Dziennik wiejski (12)

7 lipca 2013, niedziela. Droga do Lanckorony w niedzielne, lipcowe przedpołudnie była pusta. A jednak – jak na stoku agrafki – pojawiła się chuderlawa sarenka jak disneyowskie, świeżo narodzone Bambi, nagle, na pustą szosę wjechał z przeciwka samochód. Bambi, który, na moment znieruchomiał przed naszym samochodem, uskoczył przestraszony na drugą stronę ulicy, gdzie nadjeżdżająca kobieta za kierownicą również gwałtownie zahamowała. Bambi znowu znieruchomiał ocierając się niemal o nadjeżdżający samochód. I tak dobrą chwilę staliśmy wszyscy nieruchomo, czekając, aż Bambi się ocknie i coś zadecyduje. Po chwili zrezygnowany wskoczył nieudolnie na trawę pobocza, a samochody rozjechały się w przeciwnych kierunkach.
I potem było już zupełnie pusto, nie było nawet kogo się zapytać, czy wybrana trasa z Google Map to właśnie ta. Górzysta droga, pełna zakrętów wypychała nas na wierzch pejzażu, stawaliśmy się zwieńczeniem kwitnących poboczy, za którymi dopiero prześwitywały bardziej szlachetnie i uporządkowane przydomowe ogródki i sady.
Kiedy wjechaliśmy na prom na Wiśle, obsługujący go barczysty chłopak bez koszuli rozpoczął z dużym wysiłkiem wybieranie liny korbą, uwolnił prom od brzegu i przystąpił do pobierania opłat. Woda za burtą miała kolor asfaltu, ale dzięki temu, że się ruszała dyskretnie przymilnie pluskając, wprowadzała w tę naszą wycieczkę element egzotyki i przygody. Ale przecież nie po to jechałam do Lanckorony, by coś nowego przeżyć, ale by to, co tam dwadzieścia lat temu doświadczyłam, przeżuć.
I już będąc na mostku, zdumieni, że to ta droga, znajdujący się na nim mężczyzna, przytaknął, tak tam do Lanckorony!
I wtedy, kiedy samochód wdrapywał się po stromiźnie przypomniałam sobie, jak szłam tą drogą.
Jak zwykle, a były to lata dziewięćdziesiąte, zaproszono mnie na plener w ostatnim momencie, bo ci, co mieli przyjechać, nie przyjechali i szukano na gwałt kogoś na ich miejsce. Ponieważ plener był z naszego okręgu, liczyłam, że z kimś wrócę samochodem.
Zajechaliśmy na Rynek, gdzie na jego pochyłości, sądząc po liturgii, rozpoczęła się msza najprawdopodobniej myśliwych, gdyż w to upalne, lipcowe przedpołudnie mężczyźni stanowiący tło ołtarza i trzymający sztandary ubrani byli w zimowe, wełniane płaszcze, wysokie skórzane buty i mieli na głowach dziwaczne, futrzane czapki. Kobiety, najprawdopodobniej Koło Gospodyń Wiejskich w krakowskich strojach, stały dyskretnie pod drzewami, a całą ogromną, pochyłą powierzchnię Rynku zastawioną ławkami pokrywali szczelnie wierni. Zabytkowe XIX-wieczne drewniane domy o stromych dachach z wysuniętymi okapami, trwały jak dawniej wokół Rynku, ale nie miały już tych papowych pokryć, które niejednokrotnie powyginane od słońca i śniegu stwarzały bardziej nastrój paniczny, niż, jak pragnęła to zawsze Lanckorona, turystyczno-romantyczny.
Na rogu dziewczyna w artystyczny przebraniu osiemnastowiecznej mieszczki wystawiała przed drzwi galerii szydełkowe aniołki i wtykała w kwietniki różnobarwne malwy z karbowanej bibułki. Weszliśmy nieśmiało do galerii wypełnionej artystycznie wyeksponowanymi snopkami siana, kołowrotkami, pieńkami i nieprawdopodobną ilością ludowych bibelotów. Przeszliśmy wzdłuż jednopiętrowych domów, z których zabytkowe pozostały najczęściej kamienne podmurówki, gdyż drewno pokrył styropian i tynk, a dach metalowa dachówka. Zniknęły już balkony drewniane pozbijane jakby z patyków, uniesione niewiele nad ziemią, a jednak sprawiające wrażenie nieustannego zagrożenia życia staruszków, którzy tam leniwie wysiadywali na drewnianych, niewygodnych krzesełkach. Z tego niemal latynoskiego klimatu nie zostało wiele, wieś ziała pustką, może opustoszenie domostw powodowała odbywająca się msza polowa i wszyscy lanckoronianie znaleźli się tam, pociągając za sobą turystów.
Dotarliśmy do budynku piętrowego, nielicznych tutaj, gdzie plener nasz kwaterował, a gdzie duży baner obwieszczał, że budynek jest wystawiony na sprzedaż. Nieaktualne wywieszki donosiły o ciszy nocnej i o potrzebie zameldowania się o określonej godzinie, ale wszystkie okna i drzwi były pozamykane. Na porosłym chwastami podwórku pojawił się nagle mężczyzna w naszym wieku, który wyszedł jakby z poprzedniej epoki, a dosłownie z granatowej budki zrobionej z blachy falistej, która mogła pełnić tutaj bardzo wiele funkcji i która też była z poprzedniej epoki.
– E, sprzedali go za symboliczną złotówkę wtedy – mężczyzna zawiesił głos znacząco i potem wyszczególniał dzieje tych transakcji prowadzących do ruiny pokaźnego gmachu, który gmina sprzedała nie tylko całkowicie wyremontowany, ale nawet z wykrochmaloną pościelą na łóżkach. Wymienił astronomiczną sumę, za jaką chcą go sprzedać i zakończył tym, że tyle to on by nie dał.
– Takie otoczenie? Tutaj? Ani żadnego widoku na góry? – tyle bym nie dał!
Patrząc na niego, wiedzieliśmy, że z pewnością by nie dał, ale nasz jedyny, chętny do rozmowy tubylec miał jeszcze inne skarby, o których chętnie opowiedział wyliczając czołówkę polskich aktorów.
– Pili wódkę do rana, a jak nie mieli już pieniędzy, to płacili grającym dolarami – zakończył triumfalnie.
Zdążyłam zapytać, czy Pszoniak tu jeszcze ma dom. Pamiętam, że wyjechał w przeddzień naszego rozpoczynającego się pleneru i poszliśmy zobaczyć, którą chałupę kupił. Była to bardzo przykurczona chata na miarę kucającego psa, kryta gontem, a w szparach desek można było zobaczyć klepisko. Byliśmy godni podziwu, że Wojciech Pszoniak w ramach jakiejś wiadomej mu za co pokuty, odwiedza Lanckoronę, wypoczywając w czymś tak niewygodnym.
– Pszoniak sprzedał dom – wyjaśnił mężczyzna.
Pożegnaliśmy się, dziękując za ciekawe opowieści.
Weszliśmy jeszcze, mijając pusty kościół na Zamek, czyli niemal zrównane z ziemią bezkształtne, pewnie rozkradzione na podmurówki domów resztki nieokreślonej budowli.
Wróciliśmy na Rynek, gdzie trwało kazanie, po którym rozległy się instrumenty muzyczne oddające ducha polowań.

Wtedy, kiedy przydzielono mnie do Ani, komisarz pleneru Halina miała pojedynczy pokój, jej zastępca Edyta też pojedynczy i wielu jeszcze malarzy śląskich miało pojedyncze pokoje, mimo, że to Schronisko Młodzieżowe miało w pokojach dużo łóżek, to jakoś to wszystko działo się mało demokratycznie. I tak do Zojki, która mieszkała z Ludką, przyjechał kochanek, więc Zojka wprosiła się, by do nas przyjść spać, a ja się entuzjastycznie zgodziłam, bo Ania, która okazała się moją starszą koleżanką ze studiów, a której nie pamiętałam, bo była na innym wydziale, gadała dniami i nocami, i miałam nadzieję, że przyjście trzeciej ten słowotok zmniejszy. Pomyliłam się, gadania było jeszcze więcej, gadania o niczym, gadania, które mnie wycieńczało, czasu coraz mniej, bo przyjechałam spóźniona, a za pobyt na plenerze trzeba było zapłacić namalowanym obrazem, albo i dwoma.
Pamiętam tę rozpadającą się na oczach malarzy Lanckoronę przed ich rozstawionymi na uliczkach sztalugami, która jakimś cudem trwała jak na filmach z horrorów, gdzie takie właśnie chatynki służą po to, by widza straszyć. Ale plener galopował gdzieś w rejony gloryfikacji ruiny, chałturnicy, mogący szpachlą wykonać dziennie trzy obrazy, fabrykowali z tych chałup lukrowane widoczki patriotyczne, gdzie malwy stały wyprężone na straży pobielanych belek fragmentów chat, a te fragmentarycznie zasłonięte zielenią, nie musiały nawet być poprawnie narysowane. I kiedy kupą poszliśmy do Willi Tadeusz – co dopiero po fakcie okazało się wizytą płatną, bo pospiesznie kazano nam zebrać odpowiednią sumę do zapłaty gawędziarzowi – usłyszeliśmy same patriotyczne zasługi gospodarza pensjonatu, który nie tylko kumplował się z Piłsudskim, ale i gościł tych samych aktorów, których nazwiska nasz spotkany mężczyzna wymienił.
– Przyjeżdżają, co roku – kończył reklamiarsko pan Tadeusz. Nawet śniegowce zostawiają w szafach na przyszły rok.
Kiedy obładowana blejtramami, farbami i plecakiem zeszłam piechotą z góry do stacji, bo nawet Ania, która przyjechała tu małym fiatem nie wracała do domu, tylko jechała gdzieś indziej, a nikt mi miejsca w samochodzie nie zaproponował, usiadłam na ławce peronu, czekając na pociąg. Przysiadł się jakiś tubylec, którego z początku nie chciałam słuchać, bo miałam już dość gadania, ale powoli zainteresowałam się jego opowieścią, jak to wszyscy, niemal cała Lanckorona podpisała volklisty w czasie wojny. Tubylec wyraźnie chciał mi to wszystko opowiedzieć z jakiejś bezradności, z jakiejś przemożnej potrzeby, by sprawiedliwości stało się zadość. Kiedy zaczął wymieniać nazwiska, które nic mi nie mówiły i które przelatywały przeze mnie nie zostawiając śladu w mojej pamięci, nagle zrozumiałam, że kumulując w sobie tę jego opowieść, ten jego donos na Lanckoronę, prawdziwy czy nie, jest jakimś niezbędnym mu sposobem na przetrwanie. Paniczność tej opowieści, porównywalna jedynie z architekturą Lanckorony, uzmysłowiła mi całą bezinteresowność tej ekspiacji, jakże bardziej wartościową, niż działalność malarzy chałturników, którzy teraz właśnie siedzieli w swoich samochodach zawalonych obrazami w takich ilościach, że nikt już w nich się nie mieścił, oprócz kierowcy i jego obrazów. A tutaj, na tej maleńkiej stacyjce ktoś faszerował mnie opowieściami, które brałam ze sobą jak bagaż, a który ulatywał, parował, by nie dodawać mi ciężarów, ale oboje wiedzieliśmy, że coś prawdziwego się wydarzyło. I kiedy wsiadałam do wagonu, on nagle ulotnił się, a na peronie nikogo nie było, i nawet zastanawiałam się, czy nie była to tylko moja imaginacja.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2013, dziennik ciała i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Dziennik wiejski (12)

  1. Marcin pisze:

    Stachura w „Całej jaskrawości” szkicuje nieco podobną scenę. Są z Witkiem w sklepie lub knajpie – dokładnie już nie pamiętam – w pewnej chwili zaczepia ich staruszek. I opowiada o wojnie, o złej strategii. Wszystkich w tłumie zresztą tak zaczepia. Tak bardzo chce się wyrazić, urzeczywistnić poprzez innych. A Stachura – czy raczej jego alter ego Michał Kątny – to utrwala i w ten sposób udziela tamtemu człowiekowi bytu. Zupełnie jak Ty temu widmu z dworca.

  2. misia pisze:

    Stachura wszystko bardzo rozdrabnia, nie zawsze potrzebne są te szczegółowe opisy i detale, bo gubi przesłanie, jeśli takie w ogóle jest. Czechow wszystko syntezował, ale polscy pisarze woleli brać ze Stachury (Stasiuk), bo ich ośmielał do pisania jak leci i jak w duszy gra.
    Ale tak, zaistnienie przez opowieść to nie tylko potrzeba zwykłego zjadacza chleba, ale i pisarza. Jednak tutaj jest potrzeba wyższa, dać świadectwo prawdzie.

  3. Marcin pisze:

    @misia
    Pisarz to taki właśnie zjadacz chleba, który uznaje konieczność odczytywania świata, a przy tym dysponuje pewnym talentem do wiązania słów i wyrażania za ich pomocą myśli. Reszta to celebra, jaką wokół „bycia artystą” wytworzyła kultura, a jaką z różnych powodów – przeważnie snobizmu lub interesów – podtrzymują sami zainteresowani. Przynajmniej znaczna ich część. Dla mnie w Stachurze było fascynujące właśnie to, że on osiągnął pod tym względem niesamowitą spoistość. Nie dzielił swojego czasu na „bycie pisarzem” i całą resztę. Gombrowicz też się poniekąd do tej postawy odnosił w „Dzienniku”, naigrawając się z zadawanego ludziom pióra pytania: Nad czym PanPani teraz pracuje? On uważał, że nad literaturą się nie „pracuje”, lecz że się jest z nią cały czas zjednoczonym, bo twórca i jego dzieło są tożsami.
    Co do wszystkoizmu Stachury – w „Całej jaskrawości”, którą wspomniałem powyżej, on był przecież zasadniczą treścią, bo to jest rzecz o przeżywaniu świata, o totalnym zanurzaniu się w nim, chłonięciu go.
    A nieszczęściem Stachury było upupienie go przez różne „krainy łagodności”, Stare Dobre Małżeństwa i ogniska w Bieszczadach. Ja też go początkowo tak odbierałem. Dopiero gdy przeczytałem jego prozę, zachwyciłem się jego niesamowitą, bezgraniczną zachłannością na istnienie. Dziś oczywiście tamten zachwyt już zbladł, ale mimo wszystko obcowanie z jego spojrzeniem było dla mnie cenną lekcją. Wciąż do wykorzystania.
    Dać świadectwo prawdzie – tak, to podstawowa rzecz. I, paradoksalnie, czasem łatwiej to przychodzi „zwykłemu” człowiekowi niż artyście. Bo artysta w trakcie szlifowania warsztatu uczy się występności. Choć piękne jest, gdy artysta może dać takiemu świadectwu – własnemu lub zasłyszanemu – głos.
    A staruszek z zapisków Ewy? Cóż, może był realny, a może to udręczony duch Lanckorony po prostu szukał medium do wypłakania swoich win. Zajęci swoimi drobnymi interesikami malarze nie potrafiliby usłyszeć, a wyobcowana ze „środowiska” narratorka i owszem.

  4. Robert Mrówczyński pisze:

    Dla prawych jednostek sytuacja kiedy wczorajsi sąsiedzi, znajomi, przyjaciele, całe miasto niemal podpisuje volkslistę musi być niezwykle przykrym przeżyciem. Jego potrzeba wypowiedzenia prawdy może mieć b. racjonalne przyczyny, w ostatniej kolejności jest to potrzeba zaistnienia, on mógł przecież stracić bliskich za przyczyną volksdeutschów i nigdy nie zaznać sprawiedliwości. Ciekawe, ale ja już słyszę o drugim takim przypadku masowego przystąpienia o kolaboracji z okupantem. Widziałem film o Zakopanem i teraz ta Lanckorona, może brak jodu w górach jest tego przyczyną? To są rzeczy wstydliwe i tę wiedzę wyjawia się półgębkiem od czasu do czasu. Dobrze byłoby wiedzieć wreszcie jaki procent społeczeństwa polskiego kolaborował w czasie II wojny i jak to się rozkładało geograficznie. Ilu Żydów zabili Polacy w czasie i po wojnie, na jakim poziomie kształtował się donos. To się chyba da ustalić, bo polskie ofiary wszelkich zbrodni są policzone, więc nic nie stoi na przeszkodzie aby ustalić liczbę mordów i innych zbrodni zadanych przez Polaków.
    W opowiadaniu ta nieznośna lekkość bytu polskich malarzy epoki prl, ich prymitywizm i sybarytyzm, ma świetny kontrapunkt w postaci człowieka od volkslisty. Czuć, jakąś obleśną ciągłość, ta opowieść jest wyjaśnieniem tego dziedzictwa pokolenia konformistów, którą narrator odczuł na własnej skórze. I jakoś to piętno grzechu-zbrodni jest obecne w kolejnym pokoleniu, w opisie tej mszy myśliwych, niby nic się nie dzieje, ot msza, a jednak zionie grozą.

  5. Ewa > Marcin pisze:

    Dla mnie Marcinie ta kartka z dziennika to taka „zajawka”, bo chciałabym o tym plenerze napisać bardzie szczegółowo, w nim, jak piszesz malarze nie potrafiliby usłyszeć, właśnie to chciałabym rozwinąć, że to, co tam wysiadywali na uliczkach Lanckorony w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie było nawet sobie a Muzom, tylko wyłącznie sobie. Ale ważne jest to „sobie”, bo osobowość osobowości nierówna. Francuscy impresjoniści nic innego nie robili, tylko sobie tak siadali na krzesełku i malowali. Malowali, bo mieli oko. Ale co to było za oko!
    I pewnie misia miała to na myśli. Gombrowicz to agregat i mógł za Rabelais pisać tak „jak się sika pod krzaczkiem”, ale siki sikom nierówne. Dlatego niebezpieczne jest pisanie żywiołowe, nawet jeżeli odczuwa się wielką potrzebę podzielenia się tym żywiołem płonącym w artyście z odbiorcą, bo dozwolone jest to tylko uformowanym i dojrzałym twórcom.
    Wiesz, Stachura to moja młodość i to co pisze, we mnie rezonuje, bo ja najlepiej wiem, co on opisuje. Jednak proza ta jest cienka nie dlatego, że została zniszczona różnymi szmirusami, którzy go propagowali (pamiętam swego czasu egzaltacje aktorki Anny Chodakowskiej), ale dlatego, że najprawdopodobniej Stachura zbyt dużo przebywał w plenerze, a zbyt mało w bibliotece, być może, że wykształcenie, które otrzymał, było niewystarczające. Bo taki np. William S. Burroughs to przecież też pisze o tym, co widzi, co przeżywa, jest ciągle drodze, a jednak jest to bardzo głębokie. I to nie chodzi o narkotyki, bo pisał przecież dużo powieści bez, a i sporty Stachurze ani nie zaszkodziły, ani nie pomogły. Ja mam duży sentyment do piosenek Stachury i uważam, że był bardem wspaniałym, natomiast czytając prozę, czuję lekkie zażenowanie. I żal, bo czasy były niesprzyjające rozwojowi, najprawdopodobniej zrobił i tak ze swoim życiem wszystko, co mógł, widocznie się nie dało, co zresztą potwierdził bezradnym samobójstwem.

  6. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    Chyba cały czas toczy się nierówna walka, jedni zacierają, inni próbują bezradnie, nie mając żadnych środków ocalić prawdę, która, jak już pisał Sofokles w „Królu Edypie” zaczadza toksynami każde miasto. Niestety, ci, co zacierają, mają kasę, ja wprawdzie opisuję już upadek komunizmu, ale to przecież ci sami wyjadacze, plastycy Perlu, nikt tam ze starej gwardii malarzy, którzy rokrocznie z dofinansowanych przez Ministerstwo plenerów korzystali kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy (czasami byli obecni równocześnie na kilku plenerach w odległych zakątkach malowniczej Polski).
    A prawdziwa sztuka realizuje tę potrzebę, by prawda się objawiła. Najniebezpieczniejsza jest maksyma, że kłamstwo powtarzane staje się prawdą. Dlatego tak wielu było fałszywych artystów, bo to robota ponad siły jednostki, by kłamstwo non stop powtarzać i zalewać gryzącego ich robaka morzem wódki.
    Tak jak piszesz, nikomu nie przeszkadza przeszłość Lanckorony i nikogo ona nie interesuje (Wikipedii też nie). Krakowscy aktorzy robili z niej Cepelię i wszyscy byli tam szczęśliwi.

  7. artur pisze:

    To chyba, tak jest przynajmniej z pewnego punktu widzenia, i przy założeniu, że prawda jest gotowa i trzeba ja tylko lub aż odkryć.

    jakieś wiadomości od Marka Trojanowskiego?

    pozdrawiam, Artur Grabowski

  8. Ewa > artur pisze:

    Nie, nie mam. Najprawdopodobniej jestem ostatnią osobą, która zostanie dopuszczona do zagadki Trojanowskiego. Odciął się ode mnie zaraz po tym, jak odeszłam z jego bloga.

    Ale przebudzenie nikomu by nie zaszkodziło.

  9. artur pisze:

    Myślę, że Stachura nie jest sprawą jednego pokolenia, w moim również żyły i przemawiały jego teksty, może bez znajomości kontekstu i tego, ze za mało siedział w bibliotece. Myślę, ze te niedostatki nie mają znaczenia w jego przypadku, ostatecznie bowiem nikt nie jest idealny, raczej chodzi o to aby znajdować perły w stercie mniej wartościowych rzeczy tego samego autora, myślę, ze to się tak naprawdę, liczy w przypadku, ponieważ nie znamy prawdziwej genezy „perły” a prawdziwego znaczenia całej sterty niepotrzebnych rzeczy. Osobiście np. wolę jedną piosenkę Stachury, choćby cała reszta była do niczego niż całe tomy polskiej poezji przetrzymywanych w bibliotekach, które w przypadku niejednego wiersza bledną w zestawieniu z tym jednym. Myślę, ze trudno ocieniać to wszystko jakoś wymiernie. Poza tym tak sobie myślę, że Stachura spoglądał z pewnego punktu widzenia, nie teoretycznego, lecz bardziej egzystencjalnego, zza pewnej granicy organizował w sobie rzeczywistość, punkty, który chyba nie jest nam piszącym o nim za bardzo dostępny, nikt z nas nie pisze np. w sytuacji w której podjął już decyzję o pewnym sposobie życia, czy samobójstwie. Myślę, że rzeczy wyglądają wtedy zupełnie inaczej, a w wyrażaniu myśli dokonuje się bardzo wyrafinowana selekcja słów, które mają coś przekazać i myślę, ze to neutralizuje jego niedostatki biblioteczne. Myślę, że to czego nie zrobił ze swoim życiem wydawało mu się bez wartości, samo samobójstwo zaś, cóż tak kończyli nawet wielcy, nie koniecznie więc należy je jakoś oceniać, wartościować, wskazywać, ze jest na coś dowodem, no bo czego może dowodzić tak naprawdę?

  10. Ewa > artur pisze:

    Miałam nadzieję, że misia Panu odpowie, ale jakoś się nie odzywa.

    Zgadzam się z Panem, ja też bardzo sympatyzuję ze Stachurą, jego pierwsze opowiadania są genialne, a piosenki też bardzo lubię, szczególnie, gdy śpiewa sam autor swoim niesamowitym, panicznym głosem.
    Ale jednak mi żal tego nie rozkwitłego talentu, zgaszonego między innymi przez Ewę Lipską i tych, którzy wtedy rządzili światem literackim, bo dane mu przez Iwaszkiewicza fory (i mieszkanie w Warszawie) były najprawdopodobniej z uwagi na urodę Stachury, a nie na jego prawdziwe potrzeby literackie. Żal, bo jego zamilkniecie, lub pisanie kaznodziejskich tekstów typu „Kropka nad ypsylonem” czy „Fabula rasa” to filozoficzne naiwne namiastki fermentu, jaki wtedy w świecie panował. A trzeba pamiętać, że Stachura był światowy, jeździł po świecie, tłumaczył Borgesa i zamilkł po spotkaniu z takim właśnie formatem artysty.
    Spanie w stogu siana nie sprzyja twórczości jeśli jest chroniczne, jeśli nie ma na celu, tak jak Henry David Thoreau napisanie „Walden”. Niestety, Stachura miał do przyrody stosunek zdeprawowany, wsiowy, czego przykładem są kompromitujące go fragmenty w „Całej jaskrawości”, jak to z Witkiem idą rujnować w lesie mrowiska dla Potęgowej, by robiła sobie z mrówek okłady na reumatyzm. Zresztą, w tej powieści żenada goni żenadę, zarówno zwalenie stodoły dla wyłudzenia ubezpieczenia, jak i zadenuncjowanie kwiaciarki, która kradnie kwiaty spod kapliczki, by je powtórnie sprzedać, to symptomy toksycznego wpływu PRL-u na artystę i jego podwójnej moralności, co nie ma przecież nic wspólnego z hipisami, czy bitnikami amerykańskimi, którzy poszukiwali zupełnie innych rozwiązań.
    Słowem, Stachura jest dowodem na to, że się tak naprawdę nie dało żyć wtedy w Polsce, bo ani bunt i negacja Wojaczka nie były możliwe, ani hura optymizm i witalność Stachury. Pozostawała tylko autodestrukcja, a przecież sztuka, to coś przeciwnego, to tworzenie, rozkwit. Piszę o samobójstwie tylko jako o wielkim zmarnowaniu, a nie o akcie odwagi, czy tchórzostwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *