Akcja powieści Marcina Świetlickiego opiewa rok 1993, gdy poeta jeszcze nie dostał, a miał nadzieję dostać prestiżową literacką Nagrodę Fundacji im. Kościelskich.
Akcja tej parodii, podobnie jak parodia Marka Trojanowskiego, sieciowa „PoliszFikszyn” obraca się między innymi wokół tej nagrody, zwanej tutaj Nagrodą Gnatowskich, a u Marka Trojanowskiego Nagrodą Kościotrupków.
Sieciowa powieść Marka Trojanowskiego cierpi na niedosyt informacji o realnym życiu prototypów swoich bohaterów.
Natomiast wydany w czarnym druku utwór Świetlickiego na nadmiar wiedzy o tych, których sparodiował.
I właśnie z tego przesytu wynika chyba niezamierzona lękliwość tej bardzo dobrej powieści, lekkiej i dowcipnej, przetykanej melancholijnymi zdaniami ludzi wielkich i znaczących.
Mimo, że na karty książki przychodzą duchy, zmarłe postacie odwiedzają jak gdyby nigdy nic legendarne krakowskie pismo literacko – filozoficzno – religijne, realizm tej powieści pozostaje.
Stawka bowiem jest ogromna, zamach na wysoko postawione, znaczące autorytety życia umysłowego ostatnich lat ubiegłego wieku ryzykowny, a kamuflaż w użyciu pseudonimów autorów utworu jak i w zamianie nazwisk prototypów postaci – niewystarczający.
I to hamowanie się, by nie obrazić, nie urazić, powiedzieć nie powiedziawszy, pokąsać, ale tak, by się ich nie utraciło – to wszystko czyta się równocześnie z ironiczną, bystrze biegnącą rejestracją zachowań tłumu sław, które żyją już własnym, literackim życiem, esencją wydestylowaną z krakowskiego intelektualisty, który w latach dziewięćdziesiątych zaświadczał sobą schyłkowość i odejście pewnej epoki życia umysłowego Polski.
Strach, towarzyszący zamachowi na autorytety być może został już w zarodku ujarzmiony. Załamuje się pastiszowa konwencja na korzyść daremności wysiłków twórczych współczesnej literatury.
Być może, Marianna Świeduchowska nie zaryzykowałaby nigdy wiersza, który, jak w przypadku Osipa Mandelsztama, był jedyną przyczyną dręczenia, zsyłki i unicestwienia. Parodia na lekarzy Moliera – “Lekarz mimo woli”(1666) była bezpośrednią przyczyną jego zgonu, gdyż żaden cyrulik z zemsty nie udzielił mu medycznej pomocy ratującej życie, potwierdzając tym jedynie słuszność jego ich oceny wytykając lekarzom nie przestrzeganie przysięgi Hipokratesa.
Przykłady można mnożyć. Z naszego podwórka przytaczam parodię Melchiora Wańkowicza paryskiej “Kultury” i obyczajów w Maisons-Laffitte. Melchior Wańkowicz portretuje Giedroycia (występuje, jako Piotr Kupść-Massalski) w książce pt.:” Droga do Urzędowa” (“Roy Publishers”, New York 1955), co oziębia stosunki z emigracją i jest bezpośrednią przyczyną powrotu pisarza do komunistycznej Polski.
Oczywiście polskie akty wewnętrznej wolności kończyły się niejednokrotnie o wiele drastyczniej, niż jedynie środowiskową anatemą.
Na ile Świetlicki poszedł na całość? Czy wielki, znaczący artysta, o ustalonej już pozycji przechylił się w kierunku utrwalenia, czyli w świat konformizmu?
Tak już bywało w kulturze, że zidiocenie elit, kompletna degrengolada intelektualna, namaszczona i nabzdyczona gwardia fałszywych artystów u steru i tym konsekwentniej niszcząca najdrobniejsze nawet prześwity inteligencji i geniuszu – jak w baśni Andersena – ulegało ruinie poprzez niepozorne działania niekonwencjonalnych, bez społecznego znaczenia, osobowości.
Smutna powieść Świeduchowskiej daje nadzieję na zmianę bardzo mętną.
Intelektualny ferment w prowincjonalnym, pogalicyjskim miasteczku, z dusznym, położonym na jego sercu głazie historii, skazany jest na dreptanie w kółko, a ten niewielki obszar samoograniczenia, tego intelektualnego zniewolenia, wyznaczają sztywno krakowskie Planty.
Jest w powieści taki fragment ilustrujący uświadomienie sobie potrzeb, a równocześnie ich nieziszczalność: jeden z bohaterów – gówniarz, odwiedza Kobietę, która symbolizuje nie życie, a śmierć.
Idąc do niej przypomina sobie przepiękny wiersz Marcina Świetlickiego:
– Zobaczyłem światło, więc przyszedłem.
Zadzwoniłem i otworzyłaś.
Nie przyszedłem rozmawiać.
Nie przyszedłem się kłócić.
Nie przyszedłem prowadzić odwiecznej wojny.
Ja przyszedłem się kochać.
W trakcie konsumpcji Kobiety gówniarz symuluje aktualne kierunki i postawy literackie, które nie są miłością, czyli nie spełniają wymaganych wierszem uczuć:
– To chodź – powiedziała, po czym zdjęła ostatni łańcuch i pozwoliła mu wejść.
Dosłownie. I metaforycznie.
Minęły dwie godziny. W międzyczasie Kobieta eksploatowała gówniarza, a ten dawał się jej eksploatować.
Na nachtkastliku na okładkach leżało dziewięć książeczek z oczami dziewięciu poetów. Gówniarz coś sobie umyślił. Jego młodzieńcza, perwersyjna wyobraźnia podyktowała mu ten pomysł w stosownym momencie.
Podsunął się trochę w stronę nachtkastlika i sięgnął.
Na wierzchu leżała książka Owietza. Gówniarz zakrył sobie nią twarz i wykonywał ruchy frywolne zgodnie z rytmem wierszy Owietza.
Po jakimś czasie przemienił się w Świeckiego, ponuro łypiącego z okładki, i posiadał Kobietę ponuro.
Następnie przemienił się w Romana Fasolkę Bretońskiego i zrobiło się plebejsko i zgrzebnie, choć gówniarzowi się zdawało, że to czysta metafizyka.
Przez moment stał się sobą, gówniarzem, jako że kolejna książka, książka poety Cyrkiela, spadła mu na podłogę.
Wcielił się w Starosądeckiego. Epifania bardzo działa na kobiety, na tę też podziałało. Toteż Starosądeckim postanowił być jak najdłużej.
Dopiero kiedy na twarzy kobiety zaczęło malować się lekkie znudzenie, sięgnął po tomik następny, a był to Krzyś O’Hara — trochę Ameryki w postPRL-u.
Potem epicki poeta Przesadło. Zrobiło się epicko i rozwlekle.
Kobieta poczerwieniała tam, gdzie damy z reguły się rumienią.
Gówniarz poczerwieniał już na samym początku, teraz więc dla odmiany począł blednąć.
Przez krótką chwilę był dumnym wikingiem, wpływającym swoim drakkarem do rodzinnego fiordu. A w drakkarze łupy: kosztowności zbryzgane krwią ofiar płci obojga. Tomik poety Wróblewskiego zamknął się sam.
I na koniec Syflas.
Wtajemniczeni wiedzą, co jest na okładce zbioru wierszy Syflasa.
Niewtajemniczonych odsyłamy do bibliotek szkolnych.
Przeżarci sobą i odprężeni, leżeli. Gówniarz uznał, że pora już najwyższa, żeby się odezwać.
Kobieta czuła się jak historia literatury, a gówniarz jak co najmniej prezes SPP.
— Miałaś ich?
— Kogo?
— No, tych… Tych z okładek.
— Co to znaczy „miałaś”?
— No…
Gówniarz zarumienił się, ubrał i usiadł przy stole. Popatrzyła na niego uważnie. Bezczelnie i uważnie. Gówniarz zapalił.
— Nie masz swoich, gówniarzu? — zwróciła się do niego z wściekłością.
Zgasił papierosa i powiedział:
— Ty… — brakowało mu najwyraźniej słów. — Ty… szmato…
Wzruszyła nagim ramieniem i nakryła się kocem po samą brodę.
— Kim ty jesteś? — wybełkotał gówniarz, zdjęty nagłym przestrachem.
— Śmiercią.
Twoją i tego miasta, gówniarzu. Wracaj do domu.
I taki mniej więcej jest twórczy potencjał zarówno pracowników redakcji na Wiślnej, jak i relaksujących się dyskutantów krakowskich kawiarni, przesiadywaczy ogródków piwnych, konfesjonałów, posiedzeń feministek, cmentarzy i wszystkich możliwych miejsc dominowanych przez artystów sztuką i literaturą.
Internautom z prowincji, z mocnym poczuciem przemijalności życia nigdy niedane będą frykasy krakowskiej bohemy. Pozostają jedynie symulacje na literackich portalach.
Z pewnością czas sieciowy nie jest nierealny, nieistotny i chwilowy.
Przemija postać świata, plajtują czasopisma literackie, książka mówiona przeżywa swój zasłużony renesans, świat artystyczny przenosi się do netu, gdyż duchowość nie potrzebuje ciała.
Właśnie mamy największą technologiczną szansę przewietrzenia środowisk, wsparcia młodych, nieprzeciętnych talentów bez względu na ich zamieszkanie i status społeczny, gdyż możliwości samorozwoju są technologicznie dzisiaj właściwie nieograniczone.
Ale w Polsce nic podobnego nie zachodzi. Na naszych oczach dwa ważne literackie ośrodki sieciowe odchodzą w swą prowincjonalną zagładę: pada blog kumple, uwikłany w najniższą, lepką obscenę i pada poetycki portal “Nieszuflada”, opętany kosmiczną głupotą wszystkowiedzących komentatorów, którzy w swym zadufaniu polegają jedynie na zasobach wzbogaconej intelektualnej wiedzy corocznymi rajdowymi zlotami.
I dlatego odwaga cywilna każdej formy parodii jest tak cenna.
Brawo, Świetlicki, brawo Trojanowski.