Blog roku 2007 – zgłoszenie do konkursu

http://www.blogroku.pl/bienczycka,gvoa0,blog.html

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

komunikat

Blog zawieszony na miesiąc.

Zaszufladkowano do kategorii 2008 | Dodaj komentarz

Béla Tarr „Mężczyzna z Londynu”( The Man from London)

Ubiegłoroczny film Béli Tarra nie zbobył wprawdzie Złotej Palmy w Cannes, ale reżysera zaliczono do nielicznej czołówki wybitnych twórców dzisiejszego kina, a film okrzyknięto arcydziełem.

Ci, którzy narzekają na dłużyzny filmowe wytracając przecież życie w o wiele mniej subtelny sposób, nie powinni grymasić akurat na ograbienie ich z tego.
Film przede wszystkim jest przepiękny plastycznie, kadry niczym wyjęte z filmów Jeana Renoira, zaskakują świadomością, że się da, że niczego nie utraciliśmy, nic nam nie ubyło, nie umknęło z wielkiej, majestatycznej sztuki filmowej, że wszystko jest nietknięte, nie popsute, nie zdegradowane nieodwracalne. Jest, jest egzystencja planu filmowego: w gęstej mgle, w sylwetkach ludzi, planach kosmicznych, boskich, w pooranych zmarszczkami twarzach, niespiesznym wodzeniu kamery po wąskich zaułkach portowego miasta (podobno Korsyki). Jest też, możliwa teraz technicznie, wielka synteza oglądu sceny filmowej, smak pojemnej, wieloznacznej tajemnicy.

Nie wiem, jak László Krasznahorkai przekształcił powieść Georges’a Simenona, gdyż w kilkudziesięciu spolszczonych kryminałach nie natrafiłam na taki tytuł.
Zdobił to z pewnością dobrze, końcowa scena uchylenia się inspektora Mollison’a od służbowych obowiązków na rzecz ludzkiej postawy wobec drugiego człowieka napełnia film dodatkowym przesłaniem w jego pesymistycznym nastroju. Tocząca głównego bohatera depresja spowodowana odczłowieczoną pracą nie pozbawia go jednak ostrego, agresywnego, a więc jeszcze żywego reagowania w obronie swoich bliskich.

Nadmorska knajpa, gdzie toczy się większość kluczowych scen i wyjaśnień wątłej fabuły, pełna aluzji w przedmiotach (martwe szachy, węgierski posiłek i sposób spożywania „maczać – rzucać”, ludyczny akordeon), to jakby rekompensata informacyjna dla widza, pozostawionego niejednokrotnie sam na sam z pustym, czarnym ekranem.
Wielkie kino przechodzi na elementy medytacji, na oddech, na kontemplację. Ten religijny wymiar Boga pojawia się w momentach cywilizacyjnego przesilenia, kiedy histeryczność filmowego przekazu innych produkcji filmowych osiągnęło apogeum.

Renoir

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

KRASZNAHORKAI III

László Krasznahorkai wybiera Schmidtową –  kobietę najponętniejszą w osadzie skazanej na dekonstrukcję (w każdym sensie tego słowa) –  na syntetyczny zamiennik kafkowskich postaci kobiecych w bardzo wiernym powieści scenariuszu filmowym „Szatańskiego tanga”.
Mimo, że słowa Franza Kafki są mottem powieści, a kolor zarówno dzieła literackiego, jak i filmu Béli Tarra z jego ducha, wymiar kafkowski jest zupełnie inny.
Schmitowa – sutki jej potężnych piersi przypominały cudowne róże – jest nie tyle ofiarą Irimiása, fałszywego Mojżesza wyprowadzającego mieszkańców z osady do ziemi obiecanej, ile materią do milicyjnego donosu.

Schmitowa odbywszy fizjologiczne zbliżenie damsko męskie pokazane na filmie w odrażającej scenerii, gdzie kochankowie nie mówią do siebie ani słowa i nie dotykają się, a niezbędne spełnieniu minimum kontaktu widzowi dane jest jedynie w domyśle, lirycznie tęskni do powtórzenia:

Pomyślała o wczorajszej nocy, kiedy w kącie magazynu oddała się Irimiásowi, i jeszcze teraz, w tych strasznych chwilach, przyznawała, że nie doznała rozczarowania: tamte cudowne chwile, minuty nieziemskiego spełnienia wynagradzały jej wszystko; nie mogła tylko wybaczyć „fałszywej miłości”, tego, że tak podeptał jej „czyste, płomienne uczucia”! A przecież o cóż innego mogło teraz chodzić, jak nie o to, że słowa, które wyszeptał jej na pożegnanie („jeszcze przed świtem, na pewno!…”), Okazały się po prostu „obrzydliwym kłamstwem”!… Straciła już wszelką nadzieję, ciągle jednak tęsknie wpatrywała się w deszcz falujący za potężnym otworem głównego wejścia, zgarbiona, ze ściśniętym sercem i zmierzwionymi włosami opadającymi na zmaltretowaną twarz. Ale choć ze wszystkich sił próbowała zamiast bezsilności i dręczącego smutku wzbudzić w sobie chęć zemsty, ciągle słyszała jego aksamitny głos, widziała w myślach jego smukłą, silną, wysoką, wzbudzającą szacunek sylwetkę, tchnący pewnością siebie, zdecydowany łuk nosa, wąskie, miękkie wargi, nieodparty błysk oczu, bezustannie czuła, jak zagłębia w jej włosach swoje delikatne palce, czuła gorący dotyk jego dłoni na piersiach i udach, w każdym rzeczywistym czy wyimaginowanym szmerze słyszała jego kroki, ale kiedy wszyscy wrócili i zobaczyła w ich twarzach tę samą żałosną gorycz, która przysparzała jej cierpienia – zwątpienie podmyło w niej ostatnią kruchą zaporę dumnego oporu. „Co ja bez niego pocznę?!… Na miłość boską, co… niech mnie zostawi, ale… nie teraz! Jeszcze nie teraz!… Przynajmniej jeszcze raz!… Jeszcze godzina!… Minuta!… Co mnie obchodzi, co z nimi zrobił, tylko… żeby nie ze mną! Nie… ze mną! Jeśli już nic więcej, to przynajmniej niech mi pozwoli zostać jego kochanką! Nałożnicą!… Służącą! Co za różnica! Niech mnie kopie, bije jak psa, tylko… niech teraz wróci!…”

Scena związana z donosami Irimiása, które zadeklarował się składać w zamian za wolność od więzienia, scena kafkowskiego urzędu pełnego akt, papierów i teczek, służy jedynie do zobrazowania trudności literackich z jakimi borykają się przemęczeni urzędnicy milicyjni, zamieniając je na urzędowy raport:

Kiedy jednak dotarli do fragmentu oznaczonego jako Schmidtowa, natychmiast się natknęli na ogromną trudność, cóż bowiem mieli począć z takimi rubasznymi określeniami, jak na przykład durna czy cycata samica, jak mieli oblec we właściwą dla ich profesji formę tak niestosowne sformułowania, by jednocześnie niczego nie utracić z ich znaczenia?! Po długiej naradzie uznali jednak, że najbardziej odpowiednie będzie „osoba umysłowo niedojrzała, stawiająca na pierwszym planie swoją kobiecość”, ale ledwie zdążyli odetchnąć, kiedy stanęli oko w oko z kolejnym ordynarnym kawałkiem, ze starą kurwą. „Kobieta o dwuznacznej reputacji”, „kobieta z półświatka”, „kobieta zdemoralizowana” i tym podobne, wydające się w pierwszej chwili pozornie trafnym rozwiązaniem, okazały się jednak wyrażeniami niezbyt dokładnymi; nerwowo bębnili palcami po ustawionych naprzeciw siebie biurkach, strapieni unikali swego wzroku, wreszcie wybrali wyjście najmniej ryzykowne i zgodzili się na „kobietę bez wahania sprzedającą własne ciało”. Kolejne trudności pojawiły się przy pierwszej części następnego zdania, ale nagle doznali łaski oświecenia i w miejsce niesłychanie banalnego: kładła się, z kim popadło albo kto się najzupełniej przypadkowo pojawił, wstawili rzeczowe „stanowiła przykład małżeńskiej niewierności”. Szczerze się zdziwili, kiedy znaleźli w raporcie trzy kolejne zdania, które bez żadnych zmian można było przepisać do oficjalnej wersji, ale zaraz potem ponownie natknęli się na trudności. Daremnie łamali sobie głowy, ale zamiast wyrażenia: „upiorny smród powstały z mieszaniny potu i taniej wody kolońskiej”, nie potrafili niczego lepszego wymyślić;

cytaty tekstowe w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej

w cytacie filmowym Schmidtowa (brunetka) tańczy w parze na pierwszym planie.

Szatańskie tango

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 4 komentarze

Tym… (wiersz noworoczny)

Tym, czym się stają gdy nastają, tym, co stawając się, nie muszą,
tym, co stawaniem się stawiają na mylne racje i nie kusząc
żadnego drżenia wewnętrznego, by im coś skraść, by świat ich posiąść,
tym Kenom, co na gładko mają. Tym obojętnym nie ich losom.
Tym, którym palce przytrzaśnięto klapą, a grają wciąż na fortepianie,
których błagano by zamilkli, a głos ich huczy w wielkim planie,
tym kretom, czołgom strategicznym prącym do przodu, by przed zgonem
na zgliszczach płonąć jednostkowo (nie płonę zamiast, kiedy płonę);
tym, których chciano, gdy nie chcieli i kiedy chcieli, pominięto,
którym się chciało nie w momencie chcenia namiastki. Tych przeklęto
nie romantycznie, ironicznie, poststrukturalnie i dziwacznie:
Jestem odwieczna. Jestem światem. Światowcy – to już inne nacje.

Zaszufladkowano do kategorii 2008 | Dodaj komentarz

Ludzie telefonują…

Opłaca się bardziej telefonować niż kupować kartki świąteczne, długopisy, znaczki i wrzucać do skrzynki.
Kicz sakralny, słany pocztą z najlepiej wdrukowanymi życzeniami, gdzie wystarczy tylko nabazgrać swoje imię, jednak jest mniej bolesny od noworocznych telefonów.

Bezpłatne rozmowy wykupowane przez biskich z mojego pokolenia kurczowo trzymającego się stacjonarnego telefonu są przekleństwem nie tylko społecznym, ale prcyzyjniej niż kiedyś mierzą w jednostkę.
Jestem na „B” i chyba dlatego moi pijani bliźni z różnych etapów życiowego zapoznania wybierają mój telefon, by jak w konwencjonalnej knajpie, w pijackim bełkocie, móc się do kogoś przysiąść.

Ponieważ w ciągu roku są zbyt leniwi, by odpowiadać na moją korespondencję i zbyt strachliwi, by stawić czoła grzecznościowemu niesprostaniu pogratulowania mi na przysłane im zaproszenie na wernisaże, złożenie życzeń imieninowych, urodzinowych, kondolencji przy okazji odejścia rodziców lub jakikolwiek gest, którego brak powodował w etykiecie przedwojennej Polski całkowite zerwanie kontaktów – w pijackiej pewności siebie emitują swoją rzekomą, lub minioną wielkość.

Jeśli ktoś, kto dostał medal od ministra Krawczuka donosi mi, że mojego bloga czytał nie będzie, bo przeczytał w tym roku jego dwadzieścia tomów o cesarzach rzymskich, jestem grzecznie bardzo ucieszona z takiej pozytywnej selektywności w organizacji własnego życia wewnętrznego.
Natomiast, jeśli telefon wypożyczający mnie w najbardziej niedogodnym momencie na dwie godziny, bym wysłuchała męża mojej przyjaciółki, który spędza samotnie święta, gdyż jego od trzydziestu lat ślubna żona wyjechała do Danii na dwa dni nie powiadamiając go o tym pomyśle wcześniej, podsuwam mu zmęczona: no to jej przylej.
Jest oburzony. On, na kobietę, nigdy, no wiesz…
Tłumaczę, że dzieci, istoty słabe, bez szans na oddanie –  nigdy. Natomiast osoby dorosłe, histeryczne i rozwydrzone – jak najbardziej.

Wczoraj moja przyjaciółka wróciła z Danii i do mnie zatelefonowała…

Zaszufladkowano do kategorii 2008 | Dodaj komentarz

KRASZNAHORKAI II

Pflaumowa, matka Valuski jedzie pociągiem. Niestety, film rezygnuje z tej książkowej postaci amputując cały wątek fabularny związany z pięćdziesięcioośmioletnią kobietą, podwójną wdową, skrajną egoistką z pedantyczną fobiią i bezwzględnością wobec nadwrażliwego syna.
Już na wstępie pisarz wprowadza czytelnika w powieściowe barbarzyństwo zapowiadjąc tym przyszłe wypadki w miasteczku. Pamuflowa jedzie z mordercami, inicjatorami mających nastąpić tam wkrótce podpaleń i zabójstw:

(…) spojrzała w brudne lustro, już chciała chwycić klamkę i wyjść, kiedy znów posłyszała zniecierpliwione pukanie. „To ja”. Zaskoczona cofnęła rękę, ale kiedy domyśliła się, kim może być natarczywy osobnik, nie tylko wydało jej się, że jest w pułapce, ale zrozpaczona przestała cokolwiek rozumieć, bo w zdławionym, schrypłym głosie mężczyzny nie wyczuwała ani natarczywości, ani nikczemnej agresji, brzmiała w nim najwyżej nuta zniecierpliwienia, ponaglenie, by wreszcie otworzyła drzwi. Przez chwilę obydwoje trwali w bezruchu, jak gdyby oczekując od siebie jakichś wyjaśnień, i dopiero wówczas kiedy jej prześladowca stracił cierpliwość i nerwowo szarpiąc za klamkę, wrzasnął ze złością: „No i co? Mizdrzyć się lubimy, byle bez dupczenia?!”, Pflaumowa zrozumiała, że padła ofiarą nikczemnego nieporozumienia. Przerażona spojrzała na drzwi. Z niedowierzaniem i goryczą pokręciła głową, tak zaskoczona i oszukana „piekielną praktyką”, atakiem ze strony, z której się go najmniej spodziewała, że aż poczuła ucisk w gardle. Wzdragając się na myśl o niesprawiedliwym oskarżeniu i nieskrywanej wulgarności, powoli zrozumiała, że – jakkolwiek to niepojęte, bo przecież… naprawdę… do końca mu się opierała – ten zarośnięty chłop od samego początku sądził, że to ona składa mu propozycję. Wreszcie dla Pflaumowej stało się jasne, co sobie pomyślał ten „zepsuty potwór”, gdy zdejmowała misia, gdy przydarzyło się jej tamto żenujące nieszczęście, gdy wypytywała, gdzie jest toaleta, że odczytał jej zachowanie jako propozycję, jednoznaczny dowód przyzwolenia, zawstydzający ciąg tanich chwytów grzesznej namiętności, a teraz ona musiała odpierać haniebny atak na własną cześć i przyzwoitość, tolerować, by taki śmierdzący pa-linką, brudny, odrażający ludzki śmieć odzywał się do niej jak do „jakiejś ostatniej zdziry”. Uraza i wściekłość okazały się bardziej bolesne niż poczucie bezradności. Wreszcie Pflaumowa, nie wytrzymując pułapki, w której się znalazła, zdeterminowana wrzasnęła zdławionym z emocji głosem: „Poszedł precz, albo zawołam o pomoc!” Po chwili mężczyzna zaczął walić pięścią w drzwi i z lodowatą pogardą w głosie, aż przeszły jej po plecach ciarki, syknął: „Bujaj się, stary kurwiszonie! Nawet tego nie jesteś warta, żebym rozwalił te drzwi i wsadził ci łeb do kibla”(…).

Ale tak jak i w filmie, gdzie uwaga reżysera skupiona jest bardziej na Valuszce, miejscowym listonoszu i jego poetyckiej duszy, tak i powieść kokieteteryjnie myli ślady, kluczy po opisach rzeczy pozornie nieważnych, by w konsekwencji powiedzień o wiele więcej.
Ogromny wieloryb przywieziony jak zły sen do miasteczka nie symbolizuje ani mających nadejść tragedii, ani nie jest ich przyczyną.
Wszystko, co w filmie i powieści jest najważniejsze, jest nieuchwytne. To melancholia sprzeciwu, minorowe wołanie o brak zła, które i tak jest i będzie, niezależnie od naszej opozycji czy przyzwolenia.

Janos Valuska, jedyny pozytywny bohater powieści nie sprzeciwia się, jest powolny manipulacjom wszystkich piekielnych sił skumulowanych na ten jedyny czas rozszalałych biesów. Powtórzenie Dostojewskiego w tej węgierskiej egzystencjalnej studni, powtórzenie po wieku doświadczeń historycznych, po przerobionym przez ludzkość nihilizmie, brzmi zwyczajnie, zdarzenia w miasteczku są jedynie nieuchronną wypadkową wcześniejszych nawarstwień i drobiazgowych (nigdy przypadkowych), przygotowań.

(…) Gorzka, potępieńcza rozkosz, jaką dawał widok kołyszących się przed nami trzech cieni, osieroconych i bezsilnych, niepodejrzewających nawet, co je czeka, była większa niż upojny czar zdemolowanego miasta, była czymś więcej niż zadośćuczynieniem, jakie dawała podeptana daremność, bo w tym piekielnym oczekiwaniu, ciągłym powstrzymywaniu się, lubieżnym odraczaniu losu poczuliśmy tajemniczy, cierpki, pradawny smak, który nawet najmniej znaczącemu gestowi nadawał przeraźliwą godność, a przypadkową zbieraninę barbarzyńskiej hołoty, która w ciągu kilku godzin być może się rozproszy, napawał dumą, dzięki której nikt już nie mógł powstrzymać tej gromady, która nie złoży w obie ręce nawet własnej śmierci, gdy uzna, że to już koniec, że nadszedł kres, że raz na zawsze ma dosyć tej ziemi i tego nieba, nieszczęść i smutku, dumy i strachu, i podstępnego brzemienia, które nie pozwala zapomnieć o tęsknocie za wolnością(…).

Film kładzie większy nacisk na zderzenie idealizmu (artysta, wykształcony muzyk Eszter i artysta samorodny, Valuska), czyli tlących się jeszcze wartości duchowych z bezwzglednym Prawem i Porządkiem. Literatura mówi jeszcze o czymś wiecej, czego w film nie pomiescił. Wybiega naprzód, pokazuje skutki jednostkowego pożadania władzy. Film jeszcze łągodnie udawadnia widzowi, skupiając w ” post – Alioszy” –  w Valusce nadzieję i wytchnienie, niemożność działań pozytywnych.
Powiesć Krasznahorkaiego to już diagnoza, to piekielne memento mori skutków działań ludzi dopuszczonych do władzy. I tu główną postacią nie jest pozytywny Valuska, ale Tünde Eszter ( w filmie rewelacyjna Hanna Schygulla) – Eszterowa, była żona muzyka Esztera mistrzowsko rozgrywająca walkę o władzę w mieście posługując się autorytetem moralnym męża i dobrocią Valuszki.
Dlatego ani wieloryb, ani tajemniczo bredzący ksiażę, ani mowa dyrektora cyrku o sztuce, a tymbardziej bandyci zaproszeni do miasta i miejscowi są jedynie mylnym wypełniaczem i zamazaniem prawdziwych przyczyn.
Tym paradoksalnie pisarz oskarża naiwność i idealizm o wsparcie zła, a zarazem wskazuje na daremnosć sprzeciwu.

(…) akcja…CZYSTE PODWÓRKO to nic więcej, tylko pierwszy krok w „rozwoju”, a krok drugi, akcja PORZĄDNY DOM, samochód skręcił z ulicy Szent Istvan w stronę cmentarza, nastąpi dopiero za jakiś czas, kiedy ulice i ogrody już zostaną posprzątane, a chodniki „będą jak wylizane”, dopiero wtedy komisja konkursowa odwiedzi mieszkania, żeby „za najprostsze i najbardziej racjonalne życie” rozdać niemałe nagrody, warte o wiele więcej niż tamte, wręczane po akcji CZYSTY DOM(…).

cytaty w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej

Melancholia sprzeciwu

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 8 komentarzy

Marek Trojanowski „PoliszFikszyn” (powieść sieciowa)

Nie mam pojęcia, ile powstaje dziennie sieciowych powieści w odcinkach i jak wielka jest skala  dostępnych teraz technicznie publikacji i czym różnią się od dziewiętnastowiecznych metod samodyscypliny pisarza w systematycznym wysiłku twórczym.

Czytając codziennie powieść fantastyczną pracownika naukowego polskiej uczelni wyższej (kim jest, dowiaduję się z sieciowych doniesień o autorze), nie byłam wolna od wspólnych mu doświadczeń uczestniczenia w opisanym tam blogu społecznościowym, toteż fantazje snute na potrzeby parodii polskiego życia literackiego nie oderwały się jeszcze od swoich pierwowzorów. Mam nadzieję, że jest to jedynie projekt i szkic dobrze zapowiadających się wizji pisarskich autora, a nie produkt docelowy nieuwolnionych jeszcze negatywnych emocji.

Bohaterem powieści jest młody poeta i autor powieści, wykorzystujący bardzo przecież oszczędne namaszczenie sławnego poety starszej generacji.
Jest opętany potrzebą sławy, dominacji i w niepohamowanym egoizmie, z barbarzyństwem metod z całą bezwzględnością próbujący zawładnąć życiem kulturalnym Polski. Może jeszcze większe przyczernienie głównej postaci i oskarżenie jej o totalne zniweczenie wszystkiego, co w Polsce się wydarzyło pozytywnego i co się już bezpowrotnie nie wydarzy, byłoby może oczekiwanym absurdem i uwolnieniem od jednostkowego pierwowzoru, nośnika przecież bezsprzecznego talentu i obiektywnych wartości.
Dostojewski pastwił się na Turgieniewie stwarzając jego karykaturę Karmazinowa w „Biesach”, nikomu z nich w ich wielkości to nie zaszkodziło (oprócz tego, że byli na siebie za życia obrażeni).
Dlatego w nudzie i bezguściu sieciowych blogów, żałuję, że blogowa inicjatywa niesłychanie dowcipnie napisanego poetyckiego eposu tak nagle zgasła.

(…) Chłopcy przystanęli. Myśleli, że pani Zdzisia, bo tak miała dozorczyni na imię, chce ich poinformować o kolejnej podwyżce czynszu, uchwalonej przez zarząd spółdzielni. Jak się okazało nie to miała w planach. Zbliżywszy się do chłopców powiedziała do Dżaka:
– Czy wiesz, że byłeś wczoraj w teleekspresie? Całe osiedle o tym mówi. My się tu wszyscy cieszymy. Niech no cię uściskam,
Powiedziawszy to chciała objąć Dżaka, ten jednak odsunął się od niej o krok i powiedział stanowczym tonem:
– Szanowna pani, wypraszam sobie! Proszę się nie zbliżać, bo mnie pani jeszcze pobrudzi i niech pani od dziś zwraca się do mnie per pan.
Pani Zdzisia stanęła jak wryta. Nie wiedziała jak ma zareagować. Po czym, uznając że to jest żart ponownie wyciągnęła rękę do Dżaka mówiąc z uśmiechem:
– Nie żartuj, przecież znam cię od dziecka.
Dżak znowu się odsunął i powiedział:
– Wcale nie żartuję. Proszę się do mnie zwracać należycie, a jak już pani zechce mi podać rękę, to proszę ją najpierw umyć.
Dozorczyni posmutniała. Z zawstydzeniem obejrzała dłoń. Faktycznie, nie była czysta. Ale przecież tego rodzaju brudu, który powstaje, gdy ziemia wciera się w zgrubiałą od pracy skórę, nie sposób domyć. Ona nie miała wydelikaconych dłoni intelektualistki. W milczeniu schowała ręce do kieszeni kufajki.
Reakcja Dżaka zdumiała nawet Adamskiego, który przyzwyczaił się do tego, że jego przyjaciel ma obsesję na punkcie formy grzecznościowej. Jednak pani Zdzisia, którą znali od małego, w którą jako dzieci dla hecy rzucali kasztanami, zawsze mówiła do Dżaka na ty i nigdy Dżak nie protestował. To prawda, że Dżak jako licealista potrafił sprać dzieciaki z podstawówki za naruszenie swojej godności osobistej, ale pani Zdzisia to pani Zdzisia, ona była cały czas poza zasięgiem tej fanaberii. Przynajmniej do dnia dzisiejszego. Dlatego Atomizer ze zdziwieniem, ale także z pewnym niepokojem, spoglądał w tej chwili na przyjaciela.
Pani Zdzisia, jak to z prostymi ludźmi bywa, zamiast obrazić się i odejść, stała ciągle przed bohaterem wczorajszego wydania teleekspresu. Tym razem, zachowując odpowiednią formę i konieczny dystans, powiedziała:
– Wie pan, moja córka, ta, co to choruje na agorafobię i od lat nie wychodzi z mieszkania, bardzo pana podziwia. Ona też pisze wiersze. Prosiła, żebym ci… o przepraszam – poprawiła się – żebym panu pokazała jeden ze swoich wierszy, żeby pan powiedział, co o nim myśli.Powiedziawszy to wyjęła z kieszeni dłoń, w której trzymała starannie złożony zwitek papieru, owinięty w folię śniadaniową, żeby się przypadkiem gdzieś w trakcie pracy nie pobrudził i nieśmiało podała młodzieńcowi.
– Szanowna pani, z chęcią zrecenzuję wiersz pani córki, ale pod warunkiem, że mi pani zapłaci. Stawka za wers wynosi siedemnaście złotych.
Pani Zdzisia nie bardzo rozumiała o co chodzi z tymi wersami. Ale, jako że zawsze miała przy sobie całe dwie dychy, tak na wszelki wypadek, to wyjęła portfel, wyciągnęła banknot i podając go Dżakowi powiedziała:
– Zgoda, proszę powiedzieć.
Dżak schował pieniądze do jednej z kieszeń czarnej kapoty, następnie wziął karteczkę, wypakował ją z folii i przeczytał wiersz w milczeniu. Po chwili namysłu, oddając wiersz pani Zdzisi powiedział:
– Grafomania.
– Czy mógłbyś… przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć, żebym to zapisała – poprosiła pani Zdzisia, która nie przywykła jeszcze do tego per pan.
– G R A F O M A N I A – powtórzył wolno i wyraźnie Dżak, śledząc wzrokiem ruch długopisu, którym notowała dozorczyni jego uwagi na temat wiersza córki.
– Tylko tyle o wierszu? – zapytała pani Zdzisia.
– Tak, tylko na tyle. Na tyle panią stać. Równoważnik zdania traktuję jako wers – odpowiedział, wręczając zakłopotanej dozorczyni trzy złote reszty.
Kobieta nie wiedziała co odpowiedzieć. Skąd mogła wiedzieć, co to jest równoważnik zdania, który na dodatek okazuje się być wersem. Nigdy nie interesowała się teorią języka. Nie to, żeby nie miała na to ochoty. Przeciwnie. Jako panna dużo czytała. Podobały się jej romanse. Opowieści o tym, jak chłopcy z bogatych rodzin zakochują się w biednych dziewczynach i w ukryciu biorą ślub, bo rodzice pana młodego nie akceptują wyboru syna. Pani Zdzisia, także biedna z domu, marzyła o swoim królewiczu. Jednak życie, jak to zwykle w życiu bywa, zamiast królewicza miało jej do zaoferowania tylko syna sąsiada. Wspólnym mianownikiem ich związku nie było głębokie uczucie, ale bieda, którą dzielnie znosili oraz jedyna córka. To ona była całym dorobkiem, największym sukcesem pani Zdzisi, zwłaszcza po śmierci męża. Zrobiłaby dla nie wszystko. Jednak w tej chwili kompletnie nie mieściło jej się w głowie, że za jedno słowo zapłaciła całe siedemnaście złotych. Mogła za to przecież kupić prawie półtora kilo schabu bez kości i podzielić go na kilka obiadów. No, ale czego nie robi się dla własnych dzieci zwłaszcza, gdy są chore (…).

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 7 komentarzy