawsze będę przeciwko hodowcom neuroz, kącikowego rozwydrzenia, biesom Dostojewskiego, bez których każdy Stawrogin jest bezradny. Twórczość, najcenniejsze, co człowiek w życiu posiada, dar przekształcania siebie i świata, to nie frywolne zabawki. Wszystko ma skutek i przyczynę, bo w odróżnieniu od najfantastyczniejszej wyobraźni, jest bardzo realne. Nie syn dziedziczy talent, bo talent nie ma nic wspólnego z pokrewieństwem. Wielu geniuszy miało zupełnie przeciętne dzieci i rodzice wielu geniuszy byli analfabetami. Wszystko, co Tomek próbował w swojej młodości zrobić, to poprzez kontestację rodziców i wbrew nim rozwijać swój talent. I przegrał. I ta przypowieść, ta rodzinna tragedia jest też o polskim zmarnowaniu, gdzie wolność, najważniejszy element wszelkiej pozytywnej działalności człowieka, to wzajemne, szczelne uwikłanie w rodzinną tradycyjną uczuciowość, ten nigdy niespełniony ewangeliczny wymóg odejścia od rodziców, od raka toczącego najbliższych, rodzinę i naród.
    ~EwaBien, 2005-12-29 10:09

  14. Za Dużo pisze:

    Proszę ostrożnie z takimi oskarżeniami rzucanymi bez wiarygodnych dowodów. Wobec Beksińskiego dziwnie łatwo feruje się wyroki nieczułości, braku ojcowskiej troski, egotyzmu. Jawi się on nieomal jako potwór, który sprowadził swojego syna na samobójczy szlak. Idąc tym tropem Tomek staje się biednym chłopięciem, osiągającym wszystko dzięki temu, że się buntował przeciwko rachitycznemu ojcu. Mocno to przesadzone, a nawet zahaczające o wierutną bzdurę. Na wspomnianym przez Przechodnia filmie, nieudanym, pokazującym Tomka jako dziwoląga, neurotyka, którym bywał, ale nie był (znacząca różnica), wypowiedzi Zdzisława Beksińskiego są paradoksalnie przesiąknięte jakimś wewnętrznym bólem. Bynajmniej nie wygląda on na surowego kata oprawcę, którego obchodzi tylko własny spokój. Z pewnością istniała między obu Beksińskimi swoista więź zażyłości.Tomek wiele po ojcu oddzieczył z zainteresowań; muzyka rockowa (stary Beksiński należał do nielicznych artystów polskich rozumiejących, na czym polega ta forma przekazu), filmy czy w końcu sztuka malarstwa irrealnego. Wiadomo, że często dzielili swe pasje, dlatego w tym wypadku uprawnione jest mówienie o dziedziczeniu preferencji. Nie do końca z Beksińskiego seniora był taki oschły człowiek. A z Tomka niewiniąntko…
    ~Za Dużo, 2005-12-29 14:37

  15. Wanda Niechciała pisze:

    Nie jestem tak zaawansowana w zrozumienie przedmiotu sporu, jedynie przeczytałam „Listy” i zobaczyłam w Internecie reprodukcje, co z pewnością jest za mało, by dokonywać ocen moralnych. Natomiast można problem sprowadzić wyłącznie do lektury listów mailowych. Z nich można odczytać wizerunek samotnego człowieka, dla którego Drugi, czyli w tym wypadku młoda dziennikarka, istnieje jedynie dla starczych wspominków i autokreacji. Trudno przypuszczać, by było to skutkiem wypalenia. Przeciwnie. Malarz jest żywy, śle codziennie, a nawet dwa razy dziennie w sumie 600 listów i taki układ mistrz- adoratorka bardzo mu odpowiada. Dziennikarka nie szczędzi pochwał i dostarcza właściwie wszystkich potrzebnych mu uczuć. Nie wiem, czy trzeba tak wszystko relatywizować. Pewni ludzie posiadają pewne cechy charakteru i nie powinno się ich usprawiedliwiać w imię zasług na innym polu. Jest oczywiście jakieś zabezpieczenie w wielkości pozostawionych dzieł, które są tak genialne, tak piękne, że stanowią ofiarę i odkupienie. Ale, czy dzieła Beksińskiego wytrzymają próbę czasu to dopiero się okaże. Autor przecież sam sfinansował Muzeum w Sanoku i ludzie zainwestowali w te obrazy pieniądze. Ale to kiedyś przeminie
    ~Wanda Niechciała, 2005-12-29 17:39

  16. Przechodzień pisze:

    Niestety na takie subtelne zbrodnie dowodów bezpośrednich nie ma. Są tylko poszlaki. Sporo wyroków śmierci zapadło w takich poszlakowych procesach. Ale każdy kto przetrwał dzieciństwo, i teraz chce się dowiedzieć dlaczego jest taki do dupy, a nie dokonano mu lobotomii, jeśli natęży pamięć może z niej wydłubać sporo zawstydzających, kompromitujących i zbrodniczych czynów jakich dopuścili się na nim jego rodziciele. Rzecz jasna rodziciele nigdy do niczego się nie przyznają. Zawsze to oni są ofiarami swoich niewdzięcznych dzieci-potworów. Ich twarze wyrażają stosowne cierpienie.A ta wspomniana więź oczywiście jest, i to bardzo silna więź, ale chora, więź kata i ofiary. Więź, z której jeśli się jeszcze da, jak najszybciej należy się uwolnić, choć może się to okazać niemożliwe, jak w wypadku Tomka.
    Ale więzi tej nie należy w żadnym razie mylić z miłością. Jako kucharz (potworne jedzenie – wszystko to czego dzieci nienawidziły, a lubiły świnie brata kierowniczki) na kolonii letniej miałem okazję obserwować bezprzykładne moralno-psychiczne znęcanie się nad dziećmi ze strony tzw. wychowawców. Trudno uwierzyć, ale przy pożegnaniu dzieci płakały najszczerszymi łzami przyszłej tęsknoty. To na marginesie tej swoistej więzi.
    Ale czy swoista więź zażyłości między ofiarą i katem może być mylona z prawdziwą miłością?
    Nie życzę ZaDużo takiej zażyłości ani ze swoimi dziećmi (in spe?) ani z kimkolwiek. A niestety w moim życiu doświadczam nieustannie właśnie takiej zażyłości, takich kontaktów z ludźmi okaleczonymi, kalekami emocjonalnymi za to bujnie wyposażonymi w oschłość, egotyzm, obojętność i, o paradoksie, niczym nie uzasadnioną zarozumiałość. I bynajmniej nie widać tego po ich zupełnie normalnych i pospolitych gębach. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie reakcja ZaDużego, choć reakcja sama w sobie, zachowawcza i defensywna jest typowa i charakterystyczna dla mentalności Polaka, który prędzej czy później taką samą rodzinę założy. Mam nadzieję, że w takim razie zna prawdziwe powody tej tragedii i wie co sprowadziło Tomka na samobójczy szlak?
    Mógłbym tutaj snuć sporo donosów z własnego życia, alem nie sadysta. Gdyby nie sława, sprawa rodzinna Beksińskich też nikogo by nie obeszła. Jeśli ktoś chce się pozbyć resztek złudzeń do tzw. rodziny i przeżyć swoistą podróż w głąb, nie zawsze radosnego i beztroskiego dzieciństwa, i jeśli kogoś n a p r a w d ę interesuje jak wygląda życie codzienne w rodzinie i czym się kończy polecam na Nowy Rok „Wykluczonych” Jelinek. Nie szkodzi, że rodzina austriacka, a Jelinek była komunistka.
    Bardzo ciekawa jeszcze sprawa zabójstwa przez młodocianych. Niepojęte na jakiej zasadzie Beksiński otoczył się takim elementem, kimś kto gotów zabić dla paru fantów? Jak mógł nie rozpoznać prostactwa? Czy jest możliwy inny motyw? Motyw Raskolnikowa?
    ~Przechodzień, 2005-12-29 19:09

  17. Za Dużo pisze:

    W postrzeżeniach Przechodnia jest sporo racji, ale równie niemało uogólnień. Jak widać Przechodzień już wyrobił sobie zdanie na temat Beksów i jeśli mu z tym komfortowo, jego sprawa. Można i tak, robić ze starego Beksy monstrum, a z młodego ofiarę, własne obserwacje z tzw. życia rzutować na osoby trzecie, budując na nich rusztowania psychicznych korelacji. Przechodzień tutaj poleciał i personalnie w stronę Za Dużego, winszując mu, ni mniej ni więcej, typowo polskiego pobłażalnictwa (tchórzostwa?) i życząc (w sensie negatywnym) stworzenia równie feralnej więzi z własnym potomstwem co Beksowie. Mimo tego, nie przekonujące owe spostrzeżenia, zwłaszcza dla kogoś, kto znał Beksińskiego, przynajmniej z anteny radiowej i wiedział doskonale, że w tym cżłowieku tli się inny fatalizm niż prosty brak miłości ojcowskiej. Kiedyś w „Magazynie Muzycznym” Tomasz Beksiński napisał tekst o swoim tacie. Teraz wypada go odświeżyć. Jest to obraz ekscentryka, ale napisany z pozycji kogoś, kto sam podziela te wszystkie ekscentryzmy, ale obraz na pewno nie chłodny, nie wystylizoway, nie taki, który ktoś nakreśliłby z myślą o osobie go hamującej, krzywdzącej, nie darzącej żadnym uczuciem. Oczywiście, nic nie jest czarno białe. Ale właśnie dlatego, nie należy starego Beksę błotem obrzucać z założenia.
    ~Za Dużo, 2005-12-29 21:41

  18. Przechodzień pisze:

    Rzeczywiście nic nie jest czarno-białe, sporo syn zawdzięcza ojcu, karmił, wykształcił, a syn dobrze o ojcu mówił. Ale to są banały, to nic nie znaczy, jak te łzy kolonistów.
    Również świat zachował się przyzwoicie: nie odrzucił -przeciwnie- uznał, uhonorował wyposażył w należne miejsce i prestiż. Świata też nie można obwiniać. Skąd więc ten inny fatalizm?
    Mój syn w dzieciństwie dostawał spazmów niczym nie pohamowanego płaczu na widok szóstki, zwykłej liczby – może nieco przekrzywionej, ale nieznacznie – z metalu na drzwiach sąsiadów, ilekroć ją widział. Nijak nie dało się go przekonać, że nic ta szóstka mu złego nie zrobi, a próby oswojenia z „potwornością” tego skądinąd najzwyczajniejszego znaku dawały rezultaty jeszcze
    gorsze. Zaryzykuję twierdzenie, że Beksiński był czołowym producentem takich mrocznych i niepokojących „szóstek” i w ich to destrukcyjnej atmosferze wzrastała ta bezbronna niczym nie osłoniona dusza dziecka.
    Z konwulsyjnych reakcji się wprawdzie wyrasta i człowiek na samo wspomnienie swoich dziecinnych lęków gotów się śmiać. Ale co z nami zrobił paniczny lęk tego się nie wie. Nie wie się gdzie podziały się te „szóstki”. A przecież nawet dorosłe osoby beksińskie wizje mogą przyprawić o stany lękowe i bynajmniej nie o ten ożywczy lęk chodzi, kiedy „chcemy się bać”. A co dopiero małe dziecko. Nie wiem do jakiego stopnia ta szóstka złamała mojego syna, ale staraliśmy się mu oszczędzić traumy stąd wynikłej.
    Nie mam wątpliwości co mogłoby się stać gdybyśmy, poznawszy stymuluące działanie nieznanych mocy, zaczęli ją świadomie używać przeciwko dziecku, co niestety jest tu jest praktyką powszednią. Ale czy trzeba takie oczywistości tłumaczyć, skoro zgubne oddziaływanie wszelkich drastyczności na rozwój dziecka jest dowiedzione, a informacja o tym rozpowszechniona?
    Jeśli zostałem zdemaskowany jako uogólniacz muszę posunąć sie do mojego najogólniejszego uogólnienia zgodnego z koncepcją J. J. Rousseau, by wychowanie dzieci powierzać państwu. Unika się tym sposobem wciągania dziecka w bezpłodną i wielce szkodliwą grę psychicznych korelacji z rodzicami, przemocy, molestowania seksualnego itp. Za to całe mnóstwo korzyści.
    Ale to może dopiero jak państwo upora się z becikowym.
    No i na koniec coś osobistego. W żadnym razie nie życzę ZaDużemu inkryminowanych przypadłości. Zupełnie przeciwnie. ZaDuży jako szef partii otoczony jest tu należną czcią i nawet miłością, a jeśłi dostrzegł jakoweś nuty krytyczne pod swoim adresem czy złorzeczenia, winny temu jedynie język mało giętki wyrazić, co pomyśli głowa. A głowa myśli same najlepsze rzeczy, w tym również twórczo i miłośnie owocujące relacje z każdym kto mu stanie na drodze, jak i przyszłym potomstwem w szczególności.
    ~Przechodzień, 2005-12-30 02:16

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *