Anna Achmatowa „Do poety przyszłam w gości” z rosyjskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Aleksandrowi Błokowi

Do poety przyszłam w gości
W niedzielne samo południe.
Cichy pokój i przestronny,
Oddziela oknami mróz.

Malinowe wnika słońce
Przez wełnisty, modry dym…
Tak milcząco mój gospodarz
Jasno spogląda na mnie!

A u niego takie oczy,
Że nie sposób je zapomnieć,
Dla mnie lepiej i ostrożniej,
Nigdy wprost nie patrzeć w nie.

Lecz gawędę zapamiętam,
W niedzielne dymne południe
W domu zwykłym i wysokim
U wrót morskich Newy.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Cristian Mungiu „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”( 4 luni, 3 săptămâni şi 2 zile)

Na tegoroczne obchody Dnia Kobiet na moim blogu zdecydowałam się napisać o tym obrazie.

Z licznych recenzji sławnego już filmu, gdyż w 2007 roku stał się najważniejszym wydarzeniem artystycznym festiwalu w Cannes i otrzymał Złotą Palmę oraz nagrodą FIPRESCI, najbliższy jest mi głos Anity Piotrowskiej z „Tygodnika Powszechnego”. Może jest to jedyna recenzentka uchylająca się od przyporządkowania go tylko problemowi aborcji i komunizmowi.

Anita Piotrowska przywołuje Ciorana i Kafkę, ja poszłabym jeszcze dalej i oglądając skojarzyłam ten obraz filmowy z „Pustelnią Parmeńską”, ekranizacją z 1947, gdzie ciotka Fabrycego decyduje się z miłości do niego na oddanie swojego ciała mężczyźnie władnemu przywrócić mu wolność.
Podobną cenę żąda w filmie Bebe, fałszywy lekarz, by uzupełnić wysokość żądanej kwoty, gdyż studentki nie zdołały zebrać na czas pieniędzy za usługę usunięcia prawie pięciomiesięcznego płodu. Otilia płaci sobą, by jej przyjaciółka Gabita mogła poddać się aborcji.
„Posiew napoleoński nie poszedł na marne” napisze Boy-Żeleński o „Pustelni Parmeńskiej” gdzie Fabrycy jest już bohaterem, który potrafi wykorzystać przemiany społeczne, działać z księżną Giną de San Severiną przeciwko totalizmowi, poruszać się moralnie w niemoralnym świecie.

I o tym jest ten rumuński moralitet. Najazd kamery na pięciomiesięczny płód leżący w hotelowym brodziku, który ma już główkę i rączkę, nie jest ani sentymentalnym religijnym obrazkiem bojowników o życie poczęte, ani o przetargi w debatach nad zamrożonymi i spuszczanymi do kanału ludzkimi płodami.
W niemal sensacyjnej scenie zaszczuta jak zwierzę Otilia poszukuje nocą w pustce rumuńskiego miasta zsypu w wielopiętrowym bloku, by instrukcji Bebe stało się zadość: płodu nie wolno zakopywać, gdyż rozgrzebią go psy i koty. Płód trzeba wrzucić do zsypu, by lecąc kilka pięter rozprysł się i był nie do zidentyfikowania przez milicję.

Narracja filmu jest nieśpieszna, mozolnie, scena po scenie opowiada właściwie historię tylko jednej kobiety odpowiedzialnej za los swojej współlokatorki pokoju w akademiku.
Otilia rozwiązuje problem jak potrafi, jak się da. Heroizm nie polega tutaj na pojawieniu się uczuć wyższych, nie wiadomo nawet, czy kobiety łączy przyjaźń. Jednak widz odbiera emanację najcenniejszych międzyludzkich zachowań, gdy nic konwencjonalnego, co wiemy, czego nas nauczono, co nam wmówiono, się nie liczy. Odpada cynizm, odpada pragmatyzm, duma. Z przykrością dowiadujemy się, że to oddanie, to wsparcie, ten najcenniejszy dar, jaki człowiek człowiekowi może dać – czyli by nie opuścić go w potrzebie – dzieje się jedynie między kobietami.

Świat męski, reprezentowany przez Bebe i przez chłopaka Otili, jest formalny, urzędowy pozbawiony uczuć. W tym podwójnym mroku – z ekranu padają słowa chłopaka Otili, syna lekarza, że kolega ojca za aborcję dostał wyrok 3 lat więzienia – a więc mroku Państwa i mroku tych, którzy udają miłość, by pozyskać jedynie seks – kobiety są kosmicznie samotne, skazane jedynie na siebie.

Film rozpoczyna scena w akademiku, kamera niedbale, jakby mimochodem ślizga się po jego obskurnych, zimnych pokojach i korytarzach, gdzie kilkunastoletnie studentki politechniki, wybitnie uzdolnione dziewczyny z rumuńskich wsi usiłują biednymi środkami podnieść swoją atrakcyjność, golą nogi, dodają sobie pewności siebie papierosami, a życie płciowe w całkowitym nierozbudzeniu seksualnym uprawiają, gdyż jest to jedyna możliwość by ktoś z nimi był. Bez tej usługi seksualnej żaden chłopak nie zgodzi się z nimi „chodzić”.

Film kończy się happy endem. Podobno, jak mówi w wywiadzie reżyser, zdecydował się na optymistyczny najazd na piękne płatki śniegu w końcowej scenie, jedyne estetyczne ustępstwo, by happy endowi stało się zadość.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 13 komentarzy

Anna Achmatowa „Ot, jestem taka” z rosyjskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Ot, jestem taka. Życzę Panu lepiej –
Szczęśliwiej. Szczęściem nie handluję przecież,
Jak ci szarlatani i hurtownicy
Gdy jeszcze wczasów zażywali w Soczi,
Do mnie już pełzły groźne dzwonki nocy
Pomruki z innej świata okolicy!…

Nad Azją – wiosennych, spowitych w chmurach
Tulipanów jaskrawością do bólu
Dywanem tkanym na setki mil lśnieniem
I cóż ja mam począć z niewinnością góry
I z brakiem winy pierwotnej natury,
O, i co mam robić z tym ludzkim nasieniem…

Zwykłam być widzem i się nie udało,
Uniknąć wikłań, wiedzieć czemu żałość
Tych, których tkliwie przywracać gotowa,
Tajemnym strefom jestestwa przyczółkach,
Ja wierna cudzych mężów przyjaciółka
Licznych nieutulonych w żalu wdowa.

Nie darmo już dostałam wianek siwy,
Na twarzy z wiekiem jest już kolor inny,
Straszę nim ludzi, smagłość od nich różni.
Zbliża się koniec pychy mej przyczyny
Jak u tamtej drugiej, biednej Maryny,
Pozostanie tylko napić się z próżni.

Ty przyjdziesz skryty pod czarnym odzieniem,
Z płonącą świecą zielonym płomieniem,
Choć nie odsłonisz przy mnie swojej twarzy.
Niedane cierpieć zagadki udrękę:
Pod białą rękawiczką poznam rękę
I kto przybyszem mnie nocnym obdarzył?

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 4 komentarze

komunkat

…blogowanie zawieszam na 10 dni.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Stefan Ruzowitzky „Fałszerze” (Fälscher) Oscar 2008

Reżyser, jak deklaruje w wywiadach, jest zafascynowany problemem tak niemodnym dzisiaj, problemem idealizmu.

Film, nakręcony konwencjonalnymi środkami wyraźnie stawia problem moralny, omijając dzisiejsze wieloznaczności, dystans, ironię i postmodernistyczny relatywizm.

Autorzy filmu więc wracają do odwiecznych pytań, jak postąpić, jeśli jest jeszcze jakiś wybór w życiu człowieka. Obóz koncentracyjny jest sytuacją laboratoryjną: uwięzieni ludzie mają niewielkie możliwości w decydowaniu o sobie, jednak je mają.
Arcyfałszerz i artysta, człowiek wolnego ducha – Salomon Sorowitsch(postać historyczna), który inteligencją i przebiegłością zwraca uwagę na swój talent, wykonuje potajemnie portret obozowego strażnika i „awansuje”. Przydzielają go do realizacji hitlerowskiego tajnego projektu:

W obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen wydrukowano 134 miliony funtów szterlingów, czyli trzy razy więcej niż znajdowało się wówczas w brytyjskich rezerwach. W latach 1942-45, 140 więźniów zajmowało się produkcją banknotów 5, 10, 20 i 50-funtowych, które, jak twierdzą fachowcy, nie sposób było odróżnić od oryginałów.

Tyle historia.

Reżyser mówi po ukończeniu filmu o zamazaniu, o tym, że dzisiaj żyjący, 90 letni świadkowie nie wiedzą już czy ich hitlerowski opiekun grupy był „dobry”, czy „zły”.
Jednak są i polityczne pobudki – Ruzowitzky uważa, że w dzisiejszej, prawicowej Austrii artysta ma obowiązek co jakiś czas Holocaust przypominać.

Jak więc przypomina?

To taki moralitet, to walka pragmatyzmu z ideowością.
Stawką jest życie, życie biologiczne, nie tylko jednostkowe, całej grupy ludzi, którzy dzięki swym nieprzeciętnym talentom rzemieślniczym i artystycznym żyją wewnątrz koszmaru w lepszych „luksusowych” warunkach (czyste prycze i większe racje żywnościowe).
W szerszym kontekście stawką jest świat, domniemanie, że za podrobione pieniądze faszyści kupią broń i zwyciężą wojnę.

I o tym jest film: o starciu dwóch postaw – ideologa marksisty, który trafił do obozu za walkę z okupantem i genialnego artysty, który sztukę przysposobił dla własnej wolności i przy jej pomocy próbuje wyjść z sytuacji bez wyjścia. Sympatia twórców filmu jest po stronie drugiego. Dylemat wprawdzie rozwiązuje historyczny koniec wojny, a postawa odmowy kolaboracji przydała się jednak dzięki przewleczeniu, odroczeniu i doczekaniu.

Jednak koniec filmu nie daje na całe szczęście odpowiedzi na pytanie jak uczciwy człowiek ma postąpić w ekstremalnych warunkach, które przecież, w innych wymiarach przydarzają się nam, na codzień i z takich podpowiedzi każdy z nas by chętnie skorzystał.  Relatywizm więc nie jest w postmodernizmie, a w postawionym na głowie oszustwie w oszustwie, gdzie największym złem okazuje się jego identyfikacja i nazwanie. (Dlatego z ulgą przyjęłam też decyzję jury oscarowego, które zgodnie z wymową filmu opowiedziało się jednak za uczuciem, a nie urzędem).

Końcowa scena, dzięki Bogu, burzy jednoznaczność przesłania moralnego, gdy ocalony po wojnie Salomon Sorowitsch próbuje wrócić do stylu swojego przedwojennego życia i już nie potrafi.
Przypominają się słynne słowa z dokumentalnego filmu z udziałem Władysława Szpilmana w którym żałuje, że uciekł z warszawskiego getta i się ocalił.
Reżyser Ruzowitzky mówi w wywiadzie:

Nie waham się jednak przyznać, że nigdy nie wziąłbym na siebie pokazania horroru zwykłego życia w obozie.

Całe szczęście.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Jeden komentarz

Michał Zygmunt „New Romantic”

W wywiadach autor powołuje się na wpływ literacki Marii Janion, na zachwyt nad twórczością Eustachego Rylskiego, a jego obywatelski światopogląd to powinowactwo z wrocławską „Pomarańczową Alternatywą”.

A jednak debiutancka powieść trzydziestoletniego – jak anonsuje na skrzydełku wydawca – pisarza już po przejściach (politycznych), jest zdumiewająco autonomiczna, kulturowo osobna, gorąca i poszukująca.

Mimo chaotyczności w konstrukcji, tej ewidentnej wady w odbiorze (ogromne przestrzenie czasowe nie są czytelne), książka jest bardzo prawdziwa dzięki prawdziwym spotkaniom z prawdziwymi problemami, którymi Michał Zygmunt się z czytelnikiem dzieli.
Autor, dopuszczony do głosu – jak dziecko – próbuje podekscytowany opowiedzieć wszystko na raz, co nie zawsze to, co wie narrator, jest dla czytelnika jasne. Ważne jest jednak to, że pisarz uniknął, pomimo politycznej otoczki przy promowaniu książki – skargi, propagandy, deklaracji określonej postawy.

„New Romantic” już w tytule mieści ironię i dystans do szkolnego, lekturowego etosu Polaka.
Pokolenie moich dzieci dostaje w spadku neoromantyzm solidarnościowy z zabawą w konspirację, zabawą jak zwykle w historii świata, niebezpieczną.
Młodzi bohaterowie książki Zygmunta – zazwyczaj licealiści, studenci, młodzi dziennikarze – to romantyczni przedstawiciele takich osobowości, którzy przychodzą na świat nie tyle, by go zmieniać, ile odbyć na ziemi swój tragiczny los zafascynowani wszelkim fermentem i powiewem wspólnotowych działań.

O ile dokonania patriotów walczących o niepodległość dwieście lat temu zawsze wypełniały się pod osłoną skrzydeł bogów greckich, bądź chrześcijańskich aniołów – czyli duchowych fluidów będących ewidentnym wsparciem dla jednostek zagubionych w kosmosie – o tyle bohater naszych czasów jest samotny jak pies, a jego przeklęty los jest tylko śmieszny.
By uśmierzyć ten ból, wikła się w absurdalne przedsięwzięcia. Robak pustki egzystencjalnej toczy zarówno ludzi u władzy jak i tych, którzy pod takim samym pretekstem, chcą ją obalić.

Ruch gejowski w środkowej części zwalczony zostaje obozem koncentracyjnym w którym przerabia się orientacje seksualne na właściwe (chociaż przy takiej political fiction można też diagnozować terror przeciwny, a rozmnażanie z próbówki).
Całe szczęście, mimo wyraźnych odniesień do rządzącej prawicy w 2005, kasandryczność autora nie jest ważna dla całego wydźwięku utworu. Archetypiczne schematy wymiany władzy powtarzają się zawsze do znudzenia.

Bohaterowie Zygmunta są umiejscowieni w szerszym obszarze politycznych działań, a dopiero w tej płaszczyźnie społecznej tkwi homoseksualizm, jako jawność i pokrzywienie się skrywanym w epokach wcześniejszych afektom. Nie to, że literatura nie pozostawia żadnych złudzeń, co do relacji kochanków poznających się na wstępie już w internetowym czacie w oszustwie – partner przychodzi na spotkanie, jako dojrzały mężczyzna, wbrew sieciowej mistyfikacji:

Kochali się krótko, jakieś dwadzieścia minut, Jacek spieszył się na samolot, a na Damiana czekał obiad, matka nie tolerowała spóźnień. Jacek leżał nieruchomo, niechętnie oddawał pocałunki, lekko się odwracał i kierował głowę Damiana niżej, niżej, jeszcze niżej. To prawdziwy mężczyzna, myślał Damian, nie żadna ciota, tu nie ma przytulania, tu są zwięzłe, niewerbalne polecenia. Zrób mi laskę. Ciągnij. Ssij jeszcze. Prawdziwy facet nie głaszcze po główce i nie całuje, on każe drutować. Potem od niechcenia zwali ci konia. A wcześniej to on płacił za drinki, mimo że Damian mógłby zapłacić za siebie, w końcu miał pieniądze.

Literatura tylko beznamiętnie sygnalizuje, tak jak i autor, że wszystko, co się na kartach książki będzie działo, czytało i prezentowało, to dobra wola, nic więcej.
Dlatego cierpienie bohaterów, mimo, że nie ma światowej zagłady, nie ma nędzy (zazwyczaj narratorzy pochodzą z zamożnych mieszczańskich rodzin), to tylko wypełnianie pustki, to tylko nihilistyczne dreszcze. Tak jest z egzaltacją religijną chłopca, którego uwikłanie katolickie prowadzące go do święceń kapłańskich jest jedynie zwężeniem, strachem i duchowym zniewoleniem, a nie duchowym odrodzeniem. Tak jest w chłopcu zafascynowanym polityką, organizacjami, politycznym terrorem. I taki jest holenderski dziennikarz Martin Kozicki.

Mimo galerii autentycznych postaci cynicznej sceny politycznej, deformacja polska na tle poczynań “Armii Tęczowej” ilustruje właśnie ten zagadkowy, niepojęty tłum bezprizornej mentalnie młodzieży, angażującej się w sprawy, których do końca nie jest w stanie pojąć, a która w swojej masie wciąż walczy by walczyć, wciąż się zbiera, knuje, robi zadymy, wykonuje wyroki śmierci. Zdumiewający jest ten bohater neoromantyczny,
te Kordiany, ci Barykowie, Chełmiccy, Pyjasowie, gdzie zatarta jest już zupełnie materia walki, jedynie pozostaje romantyczne rzężenie nie, by się ustawić w życiu, zarobić pieniądze, żyć na własny rachunek, ale aby bić romantyczną pianę nawet jak nikomu nie jest ona potrzebna.

Ta smutna książka o pokoleniu naszych dzieci, naszych następców, którzy:

Prędzej czy później zaczynali zazdrościć pokoleniom wcześniejszym, które nie musiały walczyć z braćmi, mając wyrazistego wroga z zewnątrz, mówiącego językiem obcym. Ich podstawowe potrzeby konsumpcyjne zaspokajane były przez system reglamentacji i prężny czarny rynek. Co do potrzeb bardziej wysublimowanych, młody powstaniec warszawski nie pragnie nowej konsoli do gier, lecz pistoletu ze zrzutów, a młody solidarnościowiec nowego powielacza z przemytu. Jak niemal wszyscy przedstawiciele dorastającego w Trzeciej Rzeczpospolitej Pokolenia Nic, Mateusz i Wiktor wielokrotnie zastanawiali się, czy starczyłoby im odwagi do walki z okupantem. Czy mogliby strzelać do hitlerowców oraz przemycać bibułę pod groźbą internowania przez Służbę Bezpieczeństwa.

Można, czytając książkę odczuć wdzięczność autorowi, że ta wielka pokoleniowa denuncjacja rozwydrzonej politycznie i obyczajowo młodzieży, ten wielki osąd społecznego i uczuciowego bezguścia został prawdziwie i z wielkim talentem Michała Zygmunta wyartykułowany.
Cierpienia młodego Wertera, który nawet nie z potrzeb hedonistycznych, lecz nudy robi laskę właścicielowi sześćdziesięciu spółek są jedynie cierpieniem zaniepokojonego maminsynka, by się o tym nie dowiedziała jego mamusia, co w wypadku wsypy może pozbawić go domowych obiadków.

Samotność dzisiejszego neoromantyka, to też bardzo specyficzne usługi świadczone bliźniemu – tak jak w końcowej scenie –

zbliżył wylot lufy do mojej potylicy i nacisnął spust. Siła wystrzału rozerwała mi twarz. Kiedy osuwające się ciało dotknęło brudnego piasku plaży, byłem już martwy. Wentz uklęknął obok i zanosząc się płaczem, strzelił mi w głowę jeszcze dwa razy.

Scena ta, kończąca książkę w niedwuznaczny sposób daje też do zrozumienia, że romantyzm, nawet jak już jest szczątkowy, fikcyjny i wyparty, objawia się w niekontrolowaniu, w człowieczym rozdarciu. Że nasze stechnicyzowane, blokowe hodowle nigdy nie wytrzebią z człowieka jego romantycznej proweniencji.
Ale, sądząc po wstępie do utworu pióra rówieśnika autora, Łukasza Andrzejewskiego, pokolenie „Nic” nic nie wie o sobie i źle interpretując tę książkę, broni się przed taką wiedzą, jak może.

Bowiem wszelkie polityczne zaanektowanie tej prozy na całe szczęście jest niemożliwe.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

Ludzie listy piszą… (2)

                                                                                                                        14 luty 2008

    Moja kochana Ewuniu!

Tak stale brakuje mi czasu moja droga Walentynko tak bym chciała, aby był on z gumy. Tak go naciągać, kiedy potrzeba.
Myślę, że już przyjechał Twój mąż, że nie jesteś sama.
No co, u mnie tobie dalej te klamerki i do marca już biorę na siebie bo kończy mi się zasiłek dla bezrobotnych. Muszę być w domu by pilnować Tuśki do szkoły wyprawić i lekcjami przypilnować. Odrabiać za nią WOS tego przedmiotu nie lubi to jest Wiedza o Społeczeństwie a zadaje jak to był ważny przedmiot. Na każdą lekcje wycinki z gazet na dany temat. Jakąś reklamę społeczną lub inne, co jakiś czas bajkę o społeczeństwie lub o sprawach, co dziennych. No jest to pani po studiach, no to sobie wyobraź kochanie, a sama wygląd nie mówić – no nie krytykuje jej przy Tuśce, bo skutek do przewidzenia. Dalej chodzimy na te tańce w poniedziałki i w środę. W Poniedziałek na 17:30- 18:30 a w środę 18:30 – 19:30 tu zaraz za światłami. „Nowa szkoła tańca”. Jak byś kochana była w pobliżu to możesz zajść, od tyłu się wchodzi. Tak nie mam czasu się wybrać do Ciebie, a Tuśka ciągnie. Tak człowiekowi schodzi to życie na robocie i mało jest tych przyjemności. No dla mnie jest wielka przyjemność patrzeć jak tańczy. Bardzo dba o siebie ubrać się i malować, w przeciwieństwie do mamy swojej. Dbać o siebie to lubi ten starszy syn. Bo młodszy to nie za bardzo.
Też mi żal córki w tej Irlandii też krucho z pracą. Robili po 12 godzin, a teraz po 6 godzin. No, ale siedzi, bo ma nadzieję, że będzie lepiej. Też tęsknią za sobą matka za córką a córka za mamą. No, ale co chodzę i tu się pytam by ją ściągnąć, ale nie ma. Ona do handlu się nie nadaje tylko do produkcji, a tu tylko do sklepów. Tak jak i młodszy też przy produkcji. Starszy teraz czeka na wyjazd do Szwecji na truskawki lub do Niemiec na spawanie pracował przy tym dwa lata nim wyjechali do Włoch. Bardzo by się chciał osiedlić w Trójmieście, ale to marzenia, jakie się miało w jego wieku a życie inaczej prowadzi No ja bym chciała, aby mu się marzenia spełniły, bo by miał gdzie człowiek jeździć.
W ogrodzie już rośliny mają pączki bez, porzeczki i inne, co to będzie jak mrozik złapie, a to dopiero luty. Z jednej strony to dobrze, że ciepło, bo na paleniu się zaoszczędzi.
Suka moja też się postarała, abym miała więcej roboty – oszczeniła się i to z takim małym – sześć szczeniąt ma. Kot mój też chory na zatoki. Jedynie nam dopisuje zdrowie, czego i Tobie i Całej Rodzinie Twojej życzę z głębi serca. Na tym kończę ten list, bo idę po zakupy to go wyślę. Całuję Cię kochana Walentynko bardzo mocno i Twoją Rodzinę
Lucyna z Tusią

PS. Przepraszam za pismo, ale czas mnie goni jak wściekły pies
Lucynka

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | 5 komentarzy

Jan Svěrák „Butelki zwrotne” (Vratné lahve)

Po rewelacyjnie wyrażonej naturze uczuć wyższych w oscarowym „Koli” i przepięknym filmie o przyjaźni i miłości czeskich lotników z czasów II wojny światowej w „Ciemnoniebieskim świecie”, „Butelki zwrotne” Jan Svěráka, mimo entuzjastycznego przyjęcia w Polsce, rozczarowują.

Nie na darmo Mikołaj Bierdjajew pisze, że coś jest niestosownego w rodzinie, że jej zbytnia bliskość zniekształca i zawstydza.
Mimo sieciowych podziwów nad duetem sławnego w czeskim kinie ojca Zdeněka Svěráka i równie sławnego jego syna Jana, film ma coś fałszywego od początku i ten posmak kłamstwa egzystencjalnego do końca mi towarzyszył.

Czeskie kino ma zakonotowaną mylnie pieczątkę harabalowskiej przymilności i dobroduszności, sugerującą przyzwolenie i pobłażanie.
Kto czytał „Autko” Hrabala, wie, że wszystko, co w wielkiej sztuce czeskiej jest wielkie, to akurat nie zgoda na wytchnienie, na ulgę w pogodzeniu się z brakiem spokoju, na negację przerażenia. Czeskość to w dalszym ciągu Kafka i nawet, jak podszewka groteski i poprawności przesłania kotłującą się egzystencję, to zawsze jeszcze pod tym dobrotliwym wizerunkiem czai się niepokój.
Tak było w „Pali się moja panno”. Tak jest u wszystkich: Milosa Formana, Karela Kachyňi, Jiříego Menzla.

Ambitne kino czeskie, które ostatnimi laty zachwyciło Janem Hrebejkiem, Saszą Gedeonem, Petrem Zelenką i Janem Svěrákiem, prognozowało artyzm nowej generacji młodym głosem przenikliwie dającym obraz dzisiejszego człowieka.
Czytam w wywiadzie z reżyserem w „Gazecie Wyborczej”, że ten film to walka z ojcem o szczegół, o wyszarpywanie tajemnic rodzinnych, wreszcie pytanie o autorski ekshibicjonizm.
Jak widać – walka przegrana.

Powstał film o domniemaniu, o starości widzianej oczami syna, który przypuszcza, że taka ona jest. Widocznie mityczna zazdrość nie dopuściła go do tajemnicy, a i odizolowała od prawdy o swoim ojcu i o swojej matce.
W konsekwencji powstał płaski, sentymentalny filmik o tym, o czym wszyscy wiemy, zaprzepaszczając psychologiczne odkrycia światowej (Bergman) kinematografii, gdzie wiwisekcja była prowadzona radykalnie i bezkompromisowo.

Przede wszystkim to, że skup butelek (znany nam niestety najlepiej z epoki PRL-u), jest miejscem nie tyle degradującym społecznie bohaterskiego emerytowanego nauczyciela, który żadnej pracy się nie wstydzi, ile oknem na świat wyjątkowo nieciekawym. Przychodzi wprawdzie piękna Czeszka (wszystkie Czeszki są zawsze piękne, nie tylko na w konfrnontacji z polskimi aktorkami, ale obiektywnie), z odsłoniętym pępkiem i spodniach biodrówkach i źle zinterpretowanych, narysowanych na brzuchu długopisem kreskach (co najsłynniejszy czeski aktor Jiří Macháček rozszyfrowuje, jako ilość orgazmów, a w rzeczywistości jest to ilość sprzedanych piw, czyli ślad pracy barmanki), to jednak nie jest to prawda na tyle odkrywcza, by rzutowała na bardziej syntetyczne przemyślenia. Złożona więc z takich obrazków rzeczywistość w knajpie, kuchni, na praskiej ulicy, w domu emerytki, kościele, nad Wełtawą, w szkole, w balonie i w fantazjach erotycznych sześćdziesięciopięcioletniego głównego bohatera (ojca reżysera), buduje ciepły nastrój starości pogodzonej z upływem czasu i walką między psim przywiązaniem do kobiety z równoczesną jej nieprzydatnością seksualną.

I może ten ostatni problem byłby najciekawszy, gdyż antynomie budują napięcie i dramat, jednak, jak w końcowej scenie z balonem, wszystko rozmywa się w sentymencie, bezradności, a z wielkiego pomarańczowego balonu pozostaje tylko wahająca się na wietrze ogromna szmata, by bezwładem i rezygnacją przestać się ruszać i opaść.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy