Pokochać Halloween

Mży i temperatura już jest jesienna, ale co jakiś czas od samego rana grupki skąpo ubranej młodzieży migają koło Seattle Center Community College na światłach obok boiska.
Przebiegają truchtem między pomnikiem Jimiego Hendrixa, wchodzą na ulicę Broadway i znikają. Czasami samotnie przejdzie w piórach zieleni Veronese chłopak w czarnym kapeluszu i okularach słonecznych.
Prawdziwy ich wysyp rozpocznie się w wychodzących w sklepie Value Village, gdzie sprzedawane są rzeczy używane, przyniesione przez ludzi bądź przywiezione przez inne sklepy za darmo. Tu na Halloween przygotowano kompletne stroje, ale i tak wszyscy, którzy tu przyszli dobierają je dokładnie z wielu różnych wieszaków i półek. Sprzedawca ubrany jest w krwistą, obcisłą lycrę i włosy ułożył w dwa rogi zlepione żelem, a oczy pomalował starannie tak, że brwi spotkały się ze sobą łącząc się z podbitymi oczyma i ten demoniczny wyraz dodaje mu pewności siebie. Sprzedawca bez cienia wahania fachowo i szybko wczytuje kody cenowe do kasy fiskalnej. Robi to lekko, inaczej. Jakby ta nowa dzisiejsza skóra, ta cały rok oczekiwana tożsamość uskrzydlała go. A kupujących jest dzisiaj wyjątkowo dużo.
Nastrój Halloween panuje w siłowni. Ubiory, oprócz postaci filmów fantasy, z przerzuconym przez ramię doszytym do kombinezonu futerkowym zwierzęciem chłopaka z obsługi, któremu pokazuje się kartę wstępu, są odzwierciedleniem męskich marzeń. Jest kilku Schwarzeneggerów. Batmani raczej trafiają się wśród Azjatów, chłopaków niskich i krępych. Supermani to zazwyczaj rośli mężczyźni w błękitnych kombinezonach z dodatkowo jeszcze uwypuklonymi gąbką bicepsami. Wszyscy tu dzisiaj trenują nie zwracając uwagi na swoje przebrania. Stroje są bowiem tak wygodne, jak codzienne dresy i każdy może w nich swobodnie wykonać swoje codzienne pensum.

Dopiero wieczorem na Broadwayu w pełnym makijażu będą w te i we twe przechadzać się, snuć i tworzyć tematyczne z sobą grupy pełne rafinacji doprowadzonego do końca nowego wizerunku. Bowiem w ten ostatni dzień października, gdy kończy się lato a zaczyna zima następuje w człowieczej wegetacji przejście, metamorfoza w osobowościach: każdy jest tym, kim chce być i kim na ten jeden dzień na pewno będzie, może tylko przez ten akt jednej nocy nim już do końca pozostanie, odrzucając widoczne zewnętrzne przebranie. Można jeszcze uzupełnić wizerunki, wyostrzyć przekaz poprzez szereg dodatków, które sklepy, przybrane w dynie, w sprzedawców w białych kitlach ociekających krwią, w takt muzyki heavy metalowej oferują absolutnie wszystko, co ludzka namiętność na ten czas jesiennego karnawału pragnie.
Jest w tym przebraniu radość zamiany i jeśli po ulicach krążą postacie z Felliniego z ich perwersją i przerysowaniem, to optymistycznie można przypuścić, że wszyscy w ten dzień, którzy wylegli na ulicę i którym się chciało, to przecież artyści. Turbany, szale, fantazje w dekoltach, nagość przy niemal minusowych temperaturach to też i ofiara, i wyrzeczenie.
Wysoki mężczyzna ubrany jedynie w pióropusz wodza Indian Seattle i zakrywający skąpą przepaską swoje przyrodzenie nie marznie w nocy październikowej górując nad tłumem licznych kurtyzan w strojach historycznych, gimnazjalistek i dziewcząt w mini spódniczkach w jaskrawych fosforyzujących kolorach. Pawie pióra w nagim, ubranym jedynie w biżuterię chłopcu kołyszą się w takt stawiania przez niego kroków nóg w brokatowych rajstopach to skrzyżowanie pawia i strusia. Ale wszystko proporcjonalnie ilościowo przetyka tradycja, czyli kościotrupy i wszyscy, którzy marzą, by wreszcie umrzeć, skryli się w pelerynach, szpiczastych czapkach i silikonowych maskach białych czaszek.
Obok na smyczy przebierańcom towarzyszą zwierzęta, równie zindywidualizowane charakterologicznie jak ich właściciele w nietoperze, insekty i fantastyczne stwory rozpoznawalne i trudne do rozszyfrowania. Maleńkie dzieci z koszyczkami ubrane w krynoliny lub duszki w ten późny wieczór towarzyszą rozbawionym rodzicom z otwartymi, zadziwionymi oczyma.
W dzielnicy portowej, gdzie zazwyczaj odbywają się uliczne parady rozpoczęcia lata i wzdłuż szeregów dawnych przetwórni ryb i magazynów teraz przerobionych na knajpki i liczne sklepy ludzie wychodzą z domów już odświętnie ubrani i jak na zew sabatowy zewsząd ściągają pod most.
Ta maleńka siedziba Piekła, w pobliżu rozświetlonej panoramy odbitego w wodzie miasta, rozżarzona żółtymi liśćmi klonów, którymi w nadmiarze porośnięte jest Seattle, widoczne jest najlepiej z górnego mostu.
I schodząc po krętych schodach w dół, mijając niklowane motocykle i tandemy rowerowe udekorowane sztucznymi kwiatami nagle zostaje się otoczonym gorącym rytmem jazzowej orkiestry. Muzycy ubrani w ostre kolory brokatowych marynarek i płaszczy z pomalowanymi ciemno szarą gliną twarzami miarowo dmą we flety, uderzają w klawisze i bębny perkusji.
Na wyścielanym dywanem podeście właśnie rozebrany do pasa wodzirej namawia zgromadzonych do występów na podium, co natychmiast jest wykonane. Kilka sylwetek w strojach wiedźm, wampirów i opasanych barwnie neonowymi przewodami czarnych robotów odtańczyło na podium taniec, by zwolnić miejsce kolejnym grupom tanecznym. Po oklaskach wszyscy – widownia i podest zaczynają tańczyć w takt rytmicznej muzyki i następuje, jak w mózgu po przeciążeniu telewizyjnego odbioru – przemieszanie serialowych bohaterów z tymi od filmów fabularnych i z tymi ściśle gatunkowymi. Ten kulturowy miszmasz jak najbardziej prawdziwy, realny, pełen żywotności i emocji jest też wiekowym, rasowym i płciowym zróżnicowaniem. Stojący w bocznej uliczce od mostu samochód, oklejony biżuterią i butami mającymi świecące ozdoby lub zrobionymi z błyszczących plastikowych powłok obsługiwany jest przez kobietę, która wyjmuje z worka coraz to dziwniejsze stroje i nakrycia głowy, a podchodzący szybko je ubierają. Grupka staruszek wybiera jedynie nakrycia głowy ze sztucznych kwiatów wszytych w ażur beretów, które po włożeniu dają efekt nie śmieszny, ale upiorny, co natychmiast dowodzi że drobne oszustwo w wizażu jest z wiekiem coraz mniej możliwe.
Na ten piekielny sabat nadciągają zewsząd wciąż nowe grupki monstrualnych żab, aniołów, lekko przebranych dziewcząt w frywolne króliczki bądź mające na głowach jedynie czułki zakończone małymi dyniami.
Ludzie odchodzą i przychodząi, falują swobodnie przemieszczając się do sąsiadujących klubów i kawiarni, gdzie barwnie zsiadają przy stolikach obsługiwani przez zakonnice w powłóczystych welonach, bądź pielęgniarki ubrane w obcisłe białe świecące gorsety ozdobione czerwonym krzyżykiem.

Noc staje się coraz intensywniejsza pełna zapachów mieszaniny pelargonii w ulicznych donicach, rozkładających się liści i smużki wód kolońskich przechodzących postaci. To jesienne snucie pod koronami żółtych i pomarańczowych klonów, których liście jeszcze nie opadły, a ich obfitość pokryła chodniki, dachy samochodów i trawniki, stanowi naturalną otulinę dla scenerii jarzących się dyń, wygiętych w kształt duchów neonów pnących się w szczelinach domów. Światło latarń tonizuje krzykliwe ubiory harmonizując je z frakcją bardziej tradycyjnych strojów żebraczych, łachmaniarskich, habitów mnisich i prowadzonych na smyczy psów. Wszystko scala się i harmonizuje coraz bardziej mieszając i tworząc jednolitą ludzką potrawę zasobną we wszystkie niezbędne składniki i ingrediencje.
Wchodząc w coraz intensywniejszą noc postacie rozpływają się jak duchy w mgle zalewającej niczym akwarelowy papier woda, by mocą przypadku powyginać plamy w zakrętasy i barwne zawirowania, stępić kontury i unicestwić formę.

This SimpleViewer gallery requires Macromedia Flash. Please open this post in your browser or get Macromedia Flash here.
This is a WPSimpleViewerGallery

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2008, dziennik ciała. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *