Nuda Liternetu

Film „Borgman” z ubiegłego roku Alexa van Warmerdama jest trochę podobny do „Funny Games” Michaela Hanekego, ale bardziej współczesny. W obu filmach jednak zilustrowane jest takie samo zjawisko, gdzie bezinteresownie zabija się ludzi bez sprecyzowanego powodu.

Zabijanie bez przyjemności – w przeciwieństwie do libertynów de Sade’a – w dzisiejszym świecie tzw. „sprzątanie” u Borgmana nie ma już znamion zabawy, a na taki trop naprowadzał nas jeszcze tytuł obrazu Hanekego.
Nikt do końca nie wie, dlaczego w filmie „Bogrman” zatytułowanym tak od nazwiska herszta, szefa, czy guru szajki przestępczej, wszystkie postacie filmowe tak żywiołowo i z takim entuzjazmem dążą do destrukcji bez żadnego konkretnego motywu.
Film ten nie ma na celu obnażenia stosunków społecznych, nie ma też pokazać, jak się wzbogacić, czy uwieść czyjąś żonę. Jedynym efektem gwałtów, morderstw, przemocy jest werbowanie nowych członków (w filmie dzieci i młodzież) bandy. Kończąca scena film, kiedy grupa przestępcza porzuca zniszczoną posesję wymordowanej rodziny zabierając ze sobą dziatwę zachwyconą czekającą ich przygodą, zapowiada akty zbrodnicze jeszcze drastyczniejsze.

Można ten niezwykle aktualny film porównać do zjawisk sieciowych i przeanalizować przyrównując do trollingu na portalach literackich.
Ktoś, kto tak jak ja od lat czyta portale i blogi literackie zachwycony dzisiejszymi możliwościami komunikacji między artystami nie ma pojęcia, dlaczego pewna grupa użytkowników Sieci łazi po wszystkich dostępnych miejscach, gdzie mówi się o literaturze siejąc strach i terror.
Nie mam pojęcia, kim jest Borgman w filmie, a Troll w literackiej Sieci. A jednak wiele cech wspólnych pozwala scharakteryzować te całkiem nowe zachowania naszych czasów, umownie nazwane Borgmanem.
Filmowy Borgman to ktoś przeciwny Hitlerowi, mimo, że stosuje te same środki uwodzenia, wspomaga się hipnozą i tzw. czarną magią. Ale, kiedy Tomasz Mann w „Doktorze Faustusie” martwi się o zdrowie moralne narodu w nazistowskich Niemczech sugerując, że naród padł ofiarą zbiorowej hipnozy, Alex van Warmerdam ogranicza się tylko do pokazywania beznamiętnych kadrów filmowych dowodzących, że jego mordercy to zwyczajni, wrażliwi ludzie skrzywdzeni być może przez los. Upływ czasu wypełnionego ludzką egzystencją ilustrowany jest oszczędnie. Wszystko, co się roi w bohaterach pod wpływem nacisków manipulacyjnych Borgmana i jego ekipy – jak aplikowanie środków halucynogennych czy prostego zabijania kulą z rewolweru lub traktowanie trucizną – to efekt działań mimochodem, jakby naprędce montowanych nie z premedytacją, tylko ze skutków postępującej narracji. Borgman – demiurg porusza marionetkami swojego teatru grozy uzurpując sobie prawa artysty. Mord poprzedzony jest teatrem ogrodowym, w którym grają aktorzy rekrutujący się z jego szajki i jest przeznaczony jedynie dla swoich ofiar. Borgman zatem nie ma ambicji bycia artystą w szerszym znaczeniu i przerabiania swoich domniemań filozoficznych tak jak robił to de Sade, na papierze. Borgman robi to wszystko naprawdę i dla niego i jego ludzi jest to forma istnienia.

Holenderski reżyser porzuca ubiegłowieczne metafizyczne motywy zbrodni, odkłada do lamusa Hitchcocka u którego Zło przychodziło z zewnątrz i czaiło się wszędzie. Zło u Borgmana jest zawsze wewnątrz człowieka i wynika wyłącznie z wewnętrznej decyzji bohaterów. To żona wydaje wyrok śmieci na męża i tylko przy jej przyzwoleniu Bogrman go zabija. To dzieci złaknione inności i barwności życia wydają wyrok śmierci na rodziców opowiadając się po stronie Borgmana, który jedynie ciekawiej opowiada dobranocki niż ich tatuś który je jedynie czyta odbębniając ojcowską pańszczyznę. Kuszenie, omamienie jest zawsze ciut tylko inne od świata, którym żyli dotychczas bohaterowie. Dzieciom zamiast wyjazdu do szkoły proponuje się wagary w kanałach, żonie obietnicę pozamałżeńskiego seksu, a niani seks w altance. Głowie rodziny, mężowi, na wszelki wypadek nic się nie proponuje by skamlał i kruszał w niewiedzy i dezorientacji.

Jest jakaś bezwzględna determinacja w tym filmie, gdy pasożytujący na rodzinie ludzie Borgmana opuszczają zdewastowaną posesję, by szukać nowego żywiciela. Czyż nie jest to opowieść o blogach i portalach literackich, które upadły skutkiem zagnieżdżonych tam Trolli, zaproszonych na własne życzenie użytkowników znudzonych sobą i złaknionych innego, ciut tylko zmienionego świata, niż ten w jakim współistnieją i w jakim się ze sobą kitwaszą?
I to nie jest nawet zwyczajne zło, jak pisała Hanna Arendt, ani nawet żadne Zło. Bo cóż to jest od czasu do czasu sobie poświntuszyć, trochę ponabijać się z innego użytkownika, lub sprowokować na niego polowanie z nagonką, wybrać kozła ofiarnego, prowokować lincze, dyby, tortury, masakry i wojny. Wszystko jest dozwolone, bo to przecież literatura, bo to przecież jest sztuka.
Ale, jak widzimy w „Borgmanie”, taka sztuka nie uwalnia się od rzekomych artystów.
Jest jedynie sztuką przetrwania.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2014, dziennik ciała i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

26 odpowiedzi na „Nuda Liternetu

  1. Marcin pisze:

    To, co tu piszesz, kojarzy mi się ze „Wspólnym pokojem” Zbigniewa Uniłowskiego. Właśnie skończyłem to czytać. Tam wstępującego pisarza Lucjana wyniszcza gruźlica, ale tak naprawdę towarzystwo, kawiarniana koteria, a najbardziej ten chorobliwy pokój, w którym wszyscy kitłaszą się jak grzyby w barszczu, na wzajem sobie przeszkadzając, gnojąc się, ciągnąc jeden drugiego w dół. I tam to też jest właśnie takie mimowolne. Niby nikt – no, prawie nikt – nie chce źle, a jednak wszyscy, schwytani w tę jakąś pułapkę niemożności, trują się, nie mogą tego upiornego kręgu przerwać. Lucjan w końcu umiera na suchoty, co samo w sobie jest dość melodramatyczne. Nie wiem, czy czytałaś „Wspólny pokój”, ale mnie – w kontekście Twoich obserwacji – tam jednak bardziej uderza historia studiującego prawo Bednarczyka z prostej chłopskiej rodziny, który chce do czegoś dojść, i Edwarda – takiego właśnie ówczesnego trolla – który Bednarczykowi kładzie do głowy, że ten się do nauki nie nadaje, bo ma mózg organicznie nieprzystosowany do absorbowania wiedzy. W końcu chłopak nie zdaje egzaminu i wiesza się w ustępie. Mnie w tej książce strasznie uderza defetyzm bezwyjściowości. Niby chciałoby się temu biednemu Lucjanowi czy Bednarczykowi natrzeć uszu, nakazać, żeby nie zwracali na nic uwagi i po prostu robili swoje – niby to się wydaje takie proste i oczywiste – a jednak się wie, że oni tam muszą przegrać z deterministyczną materią. Że nie znajdą w sobie siły. Sztuka i wiedza powinny wyzwalać, a jednak nie wyzwalają. I to naprawdę przejmuje grozą. No i nuda, jakaś jednak wewnętrzna pustka – ona ich też wykańcza. Z niej rodzi się mimowolne zło, które skaża dobrych ludzi. Tak samo, tylko na bardziej elitarnym poziomie, jest w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” Tyrmanda. Lepsze ciuchy i trunki, ale mechanizm dokładnie ten sam. Albo ma się talent, albo uznanie i koneksje – tertium non datur.

  2. Małgorzata Köhler pisze:

    Ryzykowne ale bardzo pociągające zestawienie.

    Filmu nie znam, traktowany jest przez krytykę jako przesłanie dla Europy, tej, która musi mentalnie uporać się z problemem ‚obcych’; przypisuje się van Warmedamowi celowe pomieszanie gatunków (SF) – dosłownie, za Michaelem Sennhauserem: „Borgman wzbogaca świat filmu fantasy o nowy gatunek istot. Na początku jest ich trzy egzemplarze, na końcu o wiele więcej. I należy się obawiać, że kiedyś staną się Legionem.”
    Oraz, również M. Sennhauser:
    „Chciał zrobić film, który będzie bardziej ciemny niż jego dotychczasowe, mówi Alex van Warmerdam. I jednocześnie podrzuci więcej pytań, niż est odpowiedzi. To mu się zdecydowanie udało, nawet, jeżeli najbliższą chyba interpretacją byłaby ta, która najbardziej zajmuje Europę: Jak możemy zachować nasze dobra, jeżeli inni chcą mieć z tego swoją część? I na jakiej pozycji moralnej stoimy, jeżeli już stawiamy sobie takie pytanie?”

    Odnoszę z tych recenzji i omówień fabuły wrażenie, że sam Borgman, przychodzący znikąd, za Sennhauserem: dosłownie z lasu, „z Podziemia”, jest stosunkowo prostą do wytłumaczenia postacią, ponieważ o coś mu chodzi: o terytorium, władzę, na co kieruje wszystkie swoje działania. Proszę zwrócić uwagę na to, Pani Ewo, że najdotkliwiej dotyka nas zło, którego przyczyn nie rozumiemy.

    Napisano tomy analizy zla, ucieleśnionego w postaci Hitlera, z roczarowującym wnioskiem, że Zło było wypadkową przypadku – dramat samej epoki, okaleczonej 1 szą wojną światową (uszkodzone miejsce i odpowiedni, wrzący czas) i postaci początkowo dobrze się zapowiadającej, z ambicjami ,ale już poza nawiasem, bez szansy, którą dała mu dopiero gra reżyserów (‚wczesny’ Hitler jako marionetka w rękach polityków), co dało w efekcie nieoczekiwany spektakl przejęcia władzy przez groźną kukłę; wreszcie współgrania zafascynowanej widowni, aż po niekwestionowaną chorobę psychiczną głównego aktora, który zakaził pół świata, zanim ostatecznie oszalał.

    Rozumiejąc poszczególne sceny nie pojęłiśmy jednak nadal wszystkich sposobów, jakimi Zło wnika w organizm pozornie zdowy (?). I to nas najbardziej przeraża.

    Myślę, (a i odnoszę wrażenie że podobnie jak Hitler, sama postać Borgmana jest bardziej zrozumiała, niż wydaje się to w momentach grozy. (Przy)nosiciele zła są stosunkowo prości do zbadania. To jak z zarazą, lekarzom zwykle udaje się poznać cechy i sposób działania wirusa. Gorzej z jego mutacjami i te niepokoją nas najbardziej.

    Tam jest taka wstrząsająca naszymi podwalinami moralnymi scena, gdy dzieci decydują się wymienić starego, zmęczonego, źle opowiadającego bajki tatusia na nowego, dostarczającego im więcej emocji. Dzicci wciągnięte w maszynerię Żła, to już nie mieści się w granicach tolerancji europejskiego widza. Pani rajonalizuje problem nazywając te powody nudą. Ale czym jest nuda, skąd się bierze?

    Wydaje mi się, że każdy poznaje nudę właśnie w dzieciństwie, wystarczy stale lub chwilowe odizolowanie, brak zabawek PLUS (to ważne) emocjonalne zbytnie uzaleźnienie od doroslych. Bo dziecko, któremu pozwala się na wolny rozwój, odrobinę samodzielności, nie ingerując w każdą jego potrzebę czy zachciankę, nawet w niesprzyjających warunkach znajdzie sobie ujście dla swojej wrodzonej kreatywności, zabijanej później systematycznie przez fatalne sposoby wychowania domowego i szkolnego. Skonstruuje zabawki, wymyśli gry, urojone światy, pozwalające mu na znoszenie chwilowych niedogodności. Jednak dziecko zbyt uzależnione nie potrafi oderwać się od narzuconego mu przez dorosłych wzorca; najbardziej nudzą się dzieci, gdy przestają nagle być w centrum uwagi (rozmowy telefoniczne matki, problemy w rodzinie, przyjście na świat rodzeństwa). Zaryzykowałabym więc, że nuda to stan, w którym indywiduum czuje się pomijane, niezauważone, a nie jest w stanie poświęcić samo sobie kreatywnej uwagi.

    Wracając do ‚sceny’, akcji i czasu, bo rozgadałam się wcześniej o faszyzmie nie bez powodu. W latach 20-tych i 30 tych Europa pełna była sfrustrowanych mas, szerzyło się bezrobocie, czym tłumaczy się łatwą zapadalność na tę niebezpieczną ideę.
    Mamy zadziwiająco podobną sytuację, jak to widzę. Mamy masy zanudzone na śmierć, mniej lub bardziej ‚bezrobotne’, złożone z ambitnych niespełnionych, kreujących się na portalach społecznościowych, ponieważ wszystko (znaczenie) wydaje się blisko a jest w gruncie rzeczy nieosiągalne. Plus rosnące podziały społeczne, nierównomierny rozklad pieniądza, nowa bieda i jej niepokojąco rosnące zastępy. Dorośli zniewoleni przez narzucany im life style. Uzależnienie od przekaziorów, stwarzających wrażenie miłości (fecabook loves you). Dorośli jak dzieci, mieszające się w każdą rozmowę, które zatraciły umiejętność zajmowania się sobą i swoim światem w kreatywny sposób. Robole przykute do maszyn, drżace na myśl o odcięciu prądu. Dorośli, uciekający w ironię jako sposób życia, klasowe błazny.

    Pani zdaje się nie ma fejsbuka, Pani Ewo, ale ja mam i nie mogę się nadziwić. Niepoważni, to tytul, który ostatnio chodzi mi po głowie. Jesteśmy wszyscy niepowaźni, społeczeństwo złozone z nieszczęśliwych, sfrustrowanych niedorosłych, nie traktujących powaźnie niczego, nawet samych siebie.

    To nie ma nic wspólnego z poczuciem humoru. To jest próba zabicia strasznej, wewnętrznej nudy, płynącej z poczucia zepchnięcia na bok gdy przecież pozornie stoi się w samym środku sceny. I to piekielnie duzo wyjaśnia.

  3. Małgorzata Köhler pisze:

    * korekta: „a i odnoszę to samo wrażenie z tego, co Pani pisze”

  4. Robert Mrówczyński pisze:

    Od uwagi Marcina tylko krok do tezy, że to nie Sieć wynalazła trolli, a trolle Sieć. Kategoria martwych nienawistników, jak fobiak czy naćpana istniała od chwili gdy ludzie bełkot zamienili w mowę, a czasami nawet w sztukę. Wpadli na Sieć szybko i się w niej zagnieździli, trafnie odkrywając jej nieograniczone możliwości niczym nieskrępowanego porażania wszystkiego swoją śmiertelną nudą i nienawiścią na niczym nieograniczonym, a wielkim i ciągle rosnącym, wirtualnym obszarze. Siła rażenia współczesnego, sieciowego trolla jest rzecz jasna nieporównanie większa niż klachy sąsiadek na porannej kawie z papieroskiem, czy plotkowania w kolejce, czy klatce schodowej dwóch pind. Jednak troll wirtualny może zająć się niszczeniem nie tylko najbliższego otoczenia, ale terenów całkowicie mu obcych, z którymi nie ma nic wspólnego. Ale generalnie to te same martwe osoby, nie obdarzone talentem, zmuszone pasożytować na otoczeniu. Mam teściową – melanż dewocji z kiszką stolcową wyedukowany polskim serialem, aktywny troll życiowy, którego celem jest niszczenie własnej córki, nienawidzący sztuki, twórczych postaw, zajmujący się obmawianiem, dezawuowaniem, rozdzielaniem etykietek moralności, nieustannie kłamiącym, a to wszytko w sosie mizoandrii itd itp., w każdym razie nic diabelskiego i spiskowego. Zwykłe zło, niemal katolickie, mające się za dobro – jak w sieci. Całe szczęście, że Sieć przekracza jej możliwości. Ale inni, niestety trudności pokonali i się dalej mnożą w Sieci.
    Każdego w życiu troll prześladował, a jak nie, to będzie. Teraz doszły trolle dodatkowe, sieciowe, które nienawidzą bezinteresownie i bezosobowo i to jest cena jaką trzeba płacić za poszerzenie możliwości życiowych.

  5. Ewa > Marcin pisze:

    witaj Marcinie, mogę dopiero pisać tutaj po obiedzie.
    Tak, znam Uniłowskiego, to genialny pisarz, ale Borgman jest jednak zjawiskiem całkiem nowym i nie zgadzam się z analogiami. Myślę, że coś musiało zajść w cywilizacji (co np. opisał Baudrillard), by epoka Borgmana nastała i nastała epoka Trolli. Bo wiesz, tam w tej kotłowaninie nędzy międzywojnia (dlatego tak chętnie ten jako lewicowy utwór sfilmowano w latach pięćdziesiątych z Gustawem Holoubkiem w roli Dziadzia), właściwie nie było wyborów, homoseksualizm musiał być ukrywany, bo nie wpuszczano na salony raz na zawsze, a artystom tylko zależało na salonach, widzisz jakie tam oni mają marzenia i jakie aspiracje łącznie starym chłopem uczącym się na prawnika. Tam trudno przetrwać z powodu nudy, ale z braku pieniędzy i nadmiaru prątków gruźlicy.
    Natomiast dzisiejszy trolling jest czymś innym i nie metafizycznym, nie ma nic wspólnego ani ze Złem, ani z Dobrem. I pozornie tylko chce coś odsłonić obnażyć, udowodnić. Nic podobnego, to są preteksty.
    Wiesz, eksperyment z Hortensją Nowak był zupełnie innej natury, niż trolling, który chce, by wszyscy o podwójnej osobowości stawali się zaraz Trollami.
    Widzisz, Ty pierwszy na fejsie usunąłeś Hortensje Nowak z listy znajomych, potem zrobił to Jarosław Trześniewski, a wątpię, by kiedykolwiek przekroczyła zasady dobrego wychowania. Pamiętam upomniała się u Leszka Onaka o prawa dla Naćpanej, bo były to początki dopiero jej banowania na tym portalu.
    Myślę, że to taki sposób na życie i nic więcej. Może łagodzi to stany lękowe. Jedni radzą sobie alkoholem, papierosami, narkotykami, inni psychotropami, a jeszcze innym służy Internet jako worek treningowy. Jakie lęki epoki, takie środki łagodzenia.

  6. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Pani, Pani Małgosiu czytała pewnie po niemiecku, ja starałam się odczytać wszystkie strony anglojęzyczne, może coś źle zrozumiałam, ale autor według wywiadów nie zakazuje żadanych interpretacji, jednak się zastrzega, że „Borgman” nie jest przeciwko klasie średniej, nawet jak padają tam takie kwestie z ust Mariny.
    O tym, że to o innych w Europie, przyznam, nie napotkałam nigdzie oprócz polskiego filmwebu.
    Obstaję w dalszym ciągu, że w dzisiejszym trollingu nie ma żadnych powiązań z epokami minionymi. Jest to zjawisko całkiem nowe i o tyle stare, że na pewno Sieć rosyjska jest bardziej obleśna chociażby z tego powodu, ze język rosyjski wyrazy niecenzuralne ma na wyższym poziomie rozwoju.
    Ja bym szukała przyczyn nie tylko w frustracji niespełnionych pragnień, jak Pani napisała, ale też, jak napisałam, a pani Emilia się oburzyła, spadkiem z poprzedniej epoki, kiedy społecznie było nagradzane donosicielstwo, ukrywanie się pod pseudonimami, werbowanie konfidentów, a przede wszystkim skłócanie na wszelki wypadek wszystkich ze wszystkimi. I nie tylko chodziło o więzi rodzinne – bo jeśli rodzice nie współpracowali z opresyjną szkołą to skrupiało się tylko na dziecku. Nie było raczej wyjścia w systemie totalitarnym i te sposoby przetrwały, mimo, że nie ma takiej potrzeby. Być może przyczyną jest nuda, strach wewnętrznej pustki każe zapełniać ją tym, co się zna, czyli opresją. I jak napisał wyżej Marcin, łatwiej jest robić burdy niż wytwarzać wartości, bo się talentu nie posiada, a chciałoby się zaistnieć.
    Ale uważam, że trzeba poszukiwać przyczyn, nim się przystąpi do wklejania wierszyków na portalu. Bo z tego co teraz widzę, na Liternecie Trolle nagradzając grafomanię i wyrzucając z portalu jaśniejszych użytkowników dążą do tego co zrobili na nieszufladzie, by cały czas produkowali się grafomani i wypełniali wszystko swoją bezbrzeżną nudą.
    Niestety, nie mam konta na fb, zaglądam czasami przez konto męża, ale nie mam też na to nawet czasu, a co dopiero tam być i rozmawiać. W przyszłości na pewno założę, bo to wspaniałe narzędzie, jak Pani pisze, poznawcze, ale teraz nie mam możliwości.

  7. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    Też tak odbieram osobowości Trolli, szczególnie te żeńskie. To zwyczajne seduchy, maglary, zwykle baby kolejkowe ze stanu wojennego, rozpychające się, wrzeszczące ordynarnie na te, co się pchają bez kolejki i udają że są w ciąży.
    Zdumiewa Robercie i boli, że taka naćpana, kobieta światowa, znająca obce języki, dostaje wizę do Stanów Zjednoczonych i wywozi to wstydliwe polskie chamstwo za ocean. Byłam w Nowym Jorku i przeszłam cały Manhattan, wszystkie te małe państewka osobnych nacji, i nikt, dosłownie nikt w czasie całodziennego spaceru nie odezwał się wrogo do nikogo, nikt się z nikim nie kłócił i nikt nikogo nie obżarł. A tu codziennie na portalu non stop wygrażanie i inwektywy.
    Już rzeczywiście, niech tutaj na polskiej ziemi się wypróżnia, byleby nie przynosiła wstydu tam, bo jak to odkryją to i nawet już nie będzie obietnic dostania wiz, a co dopiero ich otrzymania.

  8. Robert Mrówczyński pisze:

    Czy jest jakieś potwierdzenie tej światowości naćpanej, znajomości języków (ilu?) i pomieszkiwania w NYC? Wiadomo, że takich dowodów być nie może, bo to troll, czyli byt anonimowy, lub sfabrykowany, więc z założenia niewiarygodny. Nota bene ten aspekt ich działalności musi im być dolegliwy, ponieważ w końcu są ludźmi i też – z naturalnej potrzeby psychicznej – pragną być prawdziwi, ale nie mogą.
    Niestety Tam już wiedzą, już znają prawdę o Polakach, więc apel Twój już nic nie da i dlatego obowiązku wizowego nie zniosą. Osobnik „naćpana” już tam się wypróżnił, choć myślę, że to przechwałki. Wątpię czy tam ma jakiekolwiek możliwości niszczenia. Oni tam zazwyczaj na zmywaku, przy produkcji maty szklanej, albo azbestu i mogą zaszaleć na Greenpoincie co najwyżej.

  9. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    miejmy nadzieję, że NY naćpanej to mistyfikacja, zresztą przyjaciółka portalowa Taki tytoń KasiaBallou zwalcza emigrantów i chyba by takiego świństwa przyjaciółce nie robiła. Bo jakby co, to sromota i wstyd wielki.

  10. Marcin pisze:

    W sieci nie ma nic, czego nie byłoby poza nią, w tworzących ją ludziach. Sam trolling może i faktycznie jest zjawiskiem nowym, ale zakorzenienie w poprzednich epokach jednak, jak sama Ewa wykazuje, ma, tyle tylko, że dzięki sieci zmutował do obecnej postaci, ujawnił niespotykane dotąd możliwości. W tym sensie sieć jest zarówno lustrem, jak i katalizatorem zachowań. Być może Ty, Ewa, miałaś – a może i po trosze wciąż masz – nazbyt utopijne mniemanie o Sieci jako o cudownym narzędziu, które ulepsza rzeczywistość. A to tak nie działa, bo i sieć nie działa w oderwaniu od ludzi – tak jak w oderwaniu od ludzi nie istnieje wolność, która sama w sobie stanowi pewien potencjał, ale dopiero my możemy ją zagospodarować. No i wnosimy wszystko, czym nasiąkliśmy, a idea musi zostać z tym skonfrontowana i na ogół się w tym procesie brudzi. Jak każda idea zresztą, gdy zaczyna się wcielać w życie. Czy nie było tak z marzeniami o wolności za czasów PRL? W końcu nadeszła i dziś wielu narzeka, że nie umieliśmy z niej skorzystać, że z jednego zniewolenia oddaliśmy się w inne, kapitalistyczne etc.

    A co do sprawy Hortensji Nowak, skoro ją wywołałaś. Teraz, gdy patrzę na tamte wydarzenia z pewnego dystansu, już wiem, dlaczego ją usunąłem. Nie, nie chodziło o żadne przekroczenie zasad dobrego wychowania. Raczej o to, że ona usilnie apelowała do mojego sumienia, a ja chciałem ten głos wyciszyć, bo był mi niewygodny, bo nie potrafiłem zrozumieć, czemu stawia mi wymagania, bez przerwy do czegoś wzywa.
    Widzisz, historię moich przygód z literacką siecią można by streścić następująco. Jest sobie taki dwudziestoparoletni facet z niedużego miasta, który coś tam pisze. Pisze od dawna. Chce to w końcu pokazać, gdzieś zafunkcjonować, zacząć być, bo jednak nie pisze tylko dla siebie. W tzw. „środowisku” nikogo nie zna, nie ma dojścia do pism ani wydawnictw. Co robi? Zwraca się do Internetu, bo to łatwe, stosunkowo tanie i powszechne narzędzie. Zakłada blog, ale to miejsce samotne, a nasz bohater za bardzo nie wie, jak pozyskiwać odbiorców. No i dowiaduje się (na przykład od Ewy Bieńczyckiej), że jest jakiś Truml, jakiś Liternet. Rejestruje się, zaczyna wrzucać utwory. Zaczynają go czytać, komentować.
    Ale bohater dość szybko orientuje się, że tam nie chodzi po prostu o wystawianie swoich prac. Bo znacznie mniej ważne niż one jest to, gdzie je wkleja, i kto staje się jego „przyjacielem”. Po prostu odkrywa, że toczy się gra, walka o wpływy, w której sama twórczość znaczy jak najmniej. Staje zatem przed dwoma możliwościami: wejść w grę, albo działać pomimo niej, tłumacząc sobie, że przecież i tak w ostatecznym rozrachunku najważniejszy jest akt komunikacji, a te różne utarczki to tylko taki sobie folklor.
    I oto zjawia się Hortensja Nowak, która udowadnia mu, że choćby nie wiem jak zaznaczał swoją autonomię, i tak jest przedmiotem w tej grze. Wymaga od niego, żeby – skoro już zgłosił akces do gry – zajmował stanowisko, zauważał niegodziwości. Zżyma się, kiedy nie zareagował na czyjąś krzywdę albo sam komuś ją wyrządził jakimś głupim słowem. On irytuje się, bo przecież jednak nie spędza życia przed ekranem, nie może, choćby i chciał, zareagować na każde zło, a jak już po niewczasie do miejsca rozgrywania się tego zła dotrze, to dziwnie mu się raptem wciąć, bo wyjdzie na kretyna i jego sprzeciw zostanie wyśmiany.
    Nie chcę tu brzmieć, jakbym się usprawiedliwiał. To jest próba chłodnej analizy pewnego wycinka mojej biografii. Oczywiście naskórkowa. Trochę czasu musiało upłynąć, nim – wskutek wydarzeń niezwiązanych bezpośrednio z Hortensją Nowak czy literacką siecią – zrozumiałem, że w grze się uczestniczy, bez względu na to, czy się tego chce. Odmowa tego to tak, jakby zacząć udawać, że nie istnieje rzeczywistość.

    Szkoda tylko, że większość tego zła w sieci bierze się z tak trywialnej i bezinteresownej pustki tych, co je wyrządzają. Tu, nawiasem mówiąc, uwagi pani Köhler o psychicznym i społecznym podłożu tych zachowań dość intrygujące.

  11. Ewa > Marcin pisze:

    Według mojego oglądu dzisiejszej rzeczywistości, to jedne rzeczy są odwieczne, a inne nowe. Odwieczna była u artystów taka fala wojskowa, najczęściej bardzo kulturalna, nazwana na liternecie w „białych rękawiczkach”. Przybysz na plener malarski, jeśli nie był profesorem uczelni, czyli nie miał dostępu do chałtur i galerii państwowych, zostawał obwąchany i robiono natychmiast rozpoznanie, kto zacz. Jeśli był ładny, zaczynało się z miejsca molestowanie seksualne, jeśli bogaty, przyjechał własnym samochodem i się chwali majętnością, to naciągano go, by się wkupił. Rzez ta najprawdopodobniej jest na portalach, w każdym razie była na nieszufladzie, gdzie natychmiast oddzielono tych z możliwościami od tych bez.
    Sztuka we wspólnotach artystycznych nie ma żadnego znaczenia, o tym jest wspomniany przez Ciebie „Wspólny pokój” Uniłowskiego. Każdy z tych bohaterów pragnie jakoś się ustawić w życiu i wspólny pokój to przecież konieczność niezamierzona. Blog literacki jest lepszy od wspólnego pokoju, jakim jest portal, bo masz nad wszystkim kontrolę i nie wytracasz czasu. A i minusy są, o których napisałeś. Ale od wieków artysta był sam, lub tworzył grupy pokrewnych sobie osobowości. Teraz dopiero dowiedziałam się, że na blogu Trojanowskiego kobieta, która została wprowadzona w trzecim dniu jego funkcjonowania od początku nienawidziła mnie z całego serca i wytrzymała ze mną dwa lata! Ja, jak kogoś nie lubię, unikam go jak ognia, nigdy nie odwiedzam kogoś, kogo nie lubię! A tu dzień w dzień non stop obcowanie z osobą, której się nie lubi! Przecież z tego można raka dostać! I to nie tak jak na etacie, gdzie nie masz wyjścia, ale w Sieci, za friko, nieprawdopodobne!.
    Leszczek Onak zrobił blog umożliwiający rozmowy z ludzi, którzy się lubią i zabieranią głos w osobnych wątkach kiedy mają takie pragnienie. Ale jak się pojawia antysemita, rasista, nienawistnik wzywający do zbrodni musi zareagować cała społeczność!
    Portale literackie to pomoc, jak psychotropy, nie leczą, ale ułatwiają życie. Konfrontacja jest pożądana, bo człowiek to byt stadny. Mnie to jest potrzebne i ubolewam nad schyłkiem portali literackich. Ale jestem zbyt słaba psychicznie, by się tam bić. Przeszłam już swoje „portale” w życiu i mam serdecznie dość. Niech robią to inni.
    A trzeba robić swoje bez względu czy jest Sieć. Trzeba mieć utwory i trzeba pisać nowe bez względu na wszystko, jeśli jest taka wewnętrzna wola. Ja będę pisać póki będzie się dało, na razie mam trudności życiowe, ale tak naprawdę, kiedy ich nie ma…

  12. Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Ewo, w niemieckiej sieci (fakt, bywalam jedynie na portalach literackich) nie znalazłam tak rozpowszechnionego zjawiska trollingu, a angielskie fuck i jego odmiana jest najgorszą wrzutką słowną, używaną zresztą głównie przez mlodzież, poza tym nie widać potrzeby wylewania z siebie publicznie treści obscenicznych i fekalnych. Ponieważ duża część niemieckiego spoleczeństwa to Ostdeutsche, zdecydowanie bardziej dotknięci mentalnie przez komunizm, cytuję Panią: „spadkiem z poprzedniej epoki, kiedy społecznie było nagradzane donosicielstwo, ukrywanie się pod pseudonimami, werbowanie konfidentów, a przede wszystkim skłócanie na wszelki wypadek wszystkich ze wszystkimi.”, a problem powszechnego donosicielstwa i współpracy ze Stasi był o wiele większy w DDRze niż w Polsce, jakoś jednak konsekwencje tego nie przeniosły się w tej formie do sieci , nie w tym szukałabym więc tropów, dlaczego właśnie w Polsce trolling znalazł tak żyzne podloże, chamstwo zdominowało życie publiczne a intelektualiści albo siedzą cicho pod jego butem, albo popiskują cicho i bez przekonania.

    Niestety jest mi ogromnie niezręcznie jako emigrantce wypowiadać się na ten akurat temat, bo do licznych pomówień hejterskich zaliczyłam już i te sugerujące niechęć do kraju. Poza tym przeżyłam szok, wchodząc do polskiej sieci w 2008, to był mój właściwie pierwszy po ponad 20 latach większy kontakt z Polską, i do dzisiaj jeszcze się nie otrząsnęłam ze zdumienia, ani nie znalazłam odpowiedzi na wiele pytań. Za mało wiem po prostu.

    Ale czuję, że jednym z tropów mogłaby być totalna nieufność, poczucie, że inni dookoła kombinują, są źli, źli od urodzenia (filozofia Trojanowskiego) w związku z tym nie obowiązują żadne prawa (za wyjątkiem tych tylko, które mają moc sprawczą), a wszystko należy wyrywać sobie na siłę i wszystkie chwyty są dozwolone.

    W moim odczuciu polska sieć to jeszcze dziki Zachód, który dopiero zaczyna się organizować w ruchach samoobrony, ze wszystkimi ich zwyrodnieniami, (władza ‚obywatelska” bywa bardziej niebezpieczna niż tyrania, o czym wiemy najpóźniej od czasu obu wielkich rewolucji) do których należy niestety również lincz, gapienie się na lincz, trzymanie się w kupie po stronie silniejszego oraz wyrzynanie czerwonoskórych.

    Mam jeszcze parę przemyśleń na temat samego ‚trojanizmu” czyli w moim odczuciu zjawiska dobrze ilustrującego załamanie się obowiązującej wcześniej etyki (a skoro poruszenie przez Panią jego „nieświętej wirualnej pamięci” wywołało takie reperkusje, jak oburzenie na Rynsztoku czy groźby trolli na Nieszufladzie, oznaczałoby chyba, że ‚Trojanowski i jego idee wiecznie żywe” 🙂 ale zachowam te uwagi ewentualnie na później, żeby nie mieszać zbytnio w wątku, no i może ktoś zechce pójść w dyskusji tym wyżej podrzuconym przeze mnie tropem totalnej nieufności, jako przyczyny choroby trollingu. Ja, jak napisalam, „nie mam takich kompetencji” bo czuję, że ciągle za mało znam miejscowe, poprzednie realia, znajdujące swoje odzwierciedlenie teraz w sieci.

  13. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    no właśnie, najprawdopodobniej nie zna Pani piekła artystów PRL-u, u plastyków już na studiach wszyscy utopili by każdego w łyżce wody w zamian za otrzymanie do napisania transparentu na pierwszego maja, za który płacono i od litery i od metra kwadratowego, to były niebotyczne pieniądze dla studenta. Chłopcy potrafili pójść na pochód pierwszomajowy tylko za to, że dostawali do potrzymania blejtram z płótnem i mogli go sobie zabrać do domu potem i przemalować. Nigdy nie byłam na żadnym pochodzie, bo jechałam wtedy do domu, ale żeby złamać artystyczną duszę naprawdę wystarczyła przysłowiowa już „torba z Pewexu”. Słusznie Ola Opalińska zauważyła, że nie chcą Pani na liternecie, bo Pani ich przewyższa i demaskuje ich małość. W PRL-u zawsze wygrywał gorszy.
    Wie Pani, nie wiem, czy to zapoczątkował Trojanowski, bo ja nie czytałam portali, uwikłałam się w blog i czytałam tylko „kumpli”, nigdy „rynsztoka”, a po kilku próbach na nieszufadzie, gdzie na dzień dobry mnie skopano, już nie miałam odwagi tam być. A z Trojanowskim z początku myślałam, że to są narzędzia, by rozbić monopol konkursowo nieszufladowy, który prawdę mówiąc nie dawał się inaczej ruszyć. Ale jak się okazało, cel był zupełnie inny, co widać było w fazie ostatniej, po pogaduchach Knapa, Borowskiego i Trojanowskiego, pogaduchach bardzo jałowiejących z dnia na dzień.
    Prawdą jest, że język obsceniczny eskalował z roku na rok i potem się jakoś wszyscy przyzwyczaili i uznali, że tak ma być. Zresztą, Stasiuk w wywiadach telewizyjnych co drugie słowo mówił kurwa i być może to był nawet nie tyle szpan, co nakaz środowiskowy. No a naćpana z lokatorem to faktycznie na początku odgrywali się za banowanie, a teraz to już jest tylko sport i rozrywka. Wyglądałoby to na syndrom Robin Hooda, ale najprawdopodobniej jest tak jak napisał Marcin, że nie potrafią nic innego, że nie potrafią tworzyć, jedynie burzyć i psuć zabawę.
    A nieufność? Ja ufam, przykładem jest ten watek po pogróżkach nieszufladowych.

  14. Małgorzata Köhler pisze:

    Acha, Pani Ewo, to o czym pisze Kasia Ballou, ten niby trolling w białych rekawiczkach, to żadne „obwąchiwanie nowego” czy fala, jej chodzi o rzekome niszczenie (głównie przeze mnie) wielkich a bliżej nieokreślonych talentów, w tym jej. Nie może mi darować ostrego skrytykowania jednego z jej wierszy, bardzo merytorcznego zresztą, a że pechowo zrobilam to z innego, używanego w tamtym czasie z powodów prywatnych nicka, (miałam 2 na liternecie a ona jakoś nie poznała, chociaż się specjalnie nie kryłam) zarzuca mi trollowanie i żadne tlumaczenia, linki ani argumenty nie trafiają do niej, poprzysięgła mi zemstę i koniec.

    Tam z nowymi jest raczej inaczej, nikt się na nich nie rzuca, a raczej omija, bo w każdym może kryć się bluzgający troll, sama Naćpana wkleja nieraz z kilku nowych nicków dziennie. Nowy delikwent musi się dopiero wkupić, okazać się spolegliwy, dostosowany, aby go komentowano. Ja, od kiedy przyjęlam metodę, że komentuję tylko to, co mnie interesuje, nie miałam specjalnie tych problemów bo po prostu ludzi oceniam po tekstach, co ma też swoje złe strony (można przegapić sympatycznego, niezbyt zdolnego człowieka) – no ale w końcu chodziło mi przecież o wymianę myśli z ludźmi inteligentnymi i twórczymi, a nie sympatycznymi 🙂

    Efekt jest taki, że komentują się nawzajem zasłużeni lub sympatyczni, a teksty nieraz dobre, ale autorów ‚obcych’ wiszą z zerową liczbą komentarzy i opinii.

  15. Małgorzata Köhler pisze:

    Ja mam, Pani Ewo, jeszcze inne, dość specyficzne doświadczenia z PRLem, bo widziałam od dziecka różne rzeczy jasno i od zawsze byłam w silnej wewnętrznej opozycji wobec wszelkich przejawów grupowych wzyrodnień; (nie chwaląc się, odważyłam się odrzucić szturmówkę i pomaszerować ostentacyjnie w przeciwnym kierunku niż moja klasa na pochodzie 1 go Maja w wieku lat 17 tu, i nie wylecialam za to ze szkoły) bo to zaczynało się już od szkoły, pranie mózgu i dominacja pospolitości.
    A z drugiej w Kielcach, gdzie dorosłam, nie było ani wczesnej aktywnej opozycji, ani jakiejś strasznej kolaboracji z ustrojem, ani wyszarpywania sobie nawzajem z pysków. Znałam bardzo dobrze kieleckie środowisko plastyków, aktorów i literatów, najbardziej skłóceni byli aktorzy (ale to chyba przypisane do tego zawodu, drobne zazdrostki i kopanie dołków) lecz kieleccy plastycy pomagali sobie wzajemnie i dbali, aby każdy miał zlecenia czy miejsce do pracy (wiem, jak wspomagano mojego przyjaciela, który spalony, kompletny życiowy bankrut przyjechał do Kielc z Krakowa po rozwodzie) a literaci tworzyli o dziwo zwartą grupę, gdzie kłótnie, oczywiście stale obecne, nie osiągały nigdy natężenie dzisiejszego hejsterstwa czy mobbingu.

  16. Małgorzata Köhler pisze:

    Fakt, później na Śląsku, gdzie krótko mieszkalam, to już inaczej wyglądalo, kupowało się ludzi na wszelkie mozliwe sposoby. Ale tam była za to i opozycja, i dobre tradycje wolnościowe i konspiracyjne.

  17. Małgorzata Köhler pisze:

    Jeszcze jedna rzecz – wspomniala Pani, że ktoś tam napisał, iż dlatego mialam wrogów na liternecie, że „ich przewyższam i demaskuję ich małość”. Nie interesowało mnie wcale demaskowanie ludzi, po prostu jakoś tak było, że zawsze w grupie, gdzie bylam, polaryzowały się postawy, różne, te dobre też, no ale przy okazji część niefajnych także się ujawniała. Nawet kiedyś ze smutkiem odparlam jednej z atakujących mnie użytkowniczek, że nie „obdzieram, nie patroszę, że to się smo patroszy”, i że mnie to martwi.
    Dla mnie Liternet to bylo pewne ważne doświadczenie. Miałam mozliwość zaobserwowania, jak łatwo da się uruchomić najładniejsze ludzkie cechy – solidarność, współczucie, gotowośc do zrywu nieraz ponad własne możliwości. To było przy okazji tragicznego umierania Romka Knapa. Oczywiście przy tej okazji wyszło też wiele róznych niefajnych spraw, zarzucano mi lans, potem przypisywano na siłę rolę organizacyjną w projektowanej fundacji, a gdy ją odrzucilam, mając zresztą dość kreowania mnie na człowieka, którym nie jestem, atencja wobec mnie (dosłownie, to była momentami atencja, dostawałam tyle pochwał, że bałam się otwierać skrzynkę mailową) zwróciła się nagle przeciwko mnie, no bo coś przecież musi być ze mną nie w porządku, skoro nie mam ochoty być everybodys darling; wkalkulowałam to zresztą i nie przejmowałam się, bo nigdy nie dążyłam do jakiejś tam roli przywódczej, mimo, że mi to zarzucano. Złośc tłumu, gdy osoba ‚na scenie’ nie gra wyznaczonej roli, albo robi wręcz rzeczy nieprzewidziane, bywa dziecinna ale i groźna; te same osoby, które wcześniej zaprzyjażniały się ze mną na siłę, wieszały na mnie psy itd. Mnie to zresztą głównie bawiło, chociaż przyznam, że momentami traciłam panowanie nad sobą, gdy stykałam się z jakimś wyjątkowo wyrafinowanym świństwem.
    Ale, jak mówię, nie czuję specjalnie rozczarowania, bo niczego się nie spodziewałam, wiem, jak łatwo, blisko od miłości do nienawiści, od pięknych czynów do niskich; człowiek nosi to wszystko w sobie, a im mądrzejszy, tym częściej się zmienia i sam za siebie odpowiada.

    Natomiast Zło, prawdziwe Zło, wywołuje się jak duchy uporczywym oczekiwaniem, dążeniem, co robił Marek Trojanowski, i o tym jeszcze mam kilka przemyśleń, ale wkleję je chyba w tym poprzednim wątku, skoro już tam został MT wspomniany.

  18. Ewa pisze:

    w 2009 mieliśmy na osiedlu innego operatora Internetu i inne IP.
    Ale to wszystko głupie. Oj, jak się nudzi.

  19. misia pisze:

    nie zastanawia Cię, skąd ten Człowiek jest w posiadaniu Twoich prywatnych listów do Marka Trojanowskiego, skoro on nie żyje? To jakaś rodzina?

  20. Ewa > misia pisze:

    Zastanawia misiu, zawsze odrzucam myśl, że to sam Trojanowski, bo chcielibyśmy, by ludzie, którzy stawali na naszej drodze byli jednak na poziomie.
    Przełamując wstręt przeczytałam i tam jest informacja, że list dotyczy czasu po roku, bo piszę tam, że rok ciężkiej pracy. Czyli, że jeszcze rok tam pisałam i to była któraś z prób odejścia, po której Marek błagał mnie, bym została.
    Nie mam kiedy zajrzeć do archiwum, bo właśnie gotuję obiad, a wieczorem chcę wreszcie dać notkę o „Człowieku Śmiechu” Wiktora Hugo. Jest taka przepiękna literatura na świecie, tyle chciałabym jeszcze przeczytać, tyle wspaniałości, a to wszystko misiu to bzdura, kogo teraz to wszystko interesuje i to, kto kogo wyrzucił z bloga. Widać boli, skoro tak się przejmują i szperają mozolnie w upalną, sierpniową niedzielę, zamiast pójść na spacer i łapać ostatki pięknego lata.

  21. Robert Mrówczyński pisze:

    W odróżnieniu od Pani Małgorzaty zdecydowałem się obejrzeć „Borgmana”, który jest rzekomo przesłaniem dla Europy lękającej się inności. Nota bene film na filmwebie ma opinię „niezły”, co jest oceną jedynie o oczko wyżej od oceny najniższej, a co jest kolejnym przejawem aktywności i czujności wszechobecnych trolli.
    Jeśli ten problem istnieje – problem inności – to z pewnością nie w Europie, przynajmniej tej zachodniej. Europa w ciągu ostatnich 20 lat stała się tyglem wszelkich narodowości i kolorów skóry i przypomina pod tym względem USA. Z pewnością więc nie o to chodziło reżyserowi. Problemem jest fanatyczny islam, który – wg coraz większej liczby znawców – realnie zaczyna zagrażać Europie, jej wartościom demokratyczno-wolnościowym. Zło w filmie jest tak uogólnione, abstrakcyjne, tak bezosobowe wręcz i absurdalne, że nie da się z niego wywieść podobnej tezy, a reżyser – jak pisze Ewa – odżegnuje się od przypisywanych mu intencji. Nic dziwnego zresztą. Ci, jak np. Theo van Gogh którzy odważyli się kapkę odsłonić burkę i pokazać jak się sprawy pod nią mają, brutalnie został zamordowany, inni są zastraszani, ciągani po sądach itd.
    Wracając do filmu i zła w nim pokazanego. Borgman i jego ludzie niczego nie zyskują w wyniku swoich działań, ani terytorium, które opuszczają, ani żadnych dóbr, ani rozgłosu. Jedynym łupem pada 3 dzieci, ale chyba tylko po to, aby odnowić, przysposobić nową generację tych „rycerzy terroru”. Bo to co robią jest właśnie nowym rodzajem terroru – terroru anonimowego, do którego nikt nigdy się nie przyzna. Nie ma negocjacji, nie ma targów o okup, nie ma wymiany więźniów, nie ma przesłań i apeli od rządów, nie wiadomo „o co im chodzi”. Zło razi znienacka, jest celne, pochłania ofiary, równie szybko znika. Film już nie opowiada dalej, ale jaką grozę, strach i niepewność będzie siać ta zbrodnia po jej odkryciu, do czego w końcu dojść musi. A to przecież, jak z filmu wynika jedna z wielu akcji Borgmana i jego ludzi. Myślę, że reżyser tu niczego nie odkrył, nie wymyślił, nie jest żadnym wizjonerem. Takie rzeczy się po prostu już dzieją i on to jedynie pokazał. Ty Ewo odkrywasz jak w Sieci działają ich wirtualne wersje – scenariusz filmu pt „Borowski” jest już właściwie napisany przez Ciebie i Małgorzatę…

  22. Robert Mrówczyński pisze:

    Zapomniałem dodać, że najświeższą odsłoną Borgmana, całkowicie realną i prawdziwą są „zielone ludki” Putina na Krymie, do których nikt nigdy się nie przyznał. Zresztą do dzisiaj Putin zaklina się, że na Ukrainie nie ma jego ludzi, że jeśli już, to zabłądzili.
    W dzisiejszym, demokratycznym świecie powiązań i uzależnień wszelkiego typu wojna wydaje się niemożliwa. A jednak Putin znalazł sposób, by ją jednak wszcząć, inspirując się metodą na Borgmana – rozprzestrzeniać się, zabijać, niszczyć i do niczego się nie przyznawać. Dzięki temu może jako agresor występować w roli ofiary. Jeśli jednak ktoś wojnę mu wypowie, będzie mógł użyć całego swego oręża się, by się „bronić” w majestacie prawa. I tak przejdzie do historii, jako obrońca wolności i wartości demokratycznych

  23. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    tak, najprostszym wytłumaczeniem byłoby inwazja islamu na portal Liternet i najbardziej wiarygodna. Miejmy nadzieję jednak, że portale są zbyt marginalnym kąskiem dla tych, którzy teraz grożą Europie, chociaż kto wie, jeśli Trolle chwalą się, że mają kupę pieniędzy i kupę czasu, to ktoś pewnie tych leni finansuje.

    Pani Małgosia napisała, że nie chce nikogo skrzywdzić pochopnym posądzeniem, więc podaję taki domniemany abstrakcyjny rysopis „Borowskiego”, poety niespełnionego, który pod innym nickiem wkleja swoje nobliwe wiersze bukoliczne, by mieć jednocześnie oko na życie portalu.
    Jest to mężczyzna z niewielkiej miejscowości, z mojego pokolenia, najprawdopodobniej w ubiegłej epoce był Tajnym współpracownikiem (TW) z S B, gdzie nabrał szlifów literackich i nabawił się choroby kompulsywnego codziennego pisania, które teraz nie ma odbiorcy i zapłaty. Jego wzorem (co przeczytałam w wewnętrznych, kasowanych komentarzach na blogu Trojanowskiego) jest Jerzy Urban i tygodnik „Nie”. Z języków obcych zna tylko rosyjski w niewielkim zakresie, natomiast wyrazy niecenzuralne tego języka zna tak dobrze, jak każdy Rosjanin. Wzorem błazna obrał Falstaffa, czy Zagłobę, ale tak naprawdę, to najlepiej czuje się jak wyśmiewa się z jakiejś upatrzonej postaci, bryluje tak jak niegdyś w swojej kompani, ale tu jest portal literacki, tu są górne dmuchy, więc woli powielać schematy Trojanowskiego, snuć opowieści o swojej szlachetnej postawie jak był pracownikiem na uczelni i takie w tę deseczkę bzdury. Ponieważ nigdy tak naprawdę nie miał wartościowej książki w ręce, a teraz czyta jedynie utwory portali literackich, jest typowym kołtunem intelektualnym. Jak każdy stary piernik, uwielbia gawędzić i zaczepiać młodzież, odgrywać dzisiejszego Sokratesa, który ma żonę trzymającą go pod pantoflem, jak Ksantypa. Jeśli użytkownicy portalu w swej jak już zdiagnozowaliśmy, bezbrzeżnej nudzie własnego sosu poetyckiego spolaryzują się z „Borowskim” i że jest to jakaś krótkotrwała symbioza, ale nie na dłuższą metę, bo jak każdy tyran musi mieć poczucie dominacji, a nie może jej mieć, gdyż artystyczny poziom, jaki reprezentuje, jest zawsze poniżej najmizerniejszego nawet utworu publikowanego na portalu.
    Ach, mogłabym tak długo, ale chyba wystarczy. Sam przyznasz Robercie, że film oparty o taką postać nie nadawałby się do oglądania. Nudy, nudy, polska głupota i nudy.

  24. Robert Mrówczyński pisze:

    Film oczywiście, ani ja, nie sugeruje kto za Borgmanem stoi, ale z pewnością nie ma też sugestii, że mamy do czynienia z psychopatycznym mordercą, przypadkiem odosobnionym i niepojętym. Ja też nie jestem prędki do teorii spiskowych, ale dlaczego kultura szeroko rozumiana, której przejawem jest również portal Liternet nie miała by być celem do zniszczenia? Przecież kultura to fundament społeczny, narodowy o czym wiedzieli już zaborcy w XVIII wieku. Naprawdę nie potrafię „zracjonalizować” działania tych borowskich, a jeszcze trudniej zrozumieć Onaka, który może zjawisko zlikwidować poprzez weryfikowaną rejestrację, jak to ma miejsce w wielu miejscach sieci, a tego nie robi. Mniej ważne jest „kto” to robi, bo zawsze jest ktoś kto chce niszczyć, ważniejsza bierność i przyzwolenie.
    A jeśli chodzi o scenariusz na takiej postaci, to wydaje się, że mógłby powstać niczego sobie film, bo naprawdę to kawał historii najnowszej, do której odsłaniania nikomu jakoś nie po drodze. W filmie „Pół serio” w jednej z wersji scenariusza podsuwanemu ciągle niezadowolonemu producentowi na polski hit kinowy jest kilkuminutowa opowieść o takim „Borowskim”, studenciaku zwerbowanym do współpracy z SB obietnicą wyjazdu na plaże Bułgarii. Rzecz brawurowo napisana, odegrana i dowcipna. Ale czy dałoby się przełknąć takiego Borowskiego w wymiarze pełnometrażowym? Mimo wszystko, „studenciak” jak go esbek nazywał, był jakiś niewinny, chciał tylko pojechać z „koleżanką” do zaprzyjaźnionego kraju, podczas kiedy z postaci Borowskiego tchnie jakiś obleśny smród, odstręczający poznawczo.

  25. Robert Mrówczyński pisze:

    No i jeszcze nie można nie zauważyć, że islam to już nie tylko rdzenni Arabowie, Irańczycy itd., to już także armia „białych”, którzy dali się uwieść (nie tylko ideologicznie, ale przede wszystkim kasą) i którzy teraz dokonują niewyobrażalnych rzezi w ramach tzw. Państwa Islamskiego, najemnicy w Syrii. Niedawno świat obiegła wieść o Australijczyku, który pojechał z nieletnim swoim dzieckiem do Iraku obcinać niewiernym głowy, z którymi fotografował swoją pociechę i zamieszczał w sieci. Kata, który oderżnął głowę amerykańskiemu dziennikarzowi i zamieścił na YT rozpoznano jako Anglika… Więc terroryzm islamski niekoniecznie musi mieć twarz Araba jak to widzieliśmy przy okazji zburzenia wież WTC – te strach budzące, ogorzałe wąsiasto-brodziaste typy. W Polsce np. jest armia szacowana na 5 mln. frustratów, nieudaczników, nienawistników będących hodowlą kk stworzoną przez i do dyspozycji Rydzyka. Na razie oni mało czynni, ale podobno jak zajdzie potrzeba to skoczą za nim w ogień, ale to co mówią też budzi grozę. Opcje centrowe i umiarkowane się kończą, do głosu dochodzi skrajna prawica jak np. JKM, choć wydawało się, że prędzej umrze. To się także przełoży i odzwierciedli w życiu sieci. I chyba już się dzieje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *