Drag

Wtedy się paliła fabryka opakowań jednorazowych i lokalne „Aktualności” bardzo dramatyzowały.
Że wozy strażackie z całego województwa, że już pięćdziesiąt, ale cały czas dojeżdżają.
Pożar był w sąsiedniej dzielnicy i szybko podbiegli do okien. Języki ognia wystawały znad osiedlowych bloków, a nad nimi na ciemnym niebie tworzył się czarny dym jak ciężka, apokaliptyczna chmura.
Dławiący zapach sączył się powoli do mieszkania z uchylonego okna, a kobieta myślała ze smutkiem, że ogródki działkowe, z których w skutek przemysłowego skażenia bali się jeść gruszek, będą jeszcze bardziej zatrute.
Potem wyszła z tym kundelkiem, którego sześć lat temu zabrali ze schroniska i z tą suczką właśnie przygarniętą, nad stawy, gdzie już niedaleko się paliło. Większość ludzi z osiedla wpadła na podobny pomysł, więc i zawróciła, omijając ludzi i unikając dławiącego powietrza.

Dopiero w nocy mężczyzna poszedł z psami na ostatni spacer. Suczka była młoda i potrzebowała tego ostatniego, późnego spaceru.
Gdy było pusto na ulicach, zagadnął młodego kierowcę, bezradnego wobec nieruchomego tira z przyczepą.
Spytał, po czesku, widząc czeską rejestrację. Bardzo lubił czeski język. W dzieciństwie czytał „Szwejka” w oryginale na głos i dzięki temu w domu rodzinnym było wesoło.
Ale Czech nie był rozmowny. Nie był też zaradny. Czech w środku nocy z postawionym w poprzek ulicy osiedlowej dwuczłonowym tirem był bierny. Przyjechała policja, więc tłumaczył za Czecha, że ładunek lureksów z powodu pożaru został zawrócony 100 metrów przed celem, a chwilę później popsuła się samochodowa elektryka. Policjanci coś obiecali, a on poszedł do domu po sweter, herbatę i kanapki. Czech myślał, że Ci policjanci jeszcze wrócą, lecz już się nie pojawili.
Zjadł więc te przyniesione kanapki i ubrał przyniesiony sweter. I skończył przyniesioną w termosie herbatę.
I potem zrobiło się bardzo zimno, i bardzo trudno, i dopiero nad ranem zdecydował się pójść pod pozostawiony mu przez mężczyznę z osiedla adres.
Była piątkowa noc i wiedział, że tirom nie wolno jeździć w święta i będzie musiał czekać do poniedziałku.
Ale oni o tym nie pomyśleli, gdy rano zobaczyli brudnego Czecha z wytartą torbą. Był tylko problemem bezosobowym, potrzebującym śniadania i łazienki.
Poprosił o papierosa. W domu nie było papierosów.
Po obiedzie poszedł do swojego tira i strażacy pomogli mu go postawić tak, by nie przeszkadzał na drodze. I wrócił z paczką „Popularnych”, podobno ktoś mu je podarował – nie miał żadnych pieniędzy. Może kilka halerzy, a może nawet koronę, ale nic więcej. Powtarzał w kółko, że miał wrócić tego samego dnia do Teresina, że ma zatankowaną benzynę, a jedzenie zjadł.
Mężczyzna poprosił, by pokazał adres tej firmy, do której jechał i Czech pokazał. Pojechał więc na rowerze do firmy i portier dał mu telefon dyrektora. Zadzwonił i powiedział, że jest u niego Czech bez pieniędzy, zawrócony przez strażaków z popsutym samochodem.

Dyrektor był oburzony. Szczególnie wieść o braku pieniędzy wytraciła go z równowagi.
– Żadna firma nie wysyła swoich pracowników bez pieniędzy! – wołał przez słuchawkę.
Ma pójść do hotelu i żeby go wyrzucić. Mężczyzna się oburzył, zagroził, że zadzwoni do Konsulatu Czeskiego. Dyrektor zmiękł i obiecał zapłatę za gościnę.

Czech wykąpał się i położył. Miał nie przespane dwie noce. Ale nie spał. Patrzył tępo na wiszące na ścianie kobiece akty i mroczniał jeszcze bardziej.
Kobieta patrzyła przez szybę drzwi na wystającą głowę spod kołdry. Na młodą twarz ze złamanym nosem, lekkim zezem i myślała ze smutkiem, że Adam Michnik Václava Havla spotykał, Józef Tischner Jana Patočkę, a nawet koleżanka Ola Łamik w górach czeskiego barda Jaromíra Nohavicę.
Tylko jej obrazy są wystawione na pastwę mrocznych fantazji jakiegoś szofera, którego cały tir jest oblepiony pornograficznymi fotografiami.
Westchnęła.

Czech obudził się bardziej swojski, przyszedł do jej pokoju w podkoszulku, gdy mężczyzna wyszedł z psami. Język czeski męczył ją i z trudem grzecznościowo odpowiadała na próby konwersacji. Mówił zdaje się o obrazach, że kradną je z muzeów, ona mówiła, że teraz trudno „prodać”, że „prodała” cztery akty, a reszta wisi, próbowała wtrącać czeskie wyrazy, on uczenie potakiwał głową, sprawiał wrażenie, że doskonale zna problemy współczesnych malarzy malujących akty i że chętnie rozwinie ten temat.
Ale ona była zmęczona tym językiem i próbowała to wszystko sprowadzić do jakiegoś banalnego rozmiaru, przeczekiwała aż mąż wróci z psami.
Jeśli były to erotyczne zaczepki wyspanego szofera, to nudziła ją perspektywa daremnych, nikomu niepotrzebnych zabiegów. Nie wiedziała czy potrzebował jakichś czysto międzyludzkich kontaktów w formie podzielenia się uwagami o swym losie, czy była to grzecznościowa zapłata za gościnę w formie dialogu.
Ale nikt z nich nie wiedział, czemu stoją w tym pokoju w słoneczną listopadową sobotę ludzie odmiennych światów i kultur.
Ona, właścicielka dachu nad głową i talerza, on przybłęda.
Ona nieciekawa jego, nieprzygotowana na przypadkową obecność nieznajomego. Nie wyglądał na człowieka, który wstydzi się swojej sytuacji. Wręcz przeciwnie. To on był górą. Mówił, że ma mieszkanie, że płaci miesięcznie 500 koron, że ma żonę i dwoje dzieci, a trzecie w drodze. Że siedział w więzieniu 3 lata. Nie wiedziała jak jest więzienie po czesku. Narysował na kartce papieru zakratowany prostokąt.
– Więzienie!? – ucieszyła się, że nareszcie pojęła, o co chodzi.
– Trzy roki – pokazał na palcach.
– Za pobicie – pokazał pięści.
– Czy dziewczyna, czy czekała? – spytała z troską.
– Czekała – odpowiedział z dumą.
Odsłonił rękaw podkoszulka. – Drag – wskazał palcem na język – to powinno być czerwone.
Smok był granatowy, bardzo chiński i precyzyjny. Zasłonił rękawem – nie widać.
– Ale na plaży? – próbowała coś zmieszana powiedzieć.
– Jo, na plaży! – dobri – odpowiedział z dumą.
Stawał się coraz bardziej dumny i pomyślała, że teraz rodzi się pogarda. Do niej, do niego, do tego domu.

Sobota przetoczyła się niemrawo przy pierogach i plackach ziemniaczanych. On próbował zlokalizować jego poglądy polityczne i społeczne.
A Czech nie lubił Havla, w dzieciństwie nie chodził do kościoła, ale je rozbijał. Nie lubił Cyganów. Znał kulturę czeską – nazwiska znanych piosenkarzy, reżyserów i aktorów.

W niedzielę wyszedł, ale zaraz wrócił. Więc mężczyzna posadził go przed telewizorem z programem sportowym i Czech słuchał przez radio czeskiego komentarza i oglądał telewizor. To go zajęło. Kiedy wieczorem kobieta wyszła z domu z psami, czyjś samochód między blokami miał włamanie. Było zbiegowisko i policja.

Rano w poniedziałek zjedli śniadanie. Czech miał bardzo lekką, dżinsową kurtkę i mężczyzna dał mu swoją. Pożegnał się podaniem ręki i podziękował. Bali się, że jeszcze wróci, ale żółty tir z przyczepą, który trzy dni sterczał na obrzeżach osiedla zniknął.

Na drugi dzień mężczyzna pojechał do firmy, dla której tir Czecha przywiózł zamówiony towar.
Dyrektor, dwudziesto paroletni, szczupły mężczyzna, był bardzo oszczędny w słowach.
– Ten kierowca – powiedział – nie nocował u pana, lecz w samochodzie.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2000. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *