zaproszenie

nasza-klasa.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | 4 komentarze

Z cyklu : Wewnętrzne umieranie „ Aneksja”

Niewola słodka jest, gdy powie. Reszta aneksją, zagrabieniem.
Reszta, to tylko zwykły człowiek, który jest zżyty z swym plemieniem,
który, choć chce, choć może nie chce, to nic nie może. W odstąpieniu
jedynie szansa. Nie odstąpi. Mozolnie będzie ciął w kamieniu

martwe pomniki. Martwe cuda cywilizacji – kwiaty ulgi;
zwierzęta do prac zaprzęganych są wybawiane z męki cugli,
przyjęte jak się przyjmowało pudło pomadek w domu ojca
który zarabiał i tak dużo by strach pokonać brakiem końca

płacenia danin z smakołyków. Nie te winy! Świat choć jest ten sam –
zupełnie inny. Nie te wady! Świat mrze, by wciąż otwierać sezam
wiosny. Umierać będąc młodym, zdążywszy mościć się w wygodzie
sprytu. Ogień grzeje wspaniałość czarów w obcym ogrodzie

Podobnie ty w twym zniewoleniu drugiego, ty, co bierzesz słowa
ty, co zabierasz wnętrza z zewnątrz, centymetr każdy chcesz całować
Co w uwikłaniu widzisz rozkosz, nie w hubę drzewa nie w jemiołę!
Oto różnice. I aneksja tylko w miłości jest żywiołem.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, czytam więc jestem, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Bohdan Sláma „Szczęście” (Štěstí)

Czesi to właściwie ci, którzy jadą z nami na jednym wózku historii. Jeśli Polacy kręcą „Sztuczki”, to Czesi kręcą „Szczęście”. Ale, podczas gdy naszym nieszczęściem są sztuczki, to dla Czechów szczęściem jest sztuka.

Podobnie jak u Andrzeja Jakimowskiego akcja czeskiego filmu obyczajowego to lata przemian, kiedy jest już inaczej, ale jest jeszcze po staremu: przecież zmiany zewnętrzne to w dalszym ciągu życie tych samych ludzi, ich wybory życiowe, możliwości.

Monika Tonik i Dasza to dzieci z wielkiej płyty, z czeskiego „panelaka” osiedla przemysłowego. Wegetują w okropnym pejzażu miejscowości Most w Czechach i jeżdżą obskurną windą pomazaną przez nieutalentowanych graficiarzy.

Rzygawiczność wzrasta gdy pojawiają się dzieci (rewelacyjne cztero i trzy latki). Scena, gdy wylewają sok na dywan, a matka Dasha, odurzona tęsknotą za jakimkolwiek mężczyzną, gdyż ojciec jej dzieci to już niepamiętana przeszłość, zirytowana, szmatą go rozmazuje – rozpoczyna dramat dzieci zaniedbanych i niekochanych.
Monika to przyjaciółka Daszy z podwórka, sąsiadka z jednej klatki schodowej. Krucha, delikatna wrażliwa. To jej twórcy filmu powierzają wagę moralną i etyczną. Jest nośnikiem tej niewiedzy, tej bezradności odwiecznego pytania: czy możemy, czy wolno nam sobie zniszczyć życie, pozwolić, by nam inni zniszczyli, odebrali wolność poprzez losowe wkrocznie w nie, poprzez swoje niechlujstwo, lenistwo, hedonizm, obarczyli nas sobą? I film odpowiada jednoznacznie: tak.

To jest właśnie to ironiczne, przewrotne szczęście w tytule. Film mówi, że innego szczęścia nie ma. Nam inne na tej ziemi nie przysługuje. Tylko idąc za wewnętrznym fluidem, nakazem, imperatywem, tylko ten zew się liczy,  doznajemy ulgi i wolności.

Gdy w końcowej scenie Monika wraca po nieudanej podróży ze Stanów nękana wewnętrznym, niemal z greckiej tragedii nakazem powrotu do zakochanego w niej Tonika, jego już nie ma. Jego nadludzki, wielomiesięczny wysiłek zniszczył spychacz budowlany, on rozpuścił się bez śladu w świecie. Film kończy jej jazda pociągiem, sugestia kolejnej Odyseji Moniki, której celem już jest jedynie pogoń za utraconym, chwilowo, jak widz i bohaterowie filmu mniemają, szczęściem.

Miłość jest nieśmiertelna, dodaje film.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 2 komentarze

Z cyklu : Wewnętrzne umieranie „ Rozstanie”

Zanim pierwotne zapomniane wykrzywi się, sczeźnie na amen
nic już nie pohamuje zdarzeń, nie zmieni biegu żaden kamień
jak linie dotąd równoległe, nie skrzyżowane, bieg swój nagle
zmienią w rozwarty kąt, by zatrzeć powinowactwa i w te dale

usunąć się. Ujść i z niebytu jak było wcześniej, jak w cofnięciu
czasu nie dane wejść skąd przyszło w brzucha czeluście niemowlęciu
stawać się, rosnąć w jedną stronę. A jednak jest możliwość inna
gdy przeznaczone jest gładziutkie. Ściana, na której się nie trzyma

nic, żaden zaczep. Powój, pnącze nie znajdzie szpary. Wtedy macki
życia kierują się w tunel boczny. Staje się proletariacki
bastard. Wolność jest tylko w zgubie arystokratycznego domu
a dom był zimny i nieczuły. Był tylko gniazdem żmij. Więc pomoc

w odejściu. W tej banicji złudnej, gdzie wraca się nie tym tęsknieniem
za wartościami, których nie ma. Wybory kaźnią i wiezieniem
w pułapce wsobnej. To też głodu nie ma, jedynie inność prosta
wiodąca w inne. To śmierć piękna. Tak jak Ofelii w wodorostach.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Krystyna Siesicka „Zapałka na zakręcie”

Czytałam w klasie „Sagę rodu Forsythów”. Siedziałam w drugiej ławce i miałam ją położoną na kolanach i mogłam ją czytać bez przerwy. Czytałam więc na organizacji przedsiębiorstw, technologii, higienie, biologii, chemii, matematyce, przysposobieniu wojskowym. Czytałam ją nieprzerwanie na języku polskim.
I byłam już na kolejnym tomie, zupełnie odgrodzona, wyalienowana, nic niewiedząca. Nie zaliczyłam w domu ani jednego odcinka „Czterech pancernych i psa”, nie wiedziałam, o co w tym serialu chodzi, nie dało się na przerwie ze mną pogadać. Nie dlatego, że uwielbiałam „Sagę rodu Forsythów”. Ale idealnie oddzielała.
Bronek wprawdzie uczył mnie palić, ale ja się nie potrafiłam nauczyć. A papierosy zawsze oddzielały, tworzyły ścianę, świat tę ścianę budował z wewnętrznego odurzenia, dlatego wszyscy palili. Palili uczniowie, palili nauczyciele, palono w telewizji i palili czterej pancerni. Tylko ja nie paliłam papierosów.

I kiedy najspokojniej w świecie pogrążyłam się w bezpieczeństwie ludzi z „Sagi”, ktoś z ławki z tyłu podał mi cienką książkę, którą machinalnie wzięłam. Okazało się, że książka czytana i podawana dalej szła już przez drugi rząd dziewczyn i dotarła do naszej drugiej ławki. Była to właśnie wydana „Zapałka na zakręcie”.
Żeby nie być poza grupą, żeby nie powiedzieć, że ja takiej książki czytać nie będę, żeby wreszcie się dowiedzieć, czy aby ta zapałka to nie ksywa Zapałka obcięta na zapałkę, słowem, książkę przeczytałam.

Debiut Krystyny Siesickiej jest skonstruowany według partyjnych wytycznych i jeśli nawet nie miała autorka takiego zamiaru, wszystko, co nas otaczało, czyli to, od czego ja chciałam się literaturą piękną odgrodzić, wlazło nagle we mnie za pośrednictwem jej książki obcesowo i brutalnie.

Książka jest o miłości licealistów z których jedno – chłopak, co matury nie zdał, a drugie to dziewczyna od niego młodsza i z pewnością zda, bo jest to dziewczyna uczciwa.
Marcin też jest uczciwy, ale daje się uwieść złemu towarzystwu chłopców i dziewczyny. Chłopcy namawiają go do picia pomarańczówki, a Mariola namawia go do pożyczenia stojącego przed sklepem skutera. Natychmiast przy pierwszym okrążeniu zostaje zatrzymany przez milicję, gdyż milicja zawsze działa sprawnie i szybko. Po wyroku roku z zawieszeniem na dwa lata może kontynuować naukę w liceum i stawiać się u kuratora raz w tygodniu w poniedziałek na komendzie.
Kurator, kapitan Ligota nakreślony jest kreską prawdziwą, jest najsympatyczniejszą postacią powieści i jednoznacznie pozytywną. Jest też nośnikiem wyśmienitego materiału genetycznego. Syn Ligoty, Ligota junior chodzi ze skazanym do jednej klasy, z nim się koleguje i przyjaźni. Jak Marcin – bo tak ma na imię złodziej skutera –  zostaje wybrany na szeryfa klasy, Ligota junior milczy jak grób i nie demaskuje przyjaciela.
Ale kryminalna przeszłość nie może ujść na sucho. Wychodzi szydło z worka. Uczniowie zdemaskują Marcina na jakiejś szkolnej egzekutywie, napiętnują i odbiorą mu funkcję przewodniczącego klasy. Mada, gdyż tak na imię ma zakochana w Marcinie druga postać tego romansu, gniewa się na niego, gdyż jego funkcja szkolna jest jej miłą, jest z niej dumna i na dodatek dowiaduje się, że sam zrezygnował z drogiej jej społecznie funkcji – znaczy – nie kocha!
Akcja zapętla się coraz bardziej, gdyż Marcin, by nie utracić miłości dziewczyny zakochanej w jego społecznym wizerunku, czyli tak, jak trzeba w państwach, gdzie społeczeństwo jest przed jednostką – wszystko przed nią zataja i walczy jak lew, by w jej błękitnych oczach wypaść jak najlepiej.
Ponieważ Mada jest dziewczyną uczciwą, nie może sobie na takie matactwa pozwolić i mimo, że bezgranicznie Marcina kocha, to jednak musi odejść. Zdesperowany Marcin jedzie więc do małego domku Babci Mady – Babci Emilii, i w rozbrajająco szczerej spowiedzi wyjawia jej wszystkie świństwa związane z pożyczeniem skutera i przewiezieniem złego ducha – Marioli, przez którą doszło do tylu nieszczęść. Nie tylko zniszczył miłość do Mady swoją przeszłością, której nie wyjawił, ale zmartwił mamusię, która już była u mamy Mady i przestrzegła ją przed swoim synem kryminalistą. Na dodatek teraz jest podejrzany o kradzież następnego skutera, którego nie ukradł.
Książka kończy się dobrze. Babcia Emilia rozumie wszystko. Wybacza Marcinowi niczym kapitan milicji Ligota i wierzy, że jej wnuczka Mada zrobi to samo.

Jednak książka kończy się w zawieszeniu. Nie wiadomo, co Mada zrobiła. Przebaczyła?
Ja do dzisiaj, po czterdziestu latach, nie mogę przebaczyć autorce.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

Jason Reitman „Juno”

Przy okazji dzisiejszego wejścia na ekrany, według mnie przełomowego, jeśli chodzi o obyczajowość, nagrodzonego Oscarem za scenariusz Diablo Cody „ Juno” padają jeszcze dwa tytuły: rumuńskiego “Cztery miesiące, trzy tygodnie i dwa dni” „Palindromy” Todda Solondza.

Ponieważ wymienione filmy omawiałam na moim blogu, Juno wypada najbardziej niepokojąco właśnie przez swoją pozytywną wymowę, przez iluzję, że są na świecie proste, przejrzyste reguły unikania nieszczęść, trzeba je tylko inteligentnie poszukać.
Entuzjastyczny odbiór filmu przez amerykańską publiczność i dzisiejsze nie mniej zachwycone recenzje w GW obiecują równie dobre przyjęcie w Polsce.
A ja po zobaczeniu filmu byłam przerażona.

Fabuła jest niesłychane prosta. Nastolatka Juno nazwana tak imieniem greckiej bogini – pod wpływem tajemniczego impulsu natury podchodzi do siedzącego w fotelu szkolnego kolegi i nagle zdejmuje majtki. Najazd kamery na całujące się głowy kochanków i kawałki nagich ramion świadczą, że jednak stosunek płciowy odbył się przy zdjęciu reszty ubrań i bardziej romantycznie, niż tylko polaczenie płciowych instrumentów.
Reszta już jest chirurgicznie nieromantyczna. Nastolatka idzie do spożywczaka, gdzie testy ciążowe leżą na wierzchu jako najpotrzebniejsze przybory codziennego użytku, idzie do klopa, by na pałeczkę testu nasikać, a sprzedawca, troskliwie, bez cienia impulsu seksualnego dopytuje się jak jej to sikanie poszło.
Luz filmowy utrzymany jest do końca filmu, jest klawo, o szajs, mówi, June, kiedy kolejny test niezmiennie dowodził, że od jednego stosunku płciowego AIDS nie, ale ciążą zarazić się można.
Droga kombinowania życiowego, co recenzentka GW oceniła, jako nadzwyczajną inteligencję, przechodzi przez wariant aborcji, odrzucony chyba nie z powodów etycznych, gdyż najprawdopodobniej przed pisaniem scenariusza przyjęto zasadę, że człowiecza zygota człowiekiem nie jest. Jedyną drogą, jaką podążają wszyscy twórcy tego filmu jak i zrodzeni z ich troski bohaterowie, jest wygoda. Widz wprost nie może zrozumieć całej misternie prowadzonej akcji spotkania z rodzicami zastępczymi, po odrzuceniu wariantu usunięcia płodu, jeśli widzi niesłychany dobrobyt rodziców June, przychylność środowiska szkolnego i sąsiedzkiego do coraz bardziej widocznego jej stanu błogosławionego, naturalnego rodzenia się w niej psychicznie matki. Zdumiewające są, więc wahania skończonej biologicznie kobiety, która z własnej inicjatywy podjęła życie płciowe do rzekomej niedojrzałości posiadania dziecka. I na tę całą idyllę nakłada się niezrozumiała decyzja oddania dziecka matce niepłodnej by w końcowej scenie wrócić do infantylnego życia nastolatki i jakby nigdy nic wysiadywać na murku przed domem z gitarą.

Film jednoznacznie opowiada się za odrzuceniem dawnych przesądów, jakoby kobieta była zwykłą suką, która swoich małych będzie broniła nie, że tak uchodzi przed światem, ale z powodu wdrukowanej w nią tej zwierzęcej cechy.
Świat Juno jest już całkiem wysterylizowany z jakichkolwiek pradawnych atawizmów starego człowieka. Nowy człowiek, który sentymentalnie jeszcze coś niecoś kojarzy z pradawnych dziejów (mowa o paznokciach niemowlęcia), jest miękki, różowy i Huxley’owski. W Nowym, wspaniałym świecie inkubacja następuje wprawdzie w starym stylu, ale to już jest macica nieróżniąca się niczym od probówkowych rozwiązań, które może będą tańsze, od niepraktycznych kobiecych wnętrzności.
Zdumiewa zatem aprobujący obraz zapładniacza, bezwolnego manekina, który po wiadomości, że jest ojcem robi minę osoby, której pękła gumka u majtek lub nie wiedząca, że pękła. Jego niedawna kochanka waha się jeszcze, czy oddech powstały z mieszanki malinowych gum do żucia i jego własnego oddechu jej odpowiada, by romans, po pozbyciu się ich zespołowego płcenia, kontynuować. Ponieważ wszystko w filmie jest na tak, więc i para łączy się ponownie w aseksualnej, auczuciowej i atragicznej potrzebie, jak dwie szpilki rzucone na wodę przyciągają się na zasadach jedynie praw fizyki.

Wyrugowane jest więc totalnie wszystko, co jeszcze nam zostało z dawnych lat. Kraina łagodności, dobroci i wyborów, jak sobie radzić w razie wpadki, jest filmem przede wszystkim instruktażowym.
Do realizacji tych wszystkich pomysłów na życie wystarczy mieć tylko pieniądze.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy

Z cyklu : Wewnętrzne umieranie „Odmowa”

Nic nie zostanie. Mgłą wiosenną, wilgocią, co się łzami skropli
odwieczne będzie zamazane, a pytać będą o to mocniej
ci, którym właśnie dane było sitem przecedzać w gardle słowa
uprzejme. Chłód oschły tylko w mowie niczyjej. Chłód to odmowa

tym, co się zawsze wydawało, że zmarnowanie jest daleko
że im nie dany czas spotkania. Że tych kamieni, co nad rzeką
leżą, Virginia do kieszeni nigdy nie włoży. Że się uda
wzrokowi zbiec, że za nas tylko Chrystus się zabił, robił cuda,

byście już nigdy nie musieli nikomu popatrzyć prosto w oczy.
Skoro gwiazdami zastępczymi lepiej się w niebie kosmos toczy
jak robakami. Świętojańskie? Być może, lepsze, nawet świecą
oczami nocy. Kiedy wpatrzenie w nierealne jest podnietą,

gdy przyzwoleniem jest lubieżność, zepsutym już pragnieniem ciała,
przenosisz wzrok na inną przestrzeń, na nieskończony nieba kawał
którą abstrakcja zżera zamiast. Bezosobowa i niewinna
dana ci wiosna równie obca, nie dana ci już wiosna inna…

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Ken Loach “Polak potrzebny od zaraz” (It’s a Free World…)

Stephen King „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” obiecuje pisarzom niezły zarobek z tej profesji, jeśli jego rad posłuchają. Wymienia w pierwszym rzędzie książki opowiadające o pracy gwarantującej wielkie powodzenie wśród czytającej publiczności.
W kinie robi to doskonale Loach nigdy nie popadając w pułapkę realizmu, mimo, że większość scen nosi cechy dokumentu.

Akcja filmu rozpoczyna się w Katowicach (doskonały casting), gdzie współczesne niewolnictwo rozpisane jest na role ludzi naszej cywilizacji.
Wszystko rozjaśnia żywa blondynka, grzeczna, uśmiechająca się, tonizująca niewidzialne łańcuchy. To ona, Angie, jest bohaterką filmu, na niej spoczywa całe filmowe opowiadanie. Jest w nim oprawcą i ofiarą. Jest w niej pozytywna walka o swoje życie i dobrobyt rodziny, jest też wielka autodestrukcja w amoralnym łamaniu odwiecznych praw międzyludzkich.

Scena, gdy wybiera z komórki robotników dla siebie i współwłaścicielki firmy rozdzielających mężczyzn z całego świata do angielskich przedsiebiorstw budowlanych, unaocznia nam, dwudziestopierwszowiekowym ludziom, gdzie ewoluowaliśmy w obyczajowych przemianach.
Jednak to jest złudne. Nie ma ewolucji. Być może feministyczny wątek lewicującego reżysera o zamianie płci w inicjowaniu zaspokajania płciowego daje pozór jakieś naszej dziejowej przewagi. Nic podobnego. Żerowanie na nędzy, na nieszczęściu, traktowanie po bydlęcemu rzesz ludzkich nadających się do pracy, do przynoszenia zysków, to nic nowego. Współczesne niewolnictwo, nie tak spektakularne, gdyż służące już do obsługi maszyn, a nie za robocze zwierzęta, ma twarz wielonarodowościową wygrywającą swoje przewagi w przemianach politycznych świata. Moralny ton filmu skierowany jest więc do postkolonialnej Anglii.

– Dajesz im szansę? A co z ich państwami? Nauczyciele, pielęgniarki, lekarze. Przyjeżdżają tutaj, pracują, jako kelnerzy za marne pieniądze. Co jest w tym dobrego? – pyta ojciec Angie.

To nie jest tak, że Angie pracując, zarobkując na koordynacji napływającej zarobkowej emigracji, ulega jakiemuś wzrostowi wewnętrznemu, a odsłaniająca się nieetyczność w niemal każdym ogniwie jej pracy ją degraduje, bądź uwzniośla.
Świat Kena Loacha jest splątany, też nie oznacza to, że to splątanie jest jakimś usprawiedliwieniem dla wszystkich skazanych desperacko na te aspekty życia: Angie też jest życiowo skrzywdzona. To samotna matka syna próbująca ustawić się i mieć już możliwość dobrej pracy do końca życia, by nikt jej z pracy nie mógł wyrzucić. Nie interesuje ją praca w żłobku, chce zarabiać godne pieniądze. Emigranci z Polski, Ukrainy, dysydent z Iranu, (Jestem z rodziny sprzedawców książek.
Podczas powrotu Szacha mój ojciec został aresztowany za autorską publiczną krytykę i wspieranie Mossadegh, naszego premiera. Wybranego. Mahmoud został aresztowany zbity jakieś lata temu, znowu, za sprzedaż złego typu książek. Więc uciekliśmy z kraju i przyjechaliśmy tu. Żądaliśmy azylu, ale zostaliśmy odrzuceni. I poprosili nas o opuszczenie kraju. Więc mieliśmy straszny wybór do podjęcia. Albo wracać do Iranu gdzie wsadziliby go do więzienia albo po prostu ukrywać się z rodziną i czekać na konsekwencje, którego politycznego aspektu sprzedaży nielegalnych książek w jego ojczyźnie nie uznano)
– wszyscy próbują zarobić na życie, na pozostawione w ojczyznach rodziny, bądź przywiezione ze sobą do Wielkiej Brytanii.

Reżyser ilustruje bardziej stronę administracyjną przedsięwzięcia niż trud pracy fizycznej robotników, podany jedynie w formie efektu, czyli plików banknotów posegregowanych w plastikowych woreczkach.
Plików, rzadko trafiających do tych, którzy je wypracowali.

Jest to też piękny film o wolności. Właśnie o tym typie filozoficznej, ontologicznej wolności, którą dają pieniądze.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 4 komentarze