ROZANOW II

Dwadzieścia lat mija od moich spotkań z „Legendą o Wielkim Inkwizytorze” do dzisiejszego czytania eseju Rozanowa pod tym samym tytułem.

Siedzący przede mną student rusycystyki UJ pisał pracę magisterską właśnie w tym roku, w którym kończył PAT i profesor Tischner zaproponował mu „Legendę o Wielkim Inkwizytorze” – jednego tematu pracy magisterskiej dla dwóch uczelni.
Był to już mój drugi etap wtajemniczenia w ten apokryficzny tekst, znany wcześniej jedynie z „Braci Karamazow” Dostojewskiego.
Kupiłam za bramą Mikołajską „Trzy rozmowy” – jeden z trzech tomów „Wyboru Pism” Sołowiowa. Kupiłam w księgarni jezuitów, do których się wchodziło od ulicy przez metalową furtkę tam, gdzie stały na ladzie słupki nieosiągalnych nigdzie indziej wtedy książek.

U tych trzech myślicieli – Dostojewskiego, Sołowiowa i Rozanowa życia dobiegały końca, gdy poruszali problem „Legendy”.
Dostojewski zmarł nie ukończywszy „Braci Karamazow”, a „Legenda”, niepowiązana fabularnie z powieścią, stała się, wbrew artystycznym zamierzeniom pisarza, dominantą całej powieści, niemal całej twórczości.
Kluczem do pisanych na krótko przed śmiercią opowieści o antychryście, kończącej „Trzy rozmowy” jest u Sołowiowa pesymistyczne przewidywanie nadejścia wszelkich religijnych oszustów.
Toteż Rozanow, który napisał wprawdzie esej o „Legendzie o Wielkim Inkwizytorze F.M. Dostojewskiego” w 1893 mając 37 lat –  pisze po kilku latach dodatki, które jednak ani nie kwestionują, ani nie rewidują wcześniejszych poglądów, są równoprawne z tekstem pierwotnym. Dopiero tuż przed śmiercią napisana „Apokalipsa naszych czasów” po rewolucji, po potwornych przeżyciach, widząc Cerkiew na usługach komunistów, kategorycznie obwinia religię za stan, w jakim się Rosja znalazła.

“Dlaczego nikt i nic nie uchroniło Rosji przed tragedią?” “Dlaczego tak głęboko zakorzeniona i przepojona mistycznym przeżyciem wiara prawosławna nie potrafiła przeciwstawić się nadchodzącej katastrofie?”
Kościół „śpiewa, wciąż tylko śpiewa. Jak ptaszek. Słuchaliśmy was, słuchaliśmy. A teraz przestaliśmy słuchać.”

Wspaniale się czyta Rozanowa, jak konsekwentnie wyłuskuje wszystkie prometejskie myśli Dostojewskiego, jak ustami Iwana wypowiada herezje, których sam się nawet boi, nazywając je swoim diabłem. Nic się nie zgadza w świecie, który znamy i akceptujemy. Pięknie Rozanow wprowadza czytelnika w klimat tej słynnej sceny z Dostojewskiego, gdy, w restauracji, za parawanem, gdzie czysty, najwspanialszy bohater Dostojewskiego (Rozanow zakochany jest w Aloszy), rozmawia ze starszym bratem.

Gdy po stu latach czytamy te oczyszczające diagnozy, których elementy aż strach rozpoznawać w dzisiejszych czasach, może nie wolno takiemu jak ja czytelnikowi, prorokować politycznie. Natomiast jednostkowo zawsze warto.

Może dzisiejszy chłop nie bije konia po oczach, a myśliwy nie wypuszcza gołego dziecka na pożarcie swoim psom, ale przecież niczego nie udało się w człowieku zahamować i zapobiec jego dalszym wynaturzeniom, które według Rozanowa są monstrualne w porównaniu z etyką człowieka pierwotnego (np. starożytnego).
Zło multiplikowane jest charyzmą Inkwizytora, który przygarnia złaknionych go ludzi, gdyż oni boją się wolności jak ognia.

Wielkie fiasko humanizmu, jego niewystarczających zabezpieczeń, rozminięcie się z rzeczywistością wszystkich prawd, które wyznawali najwięksi humaniści Europy, ilustruje Wielki Inkwizytor lisio manipulujący masami ludzkimi.
Śledząc ścieżki rozważań Rozanowa, przyłapujemy się na wewnętrznej niezgodzie, by w konsekwencji przyznać mu rację. Zachwyca swobodny ton tych rozważań uczciwych i głębokich.
Wbrew przewidywaniu że plon, jaki zbierze ludzkość po rządach Inkwizytora będzie przede wszystkim ułatwionym życiem, schematycznym i płytkim, Rozanow stanowi przykład ducha nieporażonego działalnością Inkwizytora.
Rozanow to ten, który nigdy nie ustaje w poszukiwaniu zniekształceń człowieczej natury, który wierzy w boskie pochodzenie duszy, lecz której odmawia istnienia, jeśli człowiek nie żyje.

Pytanie z historycznego i psychologicznego punktu widzenia niezwykle istotne, ale pokazuje tylko, do jakiego stopnia podstawowa wada nowożytnej cywilizacji sprowadza się do osłabienia wiary, bez której poszczególnym osobom cywilizacja ta jest tak samo niepotrzebna jak mnie, kiedy na moich rękach leży trup mojego dziecka, nie są potrzebne jego koszulki, prześcieradełka, cała reszta. Takie jest historyczne objaśnienie samobójstwa. Po co człowiekowi „cała reszta”, kiedy nie ma on tego, co podstawowe? I czy nie do tego, co podstawowe, odchodzi on i usiłuje odejść, porzucając ze wstrętem „całą resztę”?

Wielki Inkwizytor zna naturę ludzką i wie, że ludzie nie potrzebują cudu, jedynie cudowności. Człowiek pozbywszy się wiary w Boga, w to miejsce zawsze wstawi bożka. Czym i kimkolwiek on będzie, nie będzie nigdy Bogiem.

Rozanow piękne wyobraża sobie Boga:

Tak więc wszystko, gdy narodziło się – po prostu odetchnęło. Odetchnęło, ponieważ powstało z tchnienia. Ponieważ tchnienie – to Bóg. Bóg nie jest bytem. Nie jest wszechmocą. Bóg – to pierwszy powiew, poranek. I z Niego jest wszystko, co potem.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 17 komentarzy

Georgia

 *
Chłopcy zajmowali jeden rząd pod oknem, co umożliwiało im swobodne palenie papierosów na lekcji i zapewniało wszystkie przywileje, których my, dziewczyny, stłoczone w dwóch rzędach pełniących rolę buforu i wentyla bezpieczeństwa dla wszystkich pedagogicznych niebezpieczeństw, byłyśmy pozbawione.

Mniejszość płciowa, stanowiąca jedną trzecią uczniów miała w klasie maturalnej trzy obiekty westchnień: Mancię, Brylską i Kobietę Felliniego.

Nie wiem, kto wymyślił ksywę „Mańcia” dla naszej wychowawczyni i profesor języka polskiego. Słowo to, utworzone z mano (wł.) – ręka, było zdrobnieniem nazwiska nauczycielki niewiele starszej od nas.
To na nas trafiła zaraz po ukończeniu studiów w Krakowie i część chłopców była w niej właśnie śmiertelnie zakochana.
Drugim, równie beznadziejnym i nierealnym obiektem uczuć chłopców była aktorka Barbara Brylska. Jej fotosy mogli wieszać bez zawstydzenia oficjalnie pineskami między oknami.
Trzecim, już tajnym obiektem pragnień była właśnie zobaczona dzięki telewizyjnej emisji „Osiem i pół” olbrzymka Saraghina. Kobieta archetypiczna, o ogromnych piersiach, dzika, diabelska, syntetyczna matka matek, kochanka kochanek.
Bez żenady, bez skrupułów, jak wszyscy młodociani bohaterowie Felliniego po „Rzym”, „Amarcord”, po „Miasto kobiet”, po wszystko, gdzie tylko się dało umieścić tę Kobietę Olbrzymkę, Kobieta Felliniego obsługiwała Włochy przedwojenne, posłużyła faszystowskiemu Rzymowi i powojennej włoskiej nędzy.
I weszła triumfalnie do komunistycznej, polskiej klasy.

**
Janek przyszedł do nas właśnie w klasie maturalnej, gdy uczuciowość naszych chłopaków była ustabilizowana, ujarzmiona i nazwana. Janek wszedł w nasz miłosny marazm jak w gąbkę, łagodnie i naturalnie. Janek wniósł w klasową uczuciowość prawdziwą kobietę.
Janek był po klęsce złamanego serca, po zawodzie miłosnym, był mężczyzna po przejściach, miłosnym bankrutem i miłosnym inwalidą, ale jednak przed wejściem do naszej klasy zdążył spotkać Georgię i się zakochać. Janek zakochał się śmiertelnie w kilka lat młodszej od nas blondynce z mojego podwórka, córce polskich repatriantów ze wschodu. Pamiętam, jak pojawiła się w naszej piaskownicy, w za dużych owerolowych spodniach i dziecięce loki zdobiły teraz głowę kilkunastoletniej Georgii.
To ona zrobiła z Janka romantyka.
Janek był nadwrażliwcem dającym sobie świetnie radę ze swoją nadwrażliwością i nie wiadomo, co napędzało niesłychane przystosowanie społeczne tego wysokiego blondyna, którego czysta albinoska płeć wzbudzała dla niego przy zetknięciu z nim taryfę ulgową. Budziła obawę, że ten delikatny chłopak zaraz się złamie, że jego przeraźliwa chudość i błękitne oczy zrujnują się od najmniejszego podmuchu. W połączeniu z nabytym właśnie romantyzmem i permanentnym opowiadaniem wszystkim, czy ktoś chciał, czy nie, o swojej dworskiej miłości do Georgii w kontraście do wyznaczonego przez Felliniego ideału kobiecego piękna w naszej już pięcioletniej stadninie męskiej, stawiało Janka w rankingu u nas, dziewczyn, bardzo wysoko.

***
Opętani przez Kobietę Felliniego, nasi chłopcy nie tylko nie chcieli czytać poezji współczesnej. Nie interesował ich ani Harasymowicz, ani Jerzyna, ani nawet Ernest Bryll. Podobnie jak wtedy, gdy Marek Hłasko powiedział Arturowi Sandauerowi, że ni w ząb nie rozumie nic z poezji Mirona Białoszewskiego, nasi chłopcy nawet nie kwapili się podać ukochanej wychowawczyni jakichkolwiek powodów nielubienia, by maturę otrzymać.
Program edukacyjny wymagał opanowania przez ucznia przynajmniej jednego utworu poetyckiego na pamięć. A chłopcy permanentnie odmawiali pamięciowego przyswojenia obowiązkowej „Ody do młodości” i negowali wszelkie wysiłki polskich poetów późniejszych.
Dlatego Mańcia wpadła na szczęśliwy pomysł zorganizowania lekcji poezji śpiewanej, co w programie języka polskiego można było zakwalifikować jako zaliczenie pamięciowego przyswojenia przez ucznia wiersza.
Entuzjazmowi klasowemu nie było końca.
Klasowe zespoły muzyczne, tajne, oficjalne, te, które już nawet zarobkowały po różnych kopalnianych domach kultury nagle zdecydowały się na tej jedynej lekcji języka polskiego pokazać się i zaśpiewać swoje utwory.
Ale wszystkich jakościowo przebił Janek.

****
Gdy Janek usiadł w środku sali ze swoją gitarą, cała klasa zamarła w oczekiwaniu.
– Zaśpiewam „Georgia On My Mind” – powiedział Janek cicho, ale wszyscy usłyszeli i czekali z podziwem. Znaliśmy „Georgię” w wykonaniu Raya Charlesa.
Wolna Europa i Radio Luxemburg od dłuższego czasu prowadziło edukacyjną misję dla krajów komunistycznych, ale jakość emitowanych drogą radiową utworów była tak marna, muzyka tak zniekształcona, że właściwie Janek mógł zaśpiewać jak chciał, a i tak przyjęlibyśmy jego występ z podziwem i szacunkiem.
Dotychczas swojsko i swobodnie czujący się Janek, po wielokrotnych występach na kopalnianych, ogromnych salach muzycznych przy dużej publiczności, Janek nagle tutaj przemienił się w trzęsącą się galaretę. Jego niespodziewany atak tremy sparaliżował i nas; widzów. Stał się nagle niewiarygodny z całą tą brednią dworskiej miłości do wybranki jego duszy, do jego drugiej jak on, albinoskiej połówki, Georgii. Gorgia stała mu ością w gardle.
Sparaliżowany, z uwiązanymi do strun długimi palcami, nieruchomy, trwał w oczekiwaniu.
Zamarliśmy, wstrzymaliśmy oddech.
Janek przechodził na środku klasy kolejne męki piekielne, zmienił jak kameleon kolor. Z delikatnej białości jego cery, białych rzęs i białych włosów nagle przybrał kolor marchewkowy, a przez przeźroczystą skórę prześwitywała krew, która pulsowała także pod włosami głowy.
I nagle, ochrypłym głosem wraz z uwolnionymi już od zaczarowania dłońmi i pierwszym gitarowym akordem, Janek zaśpiewał:

Georgia, Georgia, the whole day through
Just an old sweet song
Keeps Georgia on my mind…

Ten niesłychanie trudny utwór Janek coraz swobodniej doprowadzał do końca. Gdy był już przy miejscu, gdzie sprawiedliwie stara słodka piosenka zatrzymuje Georgię w moim umyśle, a ramiona wyciągają się do mnie, oczy uśmiechają się delikatnie, nieruchomo w pokojowych snach i widzą drogę, która przyprowadzi mnie z powrotem do ciebie, wszystkie dziewczyny miały już łzy w oczach.

Końcowe – O! Georgia – zakończyło się klasową owacją.

Ray Charles – Georgia On My Mind 

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 11 komentarzy

Peter Greenaway „Nightwatching”

Ubiegłoroczne dzieło Greenawaya nawiązuje do mojego ulubionego filmu tego reżysera sprzed dwudziestu lat, „Kontraktu rysownika”, do zawartego w nim smutnego przesłania, że świat jest w rękach sił sprzecznych z posłannictwem geniusza, że geniusz przychodzi, by przegrawszy, odejść.
Przegrana jest przewrotna i pozorna, przegrana jest nieśmiertelna, geniusz przegrywa permanentnie, nieustannie emitując swój krzyk i swoją przegraną na wieki, podczas gdy ci, którzy go za życia zniszczyli, trwają jedynie jako tylko martwe, nieśmiertelne wizerunki.

W „Kontrakcie rysownika” artysta wychodzi poza swoje kompetencje umilacza dworskiego życia, ujawniając zbrodnię. Robi to mimochodem, jest kimś przeciwnym niż detektyw, który sztukę wykrywania przestępstw przyporządkowuje Prawu.
U Artysty – zazwyczaj tak artystę Greenaway przedstawia – jest inaczej, on się nie interesuje ziemskim złem, ono samo wchodzi w przestrzeń, w kadr jego postrzegania i ujawnia je wraz ze wszystkim. Właśnie ten brak wybiórczości czyni dzieło wielkim.

Bardzo trudno pogodzić się z portretowaniem przez Greenawaya tak potężnego ducha jakim był Rembrandt.
Na mój skromny smak, na moje uwielbienie Rembrandta, film jest wielkim niesprostaniem. Najprawdopodobniej spotkanie tak dużych indywidualności – reżysera – malarza Greenawaya i malarza Rembrandta po czterystu latach (film powstał w czterechsetną rocznicę urodzin malarza) uwydatnia ich nierówność na korzyść Rembrandta. A jednak nawet niesprostanie może być w wielkim stylu i trudno odmówić wielkości „Straży nocnej”.
Tytułowy obraz, sugerujący przedsięwzięciu Greenawaya taką samą jak w obrazie, teatralną intencję przedstawienia portretu zbiorowego w sytuacji społeczno – rodzinnej, jakie geniuszowi w Holandii dane było doświadczać, wchodzi w kadr w połowie filmu. To ogromne, zdecydowane płótno przy perfekcyjnej technice filmowej wygrywa jakością, promieniuje malarską materią tak mocno, że osłabia i unieważnia wszelkie wspaniałości sztabu kostiumologów i charakteryzatorów. Gdy kamera przechodzi rytmicznie z portretów na płótnie na twarze aktorów, otrzymujemy niezamierzony efekt porównawczy. I nawet nie to jest śmieszne, że aktorzy, niejednokrotnie rewelacyjni w swoim fachu stają się jakimś pokrzywieniem pierwowzoru, ale konsekwentnie rzutuje to już na wszystko, równocześnie niesłychanie pomniejszając samego Rembrandta. I Rembrandt Greenawaya jest jedynie synem młynarza, niczym więcej, jest gminnym pacykarzem, który różnorodnymi aktami płciowymi próbuje zaczarować swój fach i jeśli w efekcie rzeczywiście maluje arcydzieła, dzieje się to jedynie za przyczyną prawdy historycznej, a nie panegiryku Greenawaya.
Bardzo trudno jest nakręcić film o życiu Chrystusa, trudno też uchwycić geniusza, by nam jak anioł nie umknął.
Im bardziej twórcy chcą przybliżyć boskość do człowieka, im więcej wprowadzają swojskich elementów tzw. przaśnych żywotów poprzez wprowadzanie obsceny, słów ordynarnych, szastania się w histerycznym obłędzie aktora głównego, który jak ranione zwierzę dwoi się i troi, by żądany przez reżysera efekt uzyskać, tym bardziej uzyskują efekt przeciwny.
Tak dzieje się też z doskonałym aktorem Martinem Freemanem, fizycznie niemal sobowtórem Rembrandta van Rijna, znanego z wizerunków na niemal pozostawionych przez malarza stu autoportretach.

Recenzje sieciowe zarzucają filmowi pustkę i nudę. Zawsze jednak, jak z pańskiego stołu, spada nam, widzom jakiś okruch rembrandtowskiego geniuszu i to starcza by zanurzyć się, pogrążyć i na amen zapamiętać się w niemal półtoragodzinnym wariactwie na temat Rembrandta. Mimo wszystko postmodernistyczna swoboda i jej wieloznaczność bardziej jest strawna od koturnowych, martwych prób niemożliwych przecież sprawczych mocy, by geniusz jeszcze raz na ziemię powrócił.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Wielkanoc 2008

wielkanoc-2008.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy, widzę, więc jestem | 2 komentarze

Maryna Cwietajewa: „Z cyklu: Achmatowej” z rosyjskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

O muzo płaczu, lepsza, niż muzy inne!
O ty, szalona utrato nocy białej!
Ty czarne sprowadzasz na Ruś mgły mogilne,
I krzyki twoje przeszywają nas, jak strzały.

My się tak dręczymy na: och! – zduszenie.
Stutysięczna tobie moja przysięga. – Anna
Achmatowa – to wielkie w nazwisku westchnienie
Dla obcego otwiera się otchłań nazwania.

Możliwością z tobą nas koronowano
Deptania ziemi i niebo wspólne nam – być może!
Ten, kto twój los zmieniał w śmiertelną przemoc,
Nieśmiertelny, na śmiertelne schodzi łoże.

W śpiewnym grodzie kopułkę tlą płomienie,
I Zbawiciela wysławia ślepiec brodaty…
Mój gród dzwoneczkowy dam na pocieszenie,
Achmatowa! I serce me na dodatek.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Anna Achmatowa „Ukrzyżowanie” z rosyjskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

<<Nie opłakuj mnie matko w grobie leżącego>>

Chór aniołów rozsławił godzinę,
Rozżarzyły się niebiosa ogniem.
<<Ojcze, czemu opuszczasz, com winien!>>
Matkę prosił: << matko, nie płacz po mnie.>>

Magdalena biła się, miotała,
Kamieniało ucznia ukochanie,
Tam, gdzie Jego matka milcząc stała,
Nikt wznieść oczu na nią nie był w stanie.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

ROZANOW I

Rosja miała swojego Pascala. Był nim Paweł Florenski
Rosja miała swojego Nietzschego. Był nim Wasilij W. Rozanow.

„Historię filozofii rosyjskiej” Mikołaja Łosskiego kupiłam natychmiast po ukazaniu się w Polsce w 2000 roku, ale ten legendarny podręcznik, sczytywany chciwie przez Zachód i Amerykę w czasie marksistowskiego terroru, pod karą kazamatów zakazany u nas i w Rosji, jest pełen, jak zresztą tłumacz Henryk Paprocki wymienia, pomyłek. Nawet nie to, że Łosski przemilcza teorię Tołstoja niesprzeciwianiu się złu, ale zło inplantuje w teorię Rozanowa. Łosski pisze:

Niestety, jego osobowość w wielu punktach była patologiczna, najbardziej wyraźnie podkreśla to jego niezdrowe zainteresowanie problemami płci”.Łosski przytacza E.F. Gollerbacha, który powiedział, że Rozanow „przekształca religię w seksualny panteizm”.
Łosski pisze:

Jednak Rozanow umarł jako chrześcijanin. Przed śmiercią napełniła go radość zmartwychwstania Chrystusa. Kilkakrotnie przyjmował komunię świętą i sprawowano nad nim cerkiewny obrzęd namaszczenia chorych. Rozanow zmarł podczas sprawowania tego właśnie obrzędu.

Lew Szestow powie o nim:

Rozanow kochał Boga, kochał całym sercem i całą swoją duszą, tak jak tego żąda pierwsze przykazanie… Napadał on na chrześcijaństwo, dlatego, iż… czuł, że kocha Boga bardziej od czegokolwiek na świecie, i że «szkoda mu Boga» [słowa Dymitra Karamazowa], „szkoda Boga, którego zabiło chrześcijaństwo”.

Kiedy czytam teraz udostępnione marne szczątki myśli Rozanowa zebrane w esejach „Legenda o Wielkim Inkwizytorze F.M. Dostojewskiego”(2004, tłumaczył Chmielewski Jacek), zdumiewa krystaliczność myśli, zachwycająca klarowność i czystość.
Niemal taki sam, jak u Bierdiajewa zachwyt nad wielkością Dostojewskiego, którego słynnej kochanki Apolinarii Susłowej był przez sześć lat mężem.
W nocie o autorze czytam:

Po rewolucji 1917 roku Rozanow zamieszkał w Ławrze Troicko-Siergijewskiej pod Moskwą, gdzie w roku 1919 zmarł z głodu i wyczerpania.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 9 komentarzy

Basen

Teraz, jak przechodzę przez dziedziniec Pałacu Młodzieży wszystko wydaje się małe i ciasne. Kąty proste murków, wypustek i fasad marmuropodobnych socrealistycznych ozdóbek są już nie tak ostre.
Drzwi są jak dawniej, solidne. Art déco było i przed wojną jeszcze synonimem wypasu i pieniędzy. I tak jest tutaj, duch szczodrości, nawet, jeśli socrealistycznej, jeszcze nie wywietrzał.

Kupuję bilet za 6 zł, chłopak w okienku chętnie sprzeda cały karnet, na cały rok szkolny, mimo że jak internetowa informacja głosi, przeznaczony jest dla młodzieży uczącej się.
Wchodzę więc jak czterdzieści lat temu, w te same wnętrza ciasnej szatni dla dziewcząt, gdzie białe, nowe kafle podłogowe wesoło rozświetlają pomieszczenie.
Dziewczyny wyjmują z plecaków kosztowne kosmetyki i idą pod prysznic, a tam spadająca z góry woda przechodzi fazy pożądanych temperatur.
Z drżeniem wchodzę na niewielką salę, nie większą niż 30 metrów dłuższego boku i doznaję dziwnego efektu miniaturyzacji wszystkiego, co oglądałam wtedy.

**
Szliśmy bezładnymi parami, samo dojście do Pałacu Młodzieży z naszego liceum, gdzie teraz mieści się Seminarium Duchowne, było wielkim szkolnym urozmaiceniem.
Szliśmy, rozmawiając między sobą, ale tak mimochodem, tak trochę bez słów, tak, by nas niosło do tego basenu, który przecież był i naszą młodzieńczą wygraną. Niewiele szkół zapewniło swoim uczniom basen, tak niewiele liceów kierunków humanistycznych mogło poszczycić się dyrektorem o tytule magistra WF– u. Paradoksalnie, naszemu liceum właśnie nieartystyczny dyrektor posłużył.

Posłużył chociażby tym, że raz w tygodniu przemierzaliśmy w środku dnia ulice naszego miasta, by na kwadratowym dziedzińcu w stylu art déco, w stylu pijanego socrealistycznego cukiernika bezładnie nagle się rozproszyć i gęsiego wniknąć w dwóch trzecich w maleńką damską szatnię i w jednej trzeciej w męską.
Nie interesowało nas, dziewczyny, męska część garderoby obowiązująca na basenie, gdzie regulamin przestrzegany był ściśle, gdzie bez czepka i majtek o kolorze białym żadnego chłopca by nie wpuszczono. Najprawdopodobniej chłopcy mieli też problemy z czymś, co na etykietce nazywane było trójkątem męskim, a co mino wzmacniającego pasa w środku powodowało nieustanne wypadanie całego wnętrza majtek bokami. Ale to nie były nasze, dziewczyńskie sprawy, nam zależało tylko na tym, by prezentować się jak najlepiej. Nie było przecież dziewczyny niezakochanej śmiertelnie w tej jednej trzeciej materiału męskiego, na jednego chłopaka przypadały dwie dziewczyny i konkurencja była ogromna.
Łojotok skóry, którego nie dawało się zamaskować na pływalni pudrem, podkreślały zawsze monstrualne czepki z gumy, których kolor w czasie przemysłowej produkcji zawsze wynikał z pozamiatanych na fabrycznej sali różnobarwnych skrawków, powtórnie na cenny gumowy surowiec przerabianych.
Ale nie głowa była najważniejsza. Reszta miała być jak w obozie koncentracyjnym zuniformizowana, bo w czasach w których żyliśmy wykorzystywano każdy moment, by sprawić, byśmy stanowili kolektyw. Trudno było jednak nawet ten kolektywizm zrealizować. Danka, osoba bardziej życiowo przystosowana, kupiła mi w Sosnowcu numer trykotowego stroju mniejszy niż ten dostępny, ten w Katowicach. Oczywiście po nieudanej premierze stroju kąpielowego, który przypominał nic innego, jak zszyty w kroku robociarski podkoszulek w kolorze białym, skracało się szelki o kilkanaście centymetrów, po każdej bytności na basenie kostium przecież nowy i specjalnie kupiony, tajemniczo i niezmiennie wydłużał się.
Ale wyszłyśmy wszystkie mokre, gdyż nakaz umycia się pod prysznicem obowiązywał i stłoczone po prawej stronie wejścia, jak zmokłe kury wzniosłyśmy nieśmiało wzrok na chłopaków. Oni już jak struny, od dłuższego czasu stali po drugiej stronie w swoich trójkątach męskich, wzdłuż basenu, nie patrząc na nas, zainteresowani wyłącznie czekającym ich skokiem do wody.

***
Nie wszyscy potrafili pływać. Ale grupa skazana na brodzik zmotywowana doszlusowaniem do grupy pływających, szybko opanowała sztukę pływania.
Przykładem był Jurek, który chyba pierwszy opuścił bezpowrotnie brodzik. Natomiast Krystian jako osoba kontestująca własną kontestację, znajdowała zawsze ukojenie w przestrzeniach małych i zamkniętych. Krystian w czasie WF-u w sali gimnastycznej zawsze siedział w skrzyni, mimo, że gra np. w siatkówkę niejednokrotnie była jedyną okazją do męsko-damskich spotkań, do których często przecież dążył przy pomocy techniki dzisiaj zwanej stalkingiem. Dlatego najpewniej właśnie tę formę pływania uprawiał do końca.

Dyrektor trenował naszego kraula konsekwentnie i skutecznie. Bicie nogami piany na powierzchni wody zamazywało przezierający z wody smętny obraz damskiego ciała, który przecież na powierzchni zawsze dawał się jednak zamaskować biżuterią i czerwonymi rajstopami. Tu byłyśmy bezbronne, niejednokrotnie pozbawione nie tylko grubości białego trykotu, poprzez który wszystko przezierało. Ja pozbawiona byłam piersi, toteż przepływanie na wznak na stopień kraulem wzdłuż basenu było torturą, a bicie nogami piany, by zamaskowała mój wygląd, niewystarczające.
Dlatego – jak swój pokazowy, piątkowy przepływ odbywała Druga Danka – wszyscy zbieraliśmy się wzdłuż basenu, smętnie patrząc jak jej ogromne, samoistnie, wielkie piersi odbywają nadwodny, okazały taniec.
Wszyscy – dziewczyny i chłopaki, ci z brodzika i ci umiejący pływać, prowadzący zajęcia dyrektor – jak urzeczeni staliśmy na krawędzi basenu z wbitym wzrokiem w te drgające, żyjące już swoim osobnym życiem kule.

Myśmy nie miały nic, nasze więzienne stroje pozbawiały nas resztki powabu, jedyne przecież szanse na sfinalizowanie naszych miłości, nasz jedyny kapitał. A tu te dwie wspaniałe, pływające piersi uświadamiały nam, że nie mamy nic. Dosłownie nic.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 9 komentarzy