Tomasz Konecki, Andrzej Saramonowicz „Lejdis”

Po bardzo dobrym “Testosteronie” tych samych twórców – Tomasza Koneckiego (reżyseria), Andrzeja Saramonowicza (scenariusz i produkcja) i Tomasza Madejskiego (zdjęcia) żeńskie wydanie podjętych tam problemów jest, jak w przeciwieństwie płci, żenujące, okropne i zupełnie nieudane.

Nie mogę pozbierać się z oburzenia i niesmaku po dwóch godzinach życia których oddanie zaryzykowałam wiedziona doskonałym „Testosteronem” i jak widać, nieuzasadnioną wiedzą, że jak coś się udało polskiej kinematografii, to wiadomo, że artyści poza pewien poziom nie zejdą.
Zeszli. W najgorszy serialowy banał, w najbrudniejsze, ordynarne prostactwo dialogowe z nieodłączną „kurwą”. Słowo tu nie jest posiłkowe, nie pasujące, wzdragające widza. Być może tak się teraz mówi, być może, że blog internetowy, z którego scenariusz został wysnuty ma taki styl. Ale na planie widać, że cztery piękne kobiety, które komediowa intryga splotła w tragikomiczne losy tak prywatnie nie mówią i dając sobie rzemieślniczo doskonale radę niezamierzenie powodują ich oderwanie. W absurdalnych dialogach słowa same odskakują od aktorów, alienują się, są osobne i to powoduje u widza to nieznośne zażenowanie i niesmak.

Właściwie ten przegadany, histeryczny film –  jak zauważa Jacek Szczerba w GW – czerpie z najlepszych światowych wzorów: z Pedro Almodóvara, Richarda Curtisa i Woody Allena. I może te wysokie ambicje zniszczyły wysiłek bardzo dobrze granych postaci, których perypetie i problemy są jak najbardziej aktualne, mówią o kryzysie związków damsko męskich i zarazem wzmożeniem wzajemnych potrzeb.
Jak donoszą recenzje, sale kinowe szaleją z zachwytu, film rezonuje wśród publiczności, podoba się, jest zrozumiały i widzowie się w nim odnajdują, co jest jeszcze bardziej niepokojące, gdyż film adresowany jest do jaśniejszych, inteligentniejszych widzów.

Oczywiście, filmów tak złych na całym świecie pojawia się mnóstwo, ominięcie ich zdaje się stosunkowo łatwe. Jednak pokusa zaglądnięcia od czasu do czasu na brudne podwórko polskich produkcji dzisiejszego kina jest niebezpieczna, gdyż rekomendowane są przez autorytety branży filmowej którzy film, posiadając odpowiednie narzędzia krytyczne – beztrosko polecają.
I ja głupia w ten piękny czerwcowy wieczór sobotni uwierzyłam.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Piotr Matywiecki „Twarz Tuwima” Nominowani do nominowanych Nike 2008

Czytam w wywiadzie Gazety Wyborczej, że Piotr Matywiecki Tuwima nie kocha, natomiast kocha Jana Śpiewaka. Ale jednak zdecydował się na to monumentalne dzieło właśnie o Tuwimie. Tajemnica literacka polskiego fenomenu negatywnego stosunku do obiektu, z którym przebywa się bardzo długo (750 stron), jest zapewne materiałem socjologiczno – psychiatrycznym godnym penetracji, będącym może przeniesieniem zakorzenionego w polskim społeczeństwie dozgonnego czepiania się swoich małżonków, których się nienawidzi, ale to już całkiem nieliterackie zagadnienie.Dla mnie to wielka szkoda i żal, że autor jedynej właściwie monografii Tuwima napisanej nowocześnie, z użyciem wszystkich dostępnych dzisiaj możliwości komputerowego zbierania danych, Tuwima nie kocha, gdyż ja jestem w Tuwimie zakochana permanentnie i bezwstydnie się do tego przyznaję.Tak, kochać Tuwima to wstyd wielki, Gombrowicz wyśmiał, Miłosz zakwestionował, pamiętam Kisiel napisał w swoim „Abecadle”, że ta poezja to Nic, a ja i tak Tuwima kocham.Oczywiście, nikogo moja miłość do Tuwima nie obchodzi, toteż pora przejść do istoty niekochania Tuwima przez Matywieckiego.Jeszcze raz piszę: szkoda. Wszyscy, którzy piszą biografie są obiektami swoich fascynacji raczej zachwyceni, rozmodleni, a przynajmniej bronią przedmiotu swoich uczuć, jeśli to nie jest Hitler czy Stalin, ale i tam wyczuwa się jakąś perwersyjną ambiwalencję. Matywiecki czasami też daje się unieść swojemu zadziwieniu, gdy nagle analizując wiersze i skrupulatnie je grupując pod względem zawartości (seks, demonizm), ulega bezwiednemu zachwytowi. Bo kto potrafi tak napisać?„Męką się podźwignąłTen majowy ranek.Weźcie swe kochankiNa zielone łąki,Dręczcie chciwe usta,Męczcie piersi pąki!”Mimo, że autor nie chce pisać konwencjonalnej biografii i wiele jest tam tzw. pracy własnej nad Tuwimowskim tekstem (ach, ileż tam symulakrów!), to jednak najbardziej fascynujące są nieznane dotąd fakty z życia Tuwima i chyba to czyni książkę naprawdę pasjonującą, gdyż temat jest gorący i opowiada o postaci wyjątkowej.Może właśnie temperatura podwyższona niezamierzenie przez sam fakt podejmowania tematu naprawdę gorącego wymyka się Matywieckiemu, który chce być taki akuratny, taki sprawiedliwy, taki obiektywny? Taki dzisiejszy poeta, wychłodzony, wyspekulowany, umiarkowany i wyciszony?A przecież Tuwim to histeryk, neurotyk permanentnie chory fizycznie, ogarnięty pielęgnowaną agorafobią, dandys przyjmujący w łóżku gości leżąc w odprasowanym garniturze, który uznawał tylko kawiarnie i „wódkę za wódką w bufecie…”A Tuwim, to król życia który wolał błyszczeć niż nędzować w Nowym Jorku po Lechoniowsku, który jeszcze zdołał zrekonstruować strzępy spleśniałych zapisków zakopanych w ostatniej chwili przed ucieczką do Rumunii w piwnicy warszawskiej kamienicy, które obok trupa warszawskiego powstańca przeleżały do jego powrotu.Tuwim wraca i to właściwie budzi największą odrazę, gdyż Tuwim jest faktycznie odrażający wbrew nawet „Dziennikom” Marii Dąbrowskiej, która przedstawia go łagodniej, jako człowieka przestraszonego i udającego, bowiem jest autentycznym apologetą narastającego reżimu. Ujawnione listy do siostry (Matywiecki słusznie oddaje hołd ogromnemu talentowi Ireny Tuwim za genialny przekład „Kubusia Puchatka”) dokumentują wiedzę poety o zbrodni katyńskiej… Dokumentują zachwyt nad paradami militarnymi na ulicach Moskwy…Matywiecki przywołuje łkania Jana Lechonia w jego „Dzielniku”, który w nieutulonym żalu zamiany swojego najdroższego przyjaciela na kanalię pisze aż śmiesznie:„wielbi bolszewików nie pomimo ich morderstw – ale podświadomie, dlatego, że są mordercami”Demonizm Tuwima jest o tyle smutny, że propagandowo swoim autorytetem i talentem wsparł najciemniejsze moce, które utorowały najmarniejszym artystom kariery w na literackiej, najczulszej niwie polskiej kultury, którego skutki odczuwamy do dzisiaj.Ale kto tego nie robił? Na sylwestra w Zakopanem, do którego nie doszło, gdyż antysemickie anonimy tak nadwątliły serce poety, że zmarł nagle tuż przed zakończeniem 1953 roku mieli bawić się Szancerowie, Ważykowie z Tuwimami i Szyfmanami u Ludwików Morstinów.Reżim zaoferował Tuwimowi egzystencję książęcą w nędzarskiej Warszawie, a jednak najpiękniejsze wiersze pisał Tuwim w kapitalistycznej, niesprawiedliwej społecznie Polsce.Matywiecki neguje pomysł stawiania Tuwima obok Hölderlina, Rilkego, Celana za brak integralności filozoficzno – poetyckiej, mimo tego jednak taka dywagacja na kartach książki zaistniała.A jednak jak to masochistycznie i perwersyjnie sadysty Tuwima nie kochać, który w dalszym ciągu krąży w obiegu jako liryk dający nam to, czego inni nie dali?W liceum, mimo wyczytania na prasówce literackiej języka polskiego wyroku Artura Sandauera jakoby Tuwim to poeta anachroniczny, nasza polonistka, po zapoznaniu nas z poezją Białoszewskiego, Brylla i tuzinem genialnych poetów Górnego Śląska odpytywała uczniów i niezmiennie doczekiwała się na pytanie jakiego znają poetę współczesnego, jedynie Juliana Tuwima. I podobnie było na studiach. Gdy całą grupą poszliśmy na wrocławski recital Ewy Demarczyk, nikt przed sztalugami już nic innego nie gwizdał, a każdy, kto skończył frazę „Czy pamiętasz jak ze mną tańczyłeś walca”, podejmował ktoś inny, zza następnej sztalugi. A przecież to czasy Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora, Józefa Szajny, zimnych konceptualistów…Warto jeszcze pod koniec wrócić do tytułu książki, który jest o tyle znamienny, że słynna myszka na twarzy Tuwima, źródło jego kompleksów i oszpecające piętno wyjątkowo urodziwego mężczyzny miało jakoby odcisnąć się na efektach poetyckich Tuwima. Mimo, że Matywiecki poświęca temu zagadnieniu wiele miejsca chcąc zgodnie z tytułem zbudować na tej problemowej osi jakiś trwalszy światopogląd, wszystko się niespodziewanie wymyka i sypie. Levinasowska twarz nie chce się dać oświetlić ani skonfrontować nie tylko z czytelnikiem, autorem, ale też z samym sobą.Całe szczęście do końca nie wiemy, kim był Tuwim i multyplikacja jego wizerunku ustami i piórami świadków epoki przybliża go tylko plotkarsko. Nie pasują też liczne przymiarki filozoficzne, od Bergsona, poprzez Hegla Husserla, Heideggerowskie „się” i Maurice Blanchota poprzez Franza Kafkę po Merleau-Ponty.I to tak jest z Tuwimem. Wielki zmarnowany talent. A książka o Tuwimie? Nie ma tam Tuwimowskiej rzeczy, jest tylko wielka, profesjonalna rzetelność opisu kogoś, kogo się nie rozumie.Rewelacyjnie są natomiast wybrane liczne cytaty, dlatego też pozwolę sobie dodać tutaj mój ulubiony, który od czasów licealnych znam i cytuję tutaj z pamięci, a który namawia, by jeśli się Tuwima kocha, raczej o nim milczeć:Zakochanemu tak szczęśliwie,Tak nieszczęśliwie, jak ja umiem,Najlepiej spędzić noc w zadumie.Nad czym? Nad niczym. Ale tkliwie.Między zachodem a jutrzenkąWdać się w milczenie, jak w rozmowę,I powtarzać w myśli Norwidowe:”Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko”…Julian Tuwim: „Milcząc”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 4 komentarze

Urszula Kozioł „Przelotem” Nominowani do nominowanych Nike 2008

Urszulę Kozioł pamiętam od zawsze, czyli od momentu, gdy po mojej maturze dokonał się mentalny rozpad spowodowany geografią. Strefa wpływów krakowskiego „Życia literackiego” ustąpiła wrocławskiej „Odrze”. Wiślańska strona poezji różniła się od odrzańskiej tym, że miesięcznik „Odra” był dostępny w sprzedaży tylko we Wrocławiu stając się dzięki temu natychmiast pismem elitarnym, podczas gdy warszawska „Poezja” była w każdym kiosku dostępna zawsze.Toteż, gdy przeczytałam słynne „pośladki w pąs” w wierszu Urszuli Kozioł na stronach tego luksusowego pisma, moja 19 letnia dusza zawstydziła się na równi z podmiotem lirycznym z wiersza autorki i w tym zawstydzeniu nieprzerwanie tkwię po dziś.Czytam w internetowej Wikipedii, że poetka debiutowała, gdy ja miałam roczek. Polonistycznego magistra broniła długo po ukończeniu Wrocławskiego Uniwersytetu, a epizodyczna kariera nauczycielki została zastąpiona szybko karierą urzędniczą: od piastowania godności radnej Dzielnicowej Rady Narodowej we Wrocławiu po wszelkie dyrektorskie funkcje wrocławskich ośrodków kulturalnych.Czytam o nieprawdopodobnej ilości państwowych nagród poetyckich, po których najbardziej wątpiący tomaszowy charakter uwierzyłby w to, że jest nośnikiem najczystszej poezji i jej najwłaściwszym medium.Nic dziwnego też, że zgodny chór opisujący fenomen poetycki Urszuli Kozioł nie waha się używać na tę okoliczność tonów najwyższych, najtrafniej tę poezję uświetniających.Nie inaczej dzieje się w ocenie nominowanego do tegorocznej nagrody tomiku wierszy najnowszych. Czytam właśnie w „Tygodniku Powszechnym” piórem Jacka Łukasiewicza permanentny hymn pochwalny na cześć minorowego tonu tomiku „Przelotem”, kokieteryjnie anonsowanego przez poetkę jako zbiór ostatnich i ostatecznych wierszy o śmierci:„I jest świadoma, doświadczona poetka, tymi mechanizmami języka w swoich poruszających wierszach świetnie władająca.”Niewątpliwie poetka zna na pamięć słynną analizę Hugo Friedricha „Struktura nowoczesnej liryki. Od połowy XIX do połowy XX wieku” spolszczonej i wydanej u nas w 1978, toteż powściągliwość jej poezji i minimalizm jest zamierzony i konsekwentny, ale zewnętrzny.Egzystencjalna cela śmierci, w której poetka się obecnie znajduje – a ponieważ jest tyko człowiekiem, wyrok kary śmierci z wiekiem staje się coraz czytelniejszy – to cela więzienna, z której idzie się już tylko na szafot końca życia. Urszula Kozioł uczyniła z niej poletko pisarskie. Czytelnik dostaje więc poetyckie doświadczenie indywidualnego radzenia sobie z czymś co przecież trudno zwerbalizować, oswoić i zrozumieć.Śmierć dopaść nas może w każdej chwili, ale zazwyczaj dopada nas już po daniu nam losowych możliwości, po których tę wielką podróż staramy się przygotować, a przede wszystkim po sobie posprzątać.I wiersze Urszuli Kozioł nie są sprzątaniem, nie są też „Wymazywaniem” Thomasa Bernharda, raczej opisem stanu 77 letniego podmiotu lirycznego o dość niejasnej tożsamości.Kim zatem jest podmiot liryczny? Jest poetą. Ale poetą specyficznym, pogodzonym z własnym fenomenem bycia poetą, gdyż bycie poetą jest w tym wypadku oczywistością dziejową. Podmiot liryczny jest też bezpłciowy i o dość zamazanym światopoglądzie. „Traktat o duszy” nie daje czytelnikowi żadnych rozpoznawalnych tropów włożonego weń wysiłku zrozumienia tego arcytrudnego zagadnienia, a dywagacje nad wyobrażeniem sobie duszy nie wychodzą poza dziecięce domniemania. Podobnie rzecz się ma odnośnie „Traktatu o przecinku” i „Małego traktatu o wierszu” gdzie być może abstrakcja rozważań jest bardziej fachowa ze względu na filologiczne, a nie teologiczne wykształcenie autorki.Jednak większość wierszy mówi o niedowładzie pamięciowym podmiotu lirycznego, co może i miałoby znamiona ulgi i wyzwolenia, ( bowiem każde właściwie życie jest nie do zniesienia w tak dużej dawce, a jeszcze obrzydliwość doświadczeń wojennych i powojennych z pewnością przyjemne nie jest), ale zarazem stają się niepotrzebne. Podmiot liryczny jest pamięciowo wybiórczy, czyli w konsekwencji letni, co czytelnika satysfakcjonować nie może, gdyż tak okaleczone doświadczenie życia jest zbyt stereotypowe i schematyczne. Zresztą, sam podmiot liryczny przyznaje się bezwstydnie w „Raporcie z końca dnia”, że„tak mnie składa na nowopowiedzmy jakiś serial w TVbyleby zgrabnie skrojony- żeby trzymać się przyjemniejszychdoznańniekoniecznie umocowanych zaraz na wyżynach„struny gie”I tak czytając sobie ten bardzo szczupły tomik zastanawiam się, kto właściwie ma tę ciężką robotę poetycką wykonywać jeśli nie poeci, którzy sięgają właśnie struny gie.A minimal-art powinno się pozostawić tym wszystkim amatorom, którzy coś sobie z długiego życia przypominają, ale nie bardzo. W końcu każdy coś tam pisze, maluje, na czymś gra…

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 6 komentarzy

NIKE

Czytam na blogu Lecha Bukowskiego rok rocznie powtarzające się pytanie: czemu ci, a nie inni? (Czemu nie Krzysztof Rutkowski?)
A przecież książek nominowanych do nominowania jest i tak dużo co świadczy o niesłychanej płodności intelektualnej narodowego ducha który wiadomo, chadza tylko tam, gdzie może.

Z mojego półwiecznego świadkowania wielu konkursom artystycznym wysnułam wniosek, że raz rozkręcona karuzela nie zatrzymuje się, bez względu na rezultaty –  nigdy.
Słusznie rzecz demaskuje tegoroczny nominowany, Paweł Huelle ustami grasejującego bohatera powieści – wiele artefaktów bezpowrotnie umiera:

„ Ile to od ciebie, głupku – zwrócił się do Siemaszki – nabhałem tych gówien do muzeum? Czekają w piwnicy na powódź, bo nawet szkoda papiehu na photokół zniszczenia. Dawno zjadły je mole. A każdy, kuhwa, za pahę tysięcy”.

Nie na darmo posąg Nike z Samotraki głowy nie posiada, toteż wszystko, czego dzisiejsza literatura polska się nie dorobiła, obowiązkowo musi mieć czytelnik i jego w tym głowa, by wszystko, na co odda czytając swoje roboczogodziny miało i ręce i nogi. I głowę. Skrzydła oczywiście są w gestii autorów nominowanych, gdyż pokorny czytelnik ani śmie o nie z nimi rywalizować

Mimo, że nikt mi skrzydeł nie dał, w PRL-u ich rozdawnictwem nie zajmował się artysta Jan Kochanowski tylko prosty urzędnik, bezczelnie więc, wbrew zakazowi Dr Charlesa Kinbote rozpoczynam doroczną nawijkę literacką dotyczącą nominowanych.
A rozpoczynam po królewsku – od poezji.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Pochwała amerykańskich parków

Alarmujące wieści dochodzą co jakiś czas za pośrednictwem mediów o stanie Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Zrodzony niemal jednocześnie ze mną decyzjami gen. Jerzego Ziętka i założony na częściowo niezagospodarowanych wcześniej terenach miast Chorzowa i Katowic o powierzchni około 600 ha, był przez pół wieku zielonymi płucami Górnego Śląska i jednym z największych parków miejskich w Europie. Zdaje się, że mój pięćdziesięcioletni organizm jest w o wiele lepszym stanie niż Park, przeznaczony zapewne na więcej istnień, czyli pokoleń. Podobno w najgorzej się tam mają parkowe rzeźby, mimo licznych próśb o społeczne składki na fundusze konserwacyjne, które mają przynieść ratunek.

Art Museum Olympic Park Rzeźby w Seattle otwarto zaledwie rok temu. Wykonano wielką pracę ziemną na dziewięciu akrach otwartej wzdłuż wybrzeża przestrzeni z widokiem na góry i morze.
Park został zaprojektowany przez Weiss / Manfredi, architektoniczną firmę z siedzibą w Nowym Jorku, założona przez Marion Michael Weiss i Manfredi Weiss z Charlesem Andersonem, architektem krajobrazu i innymi konsultantami.
Ma przede wszystkim intencje ratowania zniszczonych przemysłem terenów, gdyż do1970 roku eksploatowano tu ropę naftową i gaz ziemny przez korporację Unocal.
Pomysł umieszczenia prac sławnych artystów (krytyczne głosy kwestionują wartość artystyczną niektórych) w Parku padł w 1996 roku pomiędzy dyrektorem Muzeum Sztuki w Seattle i żoną Williama Gatesa, Mimi Gardner Gates.
Dar z Ann i Jon Shirley (były dyrektor generalny Microsoft i przewodniczącego Seattle Art Museum Board of Directors) 30 mln dolarów ustalono, jako podstawę darowizny na Park.
W ramach budowy Parku Rzeźby za 5, 7 milionów dolarów, gdzie pieniądze najbogatszego człowieka świata stanowiły zapewne spory udział, zmieniono kształt wybrzeża i postawiono rzeźby plenerowe. Ich konserwacja i utrzymanie, wskutek oparów słonej wody, wydalin nadmorskich ptaków oraz całodobowego pilnowania kosztownych obiektów sztuki współczesnej wymagających delikatnego ścinania trawy wokół nich ręcznie nożyczkami, a nie mechaniczną kosiarką, natomiast do ich mycia skomplikowanych rusztowań i wind, pochłania spore fundusze.
Po parku chodzi się niezwykle przyjemnie, może dlatego, że w odróżnieniu od innych miejsc publicznej rekreacji jest pustawy i świadomość elitarności sanktuarium sztuki wysokiej odwiedzającego dowartościowuje.
Mijając solidną tablicę z nazwiskiem Melindy Gates, której, jak w Katowicach Ziętkowi, tak żonie najbogatszego człowieka współczesnego świata Park się poświęca, można wszystkie rzeźby zobaczyć z wzniesienia, na którym postawiono przeszklony pawilon mieszczący wygodne wiszące siedziska i bar z napojami, a w innych częściach obszerne sale do konferencji i debat na temat sztuki.
A rzeźby? Symbolem Parku, widocznym z daleka jest „Orzeł” Alexandra Caldera (1971) ze stali pomalowanej na pomarańczowo (podobno się łuszczy).
Claes Oldenburg i Coosje van Bruggen, autorzy prozaicznych przedmiotów (1998-1999) wystawili duże kółko z prętami ze stali nierdzewnej i włókna szklanego. Ta bardzo charakterystyczna i widowiskowa rzeźba jest jedynie tutaj wynajmowana.
„Sonata Schuberta”(1992) Marka di Suvero z malowanej stali jest hołdem złożonym kompozytorom.
„Wędrówka skał”(1967) Tony Smitha to z czarnej stali pięć elementów prowadzonych ścieżką zen.
Teresita Fernandez wykonała instalację „Seattle zachmurzone” (2006) ze szkła. Warstwa przeźroczystej fotografii między warstwami szkła łowi światło dzienne, nocą sztuczne oświetlenie.
Nie sposób wymienić wszystkich obiektów, gdyż w ich wielości można zatracić najważniejszych. Bezkonkurencyjny jest Richard Serra, którego wielkie stalowe formy o niesamowitym kolorze rdzy stanowią jakieś niezwykłe odniesienia do ubiegłowiecznej industrializacji z jej cierpieniem, potem i walką cywilizacyjną z podstawowym materiałem minionej epoki. To jakby hołd złożony ofiarom budowy mostów, statków fabryk oraz ich rozbierania, cięcia na kawałki. Jest w tych płytach coś z huty, z ogromu pracy męskiej, a czystość ich formy przeraża.
Polecam piękne teksty o tym wybitnym amerykańskim artyście na internetowym „Obiegu” oraz stronę Richarda Serra www.moma.org/exhibitions/2007/serra/

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Pochwała amerykańskiego Art Déco

Teraz, gdy warszawski Prudential ma być lada rok przywrócony pierwotnej świetności za jedyne, jak donoszą media 25 mln zł (6, 3 mln EUR), a z socrealistycznych ozdóbek dawnego Hotelu Warszawa nic nie zostanie, warto przezornie przyjrzeć się innym miastom i ich ubiegłowiecznej architekturze.
Od czasu, gdy budowano wspaniały Prudential – warszawski drapacz chmur (1931 – 1934), siedzibę angielskiego Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential – a w czasie powstania warszawskiego go bombardowano, amerykańskie miasta tkankę zabudowy solidnie tkały od momentu, gdy Art Déco zawładnął artystami obu kontynentów i powoli wypierał klasyczny konserwatyzm.
W latach powojennej prosperity, jak i po wielkiej depresji z 1929 boom gospodarczy zapoczątkowany polityką Nowego Ładu prezydenta Franklina D. Roosevelta płynnie doprowadzał w otoczce tego stylu do modernizacji kraju i jego cywilizacyjnego rozkwitu.
Warszawski Prudential, figurujący w najznakomitszych światowych spisach arcydzieł architektonicznych doczekał się szacunku, powrotu do pierwotnych form i triumfalnego dzisiejszego odrodzenia.

Czytając na internetowej witrynie „Obiegu” utyskiwania, że sztuka dzisiejsza musi być dlatego brzydka – gdyż jest trudna, obrośnięta wielością zupełnie nowych dla ludzkości problemów, ciężka intelektualnie, wymagająca od odbiorcy nie lada wtajemniczeń i erudycji – warto zadumać się nad ubiegłowieczną śmiałością twórczego fermentu, jaki zapanował wśród w końcu ludzi pieniądza, interesu i, jakby podszepnęła lewica, ludzkiej pazerności.
Gdy nasz polski modernizm szukał piękna w materiałach budowlanych dostępnych na terenie kraju, a rodzime drewno i kamień rafinowały się w wirtuozerii polskiego rzemiosła, amerykańskie szaleństwo przekształcania secesji na nowoczesny kubizm, fowizm i związane z tym światopoglądowe przewartościowania nie mają geograficznych granic.
Nietzscheańska filozofia neguje artystyczną ascezę i powściągliwość, a orgiastyczne rozpasanie każe szukać inspiracyjnej wolności w energetyzującym okultyzmie pierwotnych rytuałów mieszkańców Nowego Świata.
Przeczytałam gdzieś, że późny, wspaniały rozkwit amerykańskiego Art Déco, to już nie symbolizm, a metafora. Czyli akcent położony na estetyzm perswazyjny, a nie domniemany.
I może to uchroniło amerykańską ornamentykę przed faszyzującą europejską przemocą, gdyż tutaj Art Déco jest prywatne, a nie państwowe.Jestem przed sławnym budynkiem na Trzeciej Avenue 1222, pierwszym wieżowcem Art Déco, ale teraz stojący niemal w studni wyższych i nowszych wieżowców.
A jednak to ten budynek promieniuje wykwintem.
Wchodzę do środka niemal z nabożeństwem i stoję w obszernym korytarzu. Właśnie młoda kobieta zmienia wodę w wazonach różowym orchideom pod pamiątkową tablicą właścicieli budynku, braci Morgan(widocznie nie wypada dawać fundatorom kwiatów tańszych). Mimo, że T.M. Morgan zmarł w 1919, tablica upamiętnia rok 1935, a budowę drapacza chmur ukończono w 1928, pielęgnuje się źródła i czasy właścicieli dobrze prosperującej The Northern Life Insurance Company.
W ogromnym holu panuje właściwie półmrok, a jednak silnych kontrastów wdzierającego się światła z wahadłowych drzwi, jak i z zwisających brył prostopadłościanów rozbudowanych w ogromne żyrandole nie da się podrobić żadnymi współczesnymi aranżacjami klimatu i nastroju.
Zbliżam się do windy po marmurowej posadce inkrustowanej wielobarwnym marmurem. Wszystko właściwie, na co popatrzę, ma jeszcze jakieś wewnętrzne, estetyczne rozgałęzienia jak w strukturze przyrody, gdzie, by z zachwytu nie oszaleć, ślizgamy się jedynie po widzianej powierzchni.
W półmroku leniwo wchodzę do bezszelestnej windy, naciskam guzik na piętro najwyższe, z którego już niewiele zobaczę, bo od panoramy miasta są inne przecież windy i drapacze, ale w tej pluszowej dystyngowanej klatce z czasów, które się wbrew kosmosowi, historii i zdrowemu rozsądkowi zamelinowały, wysącza się nieuchwytna melancholia.
Schodzę schodami przeciwpożarowymi, by zajrzeć za pokryte siatkami okna, gdzie mimo pozornej karłowatości budynku ludzie i samochody mają w dalszym ciągu wielkość mrówek. Chociaż to podobno tak niewiele, tylko 27 pięter, ale wystarczająco dużo, by trzema kondygnacjami laureaci konkursu architektonicznego pobili wysokość seattleńską Smith Tower i stali się budowniczymi najwyższego budynku na zachód od Missisipi.
Mijam stojącego u wejścia ochroniarza, by z mroku ciężkich, śliskich posadzek, ścian i sufitów, gdzie po niklowanych framugach, klamkach, łącznikach i ozdobach z brązu ślizgało się wraz z moim wzrokiem odbijające się, co i rusz światło, wyjść jakby z kadru filmu noir w zupełnie inne czasy, inną ulicę.
I wtedy dopiero mam możliwość w otoczeniu gęstej zabudowy objąć wzrokiem całą bryłę budynku, czyli schodkowego, modnego wówczas powrotu do formy azteckiej piramidy, do zigguratu, którego barwa elewacji czyni go bardziej biologicznym, niż, jak było w założeniu epoki, technicznym. Przewodniki donoszą, że 33 odcienie cegły ułożono walorowo rozjaśniając ku górze, co stanowi metaforę lokalnego, kolorytu skał, chociaż, jak czytam dalej w środku budynku użyto marmuru z całego świata: Francji, Hiszpanii, Włoch, Alaski, Vermontu, Kalifornii, Nowego Jorku i Tennessee, jak również polerowanego różowego granitu z Texasu.

Głosząc wykwint popularny, demokratyczny, jednak nie masowy i prostacki, architekci Albertson, Wilson & Richardson dali miastu Wieżowiec Seattle w 1929 w stylu Art Déco najwyższej próby. Mimo bogactwa i przepychu, bardziej to hymn na cześć piękna i chwały mieszkańców, niż popis i demonstracja zasobności inwestora.
Marmurowe ozdoby skomplikowanych ornamentów, płaskorzeźby z brązu przedstawiające lokalną faunę i florę stanowią estetyczną oprawę jedynie elegancji i wykwintu.
I może, mimo mnogości stylów i innowacji, miasto w dalszym ciągu jest w klimacie szmaragdowego błysku kamieni szlachetnych, ich nieśmiertelnego piękna i nieprzemijalności.

Miasto niemal nie posiada krzykliwych reklam, a zadaszenia sklepów, markizy, parasole i obramowania okien kamienic starają się utrzymać rygor dystyngowanych, szlachetnych kolorów zimnych, witrażowych barw Art Déco.
Budynki 1920 i 1930, pomimo pozoru twardości i mocy, są kruche i eteryczne, a ich delikatne fasadowe zdobienia, pełne wizerunków Indian i azteckich ornamentów są delikatne i wymagające. Potrzebują stałej konserwacji i nieustannej świadomości o swojej rzadkości zarówno fizycznej jak i mentalnej.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

POŻYTEK MAJOWY

Nic już nie łączy mnie i z tobą nie będę razem. Dał Bóg – tanio.
Maj się przetoczył jak bywało, tylko już szybciej i już śmielej.
Miód był w powietrzu. Deszcz nagle zamknął przelot pszczeli.
Byłam w kielichach. Jestem w kropli. Miodowo ranią
fasady mokrych kamienic.

Nic nas nie łączy, nie wytworzy z tobą, a wspólna jest pogoda,
podnosisz rękę do ust z kawą, choć bistro pachnie miodem mimo,
że parzą kawę, jonity palą. Poleją wino,
miód zapach inny zadusi aromatem. Szkoda
że niezebrany. Koncentrat

spoiwem lepkim uczuć lotnych, gdzie każdy pyłek akrobata
daje słodyczy bezpieczeństwo. Lepiszczem złudy obcowania,
wspólnej tęsknoty połączenia na krańcach świata,
gdzie pył trujący różdżki czarem wraz z wróżką lata,
obok obcych. Wybacz, zza krat

nawet używam wizerunku twojego. Sen go wydobywa.
Wiersz jednakowy od stuleci! Miód nawet miasta tuli gminnie
narkotycznego przesycenia. Po mnie noc minie
słodyczą senną. Kiedy rozpadną się ogniwa,
wtedy umrze nawet rozpad.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Jeden komentarz

komunikat

Leć, kędy cię niesie twych piórek zwiewność i krwi młodej tętno !
Tak zalecał Tadeusz Boy-Żeleński. Więc lecę.
Zawieszam działalność bloga na miesiąc, a potem w miesiącach letnich będzie funkcjonował na zwolnionych obrotach, by we wrześniu się uintensywnić.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz