José Martí „Guantanamera” z hiszpańskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Ja jestem człowiekiem szczerym
Stamtąd, gdzie wzrasta palma
Przed śmiercią w wiersza litery
Dusza śpiewając się wciela

Ja jestem przychodniem zewsząd
We wszystkie strony odchodzę
Bo jest w sztuce sztuki przestwór
A góry w górach są sobą

Ja wiem o obcych imionach
Przeróżnych roślin i kwiatów
O kłamstwie w świata ramionach
O sublimacji rozpaczy

Ja nocą deszcz na mej głowie
Czułem, jak czyste promienie
Ciemności piękną odpowiedź
Na tak cudowne olśnienie

Skrzydła widziałem u ramion
Zachwycających mnie kobiet
Ich delikatne fruwanie
Motylim lotem w przestworzach

Widziałem miecz zatracenia
Zadany mężczyźnie w piersi
Nie zdradził miłej imienia
Winowajczyni tej śmierci

Dwa razy, jak przebłyski światła
Widziałem duszę w mych oczach
Gdy ojciec odszedł ze świata
Gdy żegnaj rzuciła ona

Bałem się tylko raz jeden
W winnicy mej duża pszczoła
Ból małej dziewczynce biednej
Zadała w sam środek czoła

Tylko raz wielki zachwyt mój
Tak wtedy byłem szczęśliwy
Gdy płakał czytając to wójt
Ten wyrok o mojej śmierci

Westchnienie trwa ponad ciszę
Morza i góry przecina
Lecz nie to westchnienie słyszę
To pomruk bezsenny syna

Powiadają, że zdobyłem
Ze skarbca klejnot bezcenny
O tej miłości mej miłej
Dowie się przyjaciel szczery

Szybującego widziałem
Rannego orła w błękicie
I żmiję w konania szale
Wijącą się w swej kryjówce

Dobrze wiem, kiedy milczy świat
Zmęczony zgaśnie o świcie
W ciszę głęboką już zapadł
I pieśń ma przerwie mu ciszę

Rzeźbiona ma ręka strachem
I możliwością walczenia
Lecz gwiazda już zgasła z czasem
U drzwi mojego istnienia.

Ma pierś z odwagą do przodu
I bólem, me serce rozdziera
Syn z niewolników rodu
Służy mu, milknie, umiera

Wszystko to piękno niezmienne
Wszystko to dźwięki i rozum
I wszystko, co jest diamentem
To było światłem przed węglem

Wiem, głupca grzebać się mieni
Splendorem, lamentem żalu
Owoc wyborny tej ziemi
To ten, co rósł na cmentarzu

Już dosyć tej pompy, więc zamilcz
Próżności mej wierszoklety
Już drzewo zwiędło i na nim
Lekarza zostawiam szaty

Helmut Lotti – Guantanamera

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 4 komentarze

ROBBE-GRILLET

Cóż mogłam wiedzieć o zmarłym wczoraj Alaine Robbe-Grillecie trzydzieści lat temu, gdy czytałam „Żaluzję”? O egzotyce jego powieści, o drobiazgowych katalogach przedmiotów budujących czas na nowo? Wszystko było tajemnicze i niezrozumiałe.
Oglądaliśmy suknie Chanel na Delphine Seyrig w filmie Alaina Resnais “Zeszłego roku w Marienbadzie”, która nic nie pamiętała sprzed roku, nawet jak kochanek pokazywał jej na dowód wspólnego romansu w Marienbadzie, fotografię. Mały ekran czarnobiałego, wiecznie psującego się telewizora rejestrował ascetyczną, wysublimowaną scenę z francuskiego salonu, życie wysmakowanych elit w zepsutym, zamkniętym wyobrażeniu surrealistycznych kadrów rodem z obrazów Rene Magritte’a.
Wszystko znikało, pojawiało się, malało i wysnuwało. Stawało się nieistotne w symbolice, nabierało znaczenia czysto estetycznego, które, jak kontemplacja, przecierało kolejne warstwy wyobrażeń, by wraz z bohaterką coś sobie przypominać, czego się nigdy nie doświadczyło.

Niepojęte, ale po latach – jak czytam teraz „Gumy”- wraca ta tajemnica, której nie pamiętałam, ten ciemny romans z Robbe-Grilletem z nielicznymi, dostępnymi nam w Polsce dziełami pisarza, gdzie uczucia zazdrości mieszają się z permanentnym śledzeniem, podglądaniem i wdychaniem nie zawsze realnych egzotycznych zapachów.
Myśmy też zazdrościli Francuzom, byliśmy podglądani, obserwowani, pogrążeni w absolutnej amnezji, w sennym amoku czasów nieświadomości i sporadycznego dopuszczania do tajemnicy.
Może właśnie „Żaluzja”, mała książeczka z serii Nike stojąca na mojej półce do dzisiaj jest tym przedmiotem, o którym pisarz w wywiadzie mówi:

Zamieszkujemy świat przedmiotów i nawet kiedy wchodzą w grę uczucia, namiętności, niepokoje, istnieją prawie zawsze przedmioty materialne, które służą im za oparcie. Nie ma w świecie „piękności” abstrakcyjnej – jedynie rzeczy piękne, nie ma „strachu”, a tylko rzeczy przeraźliwe.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Joe Wright “Pokuta” (Atonement)

“Pokuta” jest kiczem pierwszej wody, nie tylko scenariuszowo, chociaż zazwyczaj filmy oparte na powieściach są przeważnie lepsze od tych, pisanych tylko dla filmu.
Widocznie nasz religijny kraj musi w Wielkim Poście (Mel Gibson „Pasja”) doświadczać tego rodzaju pokuty – i faktycznie skutecznej.
Udręka intelektualna, jak to bywa na torturach, wzmagana jest sukcesywnie, by zadać końcowy cios w postaci kolejnej metamorfozy głównej pokutnicy, która poprzez wcielenia aktorek w różnym wieku zamienia się nagle w starą Vanessę Redgrave. Grając sławną pisarkę, aktorka wygłasza kuriozalne memento dotyczące stanu dzisiejszej sztuki. Sztuka jest bowiem zobligowana do, wg jej słów, naprawy życia popsutego przez grzesznych ludzi.

Bohaterowie pisarki, obarczonej winą wobec ich pierwowzorów i nie zrekompensowaną i pogłębioną z powodu ich śmierci w pożodze II wojny światowej, na kartach powieści obcują miłośnie i cieleśnie, kąpią się w morzu i żyją długo i szczęśliwie.
A wszystko poprzedzone kosztownym freskiem filmowym z bukolicznych wakacji w angielskiej, bogatej posiadłości i wojennym, surrealistycznym i realistycznym (na przemian) koszmarem.

Mimo mieszania gatunków, film jednak ustatkowuje się, postanawiając grać na najtandetniejszych uczuciach sentymentalizmu i schematach.
W wywiadach reżyser wprawdzie zwierza się, że największą dla niego trudnością techniczną było słowo, które tłumacze ścieżki dźwiękowej spolszczyli na słowo „cipa”, ale chyba to tylko kokieteria. Niepokojący jest u reżysera, dysponującego tak wspaniałymi środkami filmowymi – piękne kadry, doskonali aktorzy, muzyka – wymowa moralna filmu.
Artysta, wbrew przesłaniu filmu nie tworzy dlatego, że zawinił i rekompensuje to pisaniem spłacając dług.
Zresztą w filmie obłudny wątek pracy intelektualnej nijak się ma do zwykłego świństwa, które zakochany podlotek wyrządza dojrzałemu mężczyźnie. Grzechy, popełniane nagminnie w scenariuszu skutkują nawet nie kalectwem, ale śmiercią i nic dziwnego, że pozostała przy życiu winowajczyni nie wie, co z sobą począć.
Ogłasza więc rzecz światu w formie słownej spowiedzi książkowej, lekko ją przekłamując, czyli kończy happy endem.

Ta niesłychana modyfikacja spowiedzi przyda się wielu dzisiejszym grzesznikom, którzy traktują spowiedź świętą jako najkorzystniejszą drogę to ponownego grzeszenia.
I dlatego może taki zachwyt u widzów, którzy już film zobaczyli.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 21 komentarzy

PUŁKA

Po wczorajszych odwiedzinach blogów ze zdumieniem zauważyłam, że ani jeden nie przemilczał zupełnie marginalnego wieczoru autorskiego dwudziestoletniego poety Tomasza Pułki przy piętnasto osobowej widowni w prowincjonalnym miejscu i mieście.

Czułam się więc jak czterdzieści lat temu, kiedy na czarnobiałym telewizorze zobaczyłam jak i wszyscy na całym świecie pierwsze lądowanie na Księżycu. I wtedy też nie mogłam pojąć, skąd taki entuzjazm w przerywaniu pilnych i o wiele ważniejszych czynności, rzucaniu się do telewizora i oglądaniu wątpliwej jakości zdarzenia.
Jednak uczestniczenie w globalnej obserwacji tego samego w tym samym czasie było imponującym, niezapomnianym doznaniem.

Ponieważ nikt z internautów wierszy Pułki nie czytał, a tym bardziej nie czytał wierszy Szymborskiej, blogi wypełniły się czysto sportowymi dywagacjami, dzielną społeczność blogerów literackich rozwarstwiając na dwa zwalczające się obozy, podzielone sprawiedliwie wiekiem zawodników.

Oprócz sportowych i estetycznych dywagacji (Pułka jest poetą urodziwym), zdarzenie uwydatniło mizerię polskich elit intelektualnych i weteranów wysublimowanej, wysokiej sztuki.
Po wywiadzie redaktor naczelnej i założycielki “Zeszytów Literackich” – Barbary Toruńczyk, gdzie ubolewa, że nie drukuje w nich twórczości Doroty Masłowskiej, po utyskiwaniach kustoszy największych muzeów polskich, że nie stać ich na zakup Wilhelma Sasnala i kajaniu się władz miasta Bytomia na blogu Sebastiana Cichockiego, który z takim budżetem dla jego galerii „Kronika” w tym mieście pracował nie będzie, wzięcie udziału w dyskusji na temat zdarzenia władz Związku Literatów Polskich na portalu Nieszuflada okazało się zupełnie naturalną konsekwencją utrwalonej już skali ważności.

Czytam w nareszcie dostępnym „Państwie” Platona, że obywatele w przedziale wiekowym poety Tomasza Pułki winni być wykorzystani wyłącznie do płodzenia zdrowych i pięknych potomków, a po wygraniu licznych turniejów, należy im się każdy młody materiał seksualny, jaki wybiorą, niezależnie od płci i ilości. Natomiast roczniki starsze, zwolnione od obowiązku płodzenia, winne zająć się wartościowymi dla ducha ćwiczeniami z filozofii.
Ponieważ w naszym klimacie geograficznym począwszy od św. Walentego ptaki rozpoczynają życie płciowe, najprawdopodobniej w związku z obchodzonym niedawno walentynkami, dotyczy to i ludzi.
Więc chyba lepiej poddać się kalendarzowi, bo przecież poeta Tomasz Pułka też będzie niedługo stary.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 4 komentarze

Valentine’s Day III

Valentine’s Day III

Walentynki były ostatnim dniem pobytu w sanatorium i były też wieczorkiem pożegnalnym. Z ulgą doświadczał tej końcówki, że wreszcie wszystko się kończy i nawet poszedł zobaczyć jak się bawią, gdyż nie miał co z sobą zrobić.

Uzdrowisko było w górach. Wiał wciąż przenikliwy wiatr, bezśnieżna okolica była ponura i męcząca dla dłuższych spacerów, a w domu sanatoryjnym nie dawało się wytrzymać.
Nie dało się też wytrzymać na zewnątrz ze względu na psy, wiecznie rozszczekane i głodne, uwiązane do bud grubymi łańcuchami. Wynosił im wprawdzie chleb, gdyż wszystko, za przyczyną stawianych na stołach półmisków, a nie porcji, znikało natychmiast i wgrywali najsilniejsi i najsprytniejsi, toteż jak tu można było dbać o interesy psów, tych ostatnich w kolejce.

Ceremoniał zasiadania do wspólnego stołu był zawsze taki sam. Mężczyźni podawali krygującym się kobietom półmiski z zupą, a te onieśmielone takim wyróżnieniem, brały niewielką ilość płynu na chochlę, by czekać na dodatkową zachętę.  Ta jednak nigdy nie nadchodziła i do podziału wielokrotnie napełnianych talerzy pozostawała niemal cała waza zupy. Nie inaczej można było wygrać z drugim daniem, gdzie nawet dające się sprawiedliwie dzielić panierowane skrzydełka kurze znikały kuglarsko manewrowane między talerzami siedzących.
Kobiety, ubrane zawsze odświętnie, w pełnym makijażu, były tak zadowolone z męskiego usługiwania i tego, że nie muszą gotować, że chętnie oddawały porcje wiecznie głodnym mężczyznom, dla których jedzenie sanatoryjne były niewystarczającym dziennym pożywieniem. Najprawdopodobniej opychały się ciastkami w licznych cukierniach, których małe miasteczko ze względu na przyjezdnych miały nadmiar w stosunku do potrzeb jego mieszkańców. Ich otyłość świadczyła o tanim, domowym wikcie, jednak wszelkie oszczędności, jakie zdołały z domu przywieźć pozostawiały właśnie tam.
Były to kobiet bez wieku, schorowane i przepracowane, z panicznymi próbami maskowania wszystkich ubytków ciała, zarówno w uzębieniu, jak i włosach i cerze. Rozpaczliwe zabiegi widoczne były też w konfekcji. Białe bluzki, nie wiadomo dlaczego najczęściej ubierane, były zawsze wyprane i wyprasowane, co czyniło ich kobiecość jeszcze bardziej odrażającą.
Jego niesmak i nieśmiałość do świata, w którym się znalazł ujawnił momentalnie przy stole, gdzie przegrywał z silnymi sześćdziesięcioletnimi, potężnymi mężczyznami, którzy czuli się jak ryba w wodzie wśród dam, rezonujących zawsze chichotem na ich dowcipy. Zdołał więc zazwyczaj uratować tylko chleb, o  który też było trudno, gdyż  znikał błyskawicznie i zanosił psom, one jeszcze bardziej rozjątrzone jego dobrocią pożerały go natychmiast, spoglądając łakomie na rękę.

Wszystko, co w trakcie zabiegów, masaży, obrzucania błotem, które zapracowane pracownice sanatoryjne nadludzko taszczyły w wiadrach by podgrzane, wielokrotnie obsługiwały wielu pacjentów bez żadnej dezynfekcji, było niczym w porównaniu z codziennym życiem w pokoju. Czwórka mężczyzn, z którą zamieszkał, nienawidziła się serdecznie, a ten z własnym odbiornikiem o głębokim uzależnieniu telewizyjnym otwierał go bezceremonialnie jak wszyscy jeszcze spali udowadniając, że cisza nocna obowiązuje tylko do szóstej rano.

Toteż nawet z ulgą i zadowoleniem wszedł na salę udekorowaną czerwonymi balonikami i serduszkami, a znajome już kobiety z wspólnych posiłków czekały w monstrualnych sukniach i koronkach. Wraz z nim powoli schodzili się pozostali kuracjusze.
Z początku niepewnie przystępowali próg sali, jakby badali nogą temperaturę wody. Ale sącząca się muzyka nagle wybuchła mocnym, młodzieżowym rytmem. Otyli, chudzi, starzy i młodzi zmieszali się w jeden wielki kłąb.
Piosenkarz ryknął –  bo kocham cię! – i cała sala oszalała. Ręce podniosły się do góry w rytmicznym klaskaniu. Dziewczyna w lawendowej spódniczce wysoko podskakiwała. Mężczyzna w białym garniturze fachowo chwycił ją za ręce i zaczęło się tango. Roztańczony tłum, jak zahipnotyzowany, podzielił się na pary, by po zakończeniu tańca ułożyć się w duże koło. Muzyka przeszła do rytmu ludowego. Tańczący pogrążyli się w transie. Był półmrok i migały białe fragmenty ubrań, połyskiwały buty i biżuteria. Wszyscy byli spoceni, i szczęśliwi. Daremne było chodzenie na czasochłonne zabiegi. Moczenie w nowoczesnych wannach, poddawanie się laserowi i ultradźwiękom. Daremna była gimnastyka. Sztab rehabilitantów i terapeutów był niepotrzebny. Teraz pierzchało wszystko pod mocnym uderzeniem rytmu. Nie było lęków i oporów przed drugim człowiekiem, wstydu z wyglądu. Mali, łysi, szpetni i otyli stawali się jednią z subtelnymi i szlachetnymi okazami. Ta jedność masy ludzkiej wspierała się wzajemnie i uzupełniała. Dawano i rozdawano szczodrze, brano według potrzeb, nie porad. Panowała solidarność i miłość. I gdy tak trwano w ostatnim akcie największego scalenia i szczęśliwości wspomagani wybijanym rytmem i melodią – czas zabawy dobiegał końca. Wszyscy rozchodzili się zwlekając do pokojów, gdzie miała dopiero rozpocząć się druga część przed jutrzejszymi rozjazdami.

Był uczulony na alkohol, toteż wszelkie wyczekiwane przez wszystkich picie nie mogło go dotyczyć, a to, co potem nastąpiło – dla nielojalnego –  gdyż nieuczestniczącego w pijaństwie mimowolnego świadka, przeszło wszelkie wyobrażenia, jakie znał z powieści i filmów. Przypomniała mu się scena zakopiańskiego zjazdu harcerek z filmu „Odwet” Tomasza Zygadły z 1982, gdzie podstarzali Świdryga i Midryga w orgiastycznej, leśmianowskiej scenie sentymentalnego rozkwaszenia i zamroczenia alkoholowego zaspokajają skutecznie przeterminowane harcerki.
Lutowa pora nie sprzyjała temu turnusowi, który w lecie miałby do dyspozycji park i wyspę zwaną Wyspą Miłości. Wszystko odbywało się w pokojach, klozetach, łazienkach i na korytarzach.
Nie mając gdzie się podziać, pełen odrazy próbował chronić się w dyżurce portiera, który przyzwyczajony i znieczulony oglądał telewizor.
Wtedy zadzwonił telefon i dowiedział się, że jego żona jest w szpitalu.

Zakończenie

A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2, 34-35). 

Zobaczył idąc do gabinetu ordynatora w otwartych drzwiach swoją czterdziestoletnią żonę. Siedziała pochylona nad ogromnym kartonem i malowała. Zdawała się być zadowolona.

– Właściwie pańskiej żonie nic nie jest – pozwiedzał ordynator. Przywiozło ją pogotowie ratunkowe, była nieprzytomna, po ocuceniu nie potrafiła powiedzieć kim jest, gdyż była w amnezji, ale oprócz zagłodzenia, jest fizycznie zdrowa. W wywiadzie przyznała się, że od miesiąca odżywiała się tylko chałwą.
Nie wykazuje żadnych społecznych potrzeb, odmówiła psychoterapii. Mimo naszych namów, ani razu nie pojawiła się w świetlicy. Nie wykazuje też chęci opuszczenia szpitala. Wprawdzie ustawa o zgodzie pacjenta na leczenie psychiatryczne daje pacjentowi wybór, ale wybaczy pan, my też musimy się zgodzić, by ją leczyć.

Spakowała pieczołowicie obrazy Tomka i poszła się z nim pożegnać. Pocałowała jego spękane usta, a on się rozpłakał.
– To pani już nie wróci?

Gdy byli już na zewnątrz, próbował pocieszyć ją, że przecież portal angielskich kart tarotowych mogła mylnie tłumaczyć, nie znając tak dobrze angielskiego.
– Przecież były obrazki! – wykrzyknęła tłumiąc płacz.
– To będę do ciebie pisał z drugiego komputera – powiedział bezradnie.

W domu weszła na portal wróżek. Sześćdziesiąt komentarzy dotyczyło postu o nieudanym spotkaniu wróżek w jej miesicie. Wróżki pojednawczo zapewniały o powtórzeniu spotkania w innej części Polski, gdyż wybrana internetowo kawiarnia nieprawdopodobnie zamknięta właśnie w tym dniu, świadczyła przecież tylko źle o jej mieście.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 9 komentarzy

Valentine’s Day II

Valentine’s Day II

Nie wiedziała jak długo tu przebywa, ale nigdy nie czuła się tak dobrze. Po euforycznym przebudzeniu, po dawce narkotyku śniły jej się ogrody pełne hortensji i poziomek, których smak i zapach czuła jeszcze po przebudzeniu. Po korytarzu snuły się w szlafrokach kobiety w parach, milcząco, co jakiś czas spoglądające na nią w prostokącie otwartych drzwi ośmioosobowej sali. Leżała jednak sama, cały szpital żył i przebywał gdzieś indziej.
Gdy jej towarzyszki wracały, opowiadały o sobie urwanymi głosami i w kulminujących opowiadaniu momentach głos im się załamywał. Wtedy milkły i już nigdy nie wracały do rozpoczętych zwierzeń.
Ta otyła, ciepła i macierzyńska rozpoczynała  wtedy miarową wędrówkę po pokoju ze zwieszoną głową, a druga, odwracała się do ściany i jadła.
Ale ona wstawała tylko jak rozlegał się głos chłopaka zwanego dyrektorem.
– Morfina, kokaina, LSD! – krzyczał na korytarzu, a wszyscy jak zjawy sunęli do dyżurki, by milcząco ustawić się w kolejce i otrzymać, jak komunię, garść pastylek.
Szpitalni pacjenci pracowali w kuchni, myli naczynia i rozstawiali posiłki. Natychmiast po zjedzeniu zupy wracała do łóżka, gdzie salowa przyniosła jej brystol i farby i gdzie polecono jej malować obraz do świetlicy. Widocznie dane komputerowe ujawniły kim jest i co potrafi, a w szpitalu starano się zagospodarować wszystkich. Często jednak przychodzili w ciągu dnia do niej pacjenci z konieczności, albo z wyboru. Kilkunastoletnia Justynka, która chodziła po pokojach zabierając ludziom swetry i tuląc je do piersi wybuchała przeraźliwym płaczem w czasie brutalnego wyszarpywania ich, gdy właściciel swetra ją dogonił. Czasami Justynka wpadała we wściekłość krzycząc ze smutkiem – jesteście fałszywi! –  i tylko szybka interwencja pielęgniarek powodowała jej powrót do swojego pokoju. Pojawiali się zaciekawieni jurni symulanci, znudzeni oddanym tu czasem przerwanych studiów i niechęcią do wojska. To oni stanowili trzon bywalców sali telewizyjnej, zadymionej, rozgadanej i pulsującej towarzyskim życiem. Zniechęceni wywabieniem jej do tej sali, nie ponawiali prób, natomiast przyszedł Tomek.
– Ja też tak potrafię, a nawet lepiej.
Był chyba w jej wieku, całymi dniami i nocami siedział w korytarzu na podłodze malując z wielką precyzją twarze polityków, reklamy benzyny lub twarze kobiet otoczone kwiatami z jej snów. Wszystko, co wyprodukował – a rozległe inspiracje pismami kolorowymi ze świetlicy były widoczne – przynosił do niej, a ona, zawstydzona, skrupulatnie je chwaląc, chowała.
– To naprawdę dla mnie? Tyle pracy! Ależ bardzo dziękuję, bardzo się cieszę!
Tomek miał ruchy powolne i trudności w mówieniu. Przed opuszczeniem jej pokoju zawsze stawał przed lustrem i gładził się. Jego skóra łuszczyła się, a spieczone wargi nie goiły.
Zabrali go z domu osiem miesięcy temu. Odwiedzał go, jak mówił, ojciec. Ale nikt go tutaj nigdy nie widział. Miał nadzieję, że za tydzień ojciec przybędzie i zabierze go na wolność.
– Tu mnie palą – mówił ściszonym głosem.
– Dają mi nikotynę.
– W tych pastylkach – szeptał – to nikotyna. Włożyłem do słoika i spaliłem. To jest zrobione z nikotyny.
Jego głos brzmiał pewnie i niepodważalnie.
– Chcą mi zrobić zawał…, Ale ja się nie dam…!
Mówił triumfalnie, mówił jak wygrany, jak ktoś, kto już przejrzał strategię wroga i samo jego przejrzenie jest przewagą. Malował na poziomie twórczego rozwoju pięciolatka, ale poprzez brak egocentryzmu, charakterystycznego dla dzieci w tym wieku, rysunki Tomka były dramatyczne i zawierały jakąś mistyczną formę ornamentów pierwotnych ludów. Nawet coś z azteckich wzorów, a przecież Tomek pochodził z robotniczych slumsów.

Na drugi dzień Tomek przyprowadził ją by zobaczyła jego najnowsze dzieło. Na ścianie wisiał plakat wielki metr na metr i przedstawiał twarz kobiety przedzieloną na dwie części pionowo. Lewa strona stanowiła żałośnie podartą i pokrzywioną połówkę rysowaną węglem i cieniowaną, natomiast prawa uśmiechniętą i kolorową. Na kresce oddzielającej obie połówki w okolicy ust przylepiony był prawdziwy niedopałek papierosa. Czerwony, dramatyczny napis donosił o skutkach palenia tytoniu.
– Robiłem to całą noc – powiedział z dumą Tomek.
Plakat, poprzez swą nieudolność, a zarazem zamkniętym w nim autentycznym lękiem przed nikotyną robił niesamowite wrażenie.
– Wzorowałem się na twarzy pani – powiedział nieśmiało i spuścił oczy.

– To pani, malowała, ten plakat?
Podniosła głowę z ukończonego już prawie kartonu, który miał zaraz zawisnąć w świetlicy szpitala. Nad nią stał chłopak zwany dyrektorem i uśmiechał się do niej cynicznie.
– Nie – wystękała –  to Tomek.
– No, myślałem, że pani. Wszyscy przecież wiemy, jak Tomek maluje, a ta twarz taka realistyczna…
Ale rozmowa zgasła i chłopak wycofał się zmieszany.

Mimo wszystko, podobało jej się tu bardzo.
Noce były pełne cierpienia, gdy z wypadków samochodowych przywozili mężczyzn silnych i  rosłych, którzy jak zwierzęta, w ciasno związanych pasach skórzanych, mimo środków i zastrzyków godzinami wydobywali z siebie, jak na torturach, nie dające się zidentyfikować, człowiecze wykrzykiwania.
Najgorsze dla pacjentów były odwiedziny rodzin, obładowanych siatkami z żywnością, którzy z wielką ostrożnością zbliżali się do swoich krewnych jak do dzikich zwierząt i traktowali te niezidentyfikowane obiekty psychiatryczne zawsze ze znakiem zapytania w oczach, formalnie i z obowiązku. Tylko tutaj na oddziale wytwarzał się klimat zupełnego braku odpowiedzialności za swoje słowa, wygląd i postępowanie, co działało wyraźnie na pacjentów uspokajająco. Gdy na puste miejsce obok jej łóżka, które traktowała jak fortecę i nie wychodziła, oprócz koniecznych posiłków w jadalni i rytualnego pobierania pastylek przywieziono piersistą, ładną brunetkę, zaniepokoiła się o swoją samotność nie na żarty.
Ale szybko sala zaroiła się od mężczyzn, by natychmiast młodą kobietę zabrać do świetlicy jak wszystko, co się tu dawało, zagospodarować.

(c.d.n.)

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | Dodaj komentarz

Valentine’s Day

Valentine’s Day I

Liczni wczesnochrześcijańscy męczennicy byli nazywani Valentine – przeczytała na anglojęzycznej wikipedii po włączeniu komputera, gdy z herbatą i chałwą znalazła się przed ekranem.

Sprawdzała wiadomości o tym pięknym dniu, o którym dawniej nikt nie wiedział, że istnieje. Wróciła właśnie z empiku, gdzie wszystkie okładki książek miały kolor czerwony, natomiast ogromny pawilon obwieszony był sercami wszystkich wielkości i materiałów – od pluszowych wielkich poduch, po małe, plastykowe świecidełka.
Otworzyła leżącą zaraz na początku czerwoną okładkę zaintrygowana tytułem „Sąd ostateczny” Wiktora Jerofiejewa i natrafiając na scenę kopulacji Chruszczowa ze Stalinem szybko ją zamknęła. Była zła z tego niepotrzebnie popsutego romantycznego nastroju i na to, że znowu dała się uwieść tytułowi, którego znaczenie od niedawna dopiero pojęła w pełni.

Siedząc właśnie przy komuterze, uzmysławiała sobie, jak bezskutecznie próbowała nawiązać kontakty sieciowe z blogerami o podobnym swojemu zainteresowaniu. Próba komentowania blogów kończyła się przemilczaniem jej wpisu, albo swobodnym omijaniem pozostałych komentatorów jej wypracowanej wcześniej konkluzji, zawsze grzecznej i dotyczącej tematu. Czasami zbywali jej wpis niewybrednymi docinkami. Po wieczorze takiej marnacji sieciowego czasu, zasypiała pełna obaw, co do swojego wirtualnego istnienia, który kusił ją właśnie nieprawdopodobnym spełnieniem tego, czego nie dało się zrealizować w realu: wspólnego, równoległego bytu duchowego ocieplonego świadomością, że gdzieś tam w przestrzeni kosmosu jest ktoś, kto myśli i czuje podobnie.

Kiedy natrafiła na portal wróżek tarotowych, była już zupełnie wycieńczona swoimi poszukiwaniami.
Od miesiąca mieszkała sama, mąż wyjechał do sanatorium i nieprzyzwyczajona do samotności domowej usiłowała odnaleźć w sieci kogoś, kto różnił się od interesowności ludzi, których dotąd spotkała i odpowiedział na jej bezinteresowność. Wszystko, co oferowały i czym zadowalały się jej koleżanki, i co pozwalało im normalnie funkcjonować w życiu codziennym przeczekiwała grzecznie, świadoma ich niepotrzebności i zbyteczności. Telefony, odwiedziny, nagabywania, były na płaszczyźnie ruszania tylko jej powierzchni, ocierania się o nią. Najgorsze były kontakty z kimś, kogo przywiało z zewnątrz nagle, kto był w depresji, lęku i potrzebował jej, jako taniej używki do chwilowego ulżenia własnego podłego nastroju. Takie psucie czyjejś prywatności poprzez nagłe najście złym nastrojem mogłoby i być dla niej w ostateczności strawne i satysfakcjonujące tym, że uświadomienie niesienia pomocy daje należną za to zapłatę. Ale te higieniczne zabiegi polegały wyłącznie na jej uczuciu. W momentach życiowych dla nich jedynie trudnych, po otrzymaniu potrzebnej im pomocy, znikali do następnego razu, traktując ją czysto użytkowo.

Pozostwał więc emocjonalny niedosyt i dziura, jaka pwstawała w czasie jej codziennej próby poszukiwania kontaktów istotnych szczególnie, że właśnie otrzymała od losu nigdy niedany miesiąc absolutnej samotności fizycznej, który niezakłócany niczyją obecnością realną mógł zaowocować duchowym powinowactwem z wyboru.
Zaintrygowana portalem wróżek, które w rozpoznawalnych już dla niej, egzotycznych nickach rozsyłały baśniowe ciepło, emanowały nie tylko empatią, ale i niosły pomoc zdesperowanym internautom całkiem sensowną.
Czas bezinteresownie oddawany rozwikłaniu mylnie pojętych uczuć sprzymierzeńców bądź wrogów zgłaszających się adeptów wróżenia z kart był imponujący.

Żeby zrozumieć szyfr skomplikowanego przekazu znaczeniowego kart, o których wszystkie podręczniki wtajemniczenia zapewniają, że służyły poradą nie tylko królom, ale dyktatorom i tyranom takim jak Hitler do skutecznej realizacji ich celów, ocalały też drugą, gnębioną stronę. Tu następował przykład sławnej talii kart słoweńskiego artysty, więźnia obozu w Dachau, którego karty, ilustrowane streszczeniem życia w obozie koncentracyjnym pomogły mu przetrwać i wyjść z koszmaru ocalonym.

Tak przekonana, pocięła arkusz kartonu akwarelowego na kilkadziesiąt prostokątów, gdzie pośpiesznie wymalowała wizerunki kart Tarota Marsylskiego i stosując wszystkie zalecenia, wybrała 13 kart.
Pierwsza, wiodąca układ, ukazała się karta Wielkich Arkanów – Sąd Ostateczny z przedstawieniem wychodzących z grobów ludzi. Była powtórzeniem ogromnego obrazu wiszącego nad jej łóżkiem w dzieciństwie, pędzla jej dziadka. Obraz ten w czasie walk i zabaw z bratem spadał ze ściany, a w złotej ramie zawsze wtedy ubywało kilka listków.
Musieli go z dużym trudem zawieszać, by rano rodzice nie zorientowali się, że ich noc przebiegła nie tylko na śnie przed dniem w szkole. Ta niewinna, powtarzająca się zabawa z obrazem oswajała mrożący krew z żyłach temat. Namalowani tam nadzy mąż i żona osłaniali swoich zmarłych potomków i wpatrywali się ufnie w niebo. Interpretacja karty na forach języka angielskiego obwieszczała wielkie szczęście dla wróżącego z tak pomyślnego obrotu jego losu. Okazywało się, że jego odradzające znaczenie rokuje dla niej całkowitą odmianę w jej sieciowych niespełnieniach. Karta o pozytywnym działaniu w postaci Trójki Kijów, zalecała natychmiastowe działania, kucie żelaza póki gorące i i nie przegapienie okazji. Pojawił się też Rycerz Mieczy symbolizujący obiecane potrzeby intelektualne, skutecznie sprzyjający posiadaczce tak optymistycznego układu. Dwójka Pucharów oraz Trójka Pentakli zachęcały, by działać, pisać i nawiązywać sieciowe kontakty.

Ale tak było tydzień temu, kiedy rozpoczęła nieśmiałą rolę adepta czytając z niedowierzaniem tarotowe forum utworzone głównie dla osób samotnych i opuszczonych.
Wróżka o imieniu egipskiej bogini, łagodnie perswadowała, że wybrana karta Śmierć sygnalizuje śmierć związku nieuniknioną i nieodwracalną, a wyczekiwana ciąża w postaci wylosowanego Księżyca jest nierealna, gdyż Księżyc to ściemniacz złudnie siejący fałszywą nadzieję. Kobieta wylosowawszy kartę Śmierć nie chciała podjąć koniecznej w jej życiu zawodowym podróży, alarmując wróżkę o imieniu bohaterki „Czarownic z Salem”, żeby poradziła, co robić. Mężczyzna wyjąwszy kartę zdrady swojej ukochanej, nie mógł mieć już spokoju, szczególnie, że partnerka zachowywała się jak osa.
To wszystko łagodziły wróżki władając życiem uczuciowym gości portalu. Nie znając się – jak wynikało z wpisów – dawały diagnozy podobne, uzupełniające się i wiarygodne.
Właśnie dzisiaj w dzień św. Walentego wróżki postanowiły się spotkać, sprawdzić swój wirtualny fenomen podobieństw i nacieszyć się swoją obecnością w życiu realnym.
Te ciepłe wołania o współistnienie, przyjaźń i czas wspólnego świętowania sfinalizował się w końcu optymalnym dla miejsc zamieszkania wyborem miasta i kawiarni i godziny, gdzie mają się spotkać.
Ze zdumieniem przeczytała, że wybrały jej miasto, a do wybranej kawiarni ma niespełna dwadzieścia minut drogi ze swojego domu.
Ale przeczytawszy tę wiadomość poczuła, że pewnie i one ją odrzucą jak robiły to fora internetowe i wspólnoty, których zainteresować sobą nie była w stanie. Toteż melancholijnie przeczytała notkę powracając do mozolnego układania mądrych i trafnych postów ulubionego bloga.

Blog Rycerza Mieczy, gdyż była pewna, że jego polecił tarot w odnowie intelektualnej sieciowego bytowania, stał otworem i otrzymała, zgodnie z wróżbą natychmiastową zachęcającą do kontynuacji odpowiedź. Dzielnie więc ponowiła następną próbę i o dziwo, Rycerz Mieczy odpowiedział jeszcze entuzjastyczniej. Po kilku z powodzeniem wymienionych komentarzach, spróbowała wypowiedzieć się na inny temat, gdzie włączył się również inny komentator, stały bywalec. Ale pieczołowicie skonstruowany komentarz, pełen intelektualnych odnośników sprawdzonych w wielu sieciowych encyklopediach nie został przyjęty przez blog, mimo, że konwersacja z innym internautą szła na całego.
Jak wyrzucona niesłusznie z klasy, zdesperowana i oszołomiona rozłożyła karty. Tym razem tarot przestawił Rycerza Mieczy, którego wylosowała i w tym układzie, jako człowieka nietaktownego i nieuprzejmego, nieliczącego się z uczuciami innych, autorytatywnego i wyniosłego, lubiącego tyranizować sadystę, skorego do aroganckich żartów, o silnym, przenikliwym umyśle służącym mu do wycinania i mordowania nawet najniewinniejszej chęci zbliżenia.
– A więc wszystko, co nastąpiło, było tylko zwabieniem ofiary w sieć! – wnioskowała z rozłożonych kart. Następna karta z przerażającymi trzema mieczami wbitymi w szkarłatne serce symbolizowała uczucia, które właśnie odczuwała: zdradę, rozczarowanie, zranienie, odtrącenie.
Nagłe olśniło ją pojęcie bolesnej prawdy, że wszystkie życzliwe gesty, jakie wykonała w kierunku Rycerza Mieczy, były daremne.
Dalsze wyciągane karty po Trójce Mieczy – Pięć Pentagramów sygnalizowało trwałe odrzucenie w bezkresnej nędzy emocjonalnej, osamotnienie i przejmującą dezaprobatę świata. Nie lepiej mówiło Pięć Pucharów: osierocenie, pożegnanie, brak jakiejkolwiek nadziei. Ten przemożny żal, emitowany poprzez kartę, zawód i odkrywanie bolesnej prawdy o swoim istnieniu bez znaczenia dla Rycerza Mieczy, wzmogła jeszcze następna karta. Przedstawiała związaną kobietę z opaską na oczach w otoczeniu ośmiu mieczy chwilowo chyba tylko wbitych w ziemię, ale klimat karty nie rokował żadnych ulg dla torturowanej. Dalej Wisielec, którego znaczenie pojmowała jedynie z pamiętania makabrycznej roli, jaką odegrał w filmie Wojciecha Hasa „Rękopis znaleziony w Saragossie”, gdzie zmaltretowany Zbigniew Cybulski daremnie próbował się od jego nieustannych nawiedzeń uwolnić. Tym razem też nie widziała, podobnie, jak jej ulubiony aktor, wyjścia z matni kart i prawem wędrowca, wyciągnęła następną. Przedstawiała jadącego łodzią podróżnego, nieźle już zmaltretowanego, obok wbitych sześć potwornych pionowo mieczy i nie wiadomo, czy nie do użytku po dostarczeniu ofiary zawiniętej w worek na widniejący na horyzoncie brzeg.
Przerażenia dopełniła następna, chyba ilustracja tego, co na tym brzegu będzie się działo. Ciało leżące twarzą do ziemi miało szeregowo wbite dziesięć ogromnych mieczy.

Zlana potem zaglądnęła jeszcze na forum wróżek.
Tak, upewniła się, to dzisiaj, będą czekać na siebie do 21, bo przecież przyjadą z odległych krańców Polski. Ubrała aksamitną sukienkę w kolorze malagi, czarne botki i wykonała staranny makijaż.
Była osiemnasta i mino lutowego zimna miasto zajaśniało wszystkimi rozweselającymi światłami, z knajp sączyła się muzyka, do kina płynęła fala zakochanych par, w cukierniach stały kremowe torty z cukrowymi sercami, a z empiku wylewali się młodzi ludzie obwieszeni serduszkami. Czuła się coraz lepiej, pokonywała tremę przed spotkaniem z ludźmi, których przecież od miesiąca czytała na internetowym forum, a ani razu nie odważyła się tam odezwać nie mając żadnego przecież pojęcia o tarocie.

Ale podana przez wróżki na punkt zlotu kawiarnia była zamknięta.
Ciemne okna i wywieszka o nieczynnym w tym dniu miejscu, gdzie ewidentnie powinni na nią czekać pocieszyciele w nieszczęściu i wirtualnej samotności w realu zachowały się równie zimno jak wszyscy. Gdyż nie mogły przecież tego, jako wróżki, nie przewidzieć!
Wprawiło ją to w panikę. Od miesiąca dobijała się do ludzi i zawsze zapraszano ją, by potem wzgardzić i bez słowa, bez żadnego wyjaśnienia, zatrzasnąć drzwi przed nosem!
Zaczęła się trząść z zimna i upadła na wilgotny chodnik, a ktoś z sąsiedniej księgarni wybiegł i ją podniósł.

(c.d.n.)

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 2 komentarze

Krzysztof Varga “Nagrobek z lastryko” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

Ha, ha, ha!Dawno nie czytałam tak dobrej polskiej powieści współczesnej i z wielką satysfakcją napiszę o niej, dołączając do wielkiej liczby zachwyconych recenzentów.Nie zgadzam się jedynie z przyrównywaniem Krzysztofa Vargi do Michela Houellebecq’a, z którym nie ma absolutnie nic wspólnego, co nie znaczy, że pełnymi garściami nie czerpie ze światowej literatury. Odnalazłam wpływy Lajosa Parti Nagy’ego (znanego polskiemu czytelnikowi chyba tylko z Literatury na Świecie 9-10/2005). Trud ujawniania przyczyn deformacji bohaterów też jest podobny do ”Amerykańskiej Sielanki” Philipa Rotha, natomiast sposób żartobliwego pokazywania rzeczy strasznych i ewidentnie negatywnych jako oczywistości, przypomina żartobliwą technikę twórczości Gabriela Garcí Márqueza.Powieściowy obszar czasowy to lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku i połowa wieku następnego, co autora zmusza do gdybań i kasandrycznych proroctw, które groźnie wysnuwa z czasów minionych i dzisiejszych. Brzmi to niestety bardzo prawdopodobnie i można się zgodzić z autorem, że jeśli utracimy to, co teraz mamy, będziemy bardzo żałować.Ta krucha teraźniejszość, na którą autor też pomstuje z uwagi na nadmiar, łatwy dostęp i sytość, powoduje demoralizację słabych charakterów i promieniuje bezwzględnie na przyszłość.Osią fabuły jest dziadek narratora – Piotr Paweł Frattner (rówieśnik pisarza!), któremu Varga stawia najtrudniejsze zadanie: zilustrowania swoją osobą wszystkich negatywnych aspektów żywota i jego konsekwencji w postaci wnuka, Dominika Frattnera.Podobnie jak u Rotha, czy u bohatera w filmie „American Beauty”, łatwość życia i zaniedbanie strony duchowej rodziny powoduje barbaryzację, nudę i niewolę, a przyjemności stają się udrękami.Pięknie Varga analizuje proces upadku i degrengolady ludzi zwolnionych z pracy nad sobą, skutki erozji intelektu (dziadek czyta jedynie streszczenia seriali, żona Anna wyłącznie napisy na opakowaniach), opętania nałogami (gry komputerowe nikotynizm, alkoholizm, kofeinizm, erotomania, sportomania).Nietwórcza, absurdalna praca zawodowa, rotacja i zmiana etatów, utrata wewnętrznego człowieczego ładu sprzecznego z etyką firmy, wymgania dnia codziennego, czy zwykły konformizm powodują obumieranie wszelkich wewnętrznych drogowskazów i barometrów moralnych. Autor sięga jeszcze po losy pradziadków, którzy też nie pozostawili po sobie wartościowej schedy po II wojnie światowej (komunizm).Zachwiane są dozgonne wybory partnerów życiowych oparte wyłącznie na obopólnej wygodzie, nigdy miłości, gdyż pojawienie się uczuć wyższych jest w tak uformowanym człowieku niemożliwe. Rodzi to jedynie wzajemną pogardę, uczucie na tyle w normie, że nie są w stanie od siebie odejść i na tyle mocne, by odczuwać piekło codziennego wzajemnego obrzydzenia. Automatycznie sfera seksualna nie służy człowiekowi do niczego, zbywana i gaszona pornografią umiera nawet w potrzebie onanizmu. W dobie biologicznych osiągnięć nie jest potrzebna w rozrodczości. Małżonkowie powołują na świat dziecko martwe duchowo, ogarnięte manią pedantyczności. Ich córka zostaje odrażającą matką powołującą na świat kolejną ofiarę emocjonalną skutkiem nie miłości macierzyńskiej, a higieny biologicznej.Społeczny plan zbudowany jest na widocznych dzisiaj zagrożeniach (np. strażacy służą jedynie estetyzacji wielkanocnych procesji, a firmy ubezpieczeniowe ubezpieczaniu jedynie siebie), które w powieści się finalizują. A więc wygrywają w państwie siły ograniczające obywatelom wolność (np. wszystkie nazwiska muszą kończyć się na „ski”, zakaz popełniania samobójstw), wojny deprawują i pogrążają państwo w terrorze nowej władzy i nowych porządków. Do podziemia i konspiracji schodzą przyjemności i używki, a dawny splendor hipermarketów staje się przedmiotem kolekcjonerstwa i pokątnego handlu. W tle są jakieś obozy przejściowe, rotacja mieszkań i bardzo samotny, wypalony i wyalienowany trzydziestoletni Dominik, którego niezgoda spełnia się w rozpaczliwym i niemożliwym akcie uratowania zagłodzonego psa.Równorzędnym niemal bohaterem jest miasto Warszawa, z jej topografią, historią i ewolucją mentalną jego mieszkańców.Wszystko, obok wiwisekcji narratora, ilustrowane celnymi i trafnymi scenkami z życia (chociażby scena uwodzenia pięknej i zepsutej pracownicy krakowskiej galerii artystycznej, czy scena rwania zęba u dentysty leczącego warszawskie elity).Dziwactwa polskie, które były, są i będą podaje Varga ani nie na modłę satyrycznych scenariuszy filmowych, ani kabaretów, mimo używania tych samych elementów i symboli (opisy seriali telewizyjnych, notek prasowych, sceny bójki w tramwaju, nocne zmaganie z opróżnianiem lodówki).Ten sposób, bardzo artystyczny, a nie socjologiczny podkreślił trafnie Dariusz Nowacki w recenzji dla „Tygodnika Powszechnego”, zachwycając się ciepłym, nostalgicznym tonem utworów Krzysztofa Vargi. Bowiem nie jest trudno wyśmiewać zidiocenie opętanych cywilizacyjnymi zabawkami Polaków, o których powstała masa powieści współczesnych i filmów. Warto odróżnić wysiłek pisarza, oparty na dużej wnikliwości i osobistym wkładzie obserwacyjnym, od miałkości utworów kompilowanych z medialnych newsów i socjologicznych badań.Z niezliczonej ilości satyrycznych spostrzeżeń pisarza wybieram przykład wpływu wątku patriotycznego na dziadka Piotra Pawła, uzmysławiający czytelnikowi, że człowiek nie jest w stanie zmierzyć się z przeszłym cierpieniem narodowym wobec przeżywania własnego fizycznego bólu teraz, co też przestrzega przed płytkim ojczyźnianym sentymentalizmem.Symboliczny wątek polskiej martyrologii zakodowany na trwale w podświadomości warszawiaków wyłazi opresją w snach walczącego z bólem zęba Piotra Pawła:Następnej nocy po nieobecności na zebraniu przyszedł do niego pomnik Powstania Warszawskiego z placu Krasińskich. Cała bezładna grupa wysokich, zabiedzonych postaci, ze szmajserami i butelkami z benzyną, w wielkich niemieckich hełmach, nucących cicho jak tylko nucić potrafią kamienie „Marsz Mokotowa”. Za nimi przydreptał na swoich krótkich nóżkach Mały Powstaniec z Podwala, żeby się przyglądać z zaciekawieniem, jak duzi powstańcy z placu Krasińskich będą mordowali dziadka, nie zważając na to, że Piotr Paweł też znał na pamięć cały „Marsz Mokotowa”. Sam był przecież z Mokotowa, pamiętał pierwsze strofy „Pokolenia” i wiedział, jak się nazywał aktor grający główną rolę w „Kanale”. Nic go nie mogło uratować i znów koło trzeciej w nocy zaczęła się egzekucja, której z wyraźną przyjemnością przyglądał się Mały Powstaniec. Postaci z placu Krasińskich rozbijały na dziadkowej głowie butelki z benzyną, a że były to butelki wcale nie ze szkła, dziadek czuł niewysławialny ból; ból, którego nie byłby w stanie opisać nawet Krzysztof Kamil Baczyński, ból, jaki można odczuć tylko we śnie, kiedy jest się mordowanym, choć nie umiera się naprawdę.Od tego bólu tracił we śnie przytomność; wtedy jeden z powstańców łapał go za głowę i niebywale silnymi palcami rozwierał mu szczękę, a drugi odkorkowywał koktajl Mołotowa i wlewał benzynę w dziadkowe usta, a wtedy dziadek odzyskiwał przytomność, dławiąc się ciepłą naftą. Czuł, że jego żołądek wypełnia się zabójczym płynem aż po samo gardło i nagle zaczynał odczuwać zbyt znajome gniecenie w podbrzuszu; to pęcherz napięty do niewytrzymania dawał znać, że zaraz odmówi wykonania rozkazu i dziadkowy fiut siknie mocnym, gęstym i bolesnym strumieniem przefiltrowanej przez umęczone nerki benzyny; zwłaszcza, że jeden powstaniec z kamienną twarzą odkorkowywał kolejną butelkę, a drugi wciąż trzymał głowę Piotra Pawła w bezwzględnym uścisku. A kiedy wlali w niego już dwie butelki benzyny, wtedy ten wyglądający na najsilniejszego przewrócił dziadka na brzuch, wciskając mu głowę w poduszkę tak mocno, że Piotr Paweł zaczął się dusić. Dwóch pozostałych mocno przytrzymało go za ręce, a ten, który do tej pory wlewał mu benzynę w usta, teraz złapał w swoje kamienne łapy pośladki Piotra Pawła i rozsunął je najszerzej jak się dało. Wtedy żołnierz do tej pory zgniatający mu czaszkę sięgnął po kolejną butelkę z benzyną i zdecydowanie wepchnął ją denkiem w odbyt Piotra Pawła. Mój dziadek zawył, lecz poduszka skutecznie stłumiła krzyk i nikt nie przybiegł mu na pomoc. Egzekutor wyciągnął zapalniczkę i podpalił nasączoną naftą szmatę wetkniętą w szyjkę butelki. Mały Powstaniec obserwował to wszystko z coraz większym zaciekawieniem i błyskiem w pomnikowych oczach, ledwo widocznych spod zbyt dużego, zdobycznego hełmu. Kiedy następowała eksplozja, dziadek budził się z krzykiem i łapał się za tyłek przekonany, że popuścił w majtki i leży wraz ze swoją kobietą w zasranej pościeli.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 6 komentarzy