Bob Dylan “Wszechogarniająca miłość mniejsza niż nic” (Love minus Zero – No Limit) ze słyszenia spolszczyła Ewa Bieńczycka

Ma miłość bez głosu
marzeń i przymusu,
przyrzekać nie musi,
bo nie kocha nikt od niej wierniej…

Jest jak lód, jak ogień,
róże dać gotowi,
śmieje się z ich mowy,
kupionych, Walentynkowych gier…

Kioski i perony
pełne nawiedzonych,
cytują ksiąg tomy
wypisując po ścianach maksymy…

Przyszłość ludzi lęka
miłość mówi miękko,
zna porażkę tylko,
przyszłość jest dla niej bez przyczyny…

Sztylet obok kiecki,
damy palą świeczki,
rytuał jeździecki,
każdy jest nadętym człowiekiem…

Mastyksowe kukły,
spraw, by się potłukły,
dystans mej miłości
wie od spierających się lepiej…

O północy most drży,
lekarz leczy na wsi,
córkom sióstr bogaczy
daniny składać – sprytnych obszar…

Wiatr młotkuje hukiem,
nocą deszcz w nim chlupie,
miłość stoi krukiem,
ze złamanym skrzydłem u okna…

Bob Dylan – Love Minus Zero/No Limit

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 5 komentarzy

Nasza klasa

*
Poznałam go na jakimś wernisażu, na który nie mogłam nie pójść.
Mimo, że nigdy nie chodzę, to jednak poszłam.
Poszłam, by nie poznawać, ale był mi znany, więc nie mogłam nie poznać, skoro okazało się, że nastąpiło to już dawno.
– To jeśli to ta sama szkoła, to w której ty byłeś? Wiesz, młodszych roczników się nie pamięta, tylko starsze.
– Chodziłeś niżej? Zupełnie sobie nie przypominam. Ani nazwiska.
– Tak? Chodziła ze mną?
– Jesteś rozwiedziony?
– Masz z nią córkę?
– To z kim ona jest teraz?
– Z kim żyje?
– Z nikim?
– W tym wieku? Kobiety w naszym wieku potrzebują przecież z kimś żyć.

**
Kiedy zadzwoniła po tygodniu, nie poznałam jej głosu. Przypominałam sobie przez mgłę drobną kruchą dziewczynkę, z którą chodziłam do higienistki, gdyż takie było zalecenie wychowawczyni, by zawsze ze względu na krwotok ktoś z nią był. Dostawała zastrzyki hormonalne i po maturze plotka doszła do mnie, że Henia jest mężczyzną, że była to kuracja na zmianę płci.
Pewnie nie pamiętałabym jej zupełnie, gdyby nie ta bądź co bądź, sensacyjna plotka z kategorii o cyrkowej kobiecie z brodą. Urodzenie dziecka przez mężczyznę dawało dodatkowy smak zetknięcia się własnym ewenementem, gdyż dotyczył przecież naszej klasy.
Ale nie, Henia miała damski, ciepły głos, pewny i perswazyjny, co nasze spotkanie uczyniło zdarzeniem nieodwracalnym.

***
Zadzwoniła, podając kolor płaszcza i czapki. Gdy wyszłam by nie błądziła po naszym osiedlu, zbliżający się do mnie o podanym kolorycie obiekt przybliżał się groźnie, by wpaść w me ramiona jak nienasycony kochanek.
Henia okazała się ponętną, okrągłą, bardzo kobiecą brunetką o śladach wielkiej piękności.

– Nie zmieniłaś się wcale – rozpoczęła entuzjastycznie, stawiając mnie w sytuacji, w której rewanż musiałby rozpocząć łańcuch kłamstw.
Burknęłam coś filozoficznie o niemiłosiernym upływie czasu, ale nagłe obcowanie z zupełnie nieznaną mi kobietą odjęło mi pewność siebie, której nigdy nie miałam za wiele.

Przyjechała z Podlasia, gdzie z córką i zięciem prowadzili hodowlę psów borzojów, więc przygotowany obiad dla gościa z tak daleka czekał już w mikrofalówce.
W lodówce stał tort. Kupiłam ajerkoniak, wino i piwo, nie wiedząc, co pije kobieta dojrzała. Ja nie piję niczego z kupionych właśnie gatunków, ale liczyłam lisio, że alkohol odsłoni wszelkie tajemnice klasowe, na których ujawnienie czekałam tyle lat.

– Dzisiaj środa popielcowa i niczego nie będę jadła. Wiesz o której jest msza?
Poszłam posłusznie do sąsiadów, dowiedzieć się, o której jest msza. Oni też nie wiedzieli.
– Umknęło, pani Ewo w niedzielę – tłumaczyła się Słowikowa. Ale przecież będą biły dzwony.

Niestety, na wszystkie rzucane imiona przybyła nie reagowała, zdawała się nie interesować nie tylko hasłami, pod którymi kryli się profesorowie i uczniowie, ale i nie bardzo wiedziała, o czym mówię.
Zaczęłam więc podejrzewać jakieś nieporozumienie, pomyłkę telefoniczną czy przypadek pomylenia osób, które właśnie wskutek nieprawdopodobnych okoliczności wizytują teraz w przestrzeni czasowej jakieś inne osoby.
Ale nie. Czasami zbieżność nazwisk nie była przypadkowa.
Jak na śledztwie, gdy przesłuchiwanemu już wszystko jedno, jakaś rewelacja nagle pojawia się ocalona, świeża i nietknięta amnezją.

– Coś podobnego? Brygida pruła się w internacie codziennie z kimś innym!
– Tak, miała niesamowity temperament. Co noc z miasta przyprowadzała kogoś nowego. Teraz jest w zakładzie zamkniętym.
– Tak, pamiętam, była bardzo utalentowana.
– Skończyła ASP w Krakowie. U Nowosielskiego. Ale trudno było z nią wytrzymać.
– To mówisz, że w trzeciej klasie, a ja nic nie wiedziałam! – byłam zaskoczona. Życie w internacie było dla mnie niedostępne, mieszkałam w tym samym mieście w rodzinnym domu.
– A ze mnie zrobili materac na komersie! A dziewictwo straciłam przecież grubo po maturze – powiedziałam ze smutkiem.

Henia wypiła herbatę i poskubała trochę z risotta z dużego półmiska, z którego ja, wygłodniała, nakładałam trzecią porcje.
– To ty z nami matury nie zdawałaś? Coś podobnego! Byłam pewna!
– Tak, polonistka mnie załatwiła w trzeciej – powiedziała Henia. Z nieczytania lektur. Wiesz, ja ten” Potop”, te „Noce…” to nie czytałam, tylko Schulza. I zaraziłam córkę. Skończyła polonistykę na UJ w Krakowie.
– Co ty – przecież nikt nie czytał lektur, a wszyscy maturę zdali – mówiłam wnosząc tort.
– Pamiętam, że krążyła „Zapałka na zakręcie”. Wszystkie dziewczyny przeczytały obowiązkowo, bo to szło ławkami.
– A pamiętasz Miśkę? Miśka pisała powieść w odcinkach i czytała nam co tydzień na warsztatach. To była czysta pornografia. Przynosiła też czarnobiałe zdjęcie wielkości znaczka pocztowego, zupełnie niewyraźne. Ale tylko z niego dowiedziałam się dopiero jak wygląda akt płciowy u ludzi.

Henia nie pamiętała Miśki. Ani Joasi. Ani Danusi. Ani Bogusi. Ani Izy.
– A Jarek? Wiesz, jak ostatnio wymieniłam z nim kilkanaście listów mailowych, okazało się, że był synem pijaka i nie jeździł z nami na wycieczki, bo nie miał pieniędzy. A ja myślałam, że on nami gardził, że był ponad nas. To był nasz najlepszy męski materiał klasowy!
Tu Henia na moje słowa nagle ożywiła się i przypomniała sobie dokładnie Jarka dorzucając kilka szczegółów.
– Wszystkie się w nim kochały – zaopiniowała.
– No, tak po cichu – dorzuciła.
– Wiesz, nasza klasa była ostatnią klasą, która była taka biedna. Do tej, co przeszłam po zostaniu w trzeciej, chodziły już same dzieci partyjnych. Przyjeżdżały samochodami, za nic miały profesorów.

Przeszłyśmy na profesorów.
– Wiesz, dopiero na plenerze, od innego nauczyciela dowiedziałam się, że dyrektor był ubekiem.
– Coś podobnego! A tak go lubiłam.
– A wiesz, ten od chemii był przedwojennym profesorem zwyczajnym! Odwiedzał mnie w szpitalu. To on doprowadził do mojej matury.
– A ten od historii, pamiętasz? Tak, był w Partii, nigdy nie dotarliśmy z materiałem do drugiej wojny światowej, zawsze nie udawało się zdążyć. A przy okazji napaści na Izrael zwołał akademię w sali gimnastycznej. Pamiętam, Bogdan bardzo się wykazał, że żydków pogonili.

Henia zamilkła i właśnie zaczęły bić dzwony.
– Ja tu jeszcze wrócę i pogadamy. Nocuję u koleżanki dentystki, ma mi wyleczyć dwójkę. Ale jeszcze ze dwie godziny pogadamy.
Nim wróciła, przygotowałam grzanki z żółtym serem i papryką.
– Przecież nie daję Ci mięsa, sama nie jem nigdy mięsa, więc i tak nie poszczę, ale myślę, że powinnaś odłożyć post na Wielki Piątek.
Henia się obruszyła. To nie to samo.
Tu nastąpił obszerny wykład o postach, który nie tylko mnie nie przekonał, gdyż byłam trzykrotnie chudsza od Heni, ale na dodatek zabrał czas, przeznaczony na dzieje naszej klasy.

– Coś podobnego? Niemożliwe! Była w Partii? Przecież chodziła do kościoła, co tydzień przystępowała do komunii. Chodziłam i widziałam.
– Niemożliwe, chyba coś pomyliłaś – Henia wiedziała lepiej.
– Nie mogłaby zajmować takiego stanowiska w szkole – zawyrokowała.
– Faktycznie – przyznałam. Partyjni nie mogli chodzić jawnie. Może chodziła już potem…, ale to niemożliwe!
– A Goofy? Wiesz, zmarł w Niemczech, podobno wszystko wykładał z wielkim konfliktem sumienia, dlatego tak wcześnie zmarł. Byłyśmy z Joasią dziesięć lat temu u wychowawczyni z kwiatami, tak to opowiadała.
– Goofy? Przecież on nas niczego nie uczył, więc nie powinien mieć żadnych wyrzutów! Albo spał, albo dłubał w nosie!
– A Żaba, to mnie dużo nauczyła.
– Żaba? Ta kapistka? Przecież to była fatalna malarka!

****
A jednak, zastanawiając się nad powodem oddania całego dnia na te mgliste i do niczego nieprowadzące, sprzeczne dywagacje w coraz bardziej ciemniejącym, lutowym wieczorze – postnym i zimnym – nie traciłam nadziei na jego ujawnienie.

Trzecią część spotkania Henia postanowiła oddać autokreacji i nagle jak z podziemia, pojawiły się na stole reprodukcje jej obrazów. Wyjęła z pudełka ikony, które wiozła do galerii do Krakowa, bo ludzie na nie czekają.
– Sprzedajesz? – zdziwiłam się. Wszyscy jęczą na brak kupców i nadmiar towarów wszelkiej maści. Ja już nawet przestałam dawać cokolwiek do sprzedaży, by nie marnować czasu na jałowe przedsięwzięcia.
Bez studiów, Henia uczyła w liceum, pracowała w teatrze jako scenograf, projektowała i wykonywała stroje, przygotowywała na studia, jej uczniowie skutecznie dostawali się na najbardziej oblężone kierunki artystyczne. Z plenerów wracała z masą pieniędzy bez obrazów, wszystko sprzedawszy, zajmowała się konserwacją kościołów, produkcją witraży, skutecznie kładła złoto na pulment, negocjowała z prezydentami miast o utworzenie kolejnych ośrodków kultury.
Ta imponująca aktywność społeczno – artystyczna nie spowodowała zaniedbania życia uczuciowego. Henia urodziła dziecko mając lat dwadzieścia, rozwiodła się w sześć lat później, kilkuletni konkubinat z żonatym i dzieciatym mężczyzną zakończyła zwrotem go rodzinie.
Teraz mieszka z córką i zięciem wychowując osieroconego bratanka, który pomaga przy hodowli psów borzojów.

Henia zamilkła i popatrzyła melancholijnie na tort.
– Możesz mi dać kawałek, zjem jutro.
Gdy pakowałam tort do pudełka, pospiesznie próbowałam opisać moje problemy pozyskania jakiejkolwiek pracy po studiach.
– U nas na uczelni wisiało ogłoszenie, że potrzebują do nowo utworzonej filii naszego uniwersytetu. Dogoniłam na ulicy Norberta, pamiętasz, to był nasz ukochany profesor. I on nawet podał mi, kiedy rektor przyjmuje i o której godzinie mam tam być. Pojechałam między karmieniami. To sześćdziesiąt kilometrów. Rektor był oburzony, o niczym nie wiedział, nie chciał wiedzieć, mojego wspaniałego dyplomu nie wziął do ręki.

Ale Henia już nie słuchała. Ubierając płaszcz, patrzyła z niesmakiem na mojego kundla, który rozszczekał się widząc zmianę jej pozycji z siedzącej przy stole na stojącą przy drzwiach.
Borzoje milczą zawsze.

*****

Idąc na przystanek taksówek nagle tłum ludzi ze śladami popiołu na czołach wylał się z kościoła po ostatniej mszy dla pracujących, utrudniając nam przesuwanie się chodnikiem pod prąd.
Wsiadając do taksówki, w otwartych drzwiach Henia nie przerywała potoku słów. Nie wyobrażała sobie lata beze mnie w jej domu na Podlasiu wśród borzojów. Jej gorący, macierzyński uścisk wydał mi się jednak bardziej schematyczny, niż przeznaczony tylko dla mnie.
Dołączając do strumienia wiernych opuszczających kościół, wracając do domu, pomyślałam, że słynne zdanie z mickiewiczowskich „Dziadów” jest w końcu zawsze jakąś możliwością i dla mnie, i dla Boga.
Jeśli ja zapomnę o nich, Ty Boże zapomnij o mnie.

Zaszufladkowano do kategorii donosy | 18 komentarzy

Dworki amerykańskie IV: dworki ostatnie, O’ahu (Hawaje) by Przechodzień

[ngg src=”galleries” ids=”6″ display=”basic_thumbnail” thumbnail_crop=”0″]

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | 5 komentarzy

Mariusz Sieniewicz „Rebelia” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

Od wydania „Panny Nikt” Tomka Tryzny, po okrzyknięciu jej przez Czesława Miłosza pierwszą polską powieścią postmodernistyczną mija blisko 15 lat.Dzisiejsza „Rebelia” Mariusza Sieniewicza ją już podobno nie jest. Nie tylko wypiera się przynależności do tego gatunku sam autor, ale i wiele recenzji gloryfikujących moralne przesłanie autora w sprzeciwie najnowszym cywilizacyjnym wynaturzeniom.Po dwukrotnej lekturze niełatwej do przeczytania książki, doszłam do wniosków zupełnie przeciwnych i najprawdopodobniej czytając trzeci raz, wrażenia z lektury byłyby jeszcze radykalniejsze.Z licznych głosów o książce najlepsza jest recenzja Jacka Dukaja w „Tygodniku Powszechnym”, zarzucająca powieści niepotrzebność mnożenia postmodernistycznych środków wyrazu, alienujących się wobec filozoficznego przesłania, wykonana na domiar złego wątpliwej jakości językiem (kicz banalnych kalamburów).Podpisując się pod wszystkimi zarzutami obszernej recenzji Dukaja, bardzo dobrze umotywowanymi, jako czytelnik odczułam bunt jeszcze innej natury. Wobec, właśnie tezie książki, czyli przeciwko buntowi autora w opozycji do kultu młodości.Wywiady Mariusza Sieniewicza związane z „Rebelią” omijają już asekuranctwo postmodernistycznych „cudzysłowów”, o których pisze Dukaj i wyraźnie, jednoznacznie informują, o co tak naprawdę pisarzowi chodziło. Sieniewicz mówi w wywiadach, że jest przeciwko krzywdzie, jaką się dzisiaj wyrządza staruszkom.Podejrzewając, że właśnie na tak płytkiej i prostej tezie zbudowana jest książka, zamaskowana nieprawdopodobną ilością zamiany odwiecznych nazw przedmiotów i zjawisk otaczającego nas świata w którym żyjemy na te same odpowiedniki stwarzanego artystycznie świata (wyspy), począwszy od zjawisk przyrody, na częściach ciała ludzkiego kończąc, zdumiewa pisarski trud.Autorowi widać sprawa tej niesprawiedliwości na sercu leży bardzo.I cóż my mamy w powieści względem tych biednych, okradzionych przez czas, ludzi? Scena, którą Dariusz Nowacki zaliczył do wielkich lirycznych scen miłosnych – aktu płciowego Błażeja Pindla z trzykrotnie starszą kobietą – żenuje czytelnika właśnie absurdem i nieprawdopodobieństwem ulokowanego tam romantyzmu. Potraktowana jako cyniczny obrazek zepsutego mężczyzny jakąś seksualną aberracją wobec starych kobiet mogłaby ewentualnie udowodnić, że w świecie wszystko jest możliwe dzięki wielości i różnorodności potrzeb męsko damskich, co de Sade już dwa wieki wcześniej zapodał nam, jako oczywistość. Zaserwowana tu czytelnikowi uczuciowość w towarzystwie posągu umartwia całą sytuację jak surrealistyczne kolaże, gdzie beztrosko wkleja się najbardziej perwersyjne i obce sobie elementy.Autor, czerpiąc pełnymi garściami z „Ferdydurke” i „Kosmosu”, przywołuje najbardziej obleśne elementy prozy Gombrowicza, brutalnie wyjęte z całkiem innego kontekstu. A więc są to kulki z chleba, (Kosmos), zawody staruszków (Ferdydurke), dżdżownice (Pornografia). Cytaty te jednak są jedynie właśnie kolażami beztrosko wklejonymi gdzie popadnie nie bacząc na wysiłek filozoficznego przekazu Gombrowicza. Wszystko to w sumie służy właśnie światu, który autor pozornie zwalcza.Czy rzeczywiście strzępom ludzkim, bredzącym, puszczającym bąki, oddającym się rutynowym praktykom religijnym, przypadkowemu seksowi zwabianym na chatę wałęsającym się po mieście trzydziestolatkom, mordercom, lubieżnikom obu płci, pijakom i próżniakom w podeszłym wieku nie należy się zesłanie na jakąś wyspę i poddanie terrorystycznym rządom? Do czego właściwie zmierza autor? Do czego zmierza drobiazgowy opis rzemiosła zakładów pogrzebowych upiększania trupów przed pochówkiem? Czy świadczy to wszystko o wielkiej, twórczej wyobraźni autora? Do czego służy opis sztucznych szczęk, łysin, siwizny, starczego smrodku, gdy technika transplantacji jest już w tak zaawansowanej fazie, że jest w stanie zlikwidować te o wiele tańsze przecież estetyczne człowiecze ubytki.Sieniewicz uderza nie w przywary ludzkie, jak było na przestrzeni wieków (Fredro, Zapolska), nie w wynaturzenia (Krasicki, Potocki, Gombrowicz), nie jest kontynuatorem teatru absurdu (Witkacy, Schulz). Sieniewicz jest przeciwko człowiekowi jako takiemu, jako gatunkowi.Nieporozumieniem byłaby zarówno afirmacja, jak i potępienie. Zastanawia właśnie zajęcie się tym niemożliwym przecież do rozwiązania problemem, który jednak artysta z uporem podejmuje. Jałowość tych dywagacji w efekcie przynosi niepotrzebną nikomu prozę, pełną wyssanych z palca domniemań o wieku starczym przecież nieznanym trzydziestopięcioletniemu autorowi.Książka bowiem nie jest buntem przeciwko niedocenieniu starców, których los – nie znany i nie poznany – zupełnie go nie obchodzi. Szyderstwo wyjęte z uniwersytetów trzeciego wieku, domów starców lub zwyczajnych domostw, gdzie się starcami pomiata, dotyczy każdego wieku obfitującego w tego typu stereotypy.Młodość Gombrowicza zamknięta w „Ferdydurke” ukazuje w groteskowej formie mechanizm zniekształcania młodego człowieka. Starość Sieniewicza jest pewnikiem, starzec w jego powieści nie ma szans być człowiekiem.I jeszcze może wyjdę z kręgu literatury polskiej: introdukcja zaczerpnięta z „Lolity” Nabokova (Moja Żyrardynko… Nareszcie! ) pastwiąca się nad romantyzmem miłości starego człowieka do nastolatki jest o tyle smutna, że Sieniewicz odwracając wiekową sytuację nie przewiduje braku wzajemności (Humbert), co czyni powieść Sieniewicza powieścią pornograficzną. Podobnie moralitet Dostojewskiego zostaje ośmieszony postacią bezrefleksyjnej Raskolnicy z siekierą.Za moich czasów spodnie – dzwony dochodziły do sześćdziesięciu centymetrów obwodu nogawek przy butach i ubiory zaczynały być śmieszne.Podobnie było z daliami u nóg paziów i perukami noszącymi statki i ogrody na głowach naszych przodków. Kiedy forma przestaje służyć człowiekowi, kiedy staje się niewygodna i ośmiesza gatunek ludzki, wchodzi w okres dekadencji i zapowiada swój koniec.Podobnie rzecz się ma z postmodernizmem.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 7 komentarzy

PAMIĘĆ

*
Ten materiał w beli czasu, rozwijany jak mistrz wyda
tną nożyczki bezwzględności już w nieodwracalne kształty,
tak te ścinki porozrzuca wiatr, co wydął już firankę;
drzwi balkonu przeciąg rozwarł w szklane skrzydła;
w pusty obraz rozpostarty
na kochankę.

Nic się w płótnie nie odbije, jeśli nie ma i nie będzie
kształtu, który daje forma. Wiatr roztrąci niepotrzebne.
Wprawna ręka zszyje zmyślnie: abstrakcyjne i kwieciste:
czarne, złote. Co na potem, będzie wszędzie:
co minęło, wróci biedne
spać w artyście.

**
Tam, gdzie biegła na spotkanie, czas się darł i gubił w czasie,
a tkaniny luźne sploty rozpadały się w snu zwojach.
Czy utrafi los w przymioty tych, co nakaz wypełniają?
Co są sobą w jednej chwili przeciw masie,
w których imperatyw pojęć
spotka całość?

Kiedy biegła, kiedy stopy, kiedy być wciąż nie istniało,
kiedy świat w labirynt wsysał imion wielość zamazanie,
a wyrzucał niepotrzebne, roztrzaskane i popsute
szyfry rytów. Tajne kody ranią ciało,
mylą ścieżki. To nie taniec,
tylko smutek.

***
Jeśli nie znasz, bądź nie słyszysz, lub jak stan mydlanej bańki
nie zaznawszy, nie zwidziawszy sensu czemu, sensu po co,
nim się świat rozpryśnie starczy w młodość, którą zbrudził lekki
odstęp od spotkania w czasie tej kochanki
co da więcej niż jej oczom
kreska kredki,

jeśli da, czego nie dała nigdy sobie i ten dłużny
dar odnajdzie lodowatą obojętność w powtórzeniu
zniknie pejzaż, który strzeże twego okna szklane skrzydło
na szlak drogi nie natrafi już podróżny
i zapomni w okamgnieniu.
Zamknij, zimno.

Czy mnie jeszcze pamiętasz

Zaszufladkowano do kategorii 2008 | Dodaj komentarz

Dworki amerykańskie III: O’ahu (Hawaje) by Przechodzień

[ngg src=”galleries” ids=”8″ display=”basic_thumbnail” thumbnail_crop=”0″]

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | 17 komentarzy

Dworki amerykańskie II: Seattle – dworki na wodzie (by Przechodzień)

[ngg src=”galleries” ids=”10″ display=”basic_thumbnail” thumbnail_crop=”0″]

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | 25 komentarzy

Dworki amerykańskie I: Seattle (by Przechodzień)

svgallery=dworki_amerykanskie

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | 10 komentarzy