Dziennik miejski (14)

5 października 2014, niedziela. Dzisiaj odbywa się w naszym mieście miejska impreza rekreacyjna Silesia Marathon 2014. Andrzej chciał się z początku umówić w Silesia Center, gdzie miał powitać swojego kumpla, maratończyka z Żywca, mającego tam dobiec o dwunastej. Ale napisałam mu, że jak mamy się tam odnaleźć, nie widziawszy się dziesięć lat i na dodatek w takim tłumie!?
– Andrzeju – napisałam – dlaczego do wręczenia biuletynu biurowego z Twoimi artykułami potrzebujesz aż takiej widowni złożonej z 1000 maratończyków i jeszcze większej liczby kibiców?
I Andrzej zmienił porę i miejsce, nie ze względu na trudności spotkania, tylko dlatego, że może mieć tam problem z postawieniem samochodu. Zresztą, jak zapewniał w mailu, stoi już pomnik, widział na onecie, to razem zobaczymy.

Jechałam zatem rowerem przez puste już, leniwe ulice niedzielnego popołudnia na drugi koniec miasta do Parku Kościuszki, gdzie miał czekać na mnie Andrzej i wręczyć mi biuletyn. Biuletyny biuro jego ojca, emerytowanego dziewięćdziesięcioletniego inżyniera wydawało nieregularnie, jak się uzbierało materiałów, jednak zawsze z artykułami i wspomnieniami taty Andrzeja o jego pracownikach. Andrzej wspomnienia wzbogacał zdjęciami, przeprowadzał wywiady z rodzinami i ten cały materiał podpisany potem przez jego ojca szedł do drukarni.
I tak przyszła kolej na mojego ojca, z którym tata Andrzeja na politechnice studiował. A przyszła, gdyż tata Andrzeja czytający codziennie zaprenumerowany Dziennik Zachodni natrafił na artykuł, gdzie Związek Wysokogórski prosi o datki na pomnik po tragicznie zmarłych śląskich himalaistach. Zobaczywszy wydrukowane w gazecie nazwisko i imię syna swojego przyjaciela ze studiów, którego jako student trzymał do chrztu, bardzo się przejął artykułem. To to niemowlę właśnie otrzymawszy na chrzcie Andrzej dało też pomysł na imię jego pierworodnemu synowi, który przyszedł na świat trzy lata później i teraz na starość stał się jego najwierniejszym przyjacielem i opiekunem.
Nazajutrz tata Andrzeja wysłał na podane przez gazetę konto sto złotych i postanowił poprosić o większe datki swoje macierzyste Biuro, w którym pracował od 1956 roku do 2001 i napisać o chrześniaku w biuletynie biura oraz o jego ojcu, który przez kilka lat aż do emerytury też tam pracował.
Pomysł się rozrósł to tego stopnia, że przez tydzień słałam na skrzynkę mailową materiały dotyczące mojego brata Andrzeja, łącznie z pracą doktorską, którą po jego śmierci obronił ktoś inny, by się nie zmarnowało. Wtedy Andrzej napisał: dość, dość, przecież to tylko biuletyn, a nie książka!
Byłam wdzięczna Andrzejowi i jego ojcu, że coś zostanie po moim bracie, chociażby ten biuletyn.
Od dłuższego czasu w Wikipedii widnieje zła data śmierci mojego brata i nikt nie chce jej sprostować, nikogo to nie obchodzi i nikomu na tym nie zależy. Napisałam do organizatorów pomnika, by przynajmniej tam wykuli dobrą datę śmierci mojego brata i obiecali, że wykują dobrą.

I tak jechałam rowerem rozmyślając nad sprawami ostatecznymi tego świata. Sroki i gawrony spadały na ścieżkę rowerową z drzew znienacka, na leżące już przy krawężniku liście, by się spłoszone poderwać znowu sprzed kół roweru i wrócić na drzewa. Ja już nie miałam możliwości powrotu nigdzie, ostatnie wydarzenia w Sieci na portalach literackich, gdzie napisano „Bieńczycka ty stary rowerze”, odcinały mi nawet życie wirtualne. Jeśli już nic nie zdołam napisać, wydać, to przynajmniej zostanie ten biuletyn!

Grzejące słońce dodało mi jednak energii, kiedy niepewnie wjechałam w pierwsze ścieżki parkowe. Stanęło mi przed oczami, jak umierającemu, całe dzieciństwo.
Park był od zawsze stary, jego monumentalne parkowe schody z czerwonych cegieł porośnięte leśnym poszyciem były niemieckie, gdyż kojarzyły się z fasadami familoków koloni robotniczych, a jednak było w nich coś szlachetnego i arystokratycznego. Jechałam w górę na Wzgórze Beaty, gdzie niegdyś stała – kiedy ten park miał nazwę Süd Park – dwudziestometrowa Wieża Bismarcka, tak widocznie brzydka i dominująca, że w okresie międzywojennym zdecydowano się ją rozebrać i zasilić budulcem wnoszoną właśnie katedrę i przenieść na to miejsce drewniany kościółek ocalony ze śląskiej wsi śląskiej, mający dać początek skansenowi, pomysłowi nigdy nie zrealizowanemu.
Tu właśnie umówiłam się z Andrzejem, tu, przed kościółkiem miał być pomnik mojego brata wraz z towarzyszami górskiej śmierci. Ale nic nie stało, Andrzeja jeszcze nie było i pomyślałam, że coś pomyliłam i zaczęłam pytać ludzi, których w parku w tę piękną słoneczną niedzielę było mnóstwo. Lecz nikt nic nie wiedział, ani o tym, czy miał być i czy będzie. Spacerujący, którzy zaklinali się, że są tutaj z psami i dziećmi niemal codziennie, nie zauważyli żadnych prac związanych z wznoszeniem pomnika. Ktoś mnie skierował w dół schodów i natrafiałam na abstrakcyjne rzeźby rzeźbiarzy śląskich wykonane z betonu. Skomasowano je w jednym miejscu, gdyż swego czasu Park służył jako śmietnik wypełniany nagradzanymi w miejskich konkursach pracami rzeźbiarskimi. Wyrastały teraz z zieleni jako samoistnie mieszkające tutaj twory, nie ulegające patynie czasu i walczące przez całą wieczność z otoczeniem, by się z nim nie zespolić. Nie, tam nie było pomnika.
Wróciłam pod kościółek. Andrzej już z otwartymi ramionami stał przy swoim rowerze, w ręce trzymał reklamówkę z biuletynem.
– Włożyłem tam dla ciebie kwiatki z naszego ogrodu – szepnął romantycznie, jego pokaźne wąsy przypominające bardziej twarz Nietzschego, niż Wałęsy musnęły moje policzki.
Siedliśmy na ławce, Andrzej szarmancko przepraszał mnie jeszcze długo, że wprowadził mnie w błąd. Sam też zaczął przechodzących obok ludzi pytać o pomnik i kiedy niczego też nie uzyskał, zastanawiać się, jak mógł tak dać się zwieźć wirtualnej animacji na onecie.
Potem spytał o stan i liczebność mojej rodziny, na co starałam się nie odpowiadać szczegółowo wiedząc, że i tak wszystko od razu zapomni. Obszernie opisał za to swoją, a ja pozwoliłam mu się wygadać. Potem skierowałam rozmowę na architekturę, gdyż jako inżynier budowlany mógł mi pomóc w dojściu do archiwów architektury miasta.
– Może twój ojciec ma „Przegląd budowlany” z lat sześćdziesiątych? Spalił wszystko? Szkoda..NOT? Ale czy mnie wpuszczą do NOT-u? – pytałam. Bo Biblioteka Uniwersytecka nie. Politechnika też pewnie nie… A, by odtworzyć Koszutkę, potrzebuję przynajmniej nazwisk projektantów…

Zaczęło się ściemniać, a na ławce zrobiło się zimno. Wstaliśmy, by wracać w przeciwnych kierunkach do domów.
– Jeszcze muszę zobaczyć Wieżę spadochronową, to tam? – spytałam Andrzeja, a on zaczął opowiadać o Wieży, którą podobno przestawiono, by móc zbudować autostradę.
– 50 metrową wieżę przestawiono?
– Po wojnie miała już tylko trzydzieści.

Jak dojechałam do Wieży spadochronowej w półmroku wyglądała tak samo, jak w dzieciństwie, jak nie przestawiona. Właściwie ta Wieża słynąca z obrazu olejnego rok rocznie wystawianego w witrynie Empiku na Rynku, przedstawiająca zakrwawionych harcerzy strzelających do niemieckiego samolotu we wrześniu 1939 robiła zawsze na mnie wrażenie narzędzia do zabijania młodych ludzi. Toteż, kiedy na podwórku Edek, mój oficjalny narzeczony powiedział, że z tej wieży skoczy, zmroziło mnie to i przeraziło. I kiedy po kilku latach powiedział, że skoczył, ja byłam zakochana już w kimś innym i nie doceniłam należycie losu, że pozwolił mu przeżyć. Ale tych zakrwawionych harcerzy w takich samych mundurkach, jakie miała moja drużyna harcerska w szkole, malowanych realistyczną techniką w szarościach z silną dominantą szkarłatnej krwi cieknącej z ich piersi nigdy nie mogłam zapomnieć.
Dzięki dostępności niemieckich archiwów niedawno „Gazeta Wyborcza” po sześćdziesięciu latach po tragedii, podważyła śmierć harcerzy w obronie Katowic przed faszystą twierdząc, że ich tam nie było. Na tę wiadomość odetchnęłam z ulgą i obraz wykrwawiających się harcerzy przestał mnie nagle prześladować.
I nawet teraz, kiedy wokół wieży spadochronowej w Parku Kościuszki kręcą się jedynie zakochane pary pijące z puszki Coca-Colę zagryzając chipsami, wolę ich od malowniczego widoku spadochroniarzy, którzy pewnie tutaj w dalszym ciągu trenują skoki.

Ale dzisiaj nikogo nie było, okrążyłam radośnie wypielęgnowane klomby z dywanowymi roślinami i jesiennymi różami rosnącymi tego roku tak wysoko, że błękitna sylwetka Wieży ledwo wyzierała z poza ich czubków.

Jechałam już w noc, z reklamówki przewieszonej przez kierownicę wyzierały ceglane miechunki i fioletowe marcinki z ogrodu Andrzeja.
Poczułam się nagle tak zmęczona, że myślałam, że nie dojadę.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2014, dziennik ciała i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Dziennik miejski (14)

  1. Małgorzata Köhler pisze:

    Myślę, Pani Ewo, że porzekadło „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” sprawdza się dużo częściej, niż to zauważamy. Głupia, w zamyśle obrażliwa odzywka trolla o starym rowerze wydała bardzo ładny, poetycki efekt w postaci zakończenia tego fragmentu dziennika.

    Nawiasem mówiąc, kiedyś, na tych starych rowerach jeżdziło się chętniej, łatwiej jakby, mimo dzisiejszych usprawnień i więcej się widziało po drodze. Dzisiaj służą przeważnie trenowaniu mięśni. Szkoda, całej tej straconej romantyki 🙂

  2. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Pedałowanie kojarzy mi się jednak z pederastią, a starcze i kilkudziesięcioletnie pedałowanie stając się starym rowerem, ze starym pederastą.
    Nie wiem właściwie, co Troll w moim wypadku chciał powiedzieć, skoro jestem kobietą w czterdziestoletnim związku z mężczyzną.
    Tak teraz czytając jego działania przez wszystkie portale począwszy od e-poezji w 2005 aż do liternetu 2014 poprzez nieszufladę i rynsztok, widać, że je niszczył ciągle tymi samymi obsesjami jak homofobia, antysemityzm i skatologia.
    Ale niech Pani zauważy, Pani Małgosiu, jak można przez tyle lat być tak monotematycznym, tak się powtarzać i tak się nie rozwijać! Dopiero teraz sobie uzmysłowiłam skalę śmiertelnej nudy takich osobowości oddających dziesięć lat życia na wypisywanie właściwie cały czas tego samego!

    • Małgorzata Köhler pisze:

      Przeniesienie, projekcja? ;))

      Nie, tak nie odebralam, rower nie kojarzy mi się tylko z tymi, no, gejami 🙂 Miałam wrażenie, że jest to nawet w jakims sensie czułe. Że troll, czy też, jak Pani uprzejmie go tytułuje, Troll, docenia Pani niezmordowaną jazdę, wytrwałość na blogu czy też na trasie, a może i mu ona nawet imponuje. Z tym, że wszelkie spekulacje na temat intencji trolla są w założeniu już błędne, bo intencje te są jedynie doraźne, wraz z nickiem, portalem, przeciwnikiem zmieniają się z chwili na chwilę i dalekie są od naszej logiki.
      Jako niedobrowolna znawczyni tematu zapewniam Panią, że ówże troll wydał z siebie wiele ciekawych myśli o literaturze (i nie tylko o niej). Że jednym słowem ‚bywało lepiej’ – ale coś najwyraźniej się popsuło. Ślady po tym można tu i ówdzie jeszcze znaleźć. Podrzuciłabym Pani linki, ale nie chcę podsycać tematu. Każdy troll musi kiedyś umrzeć, nawet tak niezrozmiale długowieczny ;)) Zabija go pragnienie tak wielkie, że zapomina już czego pragnie i w ostatniej malignie wykrzykuje tylko, już bez związku i sensu, swój poszarpany, fragmentaryczny bluzg.

      Może tylko jedna uwaga: oburzenie trolli, gdy ktos ich tak nazwie, to dziecinada, no bo jak zwać kogoś, kto nie posiada twarzy, za to kilkaset nazwisk. Nie komplikujmy sobie życia, troll i tyle .

  3. Ewa pisze:

    Ach, jakże się myli, Pani Małgosiu!
    Nic nie obchodzę żadnego Trolla z moją pracą, z moim blogiem którym gardzi. Wszelkie postacie literackiego życia sieciowego służą mu za to (jak słusznie Pani napisała, to bohater zbiorowy, do Hitlera też się przyłączali nie znający Mein Kampf, jego doktryny, jego walki, lecz ci, którzy bezkarnie mogli dokopać już tym, którym chcieli, co w przedwojennej demokracji w Niemczech było niemożliwe. Na portalu Liternet pięknie to zilustrował Przemysław Mańka dokopując Pani za Pani nieprzychylny komentarz, bo wolno, bo jest już przyzwolenie).

    Komu chce dokopać Troll dzisiaj pod pozorem dbania o dobro Poezji i tropienia grafomanów?
    Jak napisał tu Robert Mrówczyński przede wszystkim kulturze polskiej, gdyż wypowiedzi o pederastii cofają nas cywilizacyjnie w mroki głębokiego średniowiecza. Podobnie z Żydami, argumenty ohydne, kompromitujące nas w oczach świta, wstydliwe, że coś podobnego wisi na portalach literackich ku ogólnemu wstydowi bez ingerencji administratorów portalu.
    Ja już się nie upominam u pani Justyny Radczyńskiej by usunęła nieprawdziwe epitety pod moim adresem, że jestem byłym esbekiem i politrukiem, skoro sama tego nie jest w stanie zrobić, nie dla mojego dobra, bo moje dobro i tak tam nikogo nie obchodzi, ale dla dobra portalu. Bo skoro nie usuwa wpisów antysemickich, proputinowskich, skoro ten portal jako taki jest, kręci się, bawiuńciają się użytkownicy na całego, wklejają tam swoją twórczość równocześnie poeci drukowani, będący w obiegu dzisiejszej literatury, to wie Pani, portal sam staje się Trollem i Trollem staje się Justyna Radczynska.

    Pani walka z Liternetem, z Leszkiem Onakiem o to, by wątki trollerskie zostawały usuwane natychmiast po ich ukazaniu się (przecież, jak długo wiszą to ich usunięcie jest bez znaczenia zaklejone automatycznie i tak innymi postami) zakończyła się przegraną, Pani odejściem i wielu innych, gdyż Trolle postanowiły odejść same nie mając kogo na portalu niszczyć. Nikt w Sieci nie zrozumiał wagi tego problemu. Nikt nie uruchomił mechanizmów naprawczych.

    Bo przecież Troll to zjawisko stare jak świat i nie ma tu nic do rzeczy nowa technologia, nowe media.
    Również wyrazy nazwane kulturowo brzydkimi to też nie żadna nowość, jedynie umowa społeczna. Słowa w pewnym kontekście nabierają pejoratywnego znaczenia, nawet tak niewinne jak sznurek czy rower. I nie są już niewinne. Znamy z literatury, że chłopczyka Ernesta Nemeczeka, którego autor Ferenc Molnár uśmierca nie na barykadach ulic Paryża w historycznych wydarzeniach, jak Gavrocha Hugo. Nemeczek oddaje życie szaro, nie spektakularnie, nie romantycznie „za Sprawę”, lecz na swoim podwórku dziecięcych zabaw, za to, że jego nazwisko napisano małą literą, że obrażono jego i jego rodzinę.

    Rozwydrzenie na polskich portalach nie ma nawet nic wspólnego z nihilizmem, o co chcą być oskarżane Trolle. Tu nie ma żadnych argumentów wyższych. To są niestety jedynie sprawy kryminalne.
    Napisałam o monotonni, bo przez te dziesięć lat Troll nie wziął książki do ręki, powtarza w kółko te same furmańskie inwektywy wypite z mlekiem matki. Witkacy popełniając samobójstwo odmówił przede wszystkim życia w świecie furmanów i szewców anektujących kulturę. No, nie każdy ma taką odwagę, by się zabić. Ja nie.

  4. harcerka pisze:

    Tu jest odpowiedź, czy zdarzenia z książki Kazimierza Gołby są prawdziwe:
    https://www.youtube.com/watch?v=UuwPKF60E-I

  5. Małgorzata Köhler pisze:

    Bardzo słuszna uwaga: „Portal sam staje się trollem”
    I to, zatrważające, że się spełnia: „Witkacy popełniając samobójstwo odmówił przede wszystkim życia w świecie furmanów i szewców anektujących kulturę.”

    – Mam wrażenie, niestety, że przyłapała tu Pani Ducha Czasu na gorącym uczynku. W każdym razie Duch Czasu nosi dzisiaj maski. To bywa coraz częściej burka, kominiarka lub maska Anonymous, ale często maska złośliwego, upojonego władzą klauna.

  6. Ewa > harcerka pisze:

    Dziękuję. Zobaczyłam.
    Pani Profesor mówi na końcu, że to legenda, ale nienawidzi Gazety Wyborczej. Ta cała awantura o nic, bo przecie lepiej, jakby tej głupiej jatki na platformie otwartej, proszącej się do odstrzału, nie było. By narody nie używały do swojej patriotycznej propagandy dzieci i jeszcze były z tego dumne (kto tak naprawdę dał broń wysłał dzieci na pewną śmieć?).
    A co się tam wydarzyło, to tylko sam Bóg wie, mogło być jeszcze gorzej, niż opisuje to Kazimierz Gołba w swojej fikcji literackiej, skądinąd ważnej książce, bo jak mówi pani Profesor, są tam wiernie odtworzone ulice przedwojennych Katowic i klimat miasta w strachu. Znam tę książkę z obowiązku jako harcerka, od dziecka.
    Dobrze, że Gołba dał dowód na to, że nie wszyscy hajlowali i na pewno tak było.
    Film według książki Wilhelma Szewczyka „Ptaki ptakom” makabryczny. Dzieci wyrzucane z platformy Wieży spadochronowej fruwają jak ptaki, mrozi krew nawet metafora, a co dopiero realizm filmu.

  7. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Tak, ma Pani rację, plugawa twarz klowna. Bo jak się pcha wizerunek Putina, to wpływu na to nie mamy. Ale dlaczego mam być dręczona przez kreatury netowe, skoro Sieć jest tak ogromna, nie ma granic i miejsca dla wszystkich jest dosyć, i to jeszcze w przededniu III wojny światowej takie duperele lokalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *