*
Poznałam go na jakimś wernisażu, na który nie mogłam nie pójść.
Mimo, że nigdy nie chodzę, to jednak poszłam.
Poszłam, by nie poznawać, ale był mi znany, więc nie mogłam nie poznać, skoro okazało się, że nastąpiło to już dawno.
– To jeśli to ta sama szkoła, to w której ty byłeś? Wiesz, młodszych roczników się nie pamięta, tylko starsze.
– Chodziłeś niżej? Zupełnie sobie nie przypominam. Ani nazwiska.
– Tak? Chodziła ze mną?
– Jesteś rozwiedziony?
– Masz z nią córkę?
– To z kim ona jest teraz?
– Z kim żyje?
– Z nikim?
– W tym wieku? Kobiety w naszym wieku potrzebują przecież z kimś żyć.
**
Kiedy zadzwoniła po tygodniu, nie poznałam jej głosu. Przypominałam sobie przez mgłę drobną kruchą dziewczynkę, z którą chodziłam do higienistki, gdyż takie było zalecenie wychowawczyni, by zawsze ze względu na krwotok ktoś z nią był. Dostawała zastrzyki hormonalne i po maturze plotka doszła do mnie, że Henia jest mężczyzną, że była to kuracja na zmianę płci.
Pewnie nie pamiętałabym jej zupełnie, gdyby nie ta bądź co bądź, sensacyjna plotka z kategorii o cyrkowej kobiecie z brodą. Urodzenie dziecka przez mężczyznę dawało dodatkowy smak zetknięcia się własnym ewenementem, gdyż dotyczył przecież naszej klasy.
Ale nie, Henia miała damski, ciepły głos, pewny i perswazyjny, co nasze spotkanie uczyniło zdarzeniem nieodwracalnym.
***
Zadzwoniła, podając kolor płaszcza i czapki. Gdy wyszłam by nie błądziła po naszym osiedlu, zbliżający się do mnie o podanym kolorycie obiekt przybliżał się groźnie, by wpaść w me ramiona jak nienasycony kochanek.
Henia okazała się ponętną, okrągłą, bardzo kobiecą brunetką o śladach wielkiej piękności.
– Nie zmieniłaś się wcale – rozpoczęła entuzjastycznie, stawiając mnie w sytuacji, w której rewanż musiałby rozpocząć łańcuch kłamstw.
Burknęłam coś filozoficznie o niemiłosiernym upływie czasu, ale nagłe obcowanie z zupełnie nieznaną mi kobietą odjęło mi pewność siebie, której nigdy nie miałam za wiele.
Przyjechała z Podlasia, gdzie z córką i zięciem prowadzili hodowlę psów borzojów, więc przygotowany obiad dla gościa z tak daleka czekał już w mikrofalówce.
W lodówce stał tort. Kupiłam ajerkoniak, wino i piwo, nie wiedząc, co pije kobieta dojrzała. Ja nie piję niczego z kupionych właśnie gatunków, ale liczyłam lisio, że alkohol odsłoni wszelkie tajemnice klasowe, na których ujawnienie czekałam tyle lat.
– Dzisiaj środa popielcowa i niczego nie będę jadła. Wiesz o której jest msza?
Poszłam posłusznie do sąsiadów, dowiedzieć się, o której jest msza. Oni też nie wiedzieli.
– Umknęło, pani Ewo w niedzielę – tłumaczyła się Słowikowa. Ale przecież będą biły dzwony.
Niestety, na wszystkie rzucane imiona przybyła nie reagowała, zdawała się nie interesować nie tylko hasłami, pod którymi kryli się profesorowie i uczniowie, ale i nie bardzo wiedziała, o czym mówię.
Zaczęłam więc podejrzewać jakieś nieporozumienie, pomyłkę telefoniczną czy przypadek pomylenia osób, które właśnie wskutek nieprawdopodobnych okoliczności wizytują teraz w przestrzeni czasowej jakieś inne osoby.
Ale nie. Czasami zbieżność nazwisk nie była przypadkowa.
Jak na śledztwie, gdy przesłuchiwanemu już wszystko jedno, jakaś rewelacja nagle pojawia się ocalona, świeża i nietknięta amnezją.
– Coś podobnego? Brygida pruła się w internacie codziennie z kimś innym!
– Tak, miała niesamowity temperament. Co noc z miasta przyprowadzała kogoś nowego. Teraz jest w zakładzie zamkniętym.
– Tak, pamiętam, była bardzo utalentowana.
– Skończyła ASP w Krakowie. U Nowosielskiego. Ale trudno było z nią wytrzymać.
– To mówisz, że w trzeciej klasie, a ja nic nie wiedziałam! – byłam zaskoczona. Życie w internacie było dla mnie niedostępne, mieszkałam w tym samym mieście w rodzinnym domu.
– A ze mnie zrobili materac na komersie! A dziewictwo straciłam przecież grubo po maturze – powiedziałam ze smutkiem.
Henia wypiła herbatę i poskubała trochę z risotta z dużego półmiska, z którego ja, wygłodniała, nakładałam trzecią porcje.
– To ty z nami matury nie zdawałaś? Coś podobnego! Byłam pewna!
– Tak, polonistka mnie załatwiła w trzeciej – powiedziała Henia. Z nieczytania lektur. Wiesz, ja ten” Potop”, te „Noce…” to nie czytałam, tylko Schulza. I zaraziłam córkę. Skończyła polonistykę na UJ w Krakowie.
– Co ty – przecież nikt nie czytał lektur, a wszyscy maturę zdali – mówiłam wnosząc tort.
– Pamiętam, że krążyła „Zapałka na zakręcie”. Wszystkie dziewczyny przeczytały obowiązkowo, bo to szło ławkami.
– A pamiętasz Miśkę? Miśka pisała powieść w odcinkach i czytała nam co tydzień na warsztatach. To była czysta pornografia. Przynosiła też czarnobiałe zdjęcie wielkości znaczka pocztowego, zupełnie niewyraźne. Ale tylko z niego dowiedziałam się dopiero jak wygląda akt płciowy u ludzi.
Henia nie pamiętała Miśki. Ani Joasi. Ani Danusi. Ani Bogusi. Ani Izy.
– A Jarek? Wiesz, jak ostatnio wymieniłam z nim kilkanaście listów mailowych, okazało się, że był synem pijaka i nie jeździł z nami na wycieczki, bo nie miał pieniędzy. A ja myślałam, że on nami gardził, że był ponad nas. To był nasz najlepszy męski materiał klasowy!
Tu Henia na moje słowa nagle ożywiła się i przypomniała sobie dokładnie Jarka dorzucając kilka szczegółów.
– Wszystkie się w nim kochały – zaopiniowała.
– No, tak po cichu – dorzuciła.
– Wiesz, nasza klasa była ostatnią klasą, która była taka biedna. Do tej, co przeszłam po zostaniu w trzeciej, chodziły już same dzieci partyjnych. Przyjeżdżały samochodami, za nic miały profesorów.
Przeszłyśmy na profesorów.
– Wiesz, dopiero na plenerze, od innego nauczyciela dowiedziałam się, że dyrektor był ubekiem.
– Coś podobnego! A tak go lubiłam.
– A wiesz, ten od chemii był przedwojennym profesorem zwyczajnym! Odwiedzał mnie w szpitalu. To on doprowadził do mojej matury.
– A ten od historii, pamiętasz? Tak, był w Partii, nigdy nie dotarliśmy z materiałem do drugiej wojny światowej, zawsze nie udawało się zdążyć. A przy okazji napaści na Izrael zwołał akademię w sali gimnastycznej. Pamiętam, Bogdan bardzo się wykazał, że żydków pogonili.
Henia zamilkła i właśnie zaczęły bić dzwony.
– Ja tu jeszcze wrócę i pogadamy. Nocuję u koleżanki dentystki, ma mi wyleczyć dwójkę. Ale jeszcze ze dwie godziny pogadamy.
Nim wróciła, przygotowałam grzanki z żółtym serem i papryką.
– Przecież nie daję Ci mięsa, sama nie jem nigdy mięsa, więc i tak nie poszczę, ale myślę, że powinnaś odłożyć post na Wielki Piątek.
Henia się obruszyła. To nie to samo.
Tu nastąpił obszerny wykład o postach, który nie tylko mnie nie przekonał, gdyż byłam trzykrotnie chudsza od Heni, ale na dodatek zabrał czas, przeznaczony na dzieje naszej klasy.
– Coś podobnego? Niemożliwe! Była w Partii? Przecież chodziła do kościoła, co tydzień przystępowała do komunii. Chodziłam i widziałam.
– Niemożliwe, chyba coś pomyliłaś – Henia wiedziała lepiej.
– Nie mogłaby zajmować takiego stanowiska w szkole – zawyrokowała.
– Faktycznie – przyznałam. Partyjni nie mogli chodzić jawnie. Może chodziła już potem…, ale to niemożliwe!
– A Goofy? Wiesz, zmarł w Niemczech, podobno wszystko wykładał z wielkim konfliktem sumienia, dlatego tak wcześnie zmarł. Byłyśmy z Joasią dziesięć lat temu u wychowawczyni z kwiatami, tak to opowiadała.
– Goofy? Przecież on nas niczego nie uczył, więc nie powinien mieć żadnych wyrzutów! Albo spał, albo dłubał w nosie!
– A Żaba, to mnie dużo nauczyła.
– Żaba? Ta kapistka? Przecież to była fatalna malarka!
****
A jednak, zastanawiając się nad powodem oddania całego dnia na te mgliste i do niczego nieprowadzące, sprzeczne dywagacje w coraz bardziej ciemniejącym, lutowym wieczorze – postnym i zimnym – nie traciłam nadziei na jego ujawnienie.
Trzecią część spotkania Henia postanowiła oddać autokreacji i nagle jak z podziemia, pojawiły się na stole reprodukcje jej obrazów. Wyjęła z pudełka ikony, które wiozła do galerii do Krakowa, bo ludzie na nie czekają.
– Sprzedajesz? – zdziwiłam się. Wszyscy jęczą na brak kupców i nadmiar towarów wszelkiej maści. Ja już nawet przestałam dawać cokolwiek do sprzedaży, by nie marnować czasu na jałowe przedsięwzięcia.
Bez studiów, Henia uczyła w liceum, pracowała w teatrze jako scenograf, projektowała i wykonywała stroje, przygotowywała na studia, jej uczniowie skutecznie dostawali się na najbardziej oblężone kierunki artystyczne. Z plenerów wracała z masą pieniędzy bez obrazów, wszystko sprzedawszy, zajmowała się konserwacją kościołów, produkcją witraży, skutecznie kładła złoto na pulment, negocjowała z prezydentami miast o utworzenie kolejnych ośrodków kultury.
Ta imponująca aktywność społeczno – artystyczna nie spowodowała zaniedbania życia uczuciowego. Henia urodziła dziecko mając lat dwadzieścia, rozwiodła się w sześć lat później, kilkuletni konkubinat z żonatym i dzieciatym mężczyzną zakończyła zwrotem go rodzinie.
Teraz mieszka z córką i zięciem wychowując osieroconego bratanka, który pomaga przy hodowli psów borzojów.
Henia zamilkła i popatrzyła melancholijnie na tort.
– Możesz mi dać kawałek, zjem jutro.
Gdy pakowałam tort do pudełka, pospiesznie próbowałam opisać moje problemy pozyskania jakiejkolwiek pracy po studiach.
– U nas na uczelni wisiało ogłoszenie, że potrzebują do nowo utworzonej filii naszego uniwersytetu. Dogoniłam na ulicy Norberta, pamiętasz, to był nasz ukochany profesor. I on nawet podał mi, kiedy rektor przyjmuje i o której godzinie mam tam być. Pojechałam między karmieniami. To sześćdziesiąt kilometrów. Rektor był oburzony, o niczym nie wiedział, nie chciał wiedzieć, mojego wspaniałego dyplomu nie wziął do ręki.
Ale Henia już nie słuchała. Ubierając płaszcz, patrzyła z niesmakiem na mojego kundla, który rozszczekał się widząc zmianę jej pozycji z siedzącej przy stole na stojącą przy drzwiach.
Borzoje milczą zawsze.
*****
Idąc na przystanek taksówek nagle tłum ludzi ze śladami popiołu na czołach wylał się z kościoła po ostatniej mszy dla pracujących, utrudniając nam przesuwanie się chodnikiem pod prąd.
Wsiadając do taksówki, w otwartych drzwiach Henia nie przerywała potoku słów. Nie wyobrażała sobie lata beze mnie w jej domu na Podlasiu wśród borzojów. Jej gorący, macierzyński uścisk wydał mi się jednak bardziej schematyczny, niż przeznaczony tylko dla mnie.
Dołączając do strumienia wiernych opuszczających kościół, wracając do domu, pomyślałam, że słynne zdanie z mickiewiczowskich „Dziadów” jest w końcu zawsze jakąś możliwością i dla mnie, i dla Boga.
Jeśli ja zapomnę o nich, Ty Boże zapomnij o mnie.