Dziennik niemiecki (2)

16 października 2014, czwartek. Nie zbliżaliśmy się nawet do pokojowego kredensu w którym kusząco wstawiono orzeszki i napoje. Nawet baliśmy się użyć czajnika bezprzewodowego, by nie dopisano nam czegoś do rachunku.
Wyciągnęłam własny i zaparzyłam przywiezioną kawę.
– Kajtek zawsze ręczniki rzuca na podłogę, by obsługa wiedziała, które były używane – rzuciłam Markowi do łazienki wieszającego ręcznik na niklowanej rączce i starannie go jeszcze wygładzając. Zmiął więc go trochę, ale pozostawił na miejscu.
Smętnie popatrzyliśmy na rowery stojące na dziedzińcu hotelu. 12 Euro za dobę. Gdyby nie deszcz, na pewno byśmy je wypożyczyli.
Były Mur Berliński przekroczyliśmy metrem kierując się do KaDeWe. Palącą sprawą było kupienie miśków.
Miśki były marzeniem młodości nie zaspokojonym przez lata. Jeszcze w pierwszej klasie liceum Ewa Lasak, a może Jadzia Kaczmarek obiecała mnie i Dance Bonarskiej przynieść jednego miśkia… Siedziałyśmy z Danką w pierwszej ławce ze względu na mój krótki wzrok, bo w okularach wstydziłam się chodzić. A one siedziały na nami w sąsiednim rządzie i miały krewnych w NRF. Obiecały, ale długo nie przynosiły. I wreszcie przyniosły czerwonego, żelatynowego miśka który wyglądał, jakby już ktoś miał go w ustach. Dzielnie z Danką przekroiłyśmy go żyletką na pół i zjadły.
Niedosyt miśka przy tak śladowych ilościach odezwał się we mnie, jak urodziłam pierwsze dziecko i wiedziałam już, że i dla niego miśki będą niedostępne.
Granica z NRD już była otwarta, ale miśków w NRD nie było. Mary, która przenocowała nas w Berlinie na czas przymiarek i kupowania u okulisty na Unter den Linden szklanych soczewek kontaktowych miała wprawdzie miśki w ogromnych ilościach, o różnych kształtach i kolorach w szafce kuchennej, ale były przeznaczone dla jej synka Krystiana i nas nie poczęstowała. Mary kupowała je po drugiej stronie Muru jadąc specjalnie po nie tranzytem.
Tutaj w KaDeWe miśki były wsypane do szuflad na obrotowych stojakach w dużej obfitości gatunków kolorów i smaków.
Saure Bärchen mit Farbstoff – odnalazłam właśnie te. – Bitte bedienen Sie sich selbst – zachęcał napis i klasyczne, czerwone miśki nasypałam do celofanowej torebki. Podeszłam do kasy i zapłaciłam 2 euro.
Tłumy ludzi snuły się po wszystkich piętrach 64 schodami ruchomymi i 26 windami. Pewnie tak samo, jak sto lat temu, kiedy zaopatrywały się tutaj w luksusowe ciuchy i smakołyki sławy Europy i Ameryki.
Pewnie dużo się tutaj architektonicznie zmieniło od czasu wzniesienia pięciokondygnacyjnego budynku z szarego wapienia dla kupieckiej żydowskiej spółki rodzinnej Adolfa Jandorfa. Po nazistach niewiele podobno zostało z secesyjnych złoconych mozaik, ale szklana kopuła mieszcząca zimowy ogród na szóstym piętrze przechowuje jeszcze klimat fin de siècle mimo stolików bez obrusów do szybkiego wytarcia. Przestrzeń zalewa białe światło przeszklonego sufitu pociętego przęsłami oranżerii, a przez ogromne półkole okna widać panoramę Berlina i na horyzoncie majaczący enerdówek ze sterczącą iglicą.
Tu chyba stołuje się o tej porze cały Berlin, bez względu na majętność. Głodni oblegają zarówno stołówkowe ciągi z tackami, jak i wykwintne mini bary, gdzie kucharze noszą wysokie śnieżnobiałe czapki i przyrządzają potrawy na oczach, a ich ceny są bardzo wysokie. A my nie jesteśmy głodni. Mamy w plecaku polskie jedzenie, które starczy nam do zmroku.
Na dworze mży, kierujemy się w stronę placu Poczdamskiego. W Sony Center pod zaszklonym niebem nie pada. Konstrukcja mająca na celu pokrycie szkłem całego podwórka sąsiadujących wieżowców tak, by nie padało, trochę niepokoi, a jednak jest to najpiękniejsze miejsce w Berlinie. Zupełnie odmłodzona zamknięta przestrzeń niegdyś poryta gruzem, potem pusta, teraz wypełniona młodzieżą i kosmiczną muzyką elektroniczną dyskretnie sączącą się nie wiadomo skąd, raduje. Być może tylko Ufo może nas uratować i to białe, bijące zewsząd światło mistyki futurologicznej otulić i oddzielić od przeszłości. Bo już za rogiem oszklonego wieżowca jest dworzec kolejowy, na którym Mary jadąca po miśki do KadeWe nie mogła się zatrzymać. Upamiętnia to kilka ustawionych w szeregu płyt betonowych w kształcie litery L, czyli późniejszy pomysł architektoniczny Honeckera. Są pomalowane w nawiązaniu do East Side Gallery murale, ale opatrzone w tablice informacyjne dotyczące Muru.
Przesuwamy się jednak dalej, przekraczamy Hannah-Arendt-Straße i wchodzimy pomiędzy 2711 betonowe stele symbolizujące sarkofagi, trumny czy może zwyczajne płyty chodnikowe, o których tak ładnie pisał Marcel Proust, że otwierają pamięć. Holocaust Denkmal magazynuje pamięć kulturową ciężarem betonowych skrzynek, podobno w środku pustych, pokrytych szlachetną szarością nowoczesnych preparatów umożliwiających szybkie usuwanie działań sprayowców, dzięki temu jest to rzadka przestrzeń, której sprayowcy nie zaanektowali.
Turystyczne wycieczki rowerowe przywożą tu wiele rodzin z dziećmi. Ubrani w przeźroczyste peleryny połyskują między stelami. Odbijają się w mokrych prostopadłościanach, a ich głowy co i rusz wychylają się z lustrzanych powierzchni. Zróżnicowana wysokość bloków, labirynty pamięci i labirynty ścieżek, gdzie można chodzić tylko gęsiego albo chodzić po ich powierzchni przeskakując wolne przestrzenie, to mimo wszystko rozrywka, a nie celebra zmarłych.
W podziemiach tego abstrakcyjnego cmentarza trwają wystawy bardziej szczegółowo przedstawiające losy Żydów, ale my już pędzimy dalej.
Bramę Brandenburską zdobywamy, jakby powiedział Kisiel, pederastycznie, bo od tyłu. Kwadryga na szczycie repliki zredukowanego do propylejów Partenonu stoi do nas zadami koni, zwrócona triumfalnie na Unter den Linden. W czasie działań wojennych Brama była jak sito ostrzelana i zdruzgotana, a rydwan z końmi całkiem połamany. Rekonstruując, odjęto jej militarnego pruskiego orła i krzyż żelazny.
Nie mogłam opanować euforii wynikłej z faktu zdobycia. Że jestem po drugiej stronie Bramy. Miałam łzy w oczach.
Mary, która zaprowadziła nas wtedy, w połowie lat siedemdziesiątych, do Muzeum Pergamońskiego i starała się pokazać nam Berlin Wschodni jak najlepiej umiała, nie mogła umożliwić nam zobaczenia Bramy z bliska. Pamiętam ten mrożący widok pilnującego jej wojska. A przecież w całości Brama była po stronie NRD.
I teraz stoimy na tej monstrualnie długiej, ciągnącej się kilometrami od Charlottenburga do dawnego Adolf Hitler Platz trasie. W dali majaczy złota Siegessäule. Tędy miały maszerować parady wojska i przechodzić pod łukiem triumfalnym o 100 m wysokości. Całe szczęście dzisiaj to trasa Love Parade, która chociaż częściowo niweluje grozę. Chora wyobraźnia Alberta Speera i Adolfa Hitlera (podobno sam zaprojektował Halę Ludową na 180 tys. ludzi z największą na świecie kopułą wysokości 290 m) generujące w ubiegłym wieku mrożące krew w żyłach projekty Welthauptstadt Germanii, których dzisiaj nie powstydziłby się władca Korei Północnej, objęła też oś Północ-południe. Kierujemy się na północ w stronę widocznej już przeźroczystej kopuły Reichstagu. To powyżej niego miała stanąć gigantyczna Hala.
Niestety, nie udało nam sie internetowo zamówić wejścia do szklanej kopuły, nie było już miejsc. Nie widać jej już po bliższym podejściu pod gmach, który oglądamy ze wszystkich stron. Tłumy stojące przy specjalnie zbudowanym dla turystów pawilonie na placu, gdzie lądowali na motolotniach szczęśliwi uciekinierzy z NRD nagle znikają. Okazuje się że dzisiaj już nie będą nikogo wpuszczać, wywiesili ogłoszenie. Proszę po angielsku stojącego czarnoskórego dozorcy, by dał mi chociaż folder. Po chwili wraca i mówi, że już nie ma w języku angielskim, są… i wymienia polski. To stamtąd dowiadujemy się, że Christo i Jeanne-Claude owinęli Reichstag w lipcu 1995, a przecież kolaż tego projektu pamiętam jeszcze z 1971 roku. Dzięki folderowi orientujemy się w pięknie nowoczesnych budowli w łuku Szprewy. To „Wstęga Federacji” łączącej obie części podzielonego Berlina. Okazuje się, że wszystkie te olśniewające zabudowania z niklu i szkła, z ogromnym kolistym oknem, to jeden obiekt Paul-Löbe-Haus przez którego powierzchnię przebiegał Mur. Użytkuje go administracja Reichstagu w 1,7 tysięcy pokojach na 61.000 m² powierzchni. Widocznie jego przezroczystość elewacji ma wpływać na transparentność decyzji polityków.
Wracamy do Bramy, gdzie Marek robi mi zdjęcie po stronie byłej NRD. Oparłam się o kolumnę, by uwiecznić moją możliwość zbliżenia się do niej, a nawet dotknięcie.
Nie odnajduję miejsca, gdzie był gabinet optyka na Under den linden. Ani tych sklepów z kolejkami, których w końcu dla mojego niemowlęcia płci męskiej nie kupiłam, bo były za drogie. Mijamy wystawne wejście ulubionego serialu mojej mamy „Tajemnice Hotelu Adlon” i wsiadamy do autobusu, który zawozi nas na Alexanderplatz. W dzień wygląda inaczej, też tłumnie, ale ludzie spieszą się i przesiadają na stacjach kolejek. Sprzedawcy z kiełbaskami za 1 euro rozpostarli już parasole nad sobą i muszą oprócz przypiętego do pasa grilla taszczyć jeszcze parasol. Zeszliśmy też, by pojeździć, gdyż już nie było czasu na chodzenie. Wsiadamy do Ringbahn opasującej całe miasto i jeżdżącej w kółko dzięki likwidacji uniemożliwiającego to niegdyś Muru. Część NRD widoczna z kolejek nadziemnych wydaje się uboższa i zaniedbana, wysmarowana rysunkami w technice sprayu. Peryferie Berlina, jak każde peryferie wielkich metropolii pełne są składowisk materiałów budowlanych, baraków, hurtowni i wszelkich industrialnych śmieci. Co i rusz połyskiwała Sprewa, albo Łaba, albo Hawela, jak się w tym połapać… Na wodach Sprewy widoczna zewsząd rzeźba Jonathana Borofskiego „Molecule Man”. Składa się z trzech ludzi kłaniających się sobie, podziurawieni setkami otworów. Ma ta rzeźba 30 metrów wysokości, jest z aluminium i waży 46 ton. Tego samego rzeźbiarza pamiętam z „Man Hammering”, rzeźby stojącej przed Muzeum w Seattle. Tamten gigant był czarny, na dodatek kuł młotkiem nieustannie.
Wreszcie dojeżdżamy do Treptower Park. Las rowerów do pożyczenia widocznie z powodu złej pogody stoi u wejścia do parku, który na forach internetowych jest teraz głównym miejscem sprzedaży marihuany.
Jednak my, by dojść do celu, pytamy starszego mężczyznę o pomnik żołnierzy radzieckich. Bez słowa wskazuje nam drogę.
Po dwóch kilometrach wyłania się wreszcie łuk triumfalny z szarego granitu „Мемориал павшим советским воинам в Тиргартене” z bukwami i złoceniami: hołd dla żołnierzy „którzy zginęli za wolność i niepodległość ojczyzny socjalistycznej”. Niżej tabliczki głoszą, że nie wolno tu przebywać ani na rowerze, ani z psem, ani na deskorolce, ani z piłką.
Idziemy już mozolnie włócząc nogami aleją Puszkina tymi gigantycznymi przestrzeniami, jakby gigantomania wróciła jak gdyby nigdy nic z marzeń artystycznego duetu Speer-Hitler.
Aleja wiedzie do trzymetrowego posągu Matki Rosji, alegorii żalu po poległych synach Ojczyzny. Wokół brzozy. Zastanawia, w którym miejscu motolotniarze wystartowali, by przelecieć Mur Berliński i wylądować na placu przed Bundestagiem. Jeden czyn bohaterski rodzi drugi czyn. Tutaj akurat chodzi o 7 tysięcy, jeśli nie więcej, trupów młodych chłopców.
Zalega tu śmiertelna cisza, mimo, że powracają tłumne wycieczki do autobusów stojących przed łukiem Triumfalnym i nadchodzą nowe. Jednak cisza jest kamienna i naprawdę grobowa.
Dalej droga wznosi się na wzgórze i prowadzi wzdłuż centralnej osi do dwóch ogromnych flag z czerwonego granitu zwróconych ku sobie. Po lewej klęczy starszy, po prawej młody żołnierz w pełnym umundurowaniu i uzbrojony w pistolet maszynowy. W dole już jest prawdziwa, totalna i syntetyczna mogiła z traw i małych żywopłotów oznaczonych pięcioma kwadratami kamiennych płyt, każda z wieńcem laurowymi.
Szesnaście sarkofagów z białego marmuru stoi po obu stronach cmentarzyska. Płaskorzeźby ilustrują Wojnę Ojczyźnianą radzieckich narodów, niemiecki atak, zniszczenie i cierpienie w Związku Radzieckim, poświęcenie i wyrzeczenie narodu radzieckiego, wsparcie Armii, bohaterską Armię, heroiczną walkę wojska, zwycięstwo.
Na każdej antykwą wypisane słowa Józefa Stalina w języku rosyjskim na lewym (północnym) skrzydle oraz po niemiecku po prawej (południowej). Cześć sarkofagów ma rusztowania i trwają nieustające złocenia liter cytatów Stalina.
Na centralnym miejscu, na usypanym sztucznym wzgórzu-kopcu, po którym trzeba się wspiąć schodami by wejść do kapliczki gdzie leżą zawsze świeże goździki i Matka Rosja Boleściwa na ścianach płacze bizantyjskim łzami złoconej mozaiki. Nad nią, na cokole, rzeźba – 12 metrów wysokości i 70 ton. Przedstawia żołnierza, który nosi miecz i tuli ocalałe niemieckie dziecko. Swastykę depcze butami. Jest Zbawicielem.
Schodzę z kurhanu. Trzeba jeszcze wrócić.
W latach trzydziestych Hitler chciał przemienić Berlin na stolicę Świata, Germanię. W czterdziestych Stalin wmontował tutaj niezmiennie pieczołowicie pielęgnowany Pomnik na planie dawnego stadionu. W sześćdziesiątych Honecker podzielił miasto na 28 lat piekielnym Murem, którego eksploatacja kosztowała NRD miliard marek rocznie. A co było w latach pięćdziesiątych, gdy myśmy się urodzili?
Już zmrok i z trudem docieramy do parkingu przy hotelu, do samochodu, którego nikt nie ukradł i nie odholował.
Wracamy Karl Marks Strase, by jeszcze rzucić okiem na to socrealistyczne przedsięwzięcie. Tak, to powstało w latach pięćdziesiątych.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2014, dziennik ciała i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Dziennik niemiecki (2)

  1. Małgorzata Köhler pisze:

    KDW, Kaufhaus Des Westens, Dom Handlowy Zachodu, widoczny doskonale z radzieckiej zony, kłuł w oczy i stał się symbolem utraconego raju konsumcji. W dniach po otwarciu granic około 200 000 obywateli DDR sparalizowało ruch przy ladach i kasach. Jakże mogłoby więc zabraknąć tego symbolu Zachodu w berlińskiej pielgrzymce.
    Piszesz: „Po nazistach niewiele podobno zostało z secesyjnych złoconych mozaik” – o ile wiem, naziści nie niszczyli i nie rabowali ‚swojego’. Po 1933 przemyślne działania banków z pomocą propagandzistów Hitlera pozbawiły wprawdzie w kilku posunięciach żydowski klan spadkobierców Hermanna Tieza (od którego początkowych liter nazwiska powstał później znany koncern handlowy Hertie) własności, nabytej niedawno od bardziej przewidującego Jansena. Przejęto Kaufhaus, (właścicielem stał się Georg Karg, wczesniej kierujący działem tekstylnym) zwolniono żydowski personal i menagerów, ale nie dewastowano; zniszczenie przyszło z góry, gdy w czasie nalotów spadł na budynek angielski samolot. Na szczęście przepiękny wintergarten na ostatnim piętrze został odbudowany.

    Po wojnie spadkobiercy Tieza odsprzedali swoje odzyskane udziały Kargowi, ostatecznie KDW przeszedł (bodaj w 1999) w ręce koncernu Karstadt, który przejął wszystkie filie Hertiego. Po odbudowie i restauracji otwarty w 1950 r. dom handlowy służył początkowo głównie jako miejsce sprzedaży tluszczu i kielbasy (!). Dopiero od 1970 przywrócono mu dawną świetność i stoiska z luksusem.

    (To przejmowanie Hertiego przez Karstadt obserwowałam w innych filiach, domy towarowe deklasowały się w oczach pod nowym kierownictwem, cud, że ta deklasacja ominęła KDW. Ale już np. ofiarą padł wspaniały secesyjny dom towarowy Hertie w Görlitz, który po przejęciu przez Karstadt bazował tylko na wyprzedażach a budynek zostal zaniedbany, aż wreszcie zamknięty; jest to budowla wyjątkowo piękna i stale mamy z jej powodu w mieście ekipy filmowe, z powodu cudownej sceniczności tego miejsca, ale jakoś od pięciu lat nie znajduje się inwestor.)

    KDW, będące prestiżowym berlińskim symbolem, ostało się na szczęście i zostało doprowadzone do dawnej świetności. Galeria La Fayette bije go wprawdzie teraz na głowę jeśli chodzi o ceny dóbr luksusowych, ale kilka pięter przeznaczonych na delikatesy oraz coroczne celebrowanie dekoracji bożonarodzeniowych nie ma chyba sobie równych w Niemczech; KDW trzeba widzieć w grudniu, gdy w hali wejsciowej kotłuje się tlum turystów z całego świata, obfotografywujących wysoką na kilka pięter choinkę, każdego roku ubieraną w innym stylu, ale za każdym razem z nieporównywalnym przepychem.
    Ale można tam też kupić za ludzką cenę przecenione trampki czy zjeść sałatę w porze lunchu; sezonowe i okazjonalne, częste obniżki cen sprawiają, że zwykli konsumenci też mogą sobie pozwolić na zakupy, a ochroniarze nie przepędzają nawet żebraków, koczujących przed sklepem, i za to wszyscy kochają KDW, a Galerię La Fayette tylko snobi.

    • Ewa pisze:

      Tak, masz rację, w tekście jest to niezrozumiałe że zniszczyli naziści, jedynie rozpętali wojnę, ale to przeskok zbyt duży.
      Ach, piszę w strachu pospiesznie, bo zadzwonili z pracowni mammografii, że wyniki są niedobre, a pamiętamy to słynne „Zobaczyć Małgo i umrzeć”…
      Mnie w tym wszystkim zastanawia to, że dzisiejsze doktoraty na ten temat donoszą, że do Polski nenerdówek jeździł się ubierać, bo mieliśmy fantastyczne ciuchy. Mam tu w ręce „Z [politycznym] fasonem. Moda młodzieżowa w PRL i NRD” Anny Pelki, która na dodatek ilustruje modę naszej młodości, na dowód, że taka fajna, zdjęciem moich szkolnych koleżanek i kolegów na str.92, którzy w dniu zrobienia zdjęcia wracali właśnie spod kościoła, w którym brałam ślub z Markiem (jaki świat mały, nie widomo, kto im to uliczne zdjęcie zrobił!).
      I autorka tam pisze, że NRD walczyło też z RFN na kolory, obowiązywały słoneczne i jasne, bo komunizm to optymizm.
      Jak się widziało Niemców nad Bałtykiem na wakacjach w charakterystycznych pastelowych kapelusikach, to pamiętam, że oni się obnosili ze swoją enerdowską modą i nie ubierali się u nas. I że walczono u nich z modą zachodnią, enerdowcy jej nie nosili nie dlatego, że ich nie było stać na zakup w KaDeWe, tylko dlatego, że nie wolno było się w tym pokazywać. Dżinsy były np. w szkole zakazane, a w pracy to tym bardziej, bo tam za tzw. morale można było pracownika ukarać, że się nie pozbierał. Słowem, nie mam pojęcia jak było, dla mnie ciuchy z Mody Polskiej były nieosiągalne, ubierałam się wyłącznie na ciuchach w Przemyślu. Ale wynika z tego, że ciuchy z Mody Polskiej, czy kolekcje Hoff były dozwolone w NRD, skoro po nie jeździli… Czyli też komunistyczny design…
      Jak się chce te czasy jakoś zdiagnozować to ciągle się wymykają. Bo jak żyliśmy, to nic nie wiedzieliśmy, a teraz piszą o tym książki i jest to w dalszym ciągu wątpliwe.
      Bo Ty to chyba znasz Berlin Zachodni dopiero od lat osiemdziesiątych, gdy już nie było tak strasznie…

      • Małgorzata Köhler pisze:

        Ewa, litości! „Zobaczyć Małgo i umrzeć”… powstało dlatego, że Romek marzył od samego początku tj od 2008 o tym, żebśmy się poznali, i tak nawet było planowane, bo wtedy jeździliśmy często do rodziny męża na Śląsk, ale w końcu nic z tego nie wyszło, bo jadąc z północnych Niemiec bylismy zwykle w drodze 10-12 godzin i z dziecmi, i już nie mieliśmy energii na postój w Gliwicach. Więc mimo kilkukrotnych umówień stale było to spotkanie przekładane, a pomysł zrealizowany niestety za późno, gdy akurat objawiła się choroba Romana. Zawał przyszedł może spektakularnie w pięc minut po pożegnaniu się, ale ogromna anemia, jaką miał Romek, i która ten zawał spowodowała, wycieńczała go ( z powodu raka) od kilku miesięcy.

        Nie zapeszaj. Wszystko będzie dobrze, na szczęście dzisiaj dzięki mammografii właśnie, wczesne leczenie umożliwia wyzdrowienie, podczas gdy jeszcze 30 lat temu w Polsce guzek w piersi to był prawie wyrok. Trzymam kciuki, może okaże się, że to w ogóle drobiazg – tak jest najczęściej.

        Wracając do mody: szok kulturowy, jakiego doznałam po przekroczeniu granicy między Wschodem a Zachodem (1985) utrwalił się we mnie kilkoma obrazkami: przy autostradzie nie było śmieci, na stoiskach mięsnych wytwornie pachniało, po zderzeniu się w ciasnych przejściach przeciwnik uśmiechał się promiennie i mówił „hoppla!”, w toaletach publicznych były marmury i wodotryski, a w niektórych knajpach drewniane byki do ujeżdżania. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie kolory na ulicy, po tej szarości i monotonii (wyjeżdżałam przecież w okresie biedy i pustek w sklepach, i jeszcze długo słaliśmy rajstopy, kawę i czekoladę na Śląsk) ciuchy w jaskrawych kolorach pink, żółcie, fiolety itp. wg. mody włoskiej, która wtedy dominowała, budziły moje gwałtowne pożądanie, zaczęłam od tego, że kupiłam kilka tiszertów w papuzich kolorach i jeansy ‚karotki’ w szkocką kratę; spodnie się wysłużyły ale koszulki wyrzuciłam za kilka miesięcy, gdy byłam w ciąży i budziły we mnie już tylko mdłości 🙂

        • Ewa pisze:

          Wpadłam trochę w panikę, bo jak pisał Broniewski „robota, tak wiele roboty, i jeszcze dziesiąty pawilon”. Że nie zdążę napisać tego, co mam do napisania.
          Tyle, że mam ubezpieczenie, w odróżnieniu od Romka.

          W Polsce za „Solidarności” już dostawaliśmy ciuchy z „darów”, czyli zachodnie. Plastycy dostawali przez Związek, góra ciuchów była w piwnicy warszawskiego kościoła i wybrałam stamtąd dużo dla mnie, bo wszystko pasowało. Ale neonowe kolory były rzadkością.
          Ty ten okres ominęłaś dzięki emigracji. Ale dzisiaj ulica Berlina nie różni się niczym od ulic nawet mojego miasta, chyba wszystkie ciuchy na świecie już produkują Chińczycy. I tylko powinniśmy się z tego cieszyć.
          Czytam teraz Justyny Jaworskiej „Cywilizacja „Przekroju”. Misja obyczajowa w magazynie ilustrowanym”, gdzie podobno tylko dzięki tej misji przestali mężczyźni nosić w Polsce lat sześćdziesiątych marynarki w lecie i spodnie na szelkach. Ciekawe, czy bez tej misji by długo nosili. Życie powszednie jest chyba silniejsze od każdej misji. Heroizm tych lat. Tak się zastanawiam, czy trafnie socjologowie opisują te czasy ciuchami (skarpetki Tyrmanda), wyciągając bardzo niebezpieczne wnioski. Dla mnie brak dostępu do literatury światowej był główną zbrodnią.

  2. misia pisze:

    Piękna instalacja świecące balony na 25. rocznicę upadku Muru Berlińskiego:

    „Z okazji 25. rocznicy upadku muru berlińskiego instalacja z podświetlanych balonów znowu podzieli stolicę Niemiec na dwie części. Ale tylko na dwa dni. Na oryginalnej trasie muru 8 tys. balonów utworzy 15-kilometrową instalację świetlną „LICHTGRENZE”. 9 listopada balony zostaną wysłane w powietrze przez tysiące wolontariuszy.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *