wiosna

wiosna.jpg

galeria zdjęć Gabriela Bieńczyckiego z
The Fremont Solstice Parade Seattle 2007

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy, widzę, więc jestem | 7 komentarzy

Maryna Cwietajewa „Mowa” z rosyjskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Jęczcie organy, niech bębny dudnią
Mowa dla wszystkich jest:
Och, – kiedy trudniej i ach, kiedy cudnie,
A gdy się nie da – ech!

Ach z empireum, och z dołów ziemi,
Wstydź się poeto, wszak,
Za wyjątkiem tych ochów i achów,
Nic, kiedy Muzy brak.

Najsilniej działa, gdy rym się wikła
W trzewiach najgłębszy ton.
Tak jak spłoniła się Sulamitka –
Tak achał Salamon.

Ach: w zachwyconym sercu przyczyna,
Na dźwięk się nie targnąć.
Ach, to nagle się zrywa kurtyna.
Och! Woźnicy jarzmo.

Słowo tworzyciel, słów miodnych amant,
Kapany słowem kran,
Ech raz posłuchałbyś, jak achał
W noc połowiecki stan!

Wygibasami przypaść zwierzęciem…
Do mchu, w dźwięku futrze:
Ach wszak to tabor cygański jedzie
Pod księżycem w górze!

Jak źrebię zęby szczerzy na arszyn,
Rżeniem smakując bieg.
I nadepnąwszy na końską czaszkę,
Pieśń rozpoczął Oleg –

Puszkinowi – tlących szczap płomyki –
W pra bohaterskich mgłach –
Niepokonanej trawy okrzyki:
Och! – Ech! – Ach!

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Marianna G. Świeduchowska „Katecheci i frustraci”

Akcja powieści Marcina Świetlickiego opiewa rok 1993, gdy poeta jeszcze nie dostał, a miał nadzieję dostać prestiżową literacką Nagrodę Fundacji im. Kościelskich.
Akcja tej parodii, podobnie jak parodia Marka Trojanowskiego, sieciowa „PoliszFikszyn” obraca się między innymi wokół tej nagrody, zwanej tutaj Nagrodą Gnatowskich, a u Marka Trojanowskiego Nagrodą Kościotrupków.
Sieciowa powieść Marka Trojanowskiego cierpi na niedosyt informacji o realnym życiu prototypów swoich bohaterów.
Natomiast wydany w czarnym druku utwór Świetlickiego na nadmiar wiedzy o tych, których sparodiował.

I właśnie z tego przesytu wynika chyba niezamierzona lękliwość tej bardzo dobrej powieści, lekkiej i dowcipnej, przetykanej melancholijnymi zdaniami ludzi wielkich i znaczących.
Mimo, że na karty książki przychodzą duchy, zmarłe postacie odwiedzają jak gdyby nigdy nic legendarne krakowskie pismo literacko – filozoficzno – religijne, realizm tej powieści pozostaje.
Stawka bowiem jest ogromna, zamach na wysoko postawione, znaczące autorytety życia umysłowego ostatnich lat ubiegłego wieku ryzykowny, a kamuflaż w użyciu pseudonimów autorów utworu jak i w zamianie nazwisk prototypów postaci –  niewystarczający.
I to hamowanie się, by nie obrazić, nie urazić, powiedzieć nie powiedziawszy, pokąsać, ale tak, by się ich nie utraciło –  to wszystko czyta się równocześnie z ironiczną, bystrze biegnącą rejestracją zachowań tłumu sław, które żyją już własnym, literackim życiem, esencją wydestylowaną z krakowskiego intelektualisty, który w latach dziewięćdziesiątych zaświadczał sobą schyłkowość i odejście pewnej epoki życia umysłowego Polski.
Strach, towarzyszący zamachowi na autorytety być może został już w zarodku ujarzmiony. Załamuje się pastiszowa konwencja na korzyść daremności wysiłków twórczych współczesnej literatury.
Być może, Marianna Świeduchowska nie zaryzykowałaby nigdy wiersza, który, jak w przypadku Osipa Mandelsztama, był jedyną przyczyną dręczenia, zsyłki i unicestwienia. Parodia na lekarzy Moliera – “Lekarz mimo woli”(1666) była bezpośrednią przyczyną jego zgonu, gdyż żaden cyrulik z zemsty nie udzielił mu medycznej pomocy ratującej życie, potwierdzając tym jedynie słuszność jego ich oceny wytykając lekarzom nie przestrzeganie przysięgi Hipokratesa.
Przykłady można mnożyć. Z naszego podwórka przytaczam parodię Melchiora Wańkowicza paryskiej “Kultury” i obyczajów w Maisons-Laffitte. Melchior Wańkowicz portretuje Giedroycia (występuje, jako Piotr Kupść-Massalski) w książce pt.:” Droga do Urzędowa” (“Roy Publishers”, New York 1955), co oziębia stosunki z emigracją i jest bezpośrednią przyczyną powrotu pisarza do komunistycznej Polski.
Oczywiście polskie akty wewnętrznej wolności kończyły się niejednokrotnie o wiele drastyczniej, niż jedynie środowiskową anatemą.
Na ile Świetlicki poszedł na całość? Czy wielki, znaczący artysta, o ustalonej już pozycji przechylił się w kierunku utrwalenia, czyli w świat konformizmu?

Tak już bywało w kulturze, że zidiocenie elit, kompletna degrengolada intelektualna, namaszczona i nabzdyczona gwardia fałszywych artystów u steru i tym konsekwentniej niszcząca najdrobniejsze nawet prześwity inteligencji i geniuszu – jak w baśni Andersena – ulegało ruinie poprzez niepozorne działania niekonwencjonalnych, bez społecznego znaczenia, osobowości.

Smutna powieść Świeduchowskiej daje nadzieję na zmianę bardzo mętną.
Intelektualny ferment w prowincjonalnym, pogalicyjskim miasteczku, z dusznym, położonym na jego sercu głazie historii, skazany jest na dreptanie w kółko, a ten niewielki obszar samoograniczenia, tego intelektualnego zniewolenia, wyznaczają sztywno krakowskie Planty.
Jest w powieści taki fragment ilustrujący uświadomienie sobie potrzeb, a równocześnie ich nieziszczalność: jeden z bohaterów – gówniarz, odwiedza Kobietę, która symbolizuje nie życie, a śmierć.
Idąc do niej przypomina sobie przepiękny wiersz Marcina Świetlickiego:

– Zobaczyłem światło, więc przyszedłem.
Zadzwoniłem i otworzyłaś.
Nie przyszedłem rozmawiać.
Nie przyszedłem się kłócić.
Nie przyszedłem prowadzić odwiecznej wojny.
Ja przyszedłem się kochać
.

W trakcie konsumpcji Kobiety gówniarz symuluje aktualne kierunki i postawy literackie, które nie są miłością, czyli nie spełniają wymaganych wierszem uczuć:

– To chodź – powiedziała, po czym zdjęła ostatni łańcuch i pozwoliła mu wejść.
Dosłownie. I metaforycznie.
Minęły dwie godziny. W międzyczasie Kobieta eksploatowała gówniarza, a ten dawał się jej eksploatować.
Na nachtkastliku na okładkach leżało dziewięć książeczek z oczami dziewięciu poetów. Gówniarz coś sobie umyślił. Jego młodzieńcza, perwersyjna wyobraźnia podyktowała mu ten pomysł w stosownym momencie.
Podsunął się trochę w stronę nachtkastlika i sięgnął.

Na wierzchu leżała książka Owietza. Gówniarz zakrył sobie nią twarz i wykonywał ruchy frywolne zgodnie z rytmem wierszy Owietza.
Po jakimś czasie przemienił się w Świeckiego, ponuro łypiącego z okładki, i posiadał Kobietę ponuro.
Następnie przemienił się w Romana Fasolkę Bretońskiego i zrobiło się plebejsko i zgrzebnie, choć gówniarzowi się zdawało, że to czysta metafizyka.
Przez moment stał się sobą, gówniarzem, jako że kolejna książka, książka poety Cyrkiela, spadła mu na podłogę.
Wcielił się w Starosądeckiego. Epifania bardzo działa na kobiety, na tę też podziałało. Toteż Starosądeckim postanowił być jak najdłużej.
Dopiero kiedy na twarzy kobiety zaczęło malować się lekkie znudzenie, sięgnął po tomik następny, a był to Krzyś O’Hara — trochę Ameryki w postPRL-u.
Potem epicki poeta Przesadło. Zrobiło się epicko i rozwlekle.
Kobieta poczerwieniała tam, gdzie damy z reguły się rumienią.
Gówniarz poczerwieniał już na samym początku, teraz więc dla odmiany począł blednąć.
Przez krótką chwilę był dumnym wikingiem, wpływającym swoim drakkarem do rodzinnego fiordu. A w drakkarze łupy: kosztowności zbryzgane krwią ofiar płci obojga. Tomik poety Wróblewskiego zamknął się sam.
I na koniec Syflas.
Wtajemniczeni wiedzą, co jest na okładce zbioru wierszy Syflasa.
Niewtajemniczonych odsyłamy do bibliotek szkolnych.
Przeżarci sobą i odprężeni, leżeli. Gówniarz uznał, że pora już najwyższa, żeby się odezwać.

Kobieta czuła się jak historia literatury, a gówniarz jak co najmniej prezes SPP.
— Miałaś ich?
— Kogo?
— No, tych… Tych z okładek.
— Co to znaczy „miałaś”?
— No…
Gówniarz zarumienił się, ubrał i usiadł przy stole. Popatrzyła na niego uważnie. Bezczelnie i uważnie. Gówniarz zapalił.
— Nie masz swoich, gówniarzu? — zwróciła się do niego z wściekłością.
Zgasił papierosa i powiedział:
— Ty… — brakowało mu najwyraźniej słów. — Ty… szmato…


Wzruszyła nagim ramieniem i nakryła się kocem po samą brodę.
— Kim ty jesteś? — wybełkotał gówniarz, zdjęty nagłym przestrachem.
— Śmiercią.
Twoją i tego miasta, gówniarzu. Wracaj do domu.

I taki mniej więcej jest twórczy potencjał zarówno pracowników redakcji na Wiślnej, jak i relaksujących się dyskutantów krakowskich kawiarni, przesiadywaczy ogródków piwnych, konfesjonałów, posiedzeń feministek, cmentarzy i wszystkich możliwych miejsc dominowanych przez artystów sztuką i literaturą.

Internautom z prowincji, z mocnym poczuciem przemijalności życia nigdy niedane będą frykasy krakowskiej bohemy. Pozostają jedynie symulacje na literackich portalach.
Z pewnością czas sieciowy nie jest nierealny, nieistotny i chwilowy.
Przemija postać świata, plajtują czasopisma literackie, książka mówiona przeżywa swój zasłużony renesans, świat artystyczny przenosi się do netu, gdyż duchowość nie potrzebuje ciała.
Właśnie mamy największą technologiczną szansę przewietrzenia środowisk, wsparcia młodych, nieprzeciętnych talentów bez względu na ich zamieszkanie i status społeczny, gdyż możliwości samorozwoju są technologicznie dzisiaj właściwie nieograniczone.

Ale w Polsce nic podobnego nie zachodzi. Na naszych oczach dwa ważne literackie ośrodki sieciowe odchodzą w swą prowincjonalną zagładę: pada blog kumple, uwikłany w najniższą, lepką obscenę i pada poetycki portal “Nieszuflada”, opętany kosmiczną głupotą wszystkowiedzących komentatorów, którzy w swym zadufaniu polegają jedynie na zasobach wzbogaconej intelektualnej wiedzy corocznymi rajdowymi zlotami.

I dlatego odwaga cywilna każdej formy parodii jest tak cenna.
Brawo, Świetlicki, brawo Trojanowski.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 42 komentarze

Marian

*
Zaczęłam piętnasty rok i moje licealne miłości były zawsze nierealne.
Wtedy mój brat, maturalny olimpijczyk, rozpoczął uniwersyteckie studia i przyprowadził do domu Mariana.
Zakochałam się więc jak gęś gęgawa, która po wykluciu z jajka zawsze zakochuje się w tym, którego zaraz po rozłupaniu skorupki zobaczy, a ja zobaczyłam mężczyznę.
W telewizji był wprawdzie odpowiedni mężczyzna – Gustaw Holoubek w roli Feliksa Dzierżyńskiego, ale przecież nie mogłam go dobrze pooglądać.
Na czarnobiałym telewizorze siało non stop właśnie w momentach, kiedy męskie, skąpe fragmenty ciała przezierały spod komisarskiego munduru.
A Marian był bez czapki z daszkiem, z głową całą w lokach i przypominał Angelę Davis, której zdjęcia gazety pokazywały w wystarczających ilościach.

Zawsze byłam nieśmiała. Mieszkałam z bratem w jednym pokoju przedzielonym dyktą, czego wszyscy nasi rówieśnicy nam zazdrościli. Rodziny nie godziły się na takie dewastowanie mieszkań dwupokojowych, z których zawsze jeden pokój był przeznaczony na reprezentację rodziny. Tam ustawiało się kryształy, co stanowiło jakiś przedwojenny relikt ni to salonu, ni to bawialni, a drugi oddawano dzieciom bez względu na ich ilość.

Brat zacieśniał przyjaźń z Marianem od października.
Już przed Bożym Narodzeniem byli najlepsi na roku wydziału fizyki, uczyli się razem, dyskutowali i planowali przeniesienie do Krakowa, gdyż ambicja naszej miejskiej władzy absurdalną ustawą zamieniła filię UJ na lokalny uniwersytet, czym odcięła studentów od przedwojennych jeszcze profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Kiedy ojciec przyleciał na święta, przywiózł kupiony w kanadyjskim porcie lotniczym, gdzie było międzylądowanie, egzemplarz „Playboya”, a dla mnie polecone przez Ewę Demarczyk, która dawała właśnie w Hawanie koncert i wracała z ojcem samolotem – fosforyzujące zielone rajstopy.
Marian był naszym codziennym gościem, toteż i był jednym z pierwszych oglądaczy „Playboya”.
Nie zauważył moich rajstop, nie wiem nawet, czy ktoś pamiętał, że jestem tuż obok w przedzielonej zaledwie cienką dyktą pokoju.
Faza mojego rozwoju duchowego polegająca na nie wypuszczaniu z rąk Słowackiego spowodowała, że nawet tego „Playboya” do ręki nigdy nie wzięłam, mimo, że długo leżał potem między stertami książek.
Może i dlatego nie chciałam się dowiadywać, dlaczego Marian nie zauważył moich rajstop, które naprawdę zwracały uwagę każdego przechodnia, każdego ucznia i uczennicy mojej szkoły. Każdego jej pracownika, od profesora do woźnej. Zwróciły uwagę sąsiadów i milicji, a koty marcowe, mnożące się bez opamiętania na naszym bierutowskim osiedlu, uciekały na widok ich inności w przerażeniu.
Miałam szałowe rajstopy, ale nie miałam za to piersi ani jeszcze pierwszej miesiączki.

**
Brat przybiegł pokrwawiony i brudny, mama go nie chciała wypuścić po raz drugi, ale poszedł na uczelnię znowu.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie, wszyscy byli zdenerwowani, nikt nie miał czasu. Nie wiadomo, kiedy Marian dowiedział się, że jest Żydem, ale nastąpiło to nie wcześniej, niż na miesiąc przed opuszczeniem Polski.
Był nieprzeciętnie zdolny. Właściwie rodzice Mariana zdecydowali się na emigrację, by ocalić jego talent.
Kiedy przyszedł pierwszy i ostatni list z Tel Awiwu, w odróżnieniu od tego „Playboya”, wyjęłam go ze sterty książek brata i przeczytałam.
Pisał o przepięknych kobietach mijanych na ulicach.
Pisał, że nie ma ani jednej brzydkiej… Pisał o ich piersiach…

***
Kiedy w ubiegłym roku dowiedziałam się o portalu sieciowym powołanym do życia z okazji obchodów wypadków marcowych, podałam nazwisko Mariana, a także moje nazwisko panieńskie, pisałam, że mój brat już od dwudziestu lat nie żyje.

Dopiero wklejony na poetyckim portalu Nieszuflady mój wiersz przerwał komentarzami czterdziestoletnie milczenie.

NIEMORALNA PROPOZYCJA

Marianowi Kozakowi w  40 rocznicę Marca 1968

A może byśmy tak, najmilszy, bez oglądania się, co teraz
wreszcie podjęli te rozmowy, na które świat się nie otwierał,

a może byśmy tak, zwyczajnie, już bez zakazów, których nie ma
dialog wysnuli z naszych trzewi, a nie z konarów, ani z drzewa

które nie będą nigdy bazą, genealogią ani rodem,
może byś zdołał być mentorem, a ja słuchaczem mimochodem?

Może się świat by wreszcie począł, zamiast namiastki rozmnażania?
Może się gwiazdy by dziwiły, że Księżyc się im już nie kłania?

Kiedy pochylasz się nocami nad klawiaturą, która spotka
niechybnie gnozę w urządzeniu ułatwiającym wgląd od środka,

kiedy się nieodmiennie dziwisz, że jest wciąż coś, czego wciąż nie ma
a ja realnie jestem obok. Będę też w Tobie i też mniemam

że jest możliwa ta relacja jak współistnienie w telewizji,
gdzie nikt nikogo nie obchodzi, a widz jak zwierzę ruchy śledzi

by rzucić się na informację, rozszarpać ją, zgryźć i wydalić
w sposób nieskromny, obraźliwy, z użyciem słów, kiedyśmy mali

będąc, stosować zakazano? Mniemam, że nam by się udało!
Nam, którym dane przeżyć całość!

****************************************************

A może byśmy tak, najmilszy w ten może już ostatni marzec
młodzieńczo pokonali wroga i pokazali jeden palec?

Ewa Demarczyk – Tomaszów 

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 2 komentarze

Maryna Cwietajewa „Chyłkiem” z rosyjskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

A może lepiej sobie radząc
Z czasem doczesnego ciążenia –
Przejść nie pozostawiwszy śladu,
Przejść nie pozostawiwszy cienia

Na ścianie…Może tak odmową
Wziąć? Z lustra obraz się wymazał?
Przejściem Kaukazu, jak Lermontow
Chyłkiem umykać, nie trwożąc skał?

A może – lepsza to pociecha
Jak Sebastiana Bacha palec
Organowego nie tknął echa
Rozpaść się, nie zostawić wcale

Prochów w urnie …- oszukiwaniem
Nabrać? Wypisać się, być nadal?
Tak: czasem jak po oceanie
Chyłkiem umykać, nie trwożąc fal…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 2 komentarze

Paul Thomas Anderson „Aż poleje się krew” (There Will Be Blood )

Dawno nie czekałam z takim utęsknieniem, by wreszcie się skończył oglądając ten zwycięski, nagrodzony tegorocznymi Oscarami – według niemal wszystkich ambitnych i znaczących recenzentów – wartościowy film.

Muzyka, która doczekała się osobnych peanów i wspaniałych analiz wspartych Brahmsem i Pendereckim była równie nieznośna, wbijająca się jak piła tarczowa w mózg.

Oczywiście, jak każdej kobiecie, śni się zawsze pustynia, gdzie nie można uprawiać zboża i w konsekwencji nie jeść chleba; pozostawiłabym to wszystko jak jest, jak radził Blake, jak Wordsworth, jak wszyscy romantycy, którzy wszelkie taplanie się w ropie mieli za nic.
Ale ten film, to męska sprawa, ten film to biblijne czynienie sobie ziemi poddanej.
I jak się okazuje, ziemia ulega, jedynie człowiek stawia opór. Ani mu w głowie zabawić się z kobietami po pracy, napić się i zaśpiewać. Ponieważ to wiek dziewiętnasty, nie sposób ulec tonizującej telewizji, bogate złoża ropy Kalifornii są na absolutnym pustkowiu, które człowieka wewnętrznie tylko wyjaławia.

Anderson buduje postać negatywną z krwi i kości dorzucając kilka demonów (demon żądzy pieniądza i demon żądzy władzy) postać jednowymiarową (wbrew chórowi znawców przedmiotu z Agnieszką Holland na czele), nienawistnika pozbawionego radości życia, co nie znaczy, że kolejne udane kroki potentata naftowego nie radują, a sensowność i konsekwencja życia zawodowego nie budzi podziwu.
Przylepiona do Daniela Plainviewa (nagrodzony Oscarem aktor Daniel Day-Lewis) pioniera przemysłu naftowego postać młodego pastora Eli Sunday’a, wyraźnie daje do zrozumienia, że Kościół jest wtórny do kapitału, bez którego nie istnieje.
Nie wiem nawet, czy recenzenci dobrze interpretują intencję twórców filmu nawet w odczytaniu fałszywości proroków – przemysłu i chrześcijaństwa. Wszystko jest jak najbardziej prawdziwe, ropa leje się strumieniami, a wiernych przybywa. Przychodzi kryzys i jak Obywatel Kane – główny bohater filmowy – telepie się w nadmiarowym metrażu swojego pałacu, i jak szekspirowski Makbet, który już zabił i znowu zabije, ma nieczyste sumienie…

Gdy przyszłam na świat, nakręcono w „Samo Południe”. Być może dla dzisiejszych noworodków kino Andersona wyznaczy, jak mojemu pokoleniu, kolejną – równie nieprawdziwą wersję etosu amerykańskiego bohatera walczącego z całym światem.
Być może, że wszystko tkwi jedynie w męskiej erotyczności, może rycerskość Gary Coopera, który miał aż dwie kobiety o nieprzeciętnej urodzie – w tym jedną autentyczną księżniczkę – będzie zawsze bardziej strawny dla kobiecego podniebienia niż suchy abstynent.

Serce się ściska, że cała ta dekonstrukcja amerykańskiego mitu, ten ogromny wysiłek realistycznego nazywania rzeczy po imieniu jest przecież następnym wariantem tego samego, tej w dalszym ciągu fikcji i nierzeczywistości.
Nikt nie udowodnił, że baśń nie istnieje, nie ma sensu wprowadzanie w jej miejsce socrealizmu.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

Anna Achmatowa „Szkice komarowskie” z rosyjskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

O, Muzo Płaczu…
M. CWIETAJEWA

…Odstąpiłam tu od wszystkiego,
Od ziemskiego szczęścia odchodzę,
Aniołem stróżem “miejsca tego”
Jest pień zanurzony w wodzie.

Trochę jesteśmy życiem w gościach,
Które staje się przyzwyczajeniami.
Zdaje się, że na powietrznych drogach
Przekrzykujemy się dwoma głosami.

Dwoma? A już u wschodniej ściany,
W chruśniaku gęstej maliny,
Świeżego bzu ciemna kiść mami…
To – list od Maryny.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Blog „Na druk jeszcze za wcześnie” przeprowadza wywiad z Ewą Bieńczycką

Ewa Bieńczycka:

– Na wstępie chciałabym ustalić, czy mamy sobie mówić na „ty”, czy na „pani”. Jestem zwolenniczką mówienia sobie na „ty” na moim blogu, jednak tutaj mam wielki dylemat: nie wiem, która z nas ma wyjść z inicjatywą przejścia na bardziej poufałą relację międzyludzką, gdyż nie wiem, która z nas stoi społecznie wyżej: pytana, czy pytająca.

Ewa Bieńczycka:

– Tak, sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, według mnie patowa, nierozwiązywalna. Proponuję więc jakoś omijać ten problem i nie patrzeć mi w oczy, jak i też koso zadawać pytania obok.

Ewa Bieńczycka:

– Myślę w takim razie, że wygodniejsze będzie dla nas obu pozostanie na Pani.
Mam nadzieję, że nikt nie skojarzy tego wywiadu z tak sławnymi wywiadami, jak Wywiad Gombrowicza z samym sobą czy liczne, równie sławne wywiady mające cechy wszelkich możliwych mistyfikacji. Zastanawiam się nawet, czy sieciowa maniera tego typu ekspozycji i uświetnienia obu stron (bloga i jego gościa, którego się przepytuje) nie ma na celu rozpaczliwego podtrzymania popularności bloga, którego już nikt nie czyta.

Ewa Bieńczycka:
– Oczywiście, nie trzeba posuwać się do ostateczności, zawsze w końcu blog czyta właściciel bloga, nawet jak udaje, że tego nie robi, więc nie trzeba panikować.
Natomiast wywiad, jako dzieło sztuki godny jest zastanowienia.

Ewa Bieńczycka:

– Zauważyłam, że Pani publikując niemal codziennie na swoim blogu bardzo różnorodne formy literackie próbuje nie tylko zaoszczędzić miejsce, ale i łańcuszkowo coś jeszcze powiedzieć, niekoniecznie przyjemnego.

Ewa Bieńczycka:

– Tak, jestem zodiakalnym dzieckiem Saturna, a więc typem minorowym i smutasem. Cechy te łączą się w naturalne skąpstwo, które jest kosmicznie zarezerwowane dla właśnie tego Znaku Ziemi, a jak wiadomo, nasza planeta nie należy do największych. Więc chcę zagospodarować każdy dzień i pobrudzić go swoją blogową notką, a i tak zauważam z przerażeniem, że tych dni jest bardzo mało.

Ewa Bieńczycka:

– Czy chciałaby Pani, gdyby czytelnicy tego bloga jednak istnieli, powiedzieć w tym wywiadzie coś specjalnie dla nich?

Ewa Bieńczycka:

– Nie. Wywiad i tak już jest za długi.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, czytam więc jestem, dziennik ciała | Dodaj komentarz