Dorota Masłowska „Kochanie, zabiłam nasze koty”(2012)

Są to dzieje czterech trzydziestoletnich kobiet w niby Ameryce, która, jak w „Planecie małp” końcową sceną wbitej w morze Statuą Wolności przypomina, że jesteśmy w Nowym Jorku, tak i autorka zostawia jednoznaczne ślady, że to miasto w książce to nic innego, tylko Warszawa.
A jednak trudno mi do końca ten kamuflujący zabieg zrozumieć, bo Masłowska to nie Jarry, który przecież jednoznacznie napisał, że „Król Ubu” się dzieje w Polsce, czyli nigdzie, a późniejsze pokolenia pozostawiły – by nam Polakom wstydu oszczędzić – tylko to „nigdzie”.
Nie jest to więc u Masłowskiej jednoznaczne, nibylandia pojawia się na zasadzie „i to kusi i to nęci”, czyli dołożyć i Ameryce, i Polsce, a w rzeczywistości jest, i to bardzo, zakorzeniona jedynie w Polsce. Piszę to z żalem, bo mimo zagranicznych imion bohaterek i wielu rekwizytów typowych dla innej szerokości geograficznej, mamy tutaj jedynie Polaków i nikogo więcej, bo żaden obywatel świata, tak by się nie zachowywał.
I tak właśnie z pozycji prowincjonalnej niższości toczy się ta opowieść o kobietach, które poszukują, znajdują, lub tracą partnerów używając mnóstwa damskich rekwizytów obowiązkowych dzisiejszej obyczajowości, niby to niepotrzebnych, nadmiarowych i szybko się psujących (jak zdeformowane ciuchy po wypraniu i zdechłe koty, namiastki macierzyństwa), które je określają, umiejscawiają i narzucają zachowania.
Fabuła jest niesłychanie prosta, a raczej uboga: Jo (Joanna) ma chłopaka, z którym się bez ustanku fizycznie kocha zabierając na randki swoją przyjaciółkę Fa (Farah), dla której higiena w pełnym tego słowa znaczeniu jest obsesją utrudniającą życie i jej, i otoczeniu. Brak partnera do uprawiania higienicznego seksu, który zalecają pisma kolorowe i broszury kursów jogi powoduje – wobec jeszcze bezustannie, także i przy niej – kopulującej ze swoim chłopakiem przyjaciółki – wzmożenie poczucia samotności. Toteż, kiedy na wernisażu poznaje dziewczynę o imieniu Go (Gosza) pragnie jej nie tyle przyjaźni, co obecności. Równolegle, co noc, śnią jej się syreny, które obiecują spełnić jej potrzebę. Nazajutrz do Fa zwala się, po zerwaniu ze swoim chłopakiem i utracie mieszkania, Go z kotem o imieniu Bękart.
Wszystko to obserwuje zza firanki okna pisarka, alter ego Doroty Masłowskiej, która przyznaje się, że też, jak bohaterki powieści, ma chwiejną osobowość i też z nią trudno wytrzymać. Najprawdopodobniej to, że nikt z tej czwórki nie ma tak naprawdę nic do roboty, egzystencjalny miazmat jest wyssany z bezustannie dezynfekowanego palca żelem antybakteryjnym przez Jo, bohaterem prawdziwym tej powieści staje się bardzo aktywna, czynna brzydota świata, w którym pisarska nakazała swoim bohaterom współegzystować. Obsesja nieczystości środowiska jest tak głęboka, że sięga dna Oceanu. Tam wspólnota chorych od skażonych wód syren wybudowała alternatywne miasto z odpadków zabieranych ze śmietników statków i miejskiego nabrzeża. Ale ten metaforyczny recykling nie jest pokrzywianiem się metafizycznym Andersenowi, ani troską ekologiczną, jedynie ilustracją niedającej się utrzymać, zarówno w życiu, jak i we śnie, higieny.
I można by tę młodzieżową powieść zaliczyć do takich eksperymentów literackich, w których autorka bada wytrzymałość swoich bohaterów na brud i brzydotę. Ale rugując postmodernistka, stare schematy romansu i przygody do mozolnego szastania się w zgniliźnie życia, wchodzi w jakiś równie skłamany żywioł. Żywiołem tym jest wmówiona sobie wyższość oglądu świata, świata skażonego rozwydrzoną i nadmiarową, autodestrukcyjną cywilizacją, co przecież jest taką samą nieprawdą, jak kiczowaty lukier romantyzmu ubiegłej epoki.
Znalazłam w Sieci u jednego z recenzentów porównanie tej książki do „Sklepów cynamonowych”. Jednak cuchnące, rozkładające się śmietniki Drohobycza były realnym przeżyciem Schulza i najprawdopodobniej dominantą pejzażu zacofanej, ubogiej prowincji. Metropolia zamieszkała przez czwórkę sportretowanych kobiet, w której płaci się dolarami i jeździ metrem sprowadzona jest do permanentnie śmierdzącego, rozkładającego się zgniłego miasta i nawet, jeśli rzecz się dzieje nigdzie, to zawsze będzie wiadomo, że dzieje się w Polsce.
Bo tylko tak coś, co ją przerasta, może odbierać świat karłowata, polska dusza.

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

40 odpowiedzi na Dorota Masłowska „Kochanie, zabiłam nasze koty”(2012)

  1. misia pisze:

    Skończyłam właśnie słuchać.
    Pozytywne jest to, że Masłowska podejmuje współczesne tematy i właściwie opisuje tylko to, co, jak napisałaś „widzi z okna”. Pytanie tylko, czy ten pesymizm oglądu swoich rówieśników jest w niej, czy w bohaterach. Bo przecież, jak nikt inny z jej pokolenia, ma udane życie.

  2. Ewa pisze:

    Niestety, a raczej może całe szczęście, nie znam takich dziewcząt, jakie opisuje Dorota Masłowska i nie wiem, na ile jest to możliwe. Te wszystkie stany rozwydrzenia zarówno w ich życiu jak i w snach powodowanych, jak się okazuje, psychotropami, skutkują, przynajmniej u mnie, takim niedowierzaniem, że to jest pisane dla pisania, a nie dla dania świadectwa prawdzie, cokolwiek to dzisiaj oznacza, bo jednak tak pojmuję literaturę. Problematyka przypomina film „Nadzy” Mike Leigh, ale tam główny bohater ma typowe symptomy choroby psychicznej, jak i wiele spotykanych przez niego osób. U Masłowskiej wszystko jest powodowane chytrością i zawiścią, może to i prawda, skoro portretuje Polaków nawet jak podszywają się pod Jugosłowian. Tego nie wiem, bo moje pokolenie było wredne na inny sposób.

  3. misia pisze:

    Myślę, że tutaj zabrakło wnikliwości, stąd to uczucie niedosytu. Być może się nie da tak skrótowo (książka jest bardzo krótka), Czechow by to rozpisał na kilka długich opowiadań. Bo to, podkreślam, bardzo dobrze, że Masłowska nie ustaje w portretowaniu swojego pokolenia. Natomiast używanie takich skrótów nie służy wiarygodności, nawet, jak to jest tylko gra postmodernistyczna. Dlatego najprawdopodobniej czytelnik tego „nie czuje’, mimo, że Masłowska w wywiadach mówi, że jej książki są dla wybranego czytelnika. Ja też nie „czuję”, chociaż podobają mi się te wykroczenia poza rzeczywistość, np. wątek z syrenami, bardzo pięknie zilustrowana filmem animowanym:
    http://www.youtube.com/watch?v=3i70uL-gLEU

  4. Ewa pisze:

    Wiesz, mnie to wszystko bardzo interesuje, mieszkam w bloku i przed klatką schodową spotykała się swego czasu taka młodzież opisana przez Masłowską, dzisiaj też mają już trzydziestkę. Pili, palili, ćpali, rzygali, puszczali głośną muzykę. Znalazłam na śmietniku pamiętnik liderki tej grupy i chciałabym nawet kiedyś napisać o tym wszystkim z pozycji takiej właśnie obserwatorki, ale trudno mi się wczuć.
    Miałam pracownię ceramiczną w suterynie i otwarte okno, w nim magnetofon kasetowy, przez który słuchałam powieści. I oni mi ten magnetofon pewnego dnia zwinęli. Więc wystawiłam kartkę, by chociaż oddali kasetę, brak tej kasety był dla mnie tragedią, płaciło się ogromne kary za utratę kasety w bibliotece (biblioteki publiczne wprowadziły już kilka książek do obiegu swoim czytelnikom które przywoziły w wiklinowych koszach z Biblioteki Książki Mówionej dla niewidomych). I nazajutrz na miejscu tej kartki znalazłam zwróconą kasetę. Taka uczciwość i szlachetność nie mieści się w książce Masłowskiej, mimo, że jej bohaterki żyją na o wiele wyższym poziomie, to jednak traktują ludzi i koty bardziej bezwzględnie. Tam wszyscy są równi, łącznie z syrenami w snach. Ale jeśli pejzaż wewnętrzny bohaterów jest jednoznaczny i nie do zweryfikowania, bo to w końcu twory autorki i czytelnikowi nic do tego, to pejzaż miasta jest już bardziej możliwy do rozpoznania. Jednak to „nigdzie” jest zabiegiem kamuflującym fałsz tej książki.

  5. misia pisze:

    W końcu postmodernizm to już klasyka, a nie awangarda, minęło tyle lat. Wierność jakiejś estetyce, swoboda wypowiadania się w niej, to przecież same plusy i też się ucieszyłam, że Masłowska jest wierna. W sumie, te „Koty” to nic innego, niż „Paw”, nawet w warstwie symbolicznej, bo też i puszczanie pawia, i zdechłe koty. Jednak tak jak piszesz, szkoda, że Masłowska niczego nie przekracza, nie przezwycięża, jakby powielała samą siebie, stworzyła kolejny artefakt do sprzedaży, co też jest właściwie wpisane w postmodernizm, a jednak oprócz tego postmodernizm ma pokazać to, czego nie widzimy. A tak, to mamy oczywistość. I to nawet z tej skandaliczności Masłowskiej pozostał dydaktyzm: ot, jaka ta młodzież dzisiejsza brzydka jest.

  6. Ewa pisze:

    Postmodernizm, to przecież modernizm i samowolka jest jedynie pozorna. Postmodernizm zaprzecza i degraduje kłamstwo w sztuce różnymi metodami. Odświeżenie sztuki polegało na negacji awangardy, która się wynaturzyła na rzecz stylu. Tak to pojmuję. Postmodernizm idzie dalej, próbuje przedstawić to, czego modernizm nie potrafił wyrazić, ale nie jest z nim sprzeczny. Radość pisania jest odczuwalna w prozie Masłowskiej i te wszystkie zabawne gry językowe są wartościowe, tylko, że nie prowadzą do nowych jakości, do czego zawsze jest zobowiązana sztuka. O tym mówi właśnie teraz na portalu Liternet Tomasz Bendert– o tej lojalności wobec sztuki, odbywającej się nie zawsze czystymi metodami, ale moralność w sztuce nie istnieje, bo sztuka to zawsze przekraczanie, transgresja.
    http://liternet.pl/grupa/o-poezji/forum/2023-analiza-swot-dla-poezji?page=2

  7. Ewa pisze:

    I jeszcze jedno. Nie wiem, misiu, czy Ty też tak to odczuwasz: tak jakby się Masłowska bała napisać, kto jakiej jest narodowości, w jakim państwie się to dzieje i dlaczego Gosza w dzieciństwie widziała Mur Berliński, skoro jest fałszywą Jugosłowianką. Słowem, jest jakaś cały czas autocenzura postkomunistyczna, jakaś emigracja wewnętrzna, by się komuś nie narazić. Albo może się mylę… Ale to samo odczuwałam, czytając „Trociny” Vargi. Tak jakby autor bał się, że stworzony bohater jest nie dość uniwersalny, że ma jakiś odpowiednik w świecie realnym. A na dobrą sprawę, przecież powinien mieć…

  8. Małgorzata Köhler pisze:

    Pani, Ewo, nie będę się wypowiadać o książce Masłowskiej, której jeszcze nie przeczytałam, a przejdę do rzeczy, która mnie tutaj ściągnęła. Muszę się odezwać, mimo, że zaznaczała Pani, iż woli przyjmować tutaj tylko przyjaciół, i poprosić o wyjaśnienie, bo od pewnego czasu zajmuje się Pani komentowaniem wydarzeń i dyskusji na Liternecie, w których biorę udział.

    Szczególnie interesuje mnie, który fragment wywodu Tomasza Benderta uważa Pani za przekonująco przedstawiający szansę “dojścia do nowych jakości w sztuce” poprzez bendertowską “lojalność wobec sztuki”, odbywającą się, cyt.: “nie zawsze czystymi metodami, ale moralność w sztuce nie istnieje, bo sztuka to zawsze przekraczanie, transgresja.”
    Pomijając uproszczenie (nie, sztuka to nie zawsze przekraczanie barier, przykładów są tysiące, zgódźmy się bez wchodzenia w przykłady i nazwiska autorów, którzy nie przekraczali żadnych granic, a mimo tego tworzyli przepiekną literaturę) – szczególnie interesuje mnie to w kontekście wcześniejszych Pani zachwytów nad Feliksem Lokatorem Jego Wielonickowością Samozwańcem Belfegor, do którego to przyznaje się Bendert.
    Postać ta dała się poznać zarówno w Nieszufladzie, jak i w Liternecie, (Kiszka, Płastuga, Pokaźny Rekin czy tp. Ryby) głównie jako autor koprofilnych utworów, które – zgodzi się Pani, mam nadzieję – nie wnoszą wiele do literatury i nie przełamują już dzisiaj żadnych barier. Abstrahując od samej postaci, jej samozachwytu, destrukcyjnej roli, jaką stara się pełnić na każdym forum, jej rzucającego się w oczy utkwienia w fazie analnej rozwoju osobniczego, nie zauważyłam żadnych większych wartości w przyrządzonych przez Benderta daniach wierszowych, od których robi się niedobrze i nic poza tym. Może rzut oka na aktualne dziełko autora Tomasz Bendert:

    w poszukiwaniu jetęiwś jenolodreip ypud
    Autor: Tomasz Bendert, Gatunek: Poezja, Dodano: 04 listopada 2013, 23:06:20

    ein am jetęiwś jenolodreip ypud
    juhc ic w ępud

    Jakie bariery przełamuje to dziecinne pisanie od tyłu albo te publiczne rozterki w poszukiwaniu (cyt. z pisam odwróconego) “pierdolonej dupy”?

    Wołała Pani złotymi zgłoskami swego czasu w obronie swobód twórczych na Liternecie. Nie będę zajmować miejsca i wymieniać wszystkich uciśnionych nicków, należących w gruncie rzeczy do 3 osób, od dawna próbujących rozwałki kilku portali.
    Optymistyczny jest wprawdzie fakt, że (być może zresztą po atakach personalnych również i na Panią) zaczęła Pani dopuszczać granice tzw. wolności słowa, i zastanowiła się krytycznie nad ideą jej rzekomo wyższej pozycji niż godność i nietykalność człowieka.
    Nadal jednak łapie się Pani na lep mętnie wyrażonych, starych jak świat hasełek, mających sugerować, że autor ich jest walecznym bojownikiem w awangardzie sztuki, podczas gdy tenże ledwo telepie się na chwiejnych nogach w ogonie prawd dawno odkrytych.

    Pani Ewo, dawała Pani tutaj miejsce i wolność wypowiedzi borowsko – naćpanym, ozdabiała laurem zasłużonego dla wolnosci artysty ognistego Edinuela Marę, lokatora snów dziewcząt ze złego domu, zniesmaczała się liternetowymi konkursami z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Nie podejrzewam, że zwalczała Pani konkurencję, bo to absurd i niemożliwość, jednak opowiedziała się Pani za anarchią w liter-necie, za anarchią na portalach literackich.

    Ponieważ nieco ryzykowna jest już sama idea demokratycznego portalu jako miejsca, w którym każdy ma prawo prezentować swoje dzieło i głos, niezależnie od wartości i osiągnięć, gdzie autorzy wystawiają owoce swojej pracy nieodpłatnie, i gdzie czytelnik, który niczego nie musi, a może nawet zbluzgać stosunkowo bezkarnie każdego autora, jest pewnym zagrożeniem tej interakcji, potrzeba żelaznej woli i odporności, aby portal literaki prowadzić czy przetrwać jako czynny uczestnik takiej formy zdarzenia sieciowego.

    Portale traktowane są zarówno przez władze kultury, jak i krytykę czy wydawców z lekcewaźeniem aż do pogardy włącznie. Nie są, lub za mało, dotowane, fakt publikowania tam szkodzi, a nie pomaga w życiorysie literackim. Nie szanują się (oraz siebie nawzajem) użytkownicy, nie ogarniają sytuacji admini. Portale faktycznie, jak Pani kiedyś pisała, schodzą na psy. Mimo, że jestem raczej optymistką, obawiam się, że może naprawdę nastąpić zmierzch tego typu platform komunikacji (i blogi też nie zostaną oszczędzone), gdyż w czasach, gdy sieć nie tylko wyławia, ale i zabija, następują, po początkowym entuzjazmie, coraz częściej ucieczki z tej formy życia publicznego (zjawisko powszechne już na Zachodzie).

    W tej sytuacji Pani, wywijająca za plecami awangardzisty Benderta sztandarem anarchii w sztuce, wpisuje się doskonale w program propagandy tych, którzy o niczym nie marzą bardziej, niż o kompletnej rozwałce portali. A przecież jawiła się Pani jako rzecznik sieci, i wydawało się to szczere.
    O co chodzi Pani tak naprawdę, Ewo?

  9. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Ależ cieszę się, że Pani wpadła, Pani Małgosiu, ani przyjaciele, ani wrogowie nie mają czasu, ani interesu tutaj wpadać, więc tym bardziej Pani głos jest cenny.
    O co mi chodzi, by za dużo nie pisać: o to, by ludzi w Sieci nie opluwano, by nie mieszano literatury z realnym życiem osób, czyli nie łamano praw człowieka poprzez szydzenie z ich wyglądu, życia prywatnego, płci, wieku, rasy. Niestety, obrona wolności sztuki, czyli proceder wykasowania brzydkich wyrazów nie mających nic wspólnego z użytkownikami portalu jest zagrożeniem i łamaniem praw literatury takim samym, jakim łamanie praw człowieka. Ja rozumiem żal, że to wszystko upada, że prowadzi do autodestrukcji. Jednak kontestowanie poprzez pokrzywianie, błaznowanie, jest i było zawsze higieniczne, rola błazna była w życiu publicznym konieczna, by wracał zdrowy rozsądek. Mój głos na blogu jest raczej zdawaniem sobie spraw w pewnych mechanizmów, niż wszczynanie wojny. Proszę mi wierzyć, ja spędziłam życie na plenerach malarskich, gdzie bardzo uważano, by nie zaprosić prawdziwego artysty, bo te miernoty bardzo dobrze czuły się ze sobą, przejadały publiczne pieniądze, bawili się wyśmienicie i wszyscy byli zadowoleni. Portale dzięki otwartości i demokracji mają szansę na nie powtarzanie tych, już nie mówię klik, ale zwykłego lenistwa duchowego, o czym pisał Gombrowicz. Ja nie wiem, jak wielki jest talent Masłowskiej, bo ona jest w drodze i ma szansę się rozwinąć. Jednak hamują ją właśnie zachwyty i nagrody. Podobnie jest na portalach literackich. Feliks Lokator, jeśli to rzeczywiście on, malarz z zawodu, wie, czym to wszystko grozi. Portale Pani Małgosiu będą nudne jak flaki z olejem z powycinanymi brzydkimi słowami. Pani pewnie też nie chce czegoś podobnego, Roman Knap taki nie był.
    A czego chce Feliks Lokator? Z jego wpisów wnioskuję, że kontynuuje linię Bataille’a, Geneta, Sade’a, że jest na wskroś postmodernistyczny poprzez sięganie do zakazanych środków wyrazu. Oczywiście bogactwo środków wyrazu na przestrzeni całej historii sztuki jest wielkie i nikt nie chce, by wszyscy wypowiadali się jednakowo. Jednak trzeba pamiętać, ze klozet Duchampa nie był przecież dziełem sztuki, tylko zaprzeczeniem dzieła sztuki zastygłego już w formie i nic już nowym pokoleniom nie mówiącego.
    I teraz tak: szuka, to niebezpieczna forma istnienia, zarówno dla twórców, jak i odbiorców. Trzeba absolutnie w moim pojęciu zakazać napaści na ludzi, tak jak głosili to w manifestach futuryści przed wybuchem drugiej wojny światowej (nawoływali do rzezi i morderstw). Natomiast trzeba pozwolić artystom mówić, bo oni tylko ten świat ocalą.

  10. Małgorzata Köhler pisze:

    Ależ ja jestem pierwsza, która walczyla o Knapa! (Też w skrócie, bo nie mam teraz czasu.) Jeszcze zanim ktokolwiek napisał o nim dobre słowo. Nie znosze nudy i stagnacji, sama kłóciłam się z adminem Ns o zniesienie bana dożywocia, ale skarlenie dzisiejszych trolli jest porażające.

    Klozet Duchampa był wywrotowy, klozet Felixa Lokatora to tylko popłuczyny. No i przecież łatwiej wziąć miasto zarazą, niż głodem, stąd upodobanie do szerzenia smrodu u ludzi, którym tak naprawdę chodzi tylko o destrukcję. Proszę mi wierzyć, wczytywałam się w niejedno “dzieło” Wielonikowca, ale nie znalazłam tam oznak sztuki, mimo, iż bardzo się starałam. I Pani też ich nie znajdzie, Pani Ewo. Dlatego wyminęła Pani zręcznie moje zasadnicze pytanie.

    Roman Knap pod koniec życia odwrócił się z niesmakiem od “naćpanych borowskich”. Są na to dowody na liternecie, rozczarowali go ostatecznie – tak jak mnie, wcześniej.

  11. misia pisze:

    W satyrze traci się tożsamość na korzyść ukazania sprzeczności. Wszelkie wątki libertyńskie przemieszane ze świętością dają ten właśnie efekt absurdu, który jest niezbędny wobec rożnych presji opowiadania się po czyjejś stronie. Tak jak piszesz, Masłowska się cenzuruje, chce się podobać wszystkim, co przecież jest niemożliwe. Jednak też uważam, że prawdziwa sztuka jest zawsze rewolucyjna w sensie przełamywania. Pani Małgosia, której niechęć do trolli jest szczera i uzasadniona, opowiada się po stronie miernot, co w wykasowanym komentarzu na portalu Liternet Tomasz Bendert właśnie pokazał. Oczywiście, nikt nie wymaga od nauczyciela prowadzącego lekcję z polskiego, by był równocześnie artystą. Wymaga się od niego, by artystom, którzy być może wyrosną z jego uczniów, nie zabierał tej możliwości. Ja jestem przeciwko szkole i jej istnieniu, ale jak już jest, to niech przynajmniej nie szkodzi.

  12. Małgorzata Köhler pisze:

    Misiu, a cóż to ja zrobiłam lub napisałam takiego, co uprawniałoby do zarzutu, że opowiadam się po stronie miernot? Proszę o konkrety.
    cyt.: “opowiada się po stronie miernot, co w wykasowanym komentarzu na portalu Liternet Tomasz Bendert właśnie pokazał.”

    Nigdy nie kasowałam sama żadnych komentów, o ile nie byly zjadliwą, ohydną napaścią personalną (a nawet większość napaści na mnie samą zostawiałam.) Nie chwalę grzecznościowo, doceniam dobre utwory, nawet, jeśli za autorem nie przepadam. Miernot zazwyczaj nie oceniam, nie czytam, nie zajmuję się nimi, o ile mogę.

    Na to, że dowcipy Benderta mnie nie śmieszą, nic nie poradzę. Uwielbiałam dowcip Knapa. I tyle może tytułem obrony przed tym kolejnym atakiem.
    Zajrzę wieczorem, zależy mi na Pani odpowiedzi.

  13. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Małgosiu, może te klozety się różnią, nie wiem, ale sztuka klozetowa też ma i wartość czysto dydaktyczną, n.p. ludzie będą się chętniej diagnozować w kierunku raka odbytu, jeśli w XXI wieku wreszcie przełamie się to tabu.
    Artyści nie są i nie mają być świętymi krowami, jak byli pijacy w PRL-u i sowieckiej Rosji. Są takimi samymi ludźmi podlegającymi karom, sądom, więzieniom. Ale kara wymierzona Oscarowi Wilde nie była karą dla człowieka, ale karą dla artysty.
    Ja jestem jeszcze bardziej radykalna, niż Roman Knap, ja jestem spod Znaku Koziorożca, co podobno determinuje zrażenie się do ludzi na całe życie. We mnie ludzie nieodwracalnie umierają i tak jest z wymienionymi przez Panią trollami, którzy mnie skrzywdzili. I tu nie chodzi o żadne chrześcijańskie wybaczanie, tolerowanie, dla mnie ci ludzie nie istnieją. Ale uważam, że prowadząc publicznie bloga, nie mogę ulegać własnym urazom i powinnam oddawać sprawiedliwość jeśli taka jest konieczność. A w linkowanym wątku Tomasz Bendert miał rację, bo zapędziliście się w tych wywodach i zatracili, a komentarz artystyczny do świata sztuki nie ma nic wspólnego z akademickimi wywodami.
    U Gogola jest mnóstwo portretów ludzi śmiesznych, którzy przecież nie są ani artystami, ani nawet osobowościami charakterystycznymi, tak jak u Muminków, gdzie świat zamieszkują różne indywidua, ale jest to genialna materia na literaturę I takie też są portale literackie, trzeba tę różnorodność utrzymać, bo na tym polega ich wartość. Bojkot trolli uwidacznia, jak ze sobą się nudzą i jak się męczą, jałowieją i tracą kolor. Użytkownicy portali, nie będący trollami, przecież robią to samo co trolle – odżywiają się współużytkownikami, bo są wewnętrznie puści. Tak więc nie da się obronić tezy Marata Dakunina, że tu jest walka Dobra ze Złem. Nic podobnego. Talent to niezwykła rzadkość, muszą być, jak pisał T.S. Eliot, koła, które tworzą się z ludzi całkiem poślednich, by zaistniała płaszczyzna dla wypowiedzi i szansa na zaistnienie. Jeśli ludziom, którzy są w swoim żywiole i lubią swój żywioł zależy, to nie byłoby podstawiania nogi i przytrzaskiwania klapą fortepianu dłoni pianistom. Do jednych pewien typ dowcipu nie trafia, do innych trafia, co przecież nie wyklucza, że nieprzemijająca wartość pewnych rzeczy jest trwała i przez ludzkość doceniana. Kiedy sprzątam u mamy i podsłuchuję powieści Małgorzaty Kalicińskiej nagranych mamie na czytak – bo mama według psychiatry ma uszkodzony mózg i nie przyswaja rzeczy trudniejszych – to dla mnie taka literatura jest zwyczajną torturą. A przecież to Małgorzata Kalicińska jest sławną pisarką, a nie ja. I co, mam ulec presji, mam się z tym pogodzić? Portale literackie są wielką szansą na zaistnienie takich właśnie odmieńców, którzy nie trawią Małgorzaty Kalicińskiej. I dla mnie, samotnej na blogu, to jest wielkim wsparciem.

  14. misia > Małgorzata Köhler pisze:

    Jak to – wsparłaś Małgosiu w tym wątku Alxa, który watek wyciął i nazwałaś komentarz, bardzo pracowity i trafny, zaśmiecaniem forum. Tomasz Bendert najprawdopodobniej, by się nie zmarnował, poszedł na ugodę i wykropkował brzydkie wyrazy. A ten komentarz był właśnie o tym, że chciejstwo ludzkie uzurpuje sobie wolę wartościowania, podczas gdy to jest jedynie dopuszczalne u bogów, bo sztuka jest boska i sztuka jest nie ich. To był bardzo przystępny wykład o światach, o wtajemniczeniach, które są nie wszystkim dostępne, a jednak w nich niedopuszczone osoby się szarogęsią. Komentarz wzywał jedynie do pokory, a wzbudził, jak w „Amadeuszu” Formana, jedynie agresję i wyciągnięcie administracyjnych instrumentów przez założyciela wątku. A to był modelowy przyczynowo – skutkowy przykład, jak działają ludzie mający taki kawałeczek władzy, jak jeden chociażby wątek.
    Oczywiście, epitet „miernota” jest umowny. Ale nie oszukujmy się, sama poprawność w rzemiośle artystycznym nie może świadczyć o wybitnej jakości dzieła, bo artefakt składa się z wielu czynników, a tu zaledwie zazwyczaj zostaje spełniony tylko jeden. Ludzie piszą jak umieją i nic na to nie poradzą. Tylko niestety, najczęściej pomniejsza się wielkość niższością, o czym też pisał Gombrowicz. Dlatego nadmiarowe zachwyty są tak szkodliwe.

  15. Małgorzata Köhler pisze:

    Misiu, po kolei, proszę Cię o uwagę i logikę w tej sprawie.

    Sama nie usunęłabym wypowiedzi Benderta, bo, jak wspomniałam, w moich wątkach usuwam tylko grube naruszenia ludzkiej godności, u mnie nawet Tadek ma prawo głosu, o ile zechce się nieco ograniczyć w personalnych bluzgach.

    Tak, poparłam Alxa w jego wątku moimi wypowiedziami, bo myślimy w wielu sprawach podobnie. O poście Benderta tak przed wykropkowaniem jak i po nie odzywałam się, ani o decyzji wycięcia – to wątek Alxa i jego decyzja. na ile odebrał tamten Benderta jako przekszkadzający, nie mnie tu sądzić. Odpowiadam tylko za to, co robię sama.

    Tak, odebrałam już dostatecznie wiele postów Tomasza Benderta (i m.in. miałam je na myśli odpowiadając Maratowi) jako częściej przeszkadzające w zachowaniu sensu rozmowy, a często wręcz szkodliwe, nawet nieludzkie, jak wtedy, gdy w wątku o chorobie Romka postawił mu żałobną kropkę, oraz produkował w celu przeszkadzania większą ilość komentów “wątek usunięty przez założyciela grupy”. Jego prezentowanego na liternecie dorobku nie cenię, a raczej wręcz przeciwnie, i mam nadzieję, że gdy zapoznasz się dokładniej z “wierszami” Benderta: ovanoi.liternet.pl/teksty?page=1
    zrozumiesz, dlaczego.
    Podobnie wygląda z masą wpisów komentatorskich Benderta, ale doprawdy nie chce mi się wyszukiwać “perełek”, są dostępne w zakładce “aktywność”.

    Nie, nie dostrzegam nadal, nawet po Twoim pracowitym przetłumaczeniu na język ogółnie przyjmowalny, we wpisie Benderta niczego nowego, nic interesującego, stek rzeczy oczywistych przybranych w zalotne szatki enigmy; wpisu tego nie zakwalifikowalabym za nic jako “przystępnego wykładu o światach, o wtajemniczeniach, które są nie wszystkim dostępne”, wybacz, dla mnie to bełkot osoby, która nazywa się elitą i ma się za wtajemniczonego, produkuje jednak całą masę bzdetu najgorszego gatunku, i nie widzę powodu, aby nazywać to ładniej. Dla mnie to Tomasz Bendert reprezentuje właśnie wyjątkową miernotę i jako autor, i jako komentator.

    Nie dyskutuję na forum z Bendertem, w wątkach przez niego zakładanych jak “Czy zdarzyło się wam zesrać w gacie?” ale czasami jestem zmuszona rozmawiać z nim w innych wątkach, i ta rozmowa nie była jeszcze ani razu naprawdę inspirująca. O tyle więc odbieram jego udział w wątkach jako śmiecenie. Ale jest to moje prywatne zdanie i oczywiście Ci go nie narzucam 😀

    Ewo, trochę jestem bezsilna przy Pani. Doceniam kunszt postu, w którym udało się Pani przejechać od profilaktyki raka odbytu i możliwej służebnej tu roli Benderta, poprzez świat postaci Gogola, ze śmiałą tezą w międzyczasie, że “Użytkownicy portali, nie będący trollami, przecież robią to samo co trolle – odżywiają się współużytkownikami, bo są wewnętrznie puści.”, co zasługiwałoby na osobną wielogodzinną rozmowę (autorzy blogów, rozumiem, zaspokajają się w tym względzie sami? 😉 aż po rozbrajające (naprawdę) wyznanie, że na portalach bliżsi są Pani “odmieńcy”, gdyż oni nie trawią Małgorzaty Kalicińskiej – tym wszystkim odebrała mi Pani rezon, nie uporam się z tym, oraz tym pomiędzywersowym.

    Może będzie dla Pani miłe do usłyszenia, a może nie, nie wiem, że ja nawet o Małgorzacie Kalicińskiej nie słyszałam. Jednak siły portali upatrywałabym raczej w szansie spotkania się tam osób mających współne zainteresowania, niż współne animozje. Nie sądzi Pani, że to niebezpieczna skłonność (nie wypada mi pisać: narodowa)?

    Zadowalając się Pani wyraźnym odżegnaniem się od wpisów osób raniących godność ludzką, nie będę naciskać, aby poddała Pani uważniejszemu oglądowi wkład bronionych przez Panią “odmienców” w literaturę polską. Proszę jednak, najserdeczniej proszę, nie porównywać ich już nigdy więcej z Romanem Knapem – nie ta klasa, Pani Ewo, naprawdę.

  16. Małgorzata Köhler pisze:

    * musze uzupełnić: o poście Benderta nie wypowiadałam się – oczywiście aż do czasu, kiedy zagadnął o to z pterensją Robert Kobryń.

  17. misia > Małgorzata Köhler pisze:

    No tak, trzeba po prostu pogodzić się z tym, że jedne komunikaty trafiają, inne nie i to nie zależy od naszej woli. Portal Liternet jest tyglem postaw, poglądów, ludzi o różnych estetykach i zapatrywaniach. Do mnie ten komentarz trafił i nic na to nie poradzę.
    Życzę Małgosiu powodzenia w trudnym procesie odbudowywania międzyludzkiej komunikacji, może się uda. Myślę, że ludziom stawiającym opór kiedyś się to znudzi, bo bunt to też wytracana bezpowrotnie energia.

  18. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Tak, Pani Małgosiu zaspokajam się na blogu sama. Dlatego między innymi nie uczestniczę w życiu literackim żadnego sieciowego portalu literackiego.
    Ciągle sobie obiecuję, że nie będę podczytywać Liternetu, ale robię to, bo to jedyne miejsce, gdzie toczą się rozmowy i stwarza to klimat kawiarni, a kawiarnie wybierało wielu twórców na pisanie właśnie w takim środowisku. Mam nieszczególną teraz sytuację w domu, stąd pewnie takie moje irracjonalne potrzeby. Ale teraz bardzo żałuję, że się odezwałam i obiecuję, że to się już nie powtórzy. Ma Pani to jak w banku, nie będę już Pani przeszkadzać w działalności na portalu Liternet. Miałam nadzieję, że jak wyda Pani książkę Romana Knapa, to ją tutaj na blogu przedstawię, ale teraz już nie chcę.
    Tak jak misia, życzę Pani powodzenia na wszystkich frontach, a z Kalicińską warto się zapoznać, bo profesjonalnie jest pisana.

  19. Małgorzata Köhler pisze:

    Dziękuję bardzo, Misiu.
    Są momenty, że tracę rozeznanie, dlaczego właściwie to jeszcze robię, może z wrodzonej przekory, uporu, aby nie poddać się banalnemu, możliwe, że nieuchronnemu, złemu końcowi miłych początków.
    Spotykam się często z wyrazami żalu za dawnymi, złotymi czasami na portalach literackich, z pionierskiego okresu, gdy nad jednym wierszem powstawała nieraz trwająca przez wiele wirtualnych dni dyskusja, pełna wirtualnych emocji i wirtualnego idealizmu; powstała wtedy nowa wartość, coś jak uwolnienie czystego ducha, która dzisiaj skarlala przez zazębienie się wirtualu z realem. Na tej nostalgii się kończy, podczas gdy ja mam pełną świadomość, że to ludzie stwarzają swój czas, a nie odwrotnie, i że wszystko w naszych rękach.

    Pani Ewo, cóż mam na to. Dotknął Panią mój żart (dla pewności opatrzony emotikonem), niepotrzebnie. Pani teza o pustce wewnętrznej bywalców portali faktycznie jednak jest ryzykowna, bo równie uprawnione jest przypuszczenie, że to nie brak, a nadmiar (myśli, energii) pcha nas między ludzi. Unikam jednak wszelkich uproszczeń, bo powstają ze strachu i niosą nowe zagrożenia.

    A już tego, w jaki sposób moje zdanie może mieć wpływ na Pani ochotę zrecenzowania książki Romana Knapa, którego przecież popierała Pani z przekonaniem, nie rozumiem zupełnie. Sympatii czy antypatii do osób nie powinno się mieszać ze światem idei, do jakiego należy literatura.

    Żeby było jasne: Pani głos na blogu mnie osobiście “nie przeszkadza w działalności na portalu Liternet”. Jak każdy głos opiniotwórczy może jednak przyczynić się do utrwalania zarówno sensownych, jak i szkodzących, hamujących rozwój obiegowych poglądów na temat portali. Dlatego zwrócilam się z prośbą o sprecyzowanie tego, co budziło moje wątpliwości.
    Dziękuję, również za życzenia.

  20. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Wie Pani, Pani Małgosiu, z mojej strony to nie jest kwestia wycofania z powodu dotknięcia, czy obrazy. Wynika z pobudek czysto racjonalnych: czy to ma szansę powodzenia? I dochodzę do wniosku, że nie ma. Prowadzę blog, zaglądam do Liternetu nie dlatego, że nie mam co z sobą zrobić i się nudzę, i potrzebuję do tego sieciowego towarzystwa, by nie być samotną. Pod koniec tego tygodnia przylatuje syn, ma pracę w Szkocji i wstąpi na trzy dni, a my musimy tu z mężem zrobić całą polską wigilię, bo Amerykanka musi docenić polskie smaki. Jest w życiu powszednim dużo roboty i też roboty przyjemnej, nie trzeba się masochistycznie narażać na wizyty trolli, Tajnej Polski, Romana Knapa, jak jeszcze żył i Pani próby dowiadywania się , o co mi chodzi, a przecież, tak to odbieram, wchodzi Pani do mnie jedynie wtedy, podobnie jak Jacek Dehnel, kiedy zatrącę o Pani osobę, a tak to nic Panią nie obchodzę, ani to, co tutaj piszę. Wchodzi Pani zawsze z pozycji silniejszego, który ma na celu mnie tylko „ustawić”, a nie porozumieć się ze mną. Przezwyciężenie, przełamanie polskich stereotypów, gdzie komunikacja musi odbywać się albo w formie pouczenia, nagany, ewentualnie groźby, jeśli dyskutant nie pojął o co chodzi, nigdy nie nastąpiło, ani w życiu publicznym, ani we wspólnotach typu szkoła, zloty zjazdy, festiwale, plenery. I powielane jest to na portalach literackich. Ta protekcjonalność, pogarda, zawsze nieuzasadniona wyższość, podczas gdy zdawałoby się, jesteśmy w Sieci sobie równi i mamy te same narzędzia do autoprezentacji, niestety nie skutkuje. Jeśli Pani w komputerze Romana Knapa odnalazłaby wymianę naszych listów, może Pani by zrozumiała, dlaczego ja już mam serdecznie dość, także i tej ligi.
    Wie Pani, w obliczu nieszczęścia stają się nieważne wszelkie krzywdy wyrządzane z czystej przyjemności agresora. Jednak wznieć się ponad, kiedy w dalszym ciągu mamy do czynienia jedynie z mięsem internetowym – a tak czuję, że jestem odbierana, nie głosem i podmiotem – jest ponad moje siły i nie widzę żadnego powodu, by to robić.

    Dobrodziejstwo Sieci obdarowało nasze pokolenie u schyłku życia, niestety, nie jesteśmy w stanie z niego już skorzystać.

  21. Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Ewo, faktycznie rzadko tu zaglądam i faktycznie m.in. z tego powodu, że wiele razy wymienila Pani moje nazwisko. Ma Pani zwyczaj, jak sama przyznaje, liternet przeglądać, stąd mam wrażenie, że nie uczestnicząc czynnie w dyskusji czyta Pani pobieźnie, bez wgryzania się, o co właściwie chodzi, i bez większego zainteresowania skutkami, również ewentualnymi skutkami Pani blogowego komentarza. Stąd czasami czuję, że muszę coś wyjaśnić.
    O portalach literackich krąży wiele sądów – nieporozumień, niektóre z nich, jak te o absolutnej wolności słowa, dawały pożywkę działaniom antyludzkim. Nic dziwnego, że mnie to niepokoi.

    Jeżeli przeczytałaby Pani spokojnie raz jeszcze moje posty, to musiałaby Pani zauważyć, że nie bylo w nich ani, cyt. “pouczenia, nagany”, ani tym bardziej groźby. W pierwszym poście zadałam Pani powaźne pytanie, nie pouczając, a naświetlając mój punkt widzenia. Drugi mój post był po części żartobliwy, gdyż przeleciała Pani wiele tematów pobieźnie, nie rozwijając specjalnie zaproponowanego przeze mnie. Jest mi, jak za każdym razem, trudno się z Panią porozumiec, dlatego może unikam wpisywania się na Pani blogu, chociaż czasami ulegam ułudzie, że może być to owocne.
    Dla mnie rozmowa jest przede wszystkim drogą do sformułowania problemu, i problemów się nie boję, stąd nie bardzo rozumiem tych, którzy wolą harmonijną jednomyślność, a stawianie problemu traktują jako osobisty afront. Kończę już, bo nie chcę, aby zarzuciła mi Pani, jak kiedyś dręczenie. Jednak pragnę zapewnić, że chodziło mi tylko i wyłącznie o Pani głos i jego możliwe konsekwencje, proszę nie przypisywać mi sadyzmu i zamiaru godzenia w Pani “internetowe mięso” – takie podejrzenie jest krzywdzące dla nas obu.

  22. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Ma Pani rację, nie ma sensu obrażać się na rzeczywistość. Jest, jaka jest. Mamy natomiast możność rezygnacji, czego w strukturach PRL-u się nie dało, bo ja np. nie kupiłabym farb profesjonalnych, gdybym nie należała do ZPAP. Tu na całe szczęście Internetu za karę nie odcinają.

  23. Małgorzata Köhler pisze:

    Muszę wrócić, Pani Ewo, bo to jednak nie daje mi spokoju.

    Może lepiej zrozumie Pani (i Misia) o co mi chodziło, po zajrzeniu. na Nieszufladę, znajduje się tam najświeższa produkcja Benderta:
    http://www.nieszuflada.pl/klasa.asp?idklasy=171870&rodzaj=1

    Jeżeli nawet uparłby się ktoś, aby usprawiedliwiać to turpizmem, i jakiś miłośnik Benderta z lupą doszukiwałby się tam nowatorstwa, to nic nie usprawiedliwia szargania w tytule nazwiska jednego a autorów liternetu, którego zresztą konto “osoby” podrobiły – nie wiem, czy Sieja (Borowski, Ojciec Dyrektor), czy Bendert (Lokator) to jeden pies, dla to mnie wsio ryba, spostrzegam ich jako zjawisko; proszę tylko przewinąć sobie słupek z wierszami i rzucić okiem na wierszyki z falszywego konta, o np. ten:
    http://www.nieszuflada.pl/klasa.asp?idklasy=171842&rodzaj=1

    “Plastyczności” nie można odmówić tej produkcji, ale co czuje Pani jako artystka, Ewo?

    Przeciwko czemuś takiemu jak niszczenie, dyfamowanie innych ludzi, jest się na wielu portalach bezradnym. Admini Nieszuflady od lat allbo nie reagowali, albo reagowali dziwnie, wyrywkowo, z opóźnieniem, nie ma więc chyba sensu tam pisać. Ale pisać o tym trzeba, trzeba protestować, bo odwracanie oczu i zamiatanie pod dywan jest współwiną.

    Nieco poprawila się teraz sytuacja na Liternecie, zdaje się, że Leszek Onak wreszcie rozpoznał zagrożenie.

    Właśnie Rajski (Kobryń), który wykazuje się od kilku dni zawziętymi politycznymi prowokacjami, podpisuje je jako prowokacje artystyczne; odsyła mnie (na Rynsztoku) do Pani, twierdząc, że nie zrozumiałam, o co Pani chodziło (sądzę, że miał na myśli obronę sztuki kontrowersyjnej, i moje jej rzekome niezrozumienie.)

    Ja twierdzę, że na liternecie nie było nigdy sztuki kontrowersyjnej, poza tą Romana Knapa. Cały ten “fekalny odłam” pozbawiony jest jakichkolwiek cech arytystycznych, podobnie jak marne prowokacje Rajskiego.

    To nie jest nowa elita, Pani Ewo, to zwykłe szumowiny, po których nie zostanie kiedyś ani śladu. Nie w tym garnku gotuje się nowa poezja polska. Gdzie? Nie wiem, może stara taktownie dogorywa, a nowej jeszcze nie ma, a może nie jest tak źle, bo geniusze trzymają się raczej poza pospolitym kręgiem, i słyszy się o nich zwykle za późno.

  24. Małgorzata Köhler pisze:

    Mam nadzieję, że zauważy Pani komentarz i dopusci, bo zablokowało go z powodu linków.

  25. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Małgosiu, podziwiam Panią, że przeciwstawiła się Pani Robertowi Kobryniowi na portalu Rynsztok i Liternet, nawet, jeśli to jest prowokacja i happening to trzeba się temu przeciwstawiać, bo jest to, jak pisał Kierkegaard, demoniczne, czyli raptowne, a temu trzeba zawsze stawiać opór i się nie bać. Ja, przyznam ze wstydem, boję się tych wszystkich sieciowych bandytów, nawet tak jak ostatnio na rynsztoku, „aprobaty” Kobrynia.
    Ale niestety w tej fekalnej twórczości dostrzegam artyzm, nic na to nie poradzę, jest tam dowcip, wielka inwencja, wyobraźnia, szkoda, że ich plugastwo ma coś wsiowego, ordynarnego, bardziej radzieckiego, niż frankońskiego, coś niemieckiego, nie wiem, ale to pisze pokolenie naszych dzieci urodzone i wyrosłe w komunizmie (myśmy jeszcze mieli resztkę przedwojennej inteligencji w szkołach i na studiach), więc takie to jest, jakie jest, bez gustu i smaku, takie odreagowanie polityczne, taka postkomunistyczna czkawka.
    Cały czas podtrzymuję hipotezę, że to jednak pisze jedna osoba posiłkując się autorami albo młodopolskimi w wypadku Tomasza Bendera, czy Feliksa Lokatora, czy Edinuela Mary, Micińskim, Witkacym. Kreacja Borowskiego posiłkuje się tygodnikiem „Nie” Urbana, ponieważ z założenia ma to być cham w wieku dojrzałym, a dla takich frustratów powstało to pismo.
    Jest to niewątpliwie twórczy tygiel i osoba wybitnie utalentowana. Szkoda, że służy złej sprawie, bo tę „cebulę” do zmiany IP i tak prędzej czy później policja rozszyfruje i ten artysta skończy w więzieniu. Może taki scenariusz nie jest zły, teraz tam są bogate programy literackie, konkursy, opieka wolontariuszy, bogata biblioteka, chleb codzienny i dach nad głową, kaloryfery, łazienka, opieka psychiatry, cóż więcej artyście potrzeba? Więc może warto by zrobić pozew zbiorowy i jednak podać go (ich) do prokuratury. Ja się dołączę, myślę, że Pani powinna, jako najbardziej poszkodowana wszcząć akcję zbierania podpisów, jeśli administratorzy portali nie poczuwają się do obowiązku. Niech to będzie pokazowy proces, ku przestrodze.

  26. Małgorzato Kohler czy jesteś tak głupia czy tylko udajesz ? Tomasz Bendert na Nieszufladzie to nie Tomasz Bendert z Liternetu , więc zanim coś palniesz to się dwa razy zastanów … i proponuję nigdy w życiu nie wspominać o Feliksie Lokatorze w takich sprawach , bo On nigdy Cię nie obraził i z tego co pamiętam to nawet z Tobą nie pisał ,więc nie mieszaj Go do takich spraw, bo Feliks to nie Borowski i ma klase w każdej wypowiedzi więc się od niego odpimpaj ,bo znów po rączkach dostaniesz !!!

    Po drugie , jakim prawem piszesz o lewych kontach ? w domyśle Krzysztof Grzebiszewski czy tam jakoś ? sądzisz ,że w Polsce jest tylko jeden o takim nazwisku i imieniu ? wpisz sobie w google i zobacz ilu takich jest , a po trzecie każdy może przybrać sobie nick jaki chce i żaden sąd tego nie podważy ,bo jest wolność w tym temacie… więc nie drzyj ryja na próżno… a po czwarte Grzebilis dostał baty bo sam się domagał i tyle w temacie … poczytaj sobie jego komentarze i wtedy opiniuj , bo sam zasłużył na bana jakby się temu dobrze przyjrzeć !!!

    I Małgorzato – żadne szumowiny , zapewniam ,że po nich ślad zostanie większy niż po Tobie , i pamiętaj aby rozróżniać to co pisze do Ciebie prywatnie a na forum , bo na forum walczę z Twoją postawą a prywatnie to możemy pogadać o naszych pieskach :))

    o Kobryniu się nie wypowiadam ,bo to nie moja bajka i nie interesuje mnie to co on pisze ,bo za cienki jest jak dla mnie ,ale mogę wypowiedzieć się o Micińskim tzn Tadeuszu Micińskim , często zaglądam do jego “Poematy Prozą” pod redakcją Marii Podrazy-Kwiatkowskiej w opracowaniu Wojciecha Gutowskiego i znam ten turpizm ,ale nigdy nie widziałam tego na portalach więc nie wiem skąd takie przypuszczenia ,że ktoś się nim posiłkuje …

    I Pani Ewo —cebulka czyli Tor to przeżytek , teraz się używa darmowego WIFI w IPhonie kupionym z drugiej ręki ,który tylko i wyłącznie służy do napisania komentarza ,więc Pani marzenia o prokuraturze itd niestety odpływają w siną dal :)))

  27. Ewa > Paris Dakota Jones pisze:

    moim marzeniem jest mieszkanie w praworządnym państwie i możliwości dążenia, by takim było. Całe moje istotne życie upłynęło w niewoli.
    Wasze ekscesy demoralizują wchodzące pokolenia, ustalają normę i poprzeczkę, która dla tolerancji ustawiona jest bardzo swobodnie, a przecież przekroczenie, transgresja może odbywać się tylko w sztuce. Sieć nie jest sztuką, jest jedynie tanim i super wygodnym sposobem komunikacji międzyludzkiej. Tak samo sztuką nie jest egzystencja ludzka w realu, bo aby żyć, istnieć, nie trzeba być artystą.
    Te wasze „kary”, „baty”, ta cała subkultura, którą terrorem próbujecie narzucić literackiej sieci uzurpując sobie prawo do ustanowienia obyczajowej normy nie jest ani czymś nowym, ani też nieprzemijalnym, przeciwnie. Takie właśnie bandyckie sposoby odchodzą w niebyt, pozostawiają za sobą zgliszcza i nieodwracalne rany u skrzywdzonych i poniżonych, opóźniają rozwój i wszelkie szanse naprawy i pozbycia się spadku po komunizmie.
    Janosikowe sposoby przetrwały jedynie w ludowej legendzie skłamane i przetworzone, utrwalające stereotyp Dobra i Zła. Powielanie łatwych sposobów na obnażenia słabości mentalnej, twórczej, często też charakterologicznej (wielu skrzywdzonych używa takiej samej broni co napastnik), Internetu, to wszczynanie wojen, to nawoływanie do nienawiści, podziałów na swoich i obcych (skaperowana „Kasia”) bo przecież ludzkość ma to już przerobione. Od sieci literackiej, która zna nie tylko maturalnego Micińskiego, wymagałoby się czegoś więcej niż od kiboli, którzy nie mieli nigdy szans na edukację, bo zazwyczaj wywodzą się z dysfunkcyjnych rodzin.
    Nie dlatego, że jesteście barwni i aktywni ożywiacie Sieć, ale dlatego, że wielu utalentowanych pisarzy na portale już nie wchodzi, bo z Waszą hołotą nie chce się mieszać tak samo, jak artyści mojego pokolenia bojkotowali stan wojenny i nie publikowali, nie brali udział w konkursach, nie wystawiali obrazów w placówkach kulturalnych zajętych przez PRON.

  28. Małgorzata Köhler pisze:

    > Paris Dakota Jones,
    dziękuję za informacje – niegdy dość oświecenia 🙂
    Z tego, co piszesz, wynika, że liternetowy Tomasz Bendert, to zupełnie niezależna osoba i nie ma niczego wspólnego z Nieszufladą. Jednak przyznawał się on sam niedawno (względnie sugerował), do związku duchowego z Belfegorem Jedynym, Lokatorem Ciemności, czy jakoś tak. A kariera FL zaczęła się na Nieszufladzie. Na Liternecie T.Bendert tworzy maskę (maski) niejednorodną, wykazującą się czasami przebłyskami IQ powyżej 120, a czasami na poziomie podłogi. Jeżeli jest więc mylony, to mu się słusznie należy 🙂
    FL zdaje się cierpieć na syndrom niezrozumienia – moim zdaniem zawiniony przez samego sprawcę, który ma wyraźne problemy z jasnym, czystym formułowaniem myśli w języku 🙂

    Pocieszające jest to, co piszesz o ostatnich zjawiskach, że to nie jeden człowiek o symptomach geniuszu i poważnych schorzeń, ale że po prostu kilka postaci, które prześcigają się wzajemnie w produkcji postów, ufiksowanych w tematyce pornograficznej, zwykle koprofilnej, zupełnie, jakby chciały pokazać: “O, ja też potrafię tak jak Ryba Rybicki” (albo inny ich idol).
    Z drugiej strony nie jest to aż tak pocieszające, bo jakkolwiek można byłoby wtedy mieć nadzieję, że te osoby kiedyś dojrzeją, to jednocześnie mamy już do czynienia nie z pojedynczym destruktorem, jak przypuszcza Pani Ewa, i do czego skłania się jeszcze kilku teoretyków sprawy, ale z powszechniejszym wyrazem kompletnego braku ‘nerwu etycznego’, co fatalnie wróży młodemu środowisku literackiemu.
    Zrozum mnie dobrze: nie, żebym była jakąś nawiedzoną moralistką. Z doświadczenia i obserwacji jednak uważam taki kierunek za błędny, wręcz głupi, bo, jak P. Ewa powyżej wyjaśnia, podcina on gałąź, na której wszyscy wspólnie siedzimy.

    Moja złość z powodu szargania nazwiska czy pornograficznych gifów to jedno, moje ubolewanie nad głupotą takich działań to drugie; mam w pełni świadomość, że należy te reakcje rozróżniać i dlatego wciąż się zastanawiam jeszcze, co z tym zrobić, obserwuję, dziwuję się i uczę niejednego o mechanizmach stada.

  29. Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Ewo, przeczytałam uważniePani słowa i bardzo powaźnie się nad tym wszystkim zastanawiam.

    Oczywiście, że wspólne zabranie się za konkretną walkę z tym zjawiskiem, mogłoby być o wiele skuteczniejsze i szybciej przynieść efekty. Kilkudziesięciu autorów zostało już obrażonych, każdy z nich mógłby swoje wnieść, a najprawdopodobniej wielu prywatnie nie czuje się na siłach walczyć samotnie. Zdaję sobie jednak Pani sprawę z tego, że trolle skompromitowaly mnie dostatecznie, abym przez osobiście niezainteresowanych i tym samym niezorientowanych była traktowana, jako osoba, która sieje wiatr, więc slusznie zbiera burzę.

    Niedawne wydarzenia na forum Liternetu w związku z pokłosiem “sprawy Romana Knapa” i fundacji, absurdalne oskarżenia i dalsze próby dyfamowania mnie, odstręczają mnie od przyjmowania jakiejkolwiek roli wiodącej, czy w sprawie fundacji, czy w zbieraniu podpisów, nie tylko dla własnego spokoju, (zbrzydlo mi to doszczętnie, w moim charakterze leży raczej indywidualne działanie, niż planowa, wspólna akcja) ale również dla dobra tych spraw.

    Ostatnio pojawilo się kilka nowych elementów (jak choćby polaryzowanie się postaw “Jednego Trolla” w sprawach politycznych; to bardzo ciekawe, muszę sobie jeszcze przeanalizować kilka elementów; poza tym czekam na czyjeś zdanie, które “do bogatego archiwum doda właściwą interpretację” – wszystko w cudzysłowie, oczywiście 🙂

    Mam niewątpliwie najwięcej danych (niestety), mam, sądzę, nawet bardzo konkretne dane, których nie posiada nikt inny. Ale jest jeszcze we mnie wiele wątpliwości, gdyż rzeczywistość przede wszystkim mnie ciekawi, dopiero w drugim rzucie oburza 🙂

    Z tym muszę się teraz uporać, czekam na jeszcze jeden element, czytam wiele. Proszę dać mi trochę czasu do namysłu. Jeżeli zdecyduję się na Pani propozycję, napiszę prywatnie, bo z wiadomych powodów nie będzie to już rozmowa nadająca się na forum.

  30. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    Niestety, na długofalowe działanie w sprawie zbiorowego pozwu o zniesławienie i dalszego zniesławiania nie ma co na mnie liczyć, gdyż mąż właśnie wrócił ze szpitala, mama czeka (w Katowicach na szpital geriatryczny czeka się 5 miesięcy), ja pewnie też, jestem w takim okresie życia, że mogę tylko coś robić poprzez blog, dopisać się do pozwu, wypowiedzieć się tutaj.
    A faktycznie powinien ktoś zająć się tą sprawą, najlepiej nie skrzywdzony i niezaatakowany, ponieważ wystąpiłby w słusznej sprawie, a nie we własnej obronie i dlatego liczyłam na Administratora. Jednak droga sądowa, jeśli to nie jest sprawa polityczna (działają podobno natychmiast), może pochłonąć czas i energię, a przecież wszyscy mamy tak tego mało. A warto by było, by uświadomić wszystkim, że w cywilizowanym społeczeństwie, do którego przecież dążymy, takie działania są karalne, że ewidentnie są tutaj łamane prawa człowieka, których wspólnota musi bronić, ponieważ automatycznie jest współwinna i że artysta podlega takiej samej karze, jak każdy obywatel kraju.
    No i jak słusznie Pani zauważyła nie jestem ze wszystkim na bieżąco, nie wszystko doczytam, zresztą powoli staje się nudne, trolle się powtarzają i bawią się tylko one. Nigdy, nawet jako dziecko nie przeżyłam żadnej satysfakcji w dokopywaniu komukolwiek, jak musiałam to zrobić , było mi tylko przykro.
    Ale kilka lat temu był w Sieci taki ktoś o nicku Dr Charles Kinbote i ta osoba za każdym razem, jak dokopała na kumplach tajnej polsce, pisała mi na skrzynkę, bym zajrzała, jak dowcipnie to zrobiła. Widziałam te wirtualne wypieki na twarzy tego indywiduum sycącego się cudzą krzywdą i starałam się te emocje zrozumieć, ale nie mogłam.
    Sieć jest wielką szansą wyłonienia prawdziwych talentów, stworzenia im cieplarnianych warunków, by mogły rozkwitnąć, żadna epoka artystyczna nie miała takich szans. Prawdziwe życie artysty dzieje się przecież poza Siecią, jest to nasze życie osobiste związane z partnerami, rodziną, życie intelektualne związane z naszymi lekturami, Historią, wiedzą o sztuce, życie duchowe, gdzie poszukujemy odpowiedzi na pytania egzystencjalne. W Sieci na portalach literackich przedstawiamy konkluzje, utwory artystyczne, dzielimy się problemami zawodowymi. Niestety najczęstszym zjawiskiem portalu literackiego jest życie życiem portalu i rezygnacja z życia realnego, dlatego dochodzi do wyjałowienia, śledzenia współuczestników i zabawa nimi. I to myślę, nie jest problem niedojrzałości (metafora piaskownicy), ale jak już pisałam, lenistwa, przede wszystkim duchowego. Nie religijnego, bo coraz częściej czytając portale literackie mam wrażenie, że wchodzę w jakąś sektę religijną, gdzie wszyscy znają się jak łyse konie, tylko ja nie wiem who is who. Bo Ryba (Rybicki) to mierny poeta, Feliks Lokator z niego na pewno nie czerpie.

  31. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    I jeszcze chciałabym napisać o sprawie Romana Knapa, bo nie wszystko jest jasne.
    Pani, Pani Małgosiu Roman Knap zawdzięcza godną śmierć, ostatnie chwile życia w glorii i sławie, a to dla prawdziwego artysty w życiu jest najważniejsze: by jego trud doczesny w niełatwym pisarskim rzemiośle był doceniony. Roman Knap, przy zdumieniu całej Sieci to miał jak umierał, i zawdzięcza to wszystko przede wszystkim Pani, która potrafiła uaktywnić dobre moce wszystkich internautów dobrej woli. I jest to niezbity, nieodważany fakt udokumentowany i żadne bluźniercze głosy tego Pani nie odbiorą. Wątpię, by ktoś potrafił tak wspaniale pokierować akcją ratowniczą, zbiórką pieniędzy i krwi, i to wszystko na czas, natychmiast i wszystko zostało wykorzystane, nic się nie zmarnowało. Nie oszukujmy się, ludzie o większym zapleczu finansowym i lepszą opieką medyczną umierali, nie trzeba zakładać, że gdyby akcja ratownicza nastąpiła wcześniej Roman by żył. Niekoniecznie i nie ma co walczyć z losem. Ważne, że to wszystko ubiegłego lata zaistniało, że sieciowy poeta odchodził niemal w obcięciach i bliskości Internautów.
    Jeśli chodzi o rozliczenia, to szczegółowo napiszę. Nic nie wysłaliśmy na konto Romana Knapa. Mąż pojechał tam, nie licząc kosztów podróży, kupił mu jedzenie, coca-colę, papierosy, grzebień, wydał swoje 50 zł. Ponieważ nie mam żadnych tomików, książek wydanych, sprzedałam, rozdałam wszystkie obrazy oprócz kilku na ścianach naszego mieszkania, nic nie dawałam na żadną aukcję dla Romana Knapa. Zresztą i tak nikt by nie kupił.
    Drugą osobą po Pani tak gorąco oddaną sprawie był poeta gliwicki Jan Strządała. Janek został, jak Pani pisze obdarowany przez Romana Knapa laptopem. Dzięki temu, że Roman Knap posiadał dzięki zbiórce pieniędzy coś wartościowego, co mógł dać, a był to laptop, to przecież wielka rzecz dla umierającego, że może chociaż tak się odwdzięczyć za kilkumiesięczne, codzienne wizyty w szpitalach, domach opieki, użeranie się z bezdusznymi urzędnikami. Wszelkie uwagi i uszczypliwości ze strony Internautów są typowym polskim mąceniem, tak, by się w przyszłości odechciało wszelkich akcji dla dobra ogółu.

    Teraz warto by książka Romana Knapa znalazła się chociaż w Bibliotece Śląskiej. Jeśli nie będzie posiadała, skutkiem niedopracowania (Roman Knap umarł za wcześnie i nie zdążył sfinalizować zamierzeń literackich), dostatecznych walorów artystycznych, będzie z pewnością śladem przełomu w literackiej sieci, będzie materią dla badań tych czasów, które z pewnością będą bezcennym dowodem przemian artystycznych u progu XXI wieku. Każdy artysta chce, by coś po nim zostało i chciał tego Roman Knap. Jeśli Pani dokończy tę sprawę, to będzie to wielka wygrana, nie tylko Romana Knapa, ale też nas wszystkich piszących w Sieci. A będzie to za sprawą właśnie Pani, Pani Małgosiu.

  32. Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Ewo, sytuacja z Pani mamą to życie prawdziwe, trzeba je chronić, a czasu faktycznie niewiele.

    Sieć to też życie ale pozbawione prawdziwego uczucia, nawet, jeżeli doznajemy gwałtownych emocji, to niewiele się one róźnią od tych, jakie mają dzieci, grające w gry komputerowe. Gdzieś tam w środku, nawet w najbardziej kulminacyjnym punkcie gry, jest świadomość, że emocje nie są pełnowartościowe, nawet sztuka pokazuje się przez szybkę, w necie nie da się przytulić, nie można doznać ekstazy na koncercie czy twarzą w twarz z “żywym” obrazem mistrza, na wyciągnięcie ręki jest szybka.
    Człowiek zostaje jak dureń z wyciągniętą ręką, a sztuka staje się jakaś taka trochę spłaszczona, przez ekran. To sprzyja uczuciom negatywnym lekceważeniu podstawowych wartości etycznych i sztuki, aż do braku zaufania i szacunku dla ludzi i siebie.

    Ludzie, którzy używają w necie masek, wielu masek, stają się pewnie po jakimś czasie sami dla siebie nieco nierealni. Nie mówię nawet o typowym hejterze z dowcipów, ale o tych wszystkich licznych ofiarach netu i samych siebie, którzy zatracili zdolność rozróżniania pomiędzy realnością a fikcją; jak wiadomo ekstremalne przypadki kończą się tragicznie, co było do przewidzenia. Zjawisko jest ogółnoświatowe.

    Pisze Pani: “(,,,) taki ktoś o nicku Dr Charles Kinbote i ta osoba za każdym razem, jak dokopała na kumplach tajnej polsce, pisała mi na skrzynkę, bym zajrzała, jak dowcipnie to zrobiła. Widziałam te wirtualne wypieki na twarzy tego indywiduum sycącego się cudzą krzywdą i starałam się te emocje zrozumieć, ale nie mogłam.”
    🙂 Dr Charles Kinbote pisywał też do mnie. Też cieszył się jak nieznośne dziecko. Odniosłam jednak wrażenie, że to dorosły mężczyzna. On też jest ofiarą, jakkolwiek by na to nie patrzeć.

    Kim oni są? Hydrą o odrastających głowach czy jednym szaleńcem? Jeżeli główny sprawca to jedna osoba, łatwo będzie go znaleźć, wiele na niego wskazuje, poza tym nie schowa się, to już nie te czasy, kiedy można było ukryć się na świecie – net zapewnia pozorną anonimowośc, ale w tym lesie czyhają upiory tak na ofiary, jak i na rozbójników. Ta bajka dla niegrzecznych dzieci ma wiele morałów 🙂

    Gdzieś w tym wszystkim z rzadka uchowa się osobowość, a nawet się zrodzi z tego zimnego, nieprzyjaznego gruntu – wracając do pocieszających rzeczy: na książce Romana Knapa zależy mi bardziej, niż na jakiejkolwiek mojej publikacji, na pewno doprowadzę tą sprawę do szczęśliwego konca. Dziekuję bardzo za miłe słowa.

  33. Małgorzata Köhler pisze:

    Pani Ewo, wiem o Państwa zaangażowaniu, a Janek Strządała był jedynym człowiekiem, który stale i do końca był realnie, fizycznie przy Romku – dobrze, że, jak Pani zauważyła, mógł Roman przeżyć odrobinę radości, podarowując mu coś. Dawać, czy dawać coś z siebie, to jest o wiele większy luksus, niż przyjęcie pomocy. Oby nas zawsze było na to stać.

  34. Ewa > Małgorzata Köhler pisze:

    źle się stanie, jeśli Sieć oddzieli się od praw rządzącym realnym życiem, uzna, że w internautę można walić jak w kaczy kuper i traktować jak worek treningowy, bo go nic nie boli, bo to przecież tylko wirtualny świat. Mnie zawsze boli, dla mnie niczym się nie różni, oprócz, jak pisałam, taniości słania komunikatów w świat, nigdy mnie by nie było stać na pocztowe znaczki w takich ilościach (przed Internetem brałam kilka lat udział w akcjach Sztuki Poczty, w Mail arcie). Że nie boli, to wygodna teoria, przeczytana np. u Arkadiusza Wierzby na portalu Liternet. To tak jak dla katolików, psy nie cierpią, można je bić, trzymać na łańcuchu, bo nic nie odczuwają, mają tylko węch (autentyczne słowa pobożnej kumpeli mojej mamy, bratem był ksiądz proboszcz, który strzelał na plebanii do kotów z wiatrówki i robił z nich zdrowe skórki na reumatyzm. Autentyczne!!!). Podobne teorie mieli faszyści propagując pogląd, że Żydów też nic nie boli, bo to taka inna rasa, która nie odczuwa bólu.
    Pani Małgosiu, nie czuję się na siłach diagnozować, jak to wszystko się dalej potoczy, dożyłyśmy tych wspaniałych narzędzi i wierzę, że będą używane też do szlachetnych celów, bo są wspaniałe. Jeśli książka Romana Knapa zaistnieje realnie w papierze, o czym Roman marzył, to będzie dowodem na to, że Sieć jest równoprawna Realowi, że może się wirtualność materializować i odwrotnie, że nie ma różnicy, nie ma też wartościowania, który świat jest lepszy. To dużo trudnej pracy redaktorskiej, teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak to wyczerpuje, próbując ogarnąć moje rozproszone zapiski. Ale, jak Pani się z tym upora, to wierzę, że będzie triumfem, dowodem na to, że jesteśmy wszyscy połączeni nie tylko siecią, ale i człowieczeństwem i jest możliwe podjęcie twórczego trudu przez Drugiego, kiedy życie nagle wygasa, a trzeba je doprowadzić do końca. A czym dla artysty jest życie? Tylko jego dzieło, nic więcej.

  35. Marat Dakunin pisze:

    “Tak więc nie da się obronić tezy Marata Dakunina, że tu jest walka Dobra ze Złem”

    Przepraszam najmocniej, czy mógłbym dostać link do wskazanej mojej wypowiedzi (jak rozumiem pisemnej, i to aż nazwanej mianem tezy).
    PS Ja bardzo rzadko stawiam teorie i tezy. Częściej stawiam pasjanse z trajektorii (intuicji i wyobraźni), hipotezy (bardziej hipo, choćby i hiper-) oraz baśnie udające traktaty takich dziwnych zespołów myśli jak teologia i filozofia, które siłą tradycji przyjęło uważać się za nauki, a ja je zaliczam do sztuki (no, chyba, że mówimy o innym paradygmacie nauki, wtedy wolność Tomku (Ewo)

    Więc jak brzmi i gdzie ta “teza” moja?
    pozdrawiam
    MD

  36. Marat Dakunin pisze:

    “ale moralność w sztuce nie istnieje, bo sztuka to zawsze przekraczanie, transgresja.”

    To takie trochę popłuczyny po haśle: artyście wszystko wolno, sztuka niezaangażowana czy po znanym powiedzieniu Wilde’a.

    Tymczasem sama Pani dotyka przeciwieństwa tego co stwierdza.
    Przekraczanie (transgresja) to siostra transcendencji. I jeśli w przekraczaniu (doskonaleniu, albo i – proszę bardzo – degradacji – do pewnego stanu perfekcji w jednym czy drugim kierunku) nie osiąga się innej sfery, nazwijmy ją niematerialną, nazwijmy ją, czemu nie, Sacrum, to twórczość jest pozorna, i sztuka to jest pozorna.
    Moralność jest zawsze wpisana w sztukę, nie jako jakiś tam zestaw uprzedzeń czy kołtuństwa określonej epoki czy grupy, lecz jak proste powinowactwo: PIĘKNO i DOBRO.
    Prawdziwa sztuka posiada cechy dobra, sprawiedliwości, choć zmetaforyzowane, ukryte, ale wnikliwym dające zauważyć w niej nieodrodne cechy prawdziwej twórczości i prawdziwego DZIEŁA: kompletność, harmonię, claritas (blask).
    I wszystko to, co by nie zarzucać, pochopnie, nieżyciowego przebywania w rojeniach i systemach przeszłości i obalonych klasycyzmów – powtarzam: wszystko to – sprawdza się tym bardziej w nowych i odważnych eksperymentach, z formą, i z treścią. Pod warunkiem, że artysta jest samoświadomy choć trochę, a to co robi jest bezinteresowne (bo to też znamię sztuki).
    Proszę to traktować jako hipotezę, którą z łatwością mogę bronić, z przykładami, lub czystym rozważaniem teorii.
    pozdrawiam

  37. Marat Dakunin pisze:

    PS
    Jeśli poplątałem komu odpowiadam, przepraszam najmocniej, proszę naprostować (mogłem poplątać, gdyż nie czytałem komentarzy, jedynie wyrywek)

  38. Janusz Solarz pisze:

    Maracie, brawo, tak, piekno i dobro!

  39. Ewa > Marat Dakunin pisze:

    Och, pozwoli Pan, że nie spędzę kolejnych godzin na szukaniu tego komentarza w Liternecie, gdzie Pan się odezwał przy okazji wypowiedzi Małgorzaty Köhler na temat działalności trolli w Sieci i nie podam tu linka.
    Pana komentarz tutaj przecież potwierdza tę Pańską tezę, czy nietezę, zwał jak zwał. Ale wiemy wszyscy, o co chodzi. Reprezentuje Pan platoniczną filozofię i jak Wezuwiusz zaopiniował piękne to i dobre, ale co z tego? Ja też kocham Simone Weil i jednak ona w pewnym momencie też zaczęła sprzeczną sobie głosić potrzebę wyrżnięcia tych złych Niemców.

    Ach, Panie Maracie, jesteśmy w postmodernizmie, w postnowoczesności i nie nasza wina, że żyjemy w takich, a nie innych czasach kultury, że nasza egzystencja przypadła na taki, a nie inny wycinek Historii Sztuki. Pana kurczowe trzymanie się kaznodziejskich kanonów platońskich jest po prostu śmieszne, kiedy wokół wieją wichry i odbywa się przemeblowanie. Antysztuka to też Sztuka, czy się to Panu podoba, czy nie, nic na to nie poradzimy. Odpady, śmietnik, sztuka fekalna, programowy antyestetyzm, to wszystko jest też Sztuka, nawet jak Kora się oburzy, czy inne współczesne guru.

    Panie Maracie, mi nie przeszkadza, ani nie obraża, tak jak Panią Małgosię, jakość sztuki współczesnej, czy – zawęźmy – jakość wierszy wklejanych na portale literackie. I to nie jest kwestia złotej szlacheckiej wolności, jak utrzymuje we wczorajszej dyskusji na portalu nieszuflada Jacek Dehnel. I w tym sensie uważam, że wszelkie przekraczanie jest pozytywne, w sensie fermentu, tygla, kontrowersji, rozrywania starych, nieaktywnych, martwych struktur. I tak można to faustowskie Zło, przekształcić, że czyni Dobro. Bo tak naprawdę, analizując Historię Sztuki, ludzkość wybierała aktywności pozytywne, wartościowe i takimi też byli artyści (Sade nikogo nie zabił, ocalił teściową…). Ale nie mylmy rezultatów ze środkami, bo nie oszukujmy się, środki, metody, były bardzo różne, np. „niemoralne” pokazanie ciała w „Lekcja anatomii” Rembrandta (jak malował, to chyba już śmierdziało).

    Ale nie chcę przedłużać: słowem, wszystko, co się dzieje na płaszczyźnie sztuki, jest dozwolone. Wszelkie niszczenie wirtualnych postaci, mających odpowiedniki w świecie realnym jest zwykłym skurwysyństwem ( bo to już nie jest sowizdrzalstwo) nie mającym nic wspólnego ze sztuką i powinno być karane sądownie i ścigane na mocy obowiązującego w Polsce prawa.

  40. Ewa > Marat Dakunin pisze:

    i zapomniałam dodać: internetowe ekscesy na portalach łamiące prawo i godzące w wypracowane przez ludzkość przez wieki prawa człowieka, nie są skutkiem antysztuki, tak jak gry komputerowe, filmowe horrory i ateizm nie przyczyniają się do wzrostu przestępczości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *