Zaduszki 2007 (piosenka)

Dają kwiaty Franciszkowi, który, gdy w szpitalu konał
śmierci bała się, nie przyszła żegnać męża jego żona.

Dają kwiaty Antoniemu, co na klatce zasikany
zmarł pod drzwiami nie wpuszczony. Tym są deliryczne stany.

Marcinowi, co trzy doby w wannie spędził po zawale
nim znalazła go rodzina. Pochowała. Żyła dalej.

Dają kwiaty Krystianowi, odciętemu po weekendzie
od framugi, by nie musiał trwać w swym błędzie i obłędzie.

Andrzej, co nie wrócił do nas już z wyprawy na kraj świata
wiatr i śnieg rozwłóczył ciało. Nie ma grobu dzisiaj w kwiatach.

Gdy Wacława kremowali, kwiaty w wieńcu plastikowe
nie więdły i nie pachniały. Świecki ksiądz wygłosił mowę.

Zasnął Wojciech przy serialu, przy paleniu. A więc spłonął.
Dają kwiaty resztce spodni. Nowy mąż je daje z wdową.

Ten, co upadł. Ten, co latał. Co wciąż jeździł do Przemyśla.
Co nie myślał, że wymyśli. I ten co bez przerwy myślał,

ten, co przejadał się. Co palił. Co za kobietami latał.
Co utonął w jachcie cudzym. Wszyscy dzisiaj toną w kwiatach.

Tylko mnie nie dają kwiatów, chociaż wszyscy zmarli we mnie.
Jestem grobem. Jestem śmiercią. Jestem różą, która więdnie.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2007. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Zaduszki 2007 (piosenka)

  1. Ania pisze:

    2 listopada 06:31, przez Ania
    Krystian się powiesił?

  2. Ewa pisze:

    2 listopada 06:35, przez Ewa
    Na trzy miesiące przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami, na drzwiach pracowni malarskiej.

    A podobno, jak człowiek rozwija się harmonijnie duchowo, to dopiero po pięćdziesiątce może coś sensownego tworzyć.
    Oczywiście, kategoria geniuszy jest poza czasem.

  3. Ania pisze:

    2 listopada 06:37, przez Ania
    A kim był Wacław?

  4. Ewa pisze:

    2 listopada 06:50, przez Ewa
    Grafik. Miał legitymację Związku Artystów Plastyków z numerem 3 ( ja mam kilkucyfrową).

    Pojechałam na rowerze na pogrzeb do innego miasta, u nas nie kremowali. I to był świecki pogrzeb, mężczyzna kierujący ceremonią ubrany był w prawniczą togę i miał na piersi ciężki, złoty łańcuch.
    Chyba nie znaleziono jeszcze formuły na obrzęd religii ateistycznej.
    Pamiętam ten wieniec delegacji z Wrocławia złożony z różowych róż z jedwabiu. W pomieszczeniu stały jeszcze dwie plastikowe palmy i wszystko nagle stało się nieludzkie.

    To już wolę pogrzeb żony Sándora Márai– rozrzucenie prochów z łodzi na ocean.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *