Dziennik miejski (12)

30 sierpnia 2014, sobota. Po starym szpitalu pozostały jedynie puste korytarze i sale.
– Czego pani tam szuka? Duchów? – dogonił mnie portier, gdyż okazało się, że tu chodzić nie wolno.
Wprowadził mnie do nowej windy świeżo wybudowanego nowego skrzydła szpitala, nacisnął guzik, a jego głowa na czarnym tle odbijała się od oświetlonej rzęsiście windy i znikała stopniowo w tempie zasuwających się drzwi.
Ale jeszcze nie wróciłam, musiałam zobaczyć wszystko, co mieścił nowy szpital na miarę XXI wieku, jeszcze pustawy, jeszcze pośpiesznie wykańczany. Wysiadłam z windy i weszłam do obszernej klatki schodowej zdobionej na ścianach blejtramami bez ram, obitymi kolorowymi fotografiami wydrukowanymi na płótnie. Zdjęcia przedstawiały najczęściej sceny uliczne z zabytkowego Giszowca. Na następnym piętrze ogromne portrety górników, ich żon w strojach regionalnych, ich dalszych rodzin i dzieci. Portrety starzików i dziołch były przetykane pochodami ulicznymi orkiestr dętych maszerujących na tle familoków – jakaś ukryta sugestia projektanta wnętrz szpitalnych, że chorzy nie mają stąd ucieczki, nawet jak spróbują uciec w chorobę. Koniec tego pochodu zdjęć wieńczyła kunsztowna, gipsowa, przestrzenna sentencja na ścianie:
ODDAJĄC SZACUNEK LUDZIOM I WIEDZY DODAJEMY ŻYCIA DO LAT.
Zadnie to, jak echo powtórzone w biuletynach szpitalnych i plakatach nie miało autora, i nie wiadomo było co miało na celu i co oznaczało. Nikt z chorych przecież nie odważyłby się nie uszanować nie tylko całego szpitalnego personelu, który wie, co robi, ale nawet najmniejszej drobiny materialnej tego budynku i otoczenia. Toteż zeszłam na parter, a stamtąd na obszerny park wyłożony trawą z metra, by sprawdzić, czy czegoś już nie zdewastowano. Tabliczki, tak szczodrze stawiane w minionym systemie z napisem „szanuj zieleń” zniknęły raz na zawsze, a jednak śladów nieuszanowania czegokolwiek nie było. Drewniana pergola ciągnąca się wzdłuż szpitalnego budynku pachnąca rubinową bejcą stała jeszcze naga, a rachityczne listki różanych krzewów zapowiadały burzę zmysłów dopiero w przyszłym roku. Na razie kilkudniowe klomby zakrywające wczorajszy plac budowy pokrywały białe i liliowe wrzosy. Za ogrodzeniem szpitalnym kotłował się żywioł natury, ciągnęło nawozem końskim, nie wiadomo, czy od koni, gdyż klacz ze źrebakiem pasły się pod lasem, czy z nawożonych pól, na których leżały nie zwiezione bale słomy. Ten bukoliczny pejzaż trochę rozczochrany, nie kontrolowany i urągający porządkowi kończącego się tutaj właśnie miasta, kontrastem przypominał, czym jest szpital i czym być powinien. Mówiło o tym i przypominało natarczywie każde półpiętro szpitala, zagospodarowane nie tylko wygodnymi, skajowymi fotelami stylizowanymi na lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, ale także półkami z atrapami książek. Grzbiety książek fototapety nie miały podpisów, gdyż stanowiły zbiór oprawionych jednakowo woluminów i uzmysławiały, że książki nie są do czytania, jedynie do ozdoby.
Zatopiłam więc wzrok w przepastne korytarze rozjaśniane co jakiś czas uchyleniem drzwi do sal chorych, w które wjeżdżały wózki z obiadem, by natychmiast stamtąd wyjechać i otworzyć drzwi następne. Chorzy bowiem nie wychodzili z pokojów, jakby bali się, że czar pryśnie. Cieszyli się ich wygodami, łazienkami z prysznicem i wiszącym klozetem, bo każdemu, kilkułóżkowemu pokojowi przysługiwała jedna łazienka z pieniącym się z dozownika mydłem, papierowymi ręcznikami śnieżnobiałymi wychodzącymi taśmą nieustannie za każdym razem pokręcenia pokrętłem. Czasami ktoś wychylił się, by w przestronnej kuchni zaparzyć sobie herbatę ze źródlanej wody z wielkiej butli lanej do czajnika bezprzewodowego, ale, żeby czar nie prysł za prędko, szybko z gorącą filiżanką znikał w swoim pokoju.
Biały personel bezszelestnie podawał pigułki na tacy, zapisywał coś nieustannie i pochylał się nad pacjentem i słodkim szeptem pytał: czy był dzisiaj stolec?

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2014, dziennik ciała i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Dziennik miejski (12)

  1. Robert Mrówczyński pisze:

    Ta sentencja to kompletne bałwaństwo jakby żywcem wyjęte ze stron książki Haszka. Zupełnie niesłychane, że przeszło przez wszystkie możliwe weryfikacje i cenzury, że nikt niczego durnego w tym nie widzi. Mam nadzieję, że nie jesteś w tym miejscu jako pacjent, bo takie sentencje nie wróżą nic dobrego i nie byłbym spokojny gdybyś musiała się tam hospitalizować.

  2. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    zajmują się pacjentami rewelacyjnie, to chyba jakiś plastyk projektował i wymyślił, może pasowała kompozycyjnie ilość liter do długości korytarza. Bo wiesz, oprócz mnie to nikt tego pewnie nie czyta. Ja mam nawyk, czytałam wszystkie transparenty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *