“Na wyspie”

Zaszufladkowano do kategorii Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Konkursy II (Port Wrocław 2008 konkurs „Nakręć wiersz”) odcinek 3

***

Nagle zrobiło się tak późno, tak trudno i męcząco.
Stąpając po szarym dywanie teatru w którym się wszystko rozluźniało obserwowałam, jak pęk bagietek przy wejściu materializujący wizje autora oprawy plastycznej – największej imprezy poetyckiej w Polsce „Port Wrocław”-  znikał.
I gdy pozostały tylko dwie bułki, poszłam sprawdzić, czy tam na górze w części oddzielonej od reszty, bok wejścia do jaskółki jest jeszcze to ekskluzywne jedzenie przykryte kloszami dla utrzymania gorąca i czy ta panienka w nieskazitelnym białym fartuszku podaje spóźnionym poetom, niczym troskliwa mama, spóźniony obiad.
Tak, Tak!
Siedział tam, za białym obrusem jeden z ważniejszych awatarów Nieszuflady i wcinał wcale nie wirtualne, ale najbardziej realne mięsne danie z kartoflami przeglądając równocześnie tomik poezji i popijał kompotem.

I wtedy, gdy niebo rozświetliły kule sztucznych ogni, a poetycki Wrocław gotował się już do nadchodzącej poetyckiej eskalacji ekscytacji, wtedy już wiedziałam, że trzeba pomyśleć nie wirtualnie, ale jak najbardziej realnie o ucieczce.
Trzeba tylko doczekać i zobaczyć tego, kto znał Georges’a Pereca w tych samych latach, gdy ja nie zobaczyłam we Wrocławiu Rafała Wojaczka.

Więc czekając już w tej jaskółce na najwyższym piętrze, gdzie osoby czytające, widoczne z lotu ptaka jak mrówki, niczym Jan Paweł II w tłumie wiernych objawiali ogromne twarze na ekranach czytaniem spolszczenia tego, kto znał Pereca, wraz z nimi wsłuchiwałam się z uwagą i namaszczeniem w ten czytany masturbacyjny katalog.
Przypominał rabelaisowską metodę wyliczanki, czym to najlepiej się podcierać, pamiętam, że w rankingu Pantagruela żywy kot zajmował wysokie miejsce w hierarchii przyjemności kończących defekację.
Wyliczanka Harry Mathewsa ciągnęła się niemiłosiernie, polscy tłumacze wymieniali okoliczności i przyrządy ze śmiertelną powagą wyraźnie wymawiając słowa.
W momencie gdy Andrzej Sosnowski dotarł do wiersza w którym onanizmu dokonywano przy pomocy ogórka kiszonego, moja decyzja o ucieczce zapadła nieodwracalnie.

****
Mimo zbliżającej się północy pociąg przemyski był przepełniony, ale zaspany przedział rozsuną swoje wnętrze i rzuconych byle jak pasażerów poukładał tak, bym mogła usiąść, a wesoły głos pięknego młodzieńca nawet zdawał się mówić, że moje przyjście jest tam oczekiwane.
– Ależ, tak, ależ proszę, ależ wolne!
Zdziwiona tak miłym powitaniem, gdyż był to jedyny od kilku dni, oprócz podarunku Mirki Szychowiak ze swjego tomiku wierszy, ludzki gest w moim kierunku, że skwapliwie usiadłam naprzeciw niego.

Nie miał trzydziestu lat, ubrany w białą bawełnianą bluzę i niebieskie dżinsy, drzemiąc w pozycji pół leżącej zdawał się zjawiskiem ze świata najczystszej poezji, a równoczesne postacią jak najbardziej realną.
Wszystko w jego rysach twarzy było zdecydowane, harmonijne, a wesołe oczy, które co jakiś czas otwierał, świadczyły o żywości serca i duszy.

Zaraz za mną wszedł wysoki żołnierz, jak się potem okazało, z przesiadki z Koszalina, przywitany przez chłopaka równie ciepło.
– To jak, z Koszalina? I do Przemyśla? – zagadnął żołnierza chłopak.
– Wie pan, do dziewczyny jadę…
– Jaki pan, jaki pan? Alek jestem!
Żołnierz wyraźnie się ucieszył. Jedynym jego bagażem była zgrzewka sześciu puszek z piwem, którą gwałtownym ruchem rozerwał.
Był wysoki, tyczkowaty, żylasty. Mała główka ma długiej szyi ogolona dokumentnie tak, że sprawiała wrażenie absolutnej łysiny opadała smutno bezwładnie.
Obok wysokich, skórzanych butów i wpuszczonych w nie spodni w panterkę stała batalia piwa owinięta przedartą mleczną folią, a on wyszarpywał z niej puszki.
– Masz! – zwrócił się do chłopaka, ale on, jakiś spłoszony i nagle onieśmielony, grzecznie odmówił. Siedzący naprzeciw mężczyzna też odmówił i żołnierzowi zrobiło się jeszcze smutniej.
– Będę pił – powiedział melancholijnie  żołnierz.
– Ale będzie mi bardzo smutno pić samemu – dokończył.
Alek i mężczyzna nie dali się więc prosić i skwapliwie wyciągnęli ręce. Mężczyzna poczuwając się do obowiązku rozmowy za poczęstunek, zagaił:
– To już koniec, czy przepustka?
Żołnierz wyjaśnił. W miarę picia trzej dyskutanci ożywiali się bardzo i mężczyzna zdawał się więcej wiedzieć o dzisiejszym wojsku niż żołnierz, a najmniej wiedział o nim chłopak.
– Jest taki problem w polskiej armii, zupełnie inaczej jest w armii amerykańskiej. Jeśli rozkaz jest niezgodny z prawem, np. strzelanie do dziecka, to niewykonanie jest przestępstwem, natomiast w armii amerykańskiej nie – tłumaczył żołnierz.

W miarę opróżniania piw i wojskowej rozmowy, która nagle zatoczyła kręgi tematycznie szersze o tegoroczne, ostatnie już pobory, gdzie zadecyduje tylko wola polskiego chłopaka czy do wojska chce być powołany, nagle w tematach organizacji paramilitarnych i wojny w Iraku, żołnierz łkając przerwał:
– Co mi tam ONZ, co mi tam kurwa wszystkie ustawy, wobec tego, że moja dziewczyna pieprzy się z moim przyjacielem i podobno jest w ciąży?
Mężczyzna i chłopak nagle zamilkli i w przedziale zapadła śmiertelna cisza. Dziewczyna obok starająca się drzemać, nakryta kordonkową chustką, poruszyła się niespokojnie.
– Kurwa, co ja mam zrobić? Jadę do niej spotkać się, wyjaśnić, ale co ja mam zrobić, kurwa? Przecież jej nie zajebię, jego też nie, to mój przyjaciel kurwa. Nie chce mi się żyć!
– Nie dziwię ci się… powiedział współczująco Alek.

Wszyscy pogrążyli się w półśnie. Wyciągnęłam tomik poezji Mirki Szychowiak i przy mijających światłach stacji, na których pospieszny się nie zatrzymuje, chwytałam widoczne przez moment wersy wierszy.
Naga głowa żołnierza, osadzona na długiej szyi wciśniętej w kołnierz wojskowej, wyprasowanej, oliwkowej koszuli, gdzie skórzany szeroki pas odgradzał ją od spodni w panterkę, zwisała coraz niżej, a jego letarg rozluźnił mięśnie tak, że podrygiwała w takt jazdy pociągiem jak smętnie zwisający, ogromny męski członek.

Nagle dźwięk sms-a wytrącił go z zamroczenia i usztywnił. W ciemności przedziału mała komórka zabłysła, a on nerwowo naciskał klawisze.
– Przeczytaj – trącił śpiącego Alka, a ten posłusznie wziął komórkę do ręki:

>Nie spotkam się z Tobą. Sandra<

Przeczytał wolno i niepewnie oddał komórkę żołnierzowi. On odebrał ją niezdarnie i opuścił na ziemię. Rozprysła się na rożne części i zgasła.
Żołnierz wyszedł z przedziału zapalić, potem wrócił i uspokojony, zagadnął do mnie.
– A pani taka jakaś niespokojna!
– Tak, bo zaraz wysiadam. Zbliża się moja stacja.
Włożyłam tomik poezji do torebki.
– Dobranoc, powodzenia!
Odpowiedzieli grzecznie. Alek odprowadził mnie wzrokiem.

Na rozświetlonym peronie stał już mój mąż, a na zegarze dworcowym zbliżała się druga w nocy.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Konkursy II (Port Wrocław 2008 konkurs „Nakręć wiersz”) odcinek 2

**

Tak było wtenczas, gdy nakłaniano nas do wszelkich deformacji malowanych modelek, a myśmy śmiali się: co by było, gdyby te wszystkie zdeformowane ciała ożyły i nagle na płótnach i powstały i ruszyły na nas?
Tak wspominałam, stojąc na Placu Polskim, gdzie sznureczek studentów z ogromnymi, nowoczesnymi teczkami na rysunki przewieszonymi przez ramię, wchodził do budynku, który opuściłam trzydzieści dwa lata temu.

Opuszczając przepięknie kwitnący Ostrów Tumski i wracając na zajęcia warsztatów „Nakręć wiersz” do namiotu, wchodziłam w świat, gdzie internetowe awatary z Nieszuflady zmaterializowały się nagle i najechały na mnie z całą bezwzględnością.

Mirka Szychowiak, którą rozpoznałam natychmiast, organizatorkę dorocznych spotkań nieszufladzian w Księżycach, właśnie wychodziła z klopa, gdy ja już stałam przy umywalce i od słowa do słowa, nagle trzymałam w ręce jej tomik poezji „Człap story” z piękną dla mnie dedykacją.

Nie inaczej doszło do face in face w ponowionej potrzebie oddawania moczu, spotkałam bowiem założycielkę portalu Nieszuflada Jolę Grosz, z którą dane mi było w oczekiwaniu na zwolnienie dwóch zajętych oczek zamienić kilka zdań, a nawet usłyszeć, że głos z telefonu komórkowego, który zazwyczaj odzywa się w momentach intymnych naszego życia, wołał ją gdzieś na kolejne spotkanie poetyckie, a ona zaszczebiotała prośbę o zajęcie miejsca żegnając się po francusku.

Nim zamilkło merci mon chéri, już na korytarzu niski głos zbliżającego się poety z młodziutką poetką i zawołał:
– witaj Marzena!
Tym razem nie był to awatar z Nieszuflady, natomiast najprawdopodobniej ja się nim nagle uwidoczniłam, gdyż nie sposób było wyjaśnić, że nie jestem ani Marzeną z Nieszuflady, ani Marzeną Bursztą, nie jestem poetką, ale malarką Ewą.
– Aleksander Rozenfeld – przedstawił się mężczyzna i w dalszym ciągu upierał się, że zna nie tylko poetki, ale i malarki o tym imieniu i nawet te ze Śląska. Dla potwierdzenia wymienił dwa dobrze mi znane nazwiska śląskich plastyków, którzy są jego przyjaciółmi, a ja też ich znałam i wiedziałam, że moimi są wręcz przeciwnie.

Już na drugi dzień atak awatarów nieszufladowych stawał się coraz intensywniejszy. Pokrywali równo wszystkie stoliki, ławki fotele, miejsca podłogowe szarej wykładziny teatru tuż przy szatni i nie tylko. Pokrywali galerie, pięli się po schodach, przenikali wszystkie zakamarki pięknego gmachu teatralnego gdzie w szczelinach i załomkach ścian skrywali się, by móc telefonować. Telefonowali wszyscy, wszyscy chodzili ze słuchawkami przy uszach, ciągle odbywając rozmowy na osobności i dyskusje płynne i dające jakikolwiek dialog był możliwy jedynie w dyskusjach panelowych, gdzie trwała mikrofonowa rywalizacja, a słabsze jednostki (Karol Miklaszewski) do głosu dopuszczone nie zostawały.
Wszystkich ich znałam z portalu Nieszuflady, z ich wypowiedzi, dyskusji, z kojarzeń ze zdjęciami witryny Gil Gillinga i jako nie fanka, nie przyjaciółka, nie kumpela i nie awatar, byłam otulona tymi osobowościami i byłam teraz w ich Second Life, nie będąc ich residents, gdzie niczego sobie życzyć nie mogłam, jedynie ucieczki.

I kiedy po niespodziewanej projekcji mojego konkursowego filmu, którego reprezentantką byłam, który syn nakręcił tylko dla mnie, by mój wiersz zaistniał publicznie, a drugi syn zagrał w tle na skrzypcach, by uświetnić pracę brata, a żona mojego syna przeczytała wiersz z offu, by mi udowodnić, że lepiej zna polski niż ja angielski, i kiedy to wszystko, co jedynie moi najbliżsi mi za życia dali mi za darmo, ja miałam teraz zaprzepaścić ucieczką z Kina Więzienia.
Spytałam więc głównego jurora, który przez kolejne dni tylko wmawiał nam, że daje coś za darmo, czy mam uciekać, czy mam dotrwać do końca i wypić ten kielich goryczy ostatniego odrzucenia?
A on nie odpowiedział.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | 2 komentarze

Konkursy II (Port Wrocław 2008 konkurs „Nakręć wiersz”) odcinek 1

*

Namiot okazał się nie cyrkowym, a piwnym i świętość miejsca, zwanego Teatrem Polskim, z pięknym lustrzano niklowanym wystrojem profanował zapewne już od dłuższego czasu.
Wykwintny pub z miękkimi kanapami, przytulną ladą, nad którą wisiały kieliszki do góry dnem obrócone, odpowiednie do każdego z rodzajów luksusowych trunków stojących na półkach, a które blond młodzieniec o dużych błękitnych oczach serwował, należał jeszcze do terytorium teatru. Ale łączył się już ustawionymi stolikami na zewnątrz z tuż postawionym namiotem.
Namiot był najprawdopodobniej inicjatywą reklamową producentów piwa, oznaczony ich logiem i typowym standardowym wystrojem wszystkiego, co się z tzw. kulturą picia piwa łączy. A więc głównie kiełbasiany girl, wytwarzający tumany dymu, wlatującego wprost do nosów subtelnych poetów i poetek, które tłumnie, jak do Arki Noego wsączali się miarowo o oznaczonych porach spędów uczestników konkursu „Nakręć wiersz”.

Trzymająca w dłoniach papierowe kubki, w które za 4 zł wlano moczopędny płyn zwany piwem, wiara namiotowa stanowiła mozaikę różnorakich form kulturowych – od zakapturzonych długowłosych, po wygolonych punków, luzaków Hip-Hopu, po fioki i staruszki, chłopaków i ramoli, ludzi zniszczonych i udających niezniszczenie.
W tym wszystkim błyszczał jak odświeżająca i uszlachetniająca gwiazda pierścień na palcu Jacka Dehnela, który w nienagannym, szarym garniturze, czarnych skarpetkach i dzierżąc w dłoniach laseczkę, udawał, że nie siedzi w tym wysmakowanym stroju na ordynarnej, drewnianej ławie przeznaczonej nie dla dziedziców, a dla gminu.

Dla symetrii powieszono nad głowami jurorów, wtłoczonych w specjalnie dla nich wyniesione z teatru niklowane fotele ekran celowo przekazujący znikome szczątki wideoklipów, gdyż buchający w samo południe słoneczny żar walił bezwzględnie na półprzeźroczystą folię od zewnątrz.

Ale to jednak nam, osiemdziesięciu twórcom dostało się najbardziej za niechlujstwo i złe potraktowanie jurorów, którzy w zawoalowany, acz grzeczny sposób sygnalizowali, że ich estetyczno – mentalna cierpliwość była przy oglądaniu tych wytworów na wykończeniu.
Faktycznie, podane na prędze po trzy przykłady każdego z czterech jurorów świadczyły o tzw. bełkocie twórczym i bylejakości, ale jak jurorzy donosili, mimo wszystko, są to prace ciekawe.
Prawdziwe manto jurorzy sprawili tłumowi, który karnie stawił się na nieobowiązkowe, a nawet bezpłatne spotkanie, niewiadomo dlaczego nazwane warsztatami, gdzie każdy z jurorów dysponując 45 minutami, perswadował, co zrobiliśmy źle.

Dariusz Foks miał pretensje do wszystkich zgromadzonych autorów, że wybrali do nakręcenia wiersze swoje, a nie poetów, którzy poetami naprawdę są.
Nie wskazał wprawdzie na poetów urzędujących w Biurze Literackim, którzy niektórych, na przykład mnie, odstręczają już samą administracyjną, zaprzeczającą spontaniczności poezji, nazwą.
Ale wyciągnął tomik poezji jakiegoś poety sprzedawanego wraz z pismem literackim „Red” i przeczytał kilka wierszy, które właśnie na wideoklip się nadają.
Tak zawstydziwszy tych, co ośmielili się wyartykułować własne, a nie cudze potrzeby twórcze, posunął się do podania nam rewelacyjnego pomysłu, który teraz za darmo nam sprzedaje.
Otóż za niedługo (nam nie przysługiwało prawo do bezpłatnego wejścia na galę “Silesiusa”) odbędzie się uświetnianie Tadeusza Różewicza ogromną, kosztowną nagrodą. Radził nam Dariusz Foks udanie się z kamerą i za darmo pozyskanie epizodów z ceremonii wręczania, czym możemy za rok w czasie następnego konkursu jurorom zaimponować.

Reżyser Janusz Kondratiuk, poprzedzony tasiemcowym anonsem jego artystycznych sukcesów zawodowych, na wstępie oświadczył, że wyjawi nam za darmo, jakie są zasady kręcenia klipów dobrze: -„trzeba sobie uświadomić, że żadne zasady nie istnieją.”
Banały, jakie otrzymaliśmy potem odnośnie pracy twórczej były może pożądane dla małolatów, którzy zgłosili do konkursu filmy aparatem komórkowym, ale dla oszczędności tego tekstu je tutaj pominę. Dodam tylko, że reżyser Janusz Kondratiuk domagał się też od naszych klipów (w nawiasie zastrzegł, że zaręcza, że to towar mocno przereklamowany) ostrego seksu, bo jak powiedział, narracja idzie, idzie i w pewnym momencie się zatrzymuje. A musi iść na całość!
Oczywiście, nie namawia do pornografii, ale jeśli erotyka, to trzeba powiedzieć wszystko.

W tym kontekście dziwnie zabrzmiały słowa Jarosław Szody, równie uhonorowanego długą listą sukcesów przez filmowy przemysł domagające się w przyszłym roku twórczości dziecięcej, co natychmiast zilustrował pokazaniem potwornego filmiku o żabie wyprodukowanego przez ośmioletniego chłopca.

Ogromny mężczyzna w dredach, Mariusz Wilczyński, podobno twórca oprawy plastycznej telewizyjnej TVP KULTURA, preferował ludowe wycinanki i wszelkie kolaże.

Słowem, jurorzy wraz z konferansjerem tylko tak widzieli laureata przyszłorocznego konkursu, który po poprowadzonych tak warsztatach da plon stukrotny filmów. Jeśli już dzisiaj rozpoczniemy tworzyć, to roczna nad nimi cyzelerka da pożądany efekt.

Niestety jurorzy palcem nie kiwnęli, by się do jurorowania przygotować.
Nie tylko nie znali nazwisk twórców ani nazw zespołów, lekceważąco mówili numerami ciągle je myląc. Wątpliwe jest, czy 80 filmów – po trzy minuty każdy, co przecież daje w sumie raptem 4 godziny – zobaczyli. Prezentując w drugi dzień pokazu mój film, Jarosław Szoda dziwił się publicznie, że tam jakieś te same nazwiska, jakaś to może rodzina, ale on oczywiście nie wie, kto to jest, mimo, że wszystko w formularzu zgłoszeniowym trzeba było podać. A przecież prezentując jedynie dwa filmu w dniu, nie wiadomo do końca, czy jako przykłady pozytywne, czy negatywne, można było wszystko o autorach przeczytać i takiej pogardy nie pokazywać w kontekście nawet i tego, że musieliśmy się dowiedzieć, że ten, co anonsuje, co czyta, co prowadzi wszystko, ten konferansjer, ani nie filmowiec, ani poeta, to nikt inny, tylko pracownik „Krytyki Politycznej” przy wydawaniu książek Slavoja Žižka i znawca Lacana.

Spirala chwalenia rozkręcała się na całego za rogiem namiotu. Pysznili się tam galernicy polskiej poezji w zgranym, mafijnym zespole internetowego portalu Nieszuflady.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | 23 komentarze

Z cyklu wewnętrzne umieranie: „Rugowanie”

Tam gdzie w przypływach i połowach wyłuskać z dna esencji resztkę
chcą polowaniem w czas godowy, by gody zmienić. Wstawić kreskę
zamiast przecinka, gdzie już wartość zmierza do nikąd. Blisko zera.
Łokciem przesunąć mimowolnie; w to miejsce dać znane z pokera

marne atuty i nieważne. Nikt nie odsłoni kart o brzasku!
Nikt nie ośmieli pomazańcom sprawdzać intencji. I oklasków
zakwestionować. Nikt już nie ma powodów ściągać bóstw z ołtarzy.
I kiedy przyjdzie Jezus Chrystus poznacie go po chodzie, twarzy,

po ruchu oka, po rąk drżeniu, po głosie, co milczeniem głosi
sprzeciw. I do biesiady w Kanie nikt go już nigdy nie zaprosi
gdyż zamiast nieba są wpatrzeni w te ognie sztuczne nocnej gali!
I po tym, że jak rzeka płynie, nikt ich z topieli nie ocali…

I tylko stąpać będzie cicho w kwietniowy czas starego miasta
geniusz intencji wyzwolony z miazmatu woli. I narastać
jak Ostrów Tumski w barwnej masie kwiatów i drzew, przez wiek i z wiekiem
będzie ocalał, chwalił, kochał. A reszta spłynie z Odry ściekiem.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Konkursy I

Nigdy nie lubiłam żadnych konkursów, teleturniejów, szlachetnych zmagań się ze sobą osobników gatunku ludzkiego dążącego do jego wyszlachetnienia. Nie lubiłam sportu, także i wyścigów z użyciem zwierząt zmuszonych do podobnej gatunkowej deformacji. Żadnych olimpiad, nawet chińskich, nawet radzieckich. Nie lubiłam rywalizacji w religijnych turniejach i potyczkach słownych, gdzie wyłaniano tego, kto najlepiej wysławia Jana Pawła II, ale i też kto najlepiej zrozumie cnoty ludzkie. Nigdy nie wierzyłam, że selekcja pozytywna, którą konkursy powodują w masie ludzkiej wyłonią kiedykolwiek gatunkowego alfę.
Ale wtedy, dwadzieścia lat temu, w mrokach stanu wojennego przeczytany w TP anons: „konkurs pierwszej edycji poezji religijnej” na bardzo korzystnych warunkach organizacyjnych. Kosztem trzydniowego pobytu poetów z pierwszej selekcji wyłaniającej grupę przeznaczoną do fetowania laureatów finalnych, wrocławscy kapucyni obciążyli swoich parafian. Obowiązek nocowania i karmienia poetów z całej Polski spadł więc na zupełnie niezainteresowaną poezją grupę szlachetnych wrocławian.
Nadesłałam więc kilogram poezji religijnej, którą pisałam zawsze w nadmiernych ilościach, gdyż moja poezja zawsze była i jest religijna, i zjechałam tam, wyłoniona z trzystu autorów zestawów wierszy.

Jako jedna z czterdziestu kandydatów na kandydata uświęcania kandydatów na uświęcenie, zostałam przydzielona do rodziny na Krzykach, gdzie egzystencjalny krzyk był niemy, ale wyraźny.
Moje wychodzenie do salek przykościelnych, gdzie wspólna celebracja z motywem przewodnim jakiegoś wersetu z Romana Brandstaettera,  niechybnie wyznaczała tropy do nagrodzenia kilku kleryków i absolwentów papieskiej teologii, dwutorowo biegło z życiem parafian, u których byłam zakwaterowana. W rodzinie w której mieszkałam los nakazywał inne priorytety: jej wyznaczała obowiązki nawiedzeń cmentarza, a głowie rodziny, wyzutej z zawodu i aspiracji, wyklejanie w maleńkim pokoiku mozaiki ze skrawków różnobarwnych futer i skór zwierząt. Kiedy w rozmowie, pełna podziwu dla jego artystycznych uzdolnień dowiedziałam się, że i siostra głowy rodziny wykonuje cuda z farbowanych pończoch, a nawet zostałam motylami tak spreparowanymi obdarowana, wszystko, co działo się na terenie pięknego kościoła i w gorących dyskusjach poetyckiej wrocławskiej jesieni miałam już za nic.

Więc dzisiaj, kiedy jadę znowu do Wrocławia w to kierkegaardowskie powtórzenie – kiedy wyłoniona ze stu kandydatów mam fetować tym razem z osiemdziesięcioma podobnymi mi ofiarami wyłonienia jakiegoś mglistego materiału poetyckiego pretendującego do nagrody, na którą pieniądze da się pewnie uzbierać dzięki sumom pozostawionym przez uczestników w okolicznych pubach, hotelach, domach rozpusty i przy zakupach alkoholu, papierosów i tomików wierszy – moje powtórzenie będzie pozbawione doświadczenia krzyku.

Bowiem dzisiejsza poezja krzyku nie potrzebuje, by się kręcić sama.
Organizatorzy przewidują dla swoich gości trzydniowy amok bez noclegów, licząc na permanentną zabawę w ogromnym namiocie.
Wiek dwudziesty pierwszy to widać już nie medytacja, a cyrkowa ekwilibrystyka, dla której w tym celu postawiono we Wrocławiu ów namiot.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Emil Zegadłowicz „Zmory”

 Kto pamięta tego wysokiego, szczupłego chłopaka, który czytał nam na przerwie „Zmory” Zegadłowicza?

W szkole kazano nam ciągle czytać i czytać, ale nikt nie czytał i tę przerwę przedłużającą się jak zwykle, kiedy nauczyciele się spóźniali i napawała nadzieją, że lekcja minie, że zapomniano o nas na amen, że nam się uda, zagospodarowywał właśnie ten chłopak.

Wtedy w pierwszej, a może już drugiej klasie, wysoki szatyn, którego już nie pamiętam z imienia a tym bardziej z nazwiska, który miał i tak przechlapane, który nie uczył się programowo, z zasady omijał wszystko co nie dotyczyło malarstwa, usiadł na stołku tam gdzie zazwyczaj pozował któryś z uczniów do rysunku.
I czytał na głos.

Gdyby nie pikantne fragmenty Zegadłowicza, pewnie nikt by go nie słuchał, gdyż wielu przecież próbowało zainteresować klasę, co wcale nie było łatwe.
Byliśmy mimo wszystko wyrafinowani i w piekielnej nudzie szkolnego dnia, wyrwanie nas z rutynowego marazmu łatwe nie było.
Może to było na organizacji przedsiębiorstw? Ale nie, ten niezbędny naszej edukacji przedmiot nie obowiązywał od samego początku.
Może na chemii? Nie, Profesor nie spóźniał się nigdy, prowadził lekcję z sadystyczną, pruską konsekwencją i nigdy by z przyjemności znęcania się nad nami nie uronił ani minuty.

To właśnie ten chłopak, ten wysoki szatyn, przechwalał się, że jak wyrzucą go ze szkoły, to pójdzie do Kenara, tam z chemii wystarczyło do matury znać tylko H2O i na tej wodzie można było ujechać do końca.

Więc nie wiem na jakiej to było lekcji, najprawdopodobniej na wszystkich lekcjach – jakie wtedy w tym czasie, zanim go wyrzucili, zanim szkoła pozbyła się już wszystkich, by do matury dotrwały same osobowości zniszczone i pozbawione charakteru, i zanim, jak się odgrażał, odejdzie w świat szkolny lepszy od naszego, na wszystkich okienkach, które wspaniałomyślnie zagospodarowywał – czytał na głos tę samowolną lekturę.

Trudno odbierać dzisiaj „Zmory” w kategorii skandalu, chociaż zawsze wydaje się, że obyczajowość była taka sama, odwiecznie podskórna i dwutorowa i tylko wychylenie się spoza tej powierzchni jest zabiegiem bolesnym.

Ale wtedy wprowadzenie w rzeczywistość klasową fragmentów „Zmór” Zegadłowicza dawało posmak wolności wtajemniczonych w skatalogowanie i ujarzmienie zmór, jak pisarz określił tym słowem wszystko to złe, co się mu w czas dorastania wydarzyło:

„(…) kocham —
Wzięła go pod rękę i przytuliła się do niego ciałem czujnym i topliwym.
Wstrząsnął nim dreszcz; napełniła go zbudzona od wnętrza żądza — z zewnątrz poczuł nagły żar, jakby zalew ukropu —
Prowadziła go na środek rynku ku kępie drzew kasztanowych, nakrywających szeroko ocembrowaną studnię.
Mroczno tu było; prawie ciemno.
Po czarnej, szeleszczącej wodzie pływały krążki światła opadłego z niedowartych liści —
Szepnęła —:
— tutaj —
Stanęła przed nim, zarzuciła mu rękę na szyję i podała mu usta najsłodsze. Dłonie jego dotknęły piersi i otoczyły je pieczołowicie i mocno.
Odpowiedz
Miłosny, wabiący szept z głębi krtani, niski — :
— chodź! —
— moja —
— nie mów
kochaj! —
Wiewem raczej niż dostrzegalnym ruchem odrzuciła koszulę i pantofle — stała przed nim naga i bystra jak zjawiona z ziemi nimfa źródlana, leśna dziwożona —
— wiosną pachną kasztany jak twe ciało — daj mi je — Dopomogła mu rozebrać się szybko i składnie —
— wszystko, wszystko — byś był nagi jak ja — tak, tak — i trzewiki — gołą stopą trzeba byś dotknął ziemi —
Oparta o ocembrowanie — trzymając go poniżej łokci -— powoli przechylała się w tył —
— piękna jest twoja młoda męskość — twarda jak stal — wbijesz ją w ciało moje — głęboko — pod serce —
Dotknęła chłodnymi palcami — Poczęła drżeć —
Pociągała go coraz mocniej — sama już leżała na szerokim murze ocembrowania —
— masz — masz
daj! —
Nakrył ją sobą. Zanurzył się w gorącą tajemnicę rozchylonych ud —
Oczy jej zaszły mgłą— szeptała z uśmiechem —:
— utopieni w nocy, w świetle księżyca, w miłości — Krótkie było spięcie młodych ciał; — równocześnie przejęła
ich rozkosz płomienna — usta podały ustom tajemniczą wieść — jęk — stłumiony krzyk —
Cisza —
Otoczyła go mocno ramionami i nogami — wsysała go we wrzące, rozdrgane wnętrzności — (…)”

(fragment z nieocenzurowanego, drugiego wydania z 1936 roku)
Był to pierwszy i ostatni oddolny zryw zespołowego procesu edukacji seksualnej, najprawdopodobniej nigdy nieprzeprowadzony do końca, gdyż zmory dręczyły naszych uczniów do matury.
I, jak to ze zmorami bywa, dręczą do dzisiaj, a inteligentne egzorcyzowanie nas lekturą przez inteligentnego kolegę, wiele nie dało, gdyż już nikt tego faktu z uczniów naszej klasy nie pamięta.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 13 komentarzy

Pisarz

*
Teraz, gdy „Port Wrocław” narzuca pod karą dyskwalifikacji za nieprzyjechanie na prezentację 3 minutowego wideoklipu, który będzie wśród 75 dopuszczonych do konkursu walczyć o nagrodę, muszę ja, stara kobieta poniewierać się przez trzy dni we Wrocławiu.

Biorę więc ten duży zeszyt, gdzie zapisywałam wszystkie adresy, wszystkie kontakty międzyludzkie obejmujące kilkadziesiąt lat, ten gorący, bolesny kapownik i szukam.
Chrystus, ten trzydziestoletni urodziwy mężczyzna skarżył się, że „lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć”, a co dopiero ja, bez charyzmy i bez młodości?
Szukam, u kogo mam się przespać, u kogo mam złożyć moje członki, by nie zniweczyć czasochłonnej pracy nad videoklipem, w której mam pięciominutowy zaledwie udział wystukania na komputerze trzech zwrotek wiersza, a reszta to przecież wielogodzinna praca scalania wszystkiego do kupy, czego nie potrafię robić.

Tak więc ta praca zespołowa, te moje pięć minut łączy się z penetracją pamięci, buszowaniem w kapowniku i wydłubywaniem kandydatów, którzy wyrwani z błogiego wciągania serialu „M jak miłość”, skonsternowani, będą mnie na progu witać: kopę lat!

I jest! Jest Pisarz!
Szukam w Internecie, kim jest w świecie wrocławskiej poezji malarz, z którym studiowałam we Wrocławiu. Czytam w słupku kilkuset, może kilku tysięcy nazwisk Związku Literatów Polskich, że jest, że dostał nagrodę, że wydał i znowu wydał i jeszcze raz wydał. Jest! Jest odpowiedni kandydat na gospodarza mojego ugoszczenia we Wrocławiu.

**
Te listy pisał, gdy już wróciliśmy z pleneru, a ja zawsze z jakimś dzieckiem, zawsze w biegu, zawsze próbująca pozyskać jakieś życiowe ułatwienie, jakieś “bez płacenia”, “bez – terminowania”. Miałam roszczenia, które nigdy się mi nie powinny należeć, chociażby dlatego, że moje uzurpacje międzyludzkie były zawsze beznadziejnie bezczelne.
Wyjmuję teraz ten spory plik listów pisanych atramentem niebieskim, pochyło i czytelnie, pisanych na jednym wdechu, tylko w parku na ławce i najprawdopodobniej wrzucanych zaraz po zakończeniu parkowego siedzenia do najbliższej skrzynki.
Tam, na plenerze, a to były zazwyczaj jego wielokrotne plenery w roku, na które zawsze jeździł z żoną terrorystką, terroryzowała nie tylko jego, ale i wszystkich wokół, bał się jej strasznie i kiedyś, kiedy dopadł mnie przed jakąś fontanną sam na sam, ręce mu drżały i mówił coś nieskładnie, obracając szybko głowę w stronę, gdzie spodziewał się, że stoi jego żona, a ona rzeczywiście tam stała.

No więc podpisywał te listy i jej imieniem, że niby i ona też pisze, śle pozdrowienia z Wrocławia i życzy mi jak najlepiej, a ja z tych końcowych życzeń wiedziałam i tak tyle samo, co z całej reszty sześciu obustronnie zapisanych kartek.
Pisał, że siedzi na ławce w parku, że jesienne liście i w miarę, jak zanurzałam się już w te liście traktując je jako preludium do chociażby jakiegoś tropu, jakby tu załapać się na jakikolwiek plener malarski, by chociaż przez dwa tygodnie porządnie zjeść, a nawet nakarmić swoje dziecko, nie wychodziliśmy – ja i Pisarz – z tych liści przez całą jesień.
Niestety, zima tego roku gdy pisał była niezwykle lekka, co pozwoliło Pisarzowi kontynuować temat liści przez kolejne nie plenerowe miesiące, kiedy nagle, tając miejsce i organizatorów pleneru, na który jego z żoną zaproszono, dostawałam kolejną serię listów przyrodniczych.
Tym razem były to grzybobrania i przechadzki polno zbożowe, które to obrazy mnie – mieszkańcowi Czarnego Śląska – jak troskliwie donosił, przydadzą się najbardziej.
Pogoda plenerowa dopisywała niemal do końca czasu, gdy gminne ośrodki kulturalne zaczynały pisać kolejne postulaty donoszące dotacji pieniężnych na plenery malarskie, gdyż są one niezbędnym kulturotwórczym elementem w procesie edukacyjnym polskiej wsi.

***
Wtedy, gdy przysłał mi dwa tomiki wierszy był już po splendorze grupy poetyckiej działającej na studiach wraz z patetyczną dedykacją wykaligrafowaną na frontowej stronie. Był już czterdziestoletnim Pisarzem, zapisanym do ZLP, był wolnym bezdzietnym artystą utrzymującym się z galeryjnej sprzedaży obrazów, był tym, którego Poczta Polska przyniosła mi w skrzynce pocztowej i która zobligowała mnie, bym tą samą drogą przysłała mu, Pisarzowi – wiadomość że wiersze są świetne.

Nie były świetne.
Nie mogłam przebrnąć, miętosząc książki po wszystkich kolejkach sklepowych, po wszystkich stratach czasu, jakie wspaniałomyślnie rząd PRL zapewniał obywatelowi w latach osiemdziesiątych, przez ten żałośnie cienki tomik nudnej poezji.
Nie pamiętam, co mu odpisałam, ale widocznie nie napisałam prawdy, gdyż z podobną dedykacją niedługo znalazłam w skrzynce tomik opowiadań, identyczny jak poprzedni, tylko układ strof umieszczony był poziomo, a nie w pionie.
Tym razem chyba Pisarz zrezygnował z nadziei na przejaw mojej inteligencji, gdyż po delikatnej sugestii, że nie jestem w stanie zrozumieć jego opowiadań, ani też powodu ich napisania, ograniczył się do suchych życzeń świątecznych, pisanych oficjalnie, w trzeciej, albo i nawet w czwartej osobie.
Dopiero po latach dowiedziałam się, że jest jakaś sadystyczna metoda odchodzenia partnerów od siebie, gdy jedna strona nagle milknie, nie powiadamiając zaskoczonego towarzysza wieloletnich wzajemnych przenikań mentalnych, że odchodzi.
Toteż zawsze pisałam przy pocztówce świątecznej obszerny list z pytaniami, sugestiami i domniemaniami, z wsobnymi dyskusjami, które przecież i tak nigdy z Pisarzem nie zachodziły, pisałam nawet, jeśli po raz kolejny, na bardzo wysmakowanej artystycznie pocztówce otrzymywałam niezmiennie te same ogólne życzenia świąteczne.

****
Teraz więc, po trzydziestu latach, mogłabym właściwie potraktować naszą znajomość jako idealną sytuację hotelową.
Ale jeszcze żyję, jeszcze demokracja cmentarza nie jest możliwa i pewnie w dalszym ciągu w życiu doczesnym profesja Pisarza i Hotelarza Mentalnego różni się znacznie.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | Dodaj komentarz