Rak

W grudniowy wieczór zjechali tu pacjenci kliniki, których przypadki medyczne zdiagnozują najnowszą aparaturę zakupioną przez szpital.

Ta para sześćdziesięciolatków czeka na swoją kolej. Samochód z innego miasta zaparkowali na sąsiedniej ulicy.
Stanowią jedno małżeńskie, monolityczne ciało.
To on jest chory.
On nerwowo, jak na więziennym wybiegu przemierza miarowo korytarz. Jest błyszczącym, czyściutkim, zadbanym ciałem zadowolonym z życia, z piętnem sukcesu nagradzanego każdym fizjologicznie dobrze spełnionym obowiązkiem.

Zanim oswoją się, zanim ta Kobieta Następna w Kolejce, sikająca na czerwono, opowie mi swoją historię, będę mieć jeszcze trochę luzu i przeczytam o demonach w „Słowniku mitologii Mezopotamii”.

Ale Żona chorego już jest samotna, już jej mąż wszedł do pokoju, gdzie rurki nowej generacji wkładane w ciało są mniej bolesne i mniej krwawiące.
– Najgorsze są węglowodany – zaczyna jak zwykle w powietrze, by przerwać drażniący ją widok człowieka czytającego książkę.
Odkładam więc posłusznie i grzecznie zadaję pytania pomocnicze, by small talk mógł się kontynuować.

– Więc uważa pani, że przyczyną chorób jest nieprawidłowe jedzenie?
– Oczywiscie! Przecież tak nie można! Sąsiadka je jabłka i myśli, że jest to bezkarne!

Za cztery dni będę obchodzić imieniny i zawsze moim ulubionym owocem i podstawą życia były jabłka.

– Pani nie je owoców?
– Absolutnie. Jeśli już się skuszę, to najwyżej pół.

– To pani stosuje dietę Kwaśniewskiego? Mój kolega, mój rówieśnik właśnie umarł zeszłego roku na raka. Pamiętam na plenerach jadł golonkę za golonką!

– A, bo to trzeba umieć!
Na początku idealnie tak, jak w książce. Teraz po 10 latach już z mężem nie musimy. Masełko, szyneczka. Jak chce nam się coś słodkiego, upiekę. Serniczek.

Tu następuje dokładna recepta na sernik wraz z wagowymi parametrami.

No i spacerek. Dwie godziny dziennie obowiązkowo.

– To pani nie choruje?

– Ależ skąd! Miałam taki kręgosłup, że nie mogłam chodzić. I wszystko minęło po tej diecie!

– Bez gimnastyki?

– Bez. Tylko dieta.

Mąż wychodzi z gabinetu po ukończonym badaniu, leci do ustępu międzyczasie krygując się i tłumacząc z tej nieprzyzwoitej potrzeby, która opóźni relacje z oglądania na komputerowym ekranie jego wnętrza.

– Dużo wody dają, by widok był lepszy – usprawiedliwia Żona, znająca się na wszystkim na okoliczność choroby męża. Podaje mu płaszcz. Jest z niego dumna.

Zanim Kobieta Następna w Kolejce, sikająca na czerwono, oswoi się i opowie mi swoją historię, zdążę w „Słowniku mitologii Mezopotamii” pooglądać wizerunki demonów i potworów.
Najciekawsze są te łączenia ludzi ze zwierzętami, które zwolennicy diety Kwaśnieskiego z pewnością pożerają: trytony, syreny, centaury, ptaki – ludzie, byki – ludzie. No i geniusze, mający jedynie ptasie skrzydła.
Bo jak napisał Cezary Pavese:

Z siedmiu miejsc, w których Herodot (przy opisie Egiptu) powiada, że jest w rozterce, czy ma wnikać w rzeczy tajemne, w trzech wypadkach chodzi o bogo-zwierzęta, w dwóch o kult falliczny, w innych zaś o samokalectwo oraz o święty iluminizm. Dlaczego Pan przedstawiony jest z głową i nogami kozła, dlaczego świnia – w ciągu pozostałej części roku brudna – składana bywa w ofierze i spożywana podczas świąt ku czci Bachusa, dlaczego zwierzęta w ogóle są święte? W tym miejscu Herodota ogarnia totemiczny przestrach, tak że nie ma odwagi mówić.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2006. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *