Ludzie listy piszą…

Niestety, prognoza Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, jakoby skrzynki na listy stawały się jedynie śmietnikami reklam w naszej szerokości geograficznej najprawdopodobniej, jako –  krajowi cywilizacyjnie zapóźnionemu –  nie będzie dana.

Szczególnie czas bożonarodzeniowy i noworoczny mobilizuje do sięgania po ten rodzaj molestacji międzyludzkiej w formie przymusu i zastraszenia.
Korespondenci wybierają środek papierowy, jako bardziej perswazyjny, od sieciowego idąc śladem poetów, którzy resztki pieniędzy, jakie pozostają im po wydaniu na zakup chemicznych środków potrzebnych prowokacji porodu dzieła sztuki (narkotyki, papierosy, alkohole) wydają na realny druk egzemplarzy, którym trzeba na gwałt szukać domu.

Niejednokrotnie sieciowe ułatwienia nie spełniają swoich zadań też z powodu możliwości szybkiego ich usunięcia. Codzienny sprawdzacz internetowej poczty, przyzwyczajony do całorocznych delikatnych nakłaniań kilka razy dziennie, by wreszcie członek przedłużył i kupił tę tańszą viagrę, nagle, jak obuchem w głowę, dostaje serię kilkudziesięciu obrazów olejnych, słanych corocznie (jego najnowsze!) przez plenerowego malarza, lub dowcipy biurowe rozsyłane przez jego żonę. W furii po takiej grudniowej, codziennej dostawie, jednym klawiszem klawiatury likwiduje wszystko nie czytając i nie oglądając, i czuje się jak bożo narodzony.

Gorzej jest z realną skrzynką pocztową. To już nie przelewki, to przecież dokumenty. Wejście przez skrzynkę pocztową do mieszkania, to nie to samo, co przesłanie pocztą elektroniczną sakralnego kiczu z wyduszonym pobożnym, standardowym życzeniem. Tu już są roszczenia, pogróżki i wychów.
Jak się zachować?
Nigdy, a przeżyłam już tyle grudniów, nie znalazłam na to odpowiedzi.
Każda moja reakcja na korespondencję kończyła się i kończy niezadowoleniem moich korespondentów.

Oto właśnie dostałam sześciostronicowy list, którego fragment przytaczam:

(…) Dziękuję Ci za list – widzę, że zupełnie nie potrafisz mnie zrozumieć, ani odczytać moich intencji. Wysyłając Ci opis mojej „przygody matrymonialnej” miałam tylko jeden cel – chciałam Ci dostarczyć rozrywki, bo historyjka była momentami zabawna (pojedyncze zdarzenia – nie ich opis, żeby była jasność). Ten tekst sprowokowały moje siostry, które orzekły, że sprawa była bardzo nietypowa w odniesieniu do mnie (zawsze uważano mnie za osobę stateczną i nieskorą do wygłupów) – i że powinnam ją opisać, bo z czasem zapomnę o szczegółach. Kiedyś to zrobiłam – a teraz niedawno znalazłam ten maszynopis i odbiłam go w 6 egzemplarzach (dla sióstr, dwóch koleżanek z Gdańska – świadków zdarzeń – i siebie) jeden mi został i pomyślałam o Tobie. Okazuje się, że niepotrzebnie – bo Ty to potraktowałaś jako opowiadanie (czyli miniaturę literacką) i zabrałaś się za jego ocenę. To nie było opowiadanie (kiedyś pisałam takowe – o bardziej wzniosłych treściach, nawet patriotyczne w wieku od 6 – 15 lat) – to była taka jakby kartka z pamiętnika. Gdybym to traktowała, jako dzieło literackie godne upowszechnienia, to wysłałabym kserokopie do oceny jakiemuś literatowi – albo przynajmniej do redakcji gazety. Dlatego Twoja uwaga, że zdarzenie nie jest na tyle ciekawe, by zainteresować osoby trzecie, jest po prostu nie na temat – nie ma i nie będzie żadnych osób trzecich poza siostrami i dwiema koleżankami, które chciały mieć ten opis – i one zainteresowane były – a Ty byłaś osobą przypadkową. A zdarzenie, choć nie ma w nim mrożących krew w żyłach momentów – owszem, jest warte wielostronicowego zapisu (krócej nie umiałam) dla mnie i dla sióstr – taki był cel! Nie miałam zamiaru tworzyć na miarę Conrada czy choćby Katarzyny Grocholi. To był malutki, nietypowy dla mnie wycinek studenckiego życia – takie małe wspomnienie ze szczenięcych lat. Tyś to potraktowała niesłychanie serio, nie wiem, dlaczego – jak krytyk literacki. Piszesz, że moja bohaterka jest „szara”(to znaczy ja, – bo wszystko w tym opisie, to moja historia i prawda, łącznie z tym, że zapomniałam nazwisko i imię tego pana, choć pewno powinnam pamiętać).
Na jakiej podstawie tak twierdzisz?
Przecież tam nie ma słowa na temat jej poglądów, osobowości, zainteresowań, przeżyć, przemyśleń (poza faktem studiowania) mogłaby być zarówno geniuszem, jak i kompletnym głąbem, bo treść tego tekstu nie daje żadnych podstaw do jakiejkolwiek oceny jej osoby – poza informacją, że zdecydowała się wziąć udział w takim matrymonialnym żarciku, co oczywiście mądre nie było. Ale czy człowiek nie ma prawa czasem się powygłupiać – zważywszy, że jest młody? Ja i tak byłam od dziecka za bardzo dorosła i serio, co wcale mi życia nie ułatwiło, i w konsekwencji nie wyszło na dobre. Jakoś nie umiesz brać zwykłych rzeczy zwyczajnie – wszędzie doszukujesz się ukrytych podtekstów, niedopowiedzianych intencji, – których nie ma. Czujesz się w prawie oceniać ludzi na podstawie pojedynczych, przypadkowych często spostrzeżeń, i prawie nic ci się nie podoba poza najbliższą rodziną – sama o tym często pisałaś i mówiłaś tu już poruszam nieco inny temat). Doprawdy, trudno mi uwierzyć, abyś będąc na wielu plenerach, obracając się w kręgu znajomych malarzy i ludzi o różnych zawodach nie spotkała ani jednego człowieka godnego Twojej uwagi i Twojej aprobaty – poza może Janeczką. Myślę, że takie negatywne i krytykujące (nie krytyczne – bo to trochę co innego) nastawienie do całego świata nie tylko bardzo utrudnia życie Tobie, ale również ludziom, którzy cie spotykają na swojej drodze. Może dlatego nie umiem tego zrozumieć, że ja staram się w każdym człowieku dostrzec coś dobrego, czy ciekawego. I często to znajduję, czasem po krótszej, czasem po dłuższej znajomości. I nie mogę narzekać na brak przyjaciół – pech tylko w tym, że te najbardziej bliskie mi osoby mieszkają tak daleko (…)

SKALDOWIE

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2007. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na Ludzie listy piszą…

  1. Ania pisze:

    Kto kocha pisze długi list…

  2. Rysiek listonosz pisze:

    Dostałem propozycję matrymonialną od pewnej lekarki i lecę jeszcze przed świętami na Przylądek Dobrej Nadziei.
    Ślub w pierwszy dzień świąt.
    Więc już nie będę tu komentować.

  3. Ewa pisze:

    To szkoda!
    Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia!

    U mnie też zmiany. Blog się sypie. Jestem ciągle bezdomnym blogerem. Lisy i wilcy mają swoje nory i jamy, a ja nigdzie głowy blogowej nie mogę złożyć…

    Przeprowadzam się na dniach, ale czy to się uda…

  4. Gabe pisze:

    Gratulacje w zwiazku z nowya szata graficzna! wszystko wyglada wysmienicie!

  5. Ewa pisze:

    To wielkie dzięki, Gabe.
    Będziemy się mościć i uzupełniać archiwum.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *