Lata pięćdziesiąte. Andrzej. Rozdział III.

„(…)Presley — demoralizator młodzieży.
Presley śpiewa w sposób wysoce emocjonalny, nieomal histeryczny, wykonując przy tym najdziwaczniejsze ruchy. I to jest właśnie główną przyczyną lawiny ataków, jakie spadają na głowę tego ciągle jeszcze trochę przestraszonego chłopaka. Niektórzy, zwłaszcza starsi słuchacze i widzowie zarzucają mu, że jego ruchy są wręcz nieprzyzwoite i demoralizujące.
Jeden z koncertów Presleya, gdzie jego ruchy i grymasy „podziwiało” 8 tysięcy młodzieży (w tym 90% dziewcząt), zakończył się zbiorowym atakiem histerii. (…)
(…)„Casus Presley” — bo tak chyba należałoby nazwać paroksyzmy entuzjazmu i podniecenia z powodu jego osoby — jest dla naszych czasów niezwykle charakterystyczny. Młodzież szczególnie amerykańska, cierpiąca na bezideowość, borykająca się z nader skomplikowanymi problemami natury psychicznej, odczuwa — jak się okazuje — potrzebę jakiegoś uosobienia swych zainteresowań i upodobań.

[Roman Waschko „Śpiewamy i tańczymy” nr 6 1958]

Andrzej trzecią klasę „e” spędził już w budynku szkoły opuściwszy z całą klasą budynek przedszkola. Jednak we wrześniu 1959 idąc do klasy czwartej sytuacja w szkole, wskutek zasiedlania nowo wybudowanych na Osiedlu bloków i przypływu nowych uczniów, a także tego, że dzieci zrodzonych po wojnie było dużo i osiągnęły wiek szkolny, stała się katastrofalna. Do szkoły 36 zapisano 1250 uczniów przy zatrudnionych 30 nauczycielach. Osiem klas pierwszych skierowano do budynku przedszkola, gdzie ich pobyt przedłużono do klas drugich, których było pięć. Pozostałe klasy miały uczyć się w budynku szkoły na dwie zmiany trwające do 17.20.
Trzecich klas było cztery, czwartych cztery, piątych cztery, szóstych trzy i siódmych jedna.
Andrzej znał już rok ten budynek z frontowymi kolumnami, którego cegły elewacji na rozpoczęcie roku ukończono tynkować i odmalowano rękami rodziców ściany klas. Budynek miał niemal metrowej grubości mury, a jego zwalistość inspirowana radziecką architekturą widoczna była w każdym detalu. Dwukondygnacyjny budynek zwieńczony balustradą z betonowych balasek w połączeniu z czterema kolumnami podtrzymującymi taras na pierwszym piętrze okolony tymi samymi balaskami nie był funkcjonalny ani praktyczny dla epoki powojennej nędzy. Zniknął już dawno transparent SOCREALISTYCZNE WSPÓŁZAWODNICTWO PRACY GWARANTUJE OBNIŻKĘ KOSZTÓW, napis na długości całego budynku zawieszonego między piętrem pierwszym, a drugim. Natomiast dobudowano jeszcze cztery betonowe schody do wejściowego portyku.
Wewnątrz lastrykowe schody kontynuowały się przyległe z lewej strony do grubego muru zbudowanego wewnątrz w celu oddzielenia ich od piwnicy i wiodły majestatycznie do holu parteru mieszczącego na końcu korytarza gabinet Dyrektorski. Andrzej nigdy nie był w tym gabinecie i Kierowniczkę szkoły – bo miano Dyrektora przysługiwało polonistce, zastępcy Kierowniczki – znał tylko z apeli, poranków, akademii i spotkań z gośćmi szkoły, czyli milicjantami, górnikami i żołnierzami. Pani Kierowniczka nosiła śliski, szyty z ubraniowej podszewki czarny chałat z białym kołnierzykiem i niewiele różniła się od siódmoklasistek ubranych identycznie.
Zawsze trzeba było przechodząc w prawo schodami do piwnicy przechodzić obok otwartych drzwi gabinetu, który rejestrował wszelkie wejścia i wyjścia uczniów ze szkoły i był wstępnym etapem inwigilacji. W piwnicy uczniów przechwytywała woźna mająca za zadanie pilnować, by dzieci schodziły do szatni, a nie kierowały się od razu do klas. Filtr szatni woźnej Ptasińskiej służył do kar, czyli bicia uczniów po głowie za brak kapci i wypuszczania ich z szatni tylko w skarpetkach. Więzienny rygor piwnicy wspomagany był wyglądem drucianych klatek opisanych wizytówkami poszczególnych klas, zbudowanych z siatki ogrodowej, na której uczniowie zawieszali płaszcze i puste worki na pantofle, kładli buty. Po rozpoczęciu lekcji szatnia była natychmiast zamykana, tak, że spóźnialscy musieli szukać woźnej, by móc dostać się do klasy. Rządy Ptasińskiej wzmagały agresję uczniów, która nigdy nie była im dłużna, toteż wszystko w konsekwencji skrupiało się i tak na najsłabszych uczniach i uczennicach.
Jesienią 1959 roku czwartoklasiści przechodzili z parteru na pierwsze piętro, a nowe przedmioty, jak geografia, biologia i historia miały odbywać się w specjalnych salach zwanych pracowniami.
Na razie pierwsze dni szkoły upływały w dnie słoneczne na boisku szkolnym, a deszczowe w sali gimnastycznej na ciągłych apelach. Apele poranne właściwie apelowały nie do sumień uczniów, by zaprzestali w nadchodzącym roku szkolnym chuliganić, zbierać dwóje, spóźniać się lub wcale do szkoły nie przychodzić, bo na nich Polska Ludowa wydaje miliony, ale informowały uczniów o kolejnych restrykcjach. Powołano dla ich dobra organizacje, komitety, trójki i samorządy. Tworzono nowe zarządzenia i komunikaty władz szkolnych, motywowano współzawodnictwem międzyklasowym i konkursami. Indoktrynowano tzw. prasówkami, czyli odczytywaniem przez uczniów wskazanych przez nauczycieli fragmentów gazet. Prymusi klasy siódmej ogłaszali publicznie swoje inicjatywy oddolne: uformowanie się aktywu uczniowskiego. Pragnie on podnieść poziom nauki i zachowania i skierować uwagę uczniów klas niższych na „kółka zainteresowań”. W zamian obiecywano zorganizowanie zabaw szkolnych i wycieczek w czasie ferii letnich i zimowych.
Andrzej niewiele dowiadywał się z tych porannych, monotonnych spędów stojąc wśród uczniów wyższych od siebie, zazwyczaj zupełnie nie zainteresowanych tą jednostajną gadaniną. Wkrótce jego brak aktywności społecznej spowodował niższe stopnie w nauce, która polegała właściwie jedynie nie na uczeniu, ale na ciągłym sprawdzaniu wtłaczanych w ucznia wcześniej informacji.
Andrzej, który w domu właśnie kończył ostatnie tomy Juliusza Verne’a i lepił z Ewą na dywanie gigantycznej mapy z plasteliny miejsc, które odwiedzali bohaterowie książek Verne’a, do czego potrzebne były bardzo szczegółowe badania atlasów i przenoszenie cyrklami z przybornika Franciszka wymiarów w skali pasm górskich, jezior, rzek i oceanów, ze znudzeniem przeczekiwał na lekcji geografii pastwienie się nad uczennicami, które nie potrafiły na mapie pokazać Warszawy.
Brak tej wiedzy był nie tylko świętokradztwem wobec Ojczyzny ukaranym biciem po łapach, ale także podejrzanym działaniem wywrotowym. Hasło z liter wyciętych w brystolu „WSZYSTKIE DZIECI NASZEJ SZKOŁY BUDUJĄ WARSZAWĘ” wisiało cały rok w holu na pierwszym piętrze, a na apelach
obchodzono rok w rok we wrześniu uroczyście Miesiąc Budowy Warszawy. Uczniowie klas od najmłodszych do najstarszych składały pieniądze na ten cel i do zbiórki powołano Koło Budowy Stolicy. Każda klasa była zobligowana do zawieszenia gazetki ściennej deklarującej miłość dzieci rodzinnego kraju do Warszawy. Wszystkie klasy pisały we wrześniu wypracowania w domu na temat odbudowy Warszawy. Na wrześniowej akademii „Nasza kochana Warszawa” w sali gimnastycznej przy niesłychanych trudnościach technicznych wyświetlano film „Wrzesień Polski”.
W holu zorganizowano wystawę uczniów ilustrującą piękno Starówki. Pokazano tam albumy o Warszawie z fotografii, pocztówek i wycinków gazet.
Przy takim przesycie nikogo Warszawa nie obchodziła, nawet wycieczka do Warszawy najściślejszego grona prymusów nie budziła zazdrości. Wręcz przeciwnie. Owocowała ona nie tylko nudnymi czytaniami wypracowań na apelach uczestników wycieczki. Na poranku międzyklasowym wznowiono recytacje, śpiewy i referaty o Warszawie.
Nie zapisawszy się do Koła Odbudowy Stolicy Andrzej mylnie myślał, że jak zapisze się na odczepnego do Koła P.C.K. uniknie bezsensownej straty czasu i energii. Nic bardziej złudnego. Dbanie o czystość ucznia trwała cały rok szkolny, podczas gdy dbanie o odbudowę Stolicy zaledwie miesiąc. Dzięki temu, że Koło liczyło ponad dwustu członków, Andrzej zdołał uniknąć zakwalifikowania go do sekcji sanitarnej bądź społeczno-opiekuńczej, gdyż chętnych aktywistów nie brakowało. Ograniczając się jedynie do opłacania składek członkowskich, nie musiał wystawać na korytarzach i sprawdzać czystość kolegów, co jak się okazało, dla wielu członków tego zgromadzenia była nie lada gratką. Ich praca sanitarna z opaską na ramieniu polegała na przeprowadzaniu lustracji rąk, czystości włosów, czystości i odprasowania białego kołnierzyka, sprawdzaniu obowiązkowego posiadania chusteczki do nosa i woreczka higienicznego, który powinien zawierać mydło i ręcznik. O papierze toaletowym nikt nie wspomniał nigdy na przestrzeni całej szkoły. Członkowie sekcji pełnili dyżury czystości w klasach i na korytarzach szkolnych. Przeszkoleni prowadzili punkt sanitarny, udzielali pierwszej pomocy przedlekarskiej decydując, kiedy trzeba ucznia skierować do higienistki. Wyklejali szkolne gazetki ścienne ulotkami antyalkoholowymi i przeciwgruźliczymi. Przeprowadzali międzyklasowe konkursy czystości. Nawiązywali kontakty z osobnikami podobnymi sobie w innych szkołach i sporządzali z tego obszerne sprawozdania odczytując je na apelach porannych. Nawoływali do higieny, żywienia, ubierania się, właściwego wypoczynku. Opiekowali się podobno samotnymi staruszkami mieszkającymi na Osiedlu Marchlewskiego.
Andrzej jako czwartoklasista nie mógł pojąć, dlaczego rzecz tak naturalna, jak higiena może zaabsorbować tak liczną szkołę w takim wymiarze, a na dodatek przynosić jeszcze pieniądze w postaci nagród na międzyszkolnych konkursach P.C.K.
Inaczej było z S.K.O. Książeczkę Szkolnej Kasy Oszczędności musiał posiadać każdy uczeń, ale wpłacano pieniądze sporadycznie, fakt ten stanowił główny powód połajanek na apelach szkolnych. A jeśli już wpłacono, to natychmiast wypłacano. Przewodnicząca Koła S.K.O. wraz z opiekującą się Kołem obywatelką nauczycielką nie wiedziały, jak temu zapobiec motywując sztaby klasowych skarbników i ustanawiając współzawodnictwo międzyklasowe w oszczędzaniu pieniędzy na książeczkę S.K.O. „Październik – miesiąc oszczędności” tak rozpropagowany na apelach szkolnych nic nie dawał, pieniędzy na książeczkach wciąż nie przybywało. Krystyna ani Ewie, ani Andrzejowi nie wypłacała żadnych tygodniówek i praktycznie podobnie jak większość dzieci, nie mieli co wpłacać, bo przecież cotygodniowe oddawanie w szkole makulatury było też bezpłatne, a dzieciom w Polsce Ludowej nie wolno było zarobkować.
Na początku października przyszedł do szkoły milicjant. Dzień Milicjanta był okazją do kolejnej akademii przygotowanej przez opiekunów Kół. Dzieci na scenie odgrywały scenki o tym, jak milicjant ratuje zagubione dziecko i doprowadza je do domu. Potem głos oddawano milicjantowi, który opowiadał o trudach i poświęceniach swojej pracy. Dzieci z uprzednim podziałem na role zadawały napisane uprzednio przez nauczycielkę pytania. Wnoszono goździki i laurki, wszyscy na pożegnanie wstawali i żegnali milicjanta głośnymi oklaskami.
W październiku też hucznie obchodzono Dzień Wojska Polskiego. Na uroczystą akademię przybyli przedstawiciele najbliższej jednostki wojskowej, zawsze ci sami trzej żołnierze, uczestnicy walk na szlaku Lenino-Berlin. Po opowieściach żołnierzy następowały występy uczniów, którzy słowami poetów, wiankami kwiatów i hucznymi oklaskami wyrażały wdzięczność Armii Ludowej za wyzwolenie z rąk okupanta. Śpiewano „Okę” i inne piosenki żołnierskie ćwiczone na lekcjach śpiewu. Na szkolnym pianinie zagrano żołnierskie marsze, wkroczyły dzieci w śląskich strojach z wiązankami goździków i podarkami dla żołnierzy, czyli laurkami ilustrującymi ich bohaterskie czyny.

Kiedy z biegiem dni docierano do Dnia Nauczyciela, samorząd szkolny organizował tylko apel, by nauczycielki miały jak najwięcej wolnego czasu w ciągu dnia. W poszczególnych klasach każdy z uczniów wręczał swojej wychowawczyni kupiony i zawinięty w celofan goździk z asparagusem i wstążką. Potem przewodnicząca klasy wręczała bukiet goździków od całej klasy i prezent, wszystko kupione za pieniądze zebrane przez rodziców na wywiadówce. W tym dniu dzieci mogły zająć się nareszcie sobą, gdyż nauczyciel zarządzał ciche godziny prosząc, by robiły co chcą, byle byłoby cicho.

Andrzeja nie wybrano nigdy na występy na akademiach i on nigdy się dobrowolnie nie zgłaszał na nie. W obfitości klas chętnych do występów było dużo. Szczególnie dobrze dzieci opanowywały pamięciowo i dobrze się czuły w skandujących rytmach poezji dziękczynnej z okazji Rocznicy Wielkiej Rewolucji Październikowej na akademiach zorganizowanej przez Koło miłośników TPPR pod kierownictwem opiekunki Koła ob. nauczycielki języka rosyjskiego. We własnym gronie członkowie Koła oglądali potem filmy radzieckie i odczytywano na głos literackie utwory radzieckie, gdyż język rosyjski znany był dopiero od klasy piątej, a na akademie obowiązkowo stawiała się cała szkoła.
W grudniu obchodzono w szkole Dzień Górnika, na który klasy młodsze przygotowały „Trojaka” w strojach regionalnych i inscenizacje ilustrujące trud górniczy oraz deklamowały wiersze o górnikach. Mali górnicy w czapkach górniczych z brystolu pióropuszami z bibuły falistej z dziołchami w strojach śląskich odtwarzali baśnie Gustawa Morcinka, a trzech prawdziwych górników w galowych strojach zaproszonych przez szkołę odbierało potem od nich goździki.
Nawet Zabawa Noworoczna mająca być nagrodą dla uczniów, była długo przygotowywana w świetlicy poprzedzona szeregiem prób tańców, recytacji i zachowaniami wobec mającego przybyć Dziadka Mroza.
Andrzej przyzwyczajał się do szkoły i znieczulał. Obok tętniło równoległe życie w piwnicy w walkach z woźną w szatni i na piętrach w ubikacjach, gdzie mimo pilnujących nauczycieli na przerwach i spacerowaniu w parach po korytarzach w dalszym ciągu wkładano uczniom głowy do muszel klozetowych, grano na pieniądze w skata, cymbergaja i bule, palono papierosy. Wszystko to groziło natychmiast poprawczakiem, dlatego trzeba było dużej ostrożności i sprytu, by podstawówkę ukończyć bez kolizji z prawem.
Andrzeja nie ciągnął żaden z tych stylów życia, pogrążał się coraz bardziej we własnych penetracjach światów, które go intrygowały i zachwycały. Ze strzępków tematów lekcyjnych potrafił wydobywać ich esencję i przychodząc do domu, drążyć tematy poszukując odpowiedzi na wiele pytań, które go dręczyły. Przedwojenne książki z astronomii, stare atlasy przywożone przez Wandę z Przemyśla były tymczasową namiastką dla jego potrzeb. Na bibliotekę szkolną nie miał co liczyć. Tam bibliotekarka wykonując plan czytelniczy wypożyczała książki dzieciom stojącym w kolejce podczas przerwy jak leci, ściągając z półek oprawione identycznie w papier pakowy książki i nie dopuszczając do jakiegokolwiek ich wyboru.
Krystyna, by poszerzyć repertuar granych u pani Kunowej szlagierów, zaczęła kupować Andrzejowi od czasu do czasu dostępne w kiosku pismo muzyczne „Śpiewamy i tańczymy”. Tam na końcu każdego numeru po nutach i tekstach piosenek były krótkie felietony, z których Andrzej się dowiedział, że młodzież amerykańska ma jeszcze gorzej niż on.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii lata pięćdziesiąte i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Lata pięćdziesiąte. Andrzej. Rozdział III.

  1. Robert Mrówczyński pisze:

    Motto idealne. Czytając to w 58 dzieci chyba samorzutnie i oddolnie podejmowały akcję ratowania – będących w sporym dołku psychicznym – swoich kolegów i koleżanki w USA, przy pomocy zasobów SKO i zapałowi PCK, dyżurnych i Samorządowi Szkolnemu.
    Teraz wiemy, dzięki odkryciom IPN-u, że sam Waschko musiał borykać się z nader skomplikowanymi problemami natury psychicznej, czy po prostu z sumieniem, bo donosił na artystów, swoich przyjaciół (m.in. Trzaskowski i Tyrmand) w latach 60., za co był sowicie wynagradzany, nie mówiąc o możliwości wyjazdów na zachód, gdzie oczywiście przebywał ciągle i stamtąd „donosił” polskiemu czytelnikowi jak tam źle. Ale w istocie oczywiście nie borykał się, nigdy do niczego się nie przyznał, nie naprawiał żadnych krzywd, bo sumienie to rzecz równie rzadka jak duchowość. Takich miglanców za pieniądze wybrzydzających na zgniliznę moralną zachodu było sporo w owych czasach. Kałużyński np. obrzydzał w gazetowych donosach z festiwalów filmowych, zachodnie filmy, których i tak nikt nie mógł zobaczyć wówczas. KTT, Passent podobnie wyrzygiwali się na kulturę zachodnią en masse. Nie było takiej dziedziny życia, aby nie znalazły się zastępy płatnych zohydzaczy. Były to tak lukratywne fuchy, że z nawiązką kompensowały wszelkie „problemy natury psychicznej”. No, ale ten pierwszy etap edukacji, z tego co piszesz (fenomenalna pamięć!) b. dobrze przygotowywał do takich ról. Donosicielstwo, służalczość, sprzedajność były cechami pożądanymi i premiowanymi. Pewnie dlatego dzisiaj te roczniki nie widzą nic złego w działalności takich Waschków, a raczej nie chcą wiedzieć niczego na ten temat.

  2. Ewa pisze:

    Ach, Robercie, to spojrzyj na link, bo pewnie nie wchodzisz na ten portal i nie wiesz co się dzieje:
    http://wezuwiusz-etniczny.liternet.pl/tekst/co-daje-ja
    Ja przeczytałam dwa razy i oczom nie wierzyłam, że taki absurd w XXI wieku dążącym do zniesienia na świecie całkowicie granic jeszcze uchował się, jako relikt PRLu.
    Nick Kasiaballou potępia autora wiersza, Wezuwiusza Etnicznego za to, że wyemigrował do USA i w związku z tym jest Polakiem gorszej kategorii. Czy to przypadkiem nie plon tego młotkowania pana Waschko w latach pięćdziesiątych?
    Kasiaballou musi być dzieckiem PRLu, skoro pisze, że babcia karmiła wszy. Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami prof. Rudolfa Weigla we Lwowie zakończył swoją działalność w 1944, a chyba tam nastolatków nie brali do eksperymentów, więc jeśli babcia Pani Ballou nie karmiła wszy w tych latach, to, jak wynika z dalszych postów, rodziła w czasie wojny, czyli była już w wieku rozrodczym. A skoro nie jest wiekowo, to mentalnie jak najbardziej spadkobierczynią tych jak widać, w dalszym ciągu nieprzezwyciężonych absurdów z cyklu „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Oj, znamy, znamy…

  3. Robert Mrówczyński pisze:

    no właśnie, to coraz bardziej absurdalne…
    coraz bardziej wojownicze, jak na Krymie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *