Dziennik miejski (9)

6 sierpnia 2013, wtorek. Kiedy mama weszła do pokoju i powiedziała, że dłużej tego nie wytrzyma, że zażyła już trzy oxazepamy i że chce wyskoczyć przez okno, Marek wezwał pogotowie.
W tę upalną noc sierpniową młoda kobieta z mężczyzną przyjechali szybko ubrani w kombinezony fosforyzujące, pomarańczowe, przechodzące w purpurę, by innym kolorem się odróżnić ich od tzw. „świniuchów” pracujących na drogach. Wyglądali jak nie z tego świata szczególnie, że pora roku nie sprzyjała takiemu ciepłemu ubiorowi. Wkroczyli z impetem do pokoju mamy, która położyła się do łóżka i czekała jak trusia.
– Co pani dolega – spytała ratowniczka głosem poirytowanym i znużonym, wiedzącym z góry, że przyjechali niepotrzebnie.
– Mam dławiący lęk, bolesny w piersiach…
– I co z tego? I po to trzeba wzywać pogotowie! – powiedziała ratowniczka, a ratownik dołączył się też do rugania i rozpoczął długie wyjaśnianie, do czego pogotowie ratunkowe służy, równocześnie otwierając walizkę – plecak w kolorze kombinezonów.
– My przyjeżdżamy do zagrożonego życia. Wie pani, ile umiera przez takie jak pani ludzi, którzy autentycznie potrzebują pomocy? – zakończył ratownik wyjąwszy aparat do mierzenia ciśnienia.
– To zięć wezwał pogotowie – mama popatrzyła oskarżycielsko na Marka usiłując udawać, że jej tu nie ma.
– Czemu nie leczy się pacjentka w Przychodni Zdrowia Psychicznego? – ratowniczka skierowała atak na Marka.
– Ależ zawiozłem teściową, a windy nie ma, w te upały to bardzo uciążliwe – rozpoczął obronę Marek. Przepisała hydroxyzinum, ale teściowa powiedziała, że jej on szkodzi, zjadła tylko jedną pastylkę, powiedziała, że na stany lękowe pomaga jej tylko oxazepam. Ale widać, nie…
– Lekarka psychiatra powiedziała mi, żebym poszła jako wolontariuszka do przedszkola, skoro dobrze na mnie działają dzieci i tęsknię za moim prawnuczkiem… – poskarżyła się mama, nie tyle przychodząc z odsieczą Markowi, co niespodziewanie odnajdując kogoś, kto może ją pożałować. Ratowniczka jednak stała twardo przy ofensywie i nacierała już na oboje, na mamę i Marka.
– To co, nie wiecie, że można zmienić lekarza, poszukać wybrać, tylko łatwiej wezwać pogotowie! – zakończyła triumfalnie, jakby ta prostota rozwiązań była oczywista dla wszystkich, oprócz tych tutaj dwojga.
– Ależ są kolejki… taki upał, jak ja mam szukać innego lekarza, kiedy samo dostanie się do gabinetu jest wielkim osiągnięciem, jeszcze grymasić, że to nie ten lekarz… Z dziewięćdziesięcioletnią pacjentką mającą problem z chodzeniem… Nie może pani dać coś na uspokojenie?
– My nie jesteśmy od tego, by dawać – pouczył ratownik. Musi pójść do lekarza rodzinnego, a on wystawi receptę. Ja też nie mogę zasnąć w taki upał – dodał chowając aparat do plecaka.
– Wyjątkowo damy – powiedziała ratowniczka wyjmując strzykawkę. Proszę iść spać.
Na pozostawionej przez nich kartce odnotowano wielkość dawki relanium podanego domięśniowo i uwaga, że pacjentka wezwała pogotowie, bo nie mogła zasnąć.
Na drugi dzień Marek pojechał sam do tej samej lekarki do przychodni psychiatrycznej, która powiedziała mu, że nie będzie z jego teściowej robić narkomanki i napisała na recepcie polecenie do lekarza domowego, że sugeruje pewien lek, ale ona go nie wypisze.
Zaniepokojona wieściami z domu przyjechałam busami ze wsi i wtedy kiedy zmęczona po podróży byłam z Markiem w sąsiednim pokoju, usłyszałam, że mama przez komórkę żegna się z wnuczką, będącą z jej ukochanym prawnuczkiem na Mazurach. Kiedy weszłam do pokoju, leżało puste opakowanie po oxyzepamie.
– Zjadłam dwadzieścia pastylek, a dwie rano – powiedziała triumfalnie mama. Będziecie mieli już za chwilę święty spokój.
Na moment przed przyjazdem wezwanego przez nas pogotowia pojawia się Bratowa z mężem wnuczki, która powiadomiła ich o samobójczym telefonie babci. Mąż wnuczki pomógł znieść zasypiającą już mamę na złożonych do krzesła noszach. Pomagała ratowniczka i ratownik, ale dla wszystkich zniesienie mamy z czwartego piętra było wielkim wysiłkiem. Kiedy udało się na ulicy rozłożyć z powrotem nosze i wsunąć okazałe ciało mamy do samochodu, poszliśmy w kierunku szpitala, a karetka na sygnale minęła nas i zniknęła za cmentarzem.
Było już po piątej, jednak upał nie zelżał, a długie nasze cienie wyprzedzały nas, podążających niespiesznie na izbę przyjęć. Jak przybyliśmy, mama za zamkniętymi drzwiami wraz z innymi zmasakrowanymi ciałami poddawana była zabiegom odtruwającym, co trwało dość długo. Wreszcie drwi się otworzyły i zadano mi jeszcze raz te same pytania, na które w dalszym ciągu nikt nie znał odpowiedzi.
– Czy faktycznie tyle zażyła? Kiedy zażyła? Jak długo przed telefonem do wnuczki? Czy leczy się psychiatrycznie?
Wszystkie odpowiedzi były przybliżone i nijakie, bo jak odpowiedzieć np. na ostatnie pytanie?
Kiedy pozostałam już sama z matką jako najbliższa rodzina, mama bezskutecznie próbowała wyrwać lub złamać wenflon, a lekarze oczekiwali na powrót z laboratorium próbek krwi badanej na okoliczność stężenia toksyn, na sąsiedniej leżance umierał na serce prawdziwy pacjent z prawdziwą chorobą i prawdziwa żona lała prawdziwe łzy. Na monitorze podłączonym do jego piersi linia wykresu stawała się coraz bardziej wyprostowana, aż w końcu kilku sanitariuszy odblokowało koła leżanki i powiozło ją w kierunku windy wlokąc za sobą kroplówkę.
Natomiast z mamą nic nie było pewnego, nawet stan obecny mógł wynikać jedynie z zadanego jej ratowniczego cierpienia. Ciało mamy nagle posiniaczone, opuchnięte i pokrwawione świadczyło bardziej o stoczonej tutaj bójce. Seledynowa koszula nocna z plamami krwi była wskutek wiercenia się i uporczywej chęci zejścia z leżanki zadarta, a majtki spuszczone w celu założenia cewnika czyniły przy jej ruchach dodatkowy opór materiału, który się zwijał w ruloniki i naprężał na ramionach, krępując ruchy.
– Lepiej, jak się tak rusza, niż miałaby spać – powiedziała przechodząc lekarka, a sanitariuszka widząc zmiażdżony wenflon podeszła do szuflady po nowy, by wbić go w drugą rękę. Żyły mamy na wierzchu dłoni były niewidoczne, ale po wbiciu wenflonu kroplówka zaczęła kapać.
Mama bezustannie, z jakąś nadludzką siłą wiła się na leżąco błagając, by mogła umrzeć, a potem o picie, co w rezultacie licznych wznawianych szeptów zaskutkowało. Podstawiłam pod jej spękane usta plastikowy kubek z wodą. Spowodowało to reakcją wymiotną i pielęgniarka wyjęła z szafy błękitny trójkąt, który po rozpakowaniu okazał się torebką foliową zakończoną ładnie wyprofilowanym brzegiem szczelnie przylegającym do policzków. Jednak z wnętrza mamy nic nie wyleciało. Zacewnikowana mama również nie potrafiła oddać moczu. Kiedy podstawiono jej tekturowy basen, nie wydobyła z siebie nic. Mama błagająca nieprzytomnie o pozwolenie zejścia do ustępu podłączona licznymi rurkami do monitora, kroplówki, cewnika plątała się w nich, a ja nie nadążałam ich rozplątywać. Dłoń z wenflonem wskutek nie trafienia do żyły sczerniała i pojawił się na niej napełniony płynem podskórny balon. Błękitna płachta, służąca pierwotnie do zakrycia nagich ud mamy i wystającej z krocza rurki cewnika zsuwała się nieustanie na podłogę wraz z nogami mamy dążącej niezmiennie do ucieczki z leżanki. Wreszcie, wykorzystawszy chwilę mojej nieuwagi, stopy mamy stanęły na ziemi, ale bezwładne ciało straciło całą apreturę i przylgnęło do mojego. Tak stałyśmy, a ja bezradnie rozglądałam się za pielęgniarzem, bo tylko on z dwoma kręcącymi się tutaj pielęgniarkami był w stanie z powrotem wtaszczyć mamę na leżankę. Ale właśnie nikogo nie było. Krzątający się personel oddelegowany do innych leżanek, pojemników na tampony, strzykawek i skomplikowanych opatrunków migotał za parawanami, ale był dla mnie nieosiągalny. Nogi mamy jak z nagrzewającej się na słońcu plasteliny zaczęły się topić i zawisała u mojego pasa nieprzytomnie obejmując mnie dwoma rękami. Kiedy nadbiegli zapobiegając runięcia na posadzkę, mama w sennym amoku pozwoliła unieść ogromne uda i pociągnąć za nimi tors i głowę. Ułożenie nóg i rąk stało się możliwe, gdyż mama nagle stała się powolna kilkunastu rękom, które usadowiły ją na leżance. Pielęgniarki zaczęły rozważać wariant przywiązania. Przyniosły pampersa i kiedy go zakładały przy niemałym wysiłku, mama nagle położyła się na boku i jak niemowlę zasnęła.
I wtedy lekarka podeszła do mnie i powiedziała, że wyniki już są. Potwierdzają, że mama zjadła wszystkie pastylki i że zatrucie organizmu jest duże.

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2013, dziennik ciała i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Dziennik miejski (9)

  1. M. pisze:

    Kiedy czytam zaczynam myśleć co mnie czeka za moją M. przemijamy ….

  2. Ewa > M. pisze:

    mieszka w Przasnyszu? Bo tam raczej, jak czytam link, nic nie przemija…

Skomentuj Ewa > M. Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *